Magdalena Tereszczuk-Brach: Kaju, jak dzisiaj patrzysz na proces sądowy Harveya Weinsteina i swoją rolę w tej sprawie? Czy to dla ciebie zamknięty rozdział, czy coś, co nadal w tobie pracuje?
Kaja Funez-Sokoła: Na pewno czuję, że jestem w procesie, który wciąż trwa. To nie jest tak, że wszystko umarło w momencie, kiedy Weinstein czy Epstein robili rzeczy, które robili. Teraz widzimy proces Diddy’ego i na pewno będą kolejne procesy, które pokażą, że tacy ludzie cały czas funkcjonują i istnieją. Dlatego dla mnie najważniejsze jest teraz oderwanie się od tego, kim ja jestem w tej historii, i skupienie się na tym, żeby być głosem dla innych osób, tych, które mogą być ofiarami albo już nimi są, ale nadal boją się wystąpić i mówić o tym, co się dzieje.
Byłaś jedną z oskarżycielek Weinsteina i domyślam się, że cały proces nie był dla ciebie łatwym doświadczeniem. Czy nie żałujesz czasami, że wzięłaś w nim udział?
Nie, absolutnie nie. To wszystko zaczęło się właściwie od mojego męża. Kiedy powiedziałam mu o tym, co się stało, to było prawie dziesięć lat temu w 2017 roku, ja wcale nie chciałam brać udziału w tej sprawie. Uważałam, że to jest moja przeszłość i że chciałabym już zamknąć ten rozdział. Mój mąż twierdził jednak, że to bardzo ważne społecznie i znaczące, żebym zdecydowała się powiedzieć głośno, co mnie spotkało. Dlatego to zrobiłam. Dzisiaj moją najważniejszą motywacją jest to, żeby pomóc innym osobom, które znajdują się w podobnych sytuacjach. I nie chodzi tylko o sprawę Harveya Weinsteina czy Jeffreya Epsteina. Chodzi też o przemoc domową, coś, z czym sama zmagałam się przez osiem lat mojego małżeństwa.
Czyli do zabrania głosu w sprawie Weinsteina namówił cię ten sam mąż, który jednocześnie cię krzywdził?
Tak. Jakieś trzy lata temu zaprzyjaźniłam się z kobietą, która nazywa się Ann Burgess. Serial “Mindhunter” był w dużej mierze oparty na jej doświadczeniach, a później powstał też serial dokumentalny “Mastermind: To Think Like a Killer”, który był poświęcony bezpośrednio jej pracy. Ona była jedną z pierwszych osób, które zajmowały się profilowaniem seryjnych gwałcicieli i morderców dla FBI w latach 70. Bardzo dużo z nią rozmawiałam o tym, jak działają takie umysły. Zresztą Ann jest częścią mojej książki, którą właśnie piszę. Ann miała w niej swój wkład właśnie w kontekście tego, jak funkcjonują sprawcy. Dlatego to, że mój mąż tak bardzo chciał poprzeć moje działania przeciwko tym oprawcom, a jednocześnie rzekomo sam nim nie był, jest czymś bardzo charakterystycznym i zrozumiałym dla sposobu działania kogoś, kto funkcjonuje według podobnego mechanizmu.
W sądzie był właściwie nieprzytomny i tak było mi go w pewnym sensie szkoda, bo patrzyłam na człowieka, który kiedyś był geniuszem w tym, co robił, niezaprzeczalnie. Filmy, które znalazł, które wyniósł na piedestał, są dziś bardzo ważne, wręcz kultowe.
Czy o sprawie Weinsteina wciąż mówi się w środowisku show biznesowym?
Tak, ten temat wciąż się pojawia. Poza tym w zeszłym roku podpisałam umowę z Simon & Schuster, to jedno z pięciu największych wydawnictw na świecie. Skoro takie wydawnictwo zdecydowało się opublikować moją książkę, w której piszę m.in. o sprawie Harveya Weinsteina, to myślę, że ludzie naprawdę chcą dowiedzieć się, co się stało. Ta książka jest dla mnie bardzo ważna. Mam za sobą bardzo trudną relację z mamą. Przez długi czas byłam przez nią postrzegana jako ktoś, kto nic nie wie, kto sobie nie poradzi, kto nie ma wystarczającej wartości. Dlatego podpisanie tej umowy było dla mnie naprawdę ogromnym krokiem. Też dlatego, że jestem Polką i polskojęzyczną autorką, więc wejście z książką na rynek anglojęzyczny, do tak dużego światowego wydawnictwa, jest dla mnie ogromnym osiągnięciem.

