Przeciętni Kowalscy w swojej sypialni nie są raczej aż tak pobudzeni jak aktorzy na filmach (no dobra, wiem, niektórzy są nawet bardziej) i niestety spalają mniej niż 100 kalorii. I to nie tak hop-siup, bo 100 kalorii to dopiero po 30-minutowym seksie! Nie wiem do końca, co autor tego odkrycia miał na myśli, czy chodzi tu o całość aktu wraz z grą wstępną, całowaniem itp., czy tylko o samo zbliżenie? W każdym razie, przy większej ochocie i predyspozycji można z dużym wysiłkiem wyciągnąć nawet do 300 kalorii. Co równa się jednemu pączkowi, trzem bananom albo na przykład dwóm kajzerkom. Krótko mówiąc i tak nie za wiele.
Badanie opublikowane w New England Journal of Medicine jeszcze mocniej odziera nas ze złudzeń, dowodząc, że w czasie przeciętnego aktu miłosnego (trwającego kilka minut) spalamy zaledwie 21 kalorii. Nie da rady porównać tego wyniku do siłowni czy basenu, gdzie spalamy średnio 400 kalorii. Biegając 30 minut – 500 kalorii. Nawet na jodze osiągniemy lepsze rezultaty, bo około 200 spalonych kalorii w ciągu godziny.
Ale spokojnie, na szczęście są naukowcy, którzy zamiast myśleć, ile spalamy energii podczas seksu, kombinują, co zrobić, żeby spalić jej więcej! I mówią: Ćwiczyć! Badania pokazują, że:
– ćwicząc poprawiamy samoocenę, czujemy się atrakcyjniejsi, i osiągamy większą satysfakcję seksualną;
– naukowcy z Uniwersytetu w Neapolu dowiedli, że regularne ćwiczenia poprawiają erekcję, a także zmniejszają o 30 proc. ryzyko impotencji po 50-tce;
Rolki
– ruch to także lepsze krążenie, czyli większe możliwości i doznania w sypialni. Odwrotnie działają papierosy i alkohol w dużych ilościach;
– aktywność fizyczna działa na naszą psychikę (pozwala odreagować stres, poprawić nastrój), i w rezultacie odprężyć się tam, gdzie tego potrzebujemy.
Uważajcie tylko, żeby się nie przetrenować, bo wtedy spada poziom testosteronu i cały wysiłek idzie na marne…