Go to content

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz: „Nie chcę być słynna. Chciałam tylko być pierwsza”

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz - Hello Zdrowie

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz /fot. Archiwum Państwowe w Gdańsku, Archiwum Dokumentów Elektronicznych, public domain

Nie lubiła wielkich słów ani opowieści o bohaterstwie. Powtarzała, że na morzu nie wygrywa się z żywiołem, ale uczy się z nim współistnieć. Właśnie z takim nastawieniem Krystyna Chojnowska-Liskiewicz wyruszyła w podróż dookoła świata, która przyniosła jej miejsce w historii światowego żeglarstwa. „Sama na morzu czułam się zupełnie wolna. Nikt mi niczego nie mógł kazać” – mówiła po latach.

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 11 min

Urodziła się 15 lipca 1936 roku w Warszawie, ale zaraz po wojnie jej rodzice, którzy stracili dach nad głową, zdecydowali się przeprowadzić do Ostródy. To właśnie tam, wśród mazurskich jezior, dla Krystyny zaczęła się przygoda z wodą. Po maturze wyjechała do Gdańska, by studiować na Wydziale Budownictwa Okrętowego Politechniki Gdańskiej. Choć był to wówczas kierunek uważany za „męski” w projektowaniu okrętów odnalazła pasję i spełnienie.

„W Polsce po prostu nie było takich tradycji, ale ja byłam dobra z matematyki, bardzo dobra z fizyki, a przede wszystkim czułam, że podobają mi się statki. Chociaż ‘na żywo’ widziałam je wcześniej tylko dwukrotnie, z czego raz był to zwykły rybacki kuter” – żartowała w wywiadach.

Morski sposób na życie

Podczas studiów poznała przyszłego męża, Wacława Liskiewicza. Oboje zostali inżynierami projektującymi statki i podjęli pracę w biurze projektowym, ale ich wspólną pasją było żeglowanie. Regularnie organizowali rejsy na własnym jachcie „Mechatek”, uczestniczyli w regatach i wyprawach morskich.

Krystyna od podszewki znała budowę jachtów i doskonale radziła sobie z ich obsługą, potrafiła też samodzielnie je naprawiać. Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polski Związek Żeglarski rozpoczął przygotowania do samotnego rejsu kobiety dookoła świata, od samego początku była faworytką. Była rozpoznawalna, miała doświadczenie, ale i „asa w rękawie” – jacht na wyprawę zaprojektował, a później nadzorował budowę jej mąż.

Nowa jednostka otrzymała nazwę „Mazurek”, nawiązującą zarówno do polskiego tańca narodowego, jak i rodzinnych Mazur, z którymi Chojnowska-Liskiewicz była związana od dzieciństwa. Wyboru nazwy dokonano w ogólnopolskim konkursie.

Jacht nie był duży, miał niespełna dziesięć metrów długości, ale zaprojektowano go tak, by mogła go prowadzić jedna osoba. Każdy element wyposażenia podporządkowano bezpieczeństwu samotnej żeglarki. Krystyna bardzo aktywnie uczestniczyła w przygotowaniach, potrafiła ocenić rozwiązania konstrukcyjne, zgłaszała uwagi i doskonale wiedziała, czego będzie potrzebowała pośrodku oceanu.

Rolki



Ocean nie wybacza

Kiedy jacht był gotowy, symbolicznie zwodowano go w Gdańsku w grudniu 1975 roku, by uświetnić ogłoszony przez ONZ Rok Kobiet. W prawdziwą podróż wyruszył 10 marca 1976 roku z Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Początek był jednak pechowy. Już po kilku dniach doszło do awarii systemu sterowania i żeglarka musiała zawrócić do portu. Po dwóch tygodniach jacht wystartował ponownie.

Samotny rejs był dla czterdziestoletniej wówczas żeglarki ogromnym wyzwaniem. Jak wspominała, każdego dnia podporządkowywała swoje życie rytmowi wacht, obserwacji pogody i nieustannej kontroli jachtu.