Kaja Funez-Sokoła /fot. archiwum prywatne
W jednym z wywiadów powiedziałaś, że procesy dotyczące przestępstw sprzed lat są wyjątkowo trudne, zwłaszcza w kontekście zmieniającej się kultury i standardów dowodowych. Co dokładnie miałaś na myśli?
Przede wszystkim chodzi o ograniczenia czasowe. To znaczy, że jeśli od przestępstwa minęła określona liczba lat, to ono w ogóle nie może być brane pod uwagę w procesie. Po drugie, bardzo duże znaczenie mają różnice między przestępstwami pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia. W procesie, w którym ja wzięłam udział, brany pod uwagę był zarzut gwałtu dotyczący sytuacji, kiedy miałam 19 lat. Natomiast to, co wydarzyło się, kiedy miałam 16 lat, nie zostało potraktowane w ten sam sposób, ponieważ, i to jest dla mnie bardzo trudne, nie doszło tam do penetracji. A zgodnie z definicją gwałt jest uznawany tylko wtedy, kiedy dochodzi do penetracji i kiedy prokurator jest w stanie udowodnić, że odbyło się to pod przymusem. W sądzie trzeba więc udowodnić bardzo konkretne rzeczy. Prokuratura musi wykazać, że dokładnie to się wydarzyło. I mam poczucie, że w takich procesach to ofiara bardzo często musi udowodnić nie tylko, co się wydarzyło, ale też swoją wiarygodność. A sprawca może przez długi czas po prostu odpierać zarzuty, bez prawdziwego zmierzenia się z odpowiedzialnością.
A jeśli chodzi o ten kontekst kulturowy, to chodziło mi o to, że pojęcie gwałtu zmieniało się na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Kilka lat temu wytoczyłam sprawę sądową przeciwko Disney Company, Miramax i Weinsteinowi. To była sprawa cywilna dotycząca tego, że kiedy miałam 16 lat Weinstein zabrał mnie do swojego mieszkania i wykorzystał mnie w sposób, który teoretycznie nie jest gwałtem, natomiast było to wykorzystanie seksualne. Jak rozmawiałam ze znajomymi, którzy dorastali w latach 70. czy 80., powiedzieli mi, że wtedy zupełnie normalnym było kiedyś, że mężczyzna łapał swoją koleżankę w biurze za talię i przyciągał do siebie i nikt nie uważał tego za przekroczenie. Szczęśliwie to się zmienia, ale powoli.
Czy w momencie, w którym zdecydowałaś się publicznie oskarżyć Weinsteina o gwałt, miałaś pełne wsparcie swoich bliskich?
Magda, trudno mi się o tym mówi, ponieważ to był czas, kiedy przechodziłam także przez rozwód… Mam natomiast dwie przyjaciółki, które są w tym samym wieku co ja, dorastałyśmy w tym samym mieście i chodziłyśmy do tej samej szkoły. Od nich dostałam pełne wsparcie i właściwie cały czas mam stuprocentowe poparcie w tym, co robię. Natomiast, jeśli chodzi o moją rodzinę, to wiele rzeczy się zmieniło i ciężko mi dziś jednoznacznie coś o tym powiedzieć.
Rolki
Wątek twojej rodziny wydaje mi się szczególnie trudnym tematem. Czy twoje relacje z mamą i z siostrą zawsze były napięte, czy przez sprawę Weinsteina wszystko się zmieniło?
Nie, one już wcześniej były wobec mnie bardzo uprzedzone. Nigdy nie miałam dobrych relacji ani z moją mamą, ani z moją siostrą. I właściwie tym, co najbardziej przełamało bariery, które miały wobec mnie, była śmierć mojego taty. Odkąd mój tata zmarł trzy lata temu, wszystko zaczęło się zupełnie rozpadać.
Pomówmy jeszcze o samym procesie, jak on wyglądał z twojej perspektywy.
Przede wszystkim czułam, że to ja byłam pod mikroskopem. To ja byłam przedstawiana jako osoba, która musi się bronić. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie proces karny, zwłaszcza w sprawach dotyczących gwałtu czy morderstwa. W przypadku morderstwa ofiara nie może już mówić, więc rodzina opowiada o tym, co się stało i walczy o sprawiedliwość. Ale w przypadku gwałtu to nie osoby, które oskarżają, powinny być traktowane tak, jakby same były oskarżone albo winne. A ja miałam poczucie, że muszę przedstawić w sądzie całe swoje życie. Musiałam opowiadać dokładnie, co się wydarzyło. Dla mnie najważniejsze było jednak to, że ja w ogóle wzięłam udział w tym procesie i to z konkretnego powodu. Prokuratorka z Nowego Jorku, która się ze mną kontaktowała, zaczęła ze mną współpracować kilka lat wcześniej, kiedy wystąpiłam z moją sprawą cywilną dotyczącą Harveya. Mój prawnik powiedział mi wtedy, że to wszystko, co się wydarzyło, powinno zostać zgłoszone prokuraturze. Tak też zrobiłam. Czas minął, ja później przeniosłam się z Polski do Nowego Jorku i zakończyłam sprawę cywilną z Disneyem, Weinsteinem i Miramax. W 2024 roku okazało się, że wyrok w pierwszej karnej sprawie Weinsteina został uchylony ze względów proceduralnych i wtedy ta sama prokuratorka, z którą wcześniej rozmawiałam, zapytała mnie, czy nie spotkam się z nią jeszcze raz. Nie musiałam już wtedy tego robić, bo teoretycznie nie miałam już nic do wygrania.
Dlaczego więc zdecydowałaś się ponownie wejść w ten temat?
Jest tutaj pewien wątek prywatny, o którym wcześniej nie mówiłam. Moja bardzo dobra przyjaciółka miała sprawę sądową przeciwko Adamowi Fossowi, który był prokuratorem w Bostonie. Oskarżyła go o gwałt. I ta sama prokuratorka, która była główną prokuratorką w jej sprawie, była też osobą, która rozmawiała ze mną kilka lat wcześniej.
To był przypadek?
Tak, całkowity. I kilka miesięcy po zakończeniu jej sprawy, przyjaciółka napisała do mnie i powiedziała, że, Shannon z biura prokuratora chciałaby ze mną porozmawiać, bo ponownie otwierają sprawę Harveya Weinsteina. Zajęło mi trochę czasu, zanim odpowiedziałam. Potem minęły jeszcze jakieś dwa–trzy miesiące, zanim w ogóle zdecydowałam, że chcę brać w tym udział. Na początku nie chciałam. Myślałam, że okej, on jest już skazany w Kalifornii, więc pewnie odsiedzi tam resztę życia, nie muszę brać udziału w nowojorskim procesie. Ale kiedy zaczęli mi tłumaczyć, że jego adwokaci próbują podważyć tę sprawę w Kalifornii i że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że on po prostu wyjdzie na ulice jako wolny człowiek, zaczęłam myśleć o tej całej sprawie inaczej. Pomyślałam, że muszę coś zrobić. Bo gdybym miała pewność, że on zostanie w więzieniu i odsiedzi tam swój wyrok, w ogóle bym się już w to nie angażowała. Tak jak powiedziałam, nie miałam w tym procesie nic do wygrania. Nie było w tym dla mnie żadnej osobistej korzyści.
Wzięłaś więc udział w procesie karnym i po raz pierwszy po latach spotkałaś Weinsteina na żywo. W jednym z wywiadów powiedziałaś, że było ci go szkoda.
W sądzie był właściwie nieprzytomny i tak było mi go w pewnym sensie szkoda, bo patrzyłam na człowieka, który kiedyś był geniuszem w tym, co robił, niezaprzeczalnie. Filmy, które znalazł, które wyniósł na piedestał, są dziś bardzo ważne, wręcz kultowe. A w sądzie był wrakiem człowieka. Bardzo mocno wkurzyło mnie natomiast to, że kilka miesięcy temu przeczytałam wywiad z nim w „The Hollywood Reporter”, w którym mówił o wszystkim, co się wydarzyło. Było tam też kilka pytań o mnie. Później magazyn „People” zrobił wywiad ze mną i powiedziałam w nim, że on nadal jest odpowiedzialny za wszystko, co zrobił. To, że czułam jakiś rodzaj współczucia wobec jego stanu fizycznego i psychicznego, nie zmienia faktu, że to on jest osobą winną. Zwłaszcza że wciąż nie bierze odpowiedzialności za to, co naprawdę się stało.
Czy podczas całego procesu czułaś, że media były po twojej stronie?
Tak, zdecydowanie. Natomiast mam żal do ludzi, którzy czasami komentowali te materiały o sprawie w mediach.
Co pisali?
Dużo komentarzy dotyczyło mojej siostry. Część wypowiedzi była też bardzo prymitywna i nie będę tego powtarzać. Z drugiej strony, dwa miesiące temu dostałam nagrodę dla Kobiety Roku, coś w rodzaju nagrody Glamour Women of the Year, tylko przyznawanej przez inne wydawnictwo. I tam widziałam komentarze kobiet, które pisały, że są wdzięczne i że cieszą się, że ktoś odważnie mówi o sprawie Weinsteina.
Czy proces sądowy zmienił cię?
To był czas, kiedy zaczęłam na pewno walczyć o siebie i o moje dziecko. Zrozumiałam, że mogę zrobić coś, co będzie miało znaczenie na przyszłość. No i podpisałam umowę z amerykańskim wydawcą, z wydawnictwem, które opublikowało “W drodze” Jacka Kerouaca. To jest dla mnie coś naprawdę ogromnego. Powiem ci tak: odkąd skończyłam sześć lat moim marzeniem zawsze było pisanie, granie i filmy. To właśnie chciałam robić w życiu.
Na początku naszej rozmowy wspomniałaś o Diddy’m i innych sprawach, które mogą jeszcze wyjść na światło dzienne. Naprawdę myślisz, że proces Weinsteina jest jedynie czubkiem góry lodowej?
Szczerze?
Koniecznie.
Tak. Wciąż działa wiele osób, które myślą, że mogą robić różne straszne rzeczy bezkarnie. Problemem jest też to, że otoczenie doskonale wie, co się dzieje, ale nic z tym nie robi, bo tkwi w pewnym układzie. Powiem coś kontrowersyjnego i rzadko omawianego w mediach, ale żona Weinsteina musiała wiedzieć o tym, co on robił. Pamiętam spotkanie z Harveyem, chyba w 2005 albo 2006 roku. Mówił mi wtedy o kobiecie, z którą później się ożenił. Opowiadał, że bardzo chce zostać aktorką, ale z jakichś powodów nie może. Mówił też, że nie może jej po prostu załatwić kariery aktorskiej, bo byłoby to zbyt oczywiste. Dlatego stworzył dla niej firmę odzieżową.
Czy spotkałaś na swojej drodze jeszcze innych ludzi pokroju Weinsteina?
Wiesz, ja się poznałam z Jeffreyem ( Epsteinem: przyp. red).
Jak do tego doszło?
Poznałam go przez scouta modelingowego, który zajmował się wyszukiwaniem modelek. Sam fakt, że jestem w aktach Epsteina, jest dla mnie czymś dziwnym. Nigdy nie przypuszczałam, że mogłabym się tam znaleźć. A jednak tam jestem. I według tego, co jest tam napisane, Epstein się z kimś spotkał, kto powiedział mu, że jestem niebezpieczna. Ani ja ani moi prawnicy nie mamy pewności, kto to powiedział, ale przypuszczamy, że to był Harvey Weinstein.
W jakim celu miałaś się spotkać z Epsteinem?
W sprawie produkcji filmowej.
I jak wspominasz to spotkanie?
Był niesamowicie charyzmatycznym, ale też niesamowicie aroganckim człowiekiem. Miał w sobie coś bardzo silnego, bardzo dominującego. Natomiast jego dom… ja nigdy wcześniej w życiu czegoś takiego nie widziałam. To było właściwie gimnazjum przerobione na dom, cały budynek, cały blok ulicy w Nowym Jorku. Na Upper East Side takie nieruchomości są warte miliony dolarów. Był tam kucharz, który zapytał mnie, co chciałabym zjeść. Mogłam wymienić cokolwiek, jakiekolwiek danie, a on by to dla mnie przygotował.
I co wzięłaś?
Sok.
Dla mnie najważniejsze jest teraz oderwanie się od tego, kim ja jestem w tej historii, i skupienie się na tym, żeby być głosem dla innych osób.
Gdy skończyłaś pracę w modelingu, zostałaś psycholożką. Zastanawiałam się, czy to że wybrałaś taką ścieżkę, ma może związek z tym, że przez lata borykałaś się z traumą, z którą nie potrafiłaś sobie poradzić?
Myślę, że tak mogło być, ale nigdy nie przyznałam się do tego sama przed sobą. Poza tym, tak jak już ci powiedziałam, przez całe życie miałam napiętą relację z mamą. Czułam, że nigdy nie daję jej tego, czego ode mnie oczekiwała. Po tym, jak Harvey zgwałcił mnie, kiedy miałam 19 lat, pomyślałam, że może rzeczywiście aktorstwo nie jest dla mnie, że może moja mama miała rację. Ona zawsze mi powtarzała: “Nie będziesz aktorką. Nie możesz być aktorką. To w ogóle nie jest dla ciebie”.
Dlaczego uważała, że nie możesz być aktorką?
Powtarzała mi, że się nie nadaje i że jestem za bardzo leniwa. Ciągle to słyszałam.
Czy patrząc na branżę filmową masz wrażenie, że dzięki akcji #Metoo i mówieniu na głos o tym, co zrobili Weinstein czy Epstein, można wprowadzić jakieś zmiany, aby zminimalizować ryzyko nadużyć seksualnych?
Tak, jak najbardziej. Jakiś czas temu koordynatorzy scen intymnych stali się ważną częścią pracy na planach filmowych. Myślę, że podobnego rodzaju wsparcie powinno istnieć również w modelingu. Kiedy byłam jeszcze w Polsce, próbowałam rozmawiać z agencjami, takimi jak Model Plus czy D’Vision o tym, żeby zatrudniały terapeutów albo psychologów do pracy z młodymi osobami. Chodziło o to, żeby dziewczyny miały kogoś, z kim mogą bezpiecznie porozmawiać, kto pomoże im przejść przez trudne sytuacje i lepiej rozumieć granice tego świata. Uważam, że to byłby bardzo ważny pierwszy krok. Wtedy ani Darek Kumosa, ani Lucyna Szymańska nie byli zainteresowani poruszaniem tego tematu.

Kaja Funez-Sokoła /fot. archiwum prywatne
Być może teraz będzie inaczej, bo coraz wyraźniej widać, że tego rodzaju wsparcie jest potrzebne. Osoby, które wchodzą do świata modelingu w wieku 15, 16 czy 17 lat, nie są jeszcze w stanie w pełni same się chronić ani brać odpowiedzialności za wszystkie sytuacje, w które są wprowadzane. Dlatego agencja powinna mieć osobę, do której młode modelki i modele mogą się zwrócić. Nie chcę mówić, jak to wygląda teraz, bo tego nie wiem. Domyślam się jednak, że nie różni się to aż tak bardzo od tego, co działo się kilkanaście lat temu. Dziewczyny były wtedy wysyłane za granicę w wieku 15 lat, bez żadnego realnego wsparcia. Mówiono im, że ktoś będzie się nimi opiekował, że ktoś będzie o nie dbał, ale często była to kompletna ściema. Tak jak dziś mamy koordynatorów scen intymnych na planach filmowych, tak samo powinniśmy mieć psychologów albo terapeutów w agencjach modelingowych. Czy rzeczywiście to się wydarzy? Nie wiem, ale bardzo bym chciała.
Kaju, bardzo mocno trzymam za ciebie kciuki. Mam wrażenie, że zaczynasz teraz bardzo ciekawy etap w życiu, zarówno zawodowo, ale też osobiście. Piszesz książkę, założyłaś firmę producencką Falcon 88. Niedawno skończyłaś też 40 lat i mam poczucie, że to jest szczególny moment, bo człowiek zaczyna wyraźniej widzieć, czego chce. Czy ty też tak to czujesz?
Carl Gustav Jung dużo pisał o tym, jak zmienia się nasze życie przed czterdziestką i po czterdziestce. Przez pierwsze dziesięć lat właściwie niewiele jeszcze rozumiemy. Między dziesiątym a dwudziestym rokiem życia dopiero zaczynamy orientować się, co dzieje się wokół nas. Między dwudziestką a trzydziestką trochę wariujemy i gonimy za światem, którego często nawet nie wiemy, czy naprawdę chcemy. Dopiero po czterdziestce zaczynamy uczciwie widzieć, dokąd chcemy iść. I myślę, że rzeczywiście coś w tym jest.