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz na Mazurku - Hello Zdrowie

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz na Mazurku /fot. polska prasa ok. 1976 roku, redrukowane w Samotnych oceanach Pauliny Reiter

„W ciągu dnia określa się pozycję, trzeba zrobić astronawigację, wtedy nie było GPS-ów, nanosi się pozycję na mapy, ładuje akumulator, trzeba coś zjeść, sprawdzić stan techniczny jednostki. Jeśli to możliwe, należy robić to codziennie” – mówiła w jednym z wywiadów pod koniec życia.

Podróż podporządkowana była pogodzie. Bywały dni, kiedy każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku. Kiedy silnie wiało, sen ograniczał się do krótkich drzemek, jedzenie przygotowywało się w kołyszącej kabinie, a większość czynności trzeba było wykonywać jedną ręką, drugą przytrzymując się wyposażenia.

„Teraz są bardzo szczegółowe informacje pogodowe, ja tego nie miałam. Ale miałam książki i z nich wiedziałam, jakie są symptomy nadchodzącego huraganu. Wtedy używało się własnych obserwacji” – mówiła.

Od portu do portu

Choć rejs był samotny, nie oznaczało to całkowitej izolacji, bo w portach na trasie, w Cristóbal przy Kanale Panamskim, na Thaiti czy w Australii czekali kibicujący jej polscy emigranci. W Sydney na pokład weszli polscy olimpijczycy, którzy przyjechali tam na igrzyska Wspólnoty. Wśród nich byli Irena Szewińska i Bronisław Malinowski. Szewińska, jak z uśmiechem zanotowała żeglarka, była tak wysoka, że z trudem mieściła się pod pokładem niewielkiego „Mazurka”.

Dwukrotnie podczas wyprawy spotkała się ze swoim mężem, który odwiedził ją podczas postoju w Australii i w Kapsztadzie. Na oceanie od czasu do czasu udawało się im porozmawiać przez Gdynia Radio na publicznym łączu.

„Gdy nie było łączności, mogłam sobie pogadać z pluszowym misiem, którego miałam na pokładzie, chociaż on miał to w nosie, był zafoliowany w worku, żeby nie namókł, i sobie tylko jechał. Nic nie chciał robić” – wspominała po latach.

Podczas rejsu nie obyło się bez przygód zdrowotnych. U wybrzeży Australii z powodu ataku kamicy nerkowej trafiła do szpitala, ale wypisała się na własną prośbę. Trudnymi momentami były awarie zaworu w toalecie i kuchenki, przez którą przez długi czas była skazana na suchy prowiant.

„Ani przez chwilę nie czułam się zniechęcona. Może dlatego, że w swoim towarzystwie nigdy się nie nudzę. Poza tym przecież sama tego chciałam, to nie była kara. Ale fakt, że zmęczenie było olbrzymie i momentami trudno było sobie z nim radzić” – mówiła po latach.

Sukces i sława

20 marca 1978 roku, po niemal dwóch latach żeglugi i przepłynięciu blisko 29 tysięcy mil morskich, „Mazurek” zamknął pętlę wokół globu w pobliżu Wysp Zielonego Przylądka. Na ostatniej prostej Chojnowska-Liskiewicz zdecydowała się płynąć 75 dni bez postoju, by zwiększyć dystans do dwóch innych żeglarek, Francuzki i Nowozelandki, które wyruszyły w podobną trasę niedługo po niej.

Rekord i tytuł pierwszej kobiety w historii, która samotnie opłynęła ziemię został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa.

„Podjęłam się tego bez większych obaw. Może to i niezbyt rozsądne, ale po prostu nie boję się nieznanego. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co może mnie spotkać podczas tego rejsu, więc byłam spokojna. Przede wszystkim jednak – dobrze przygotowana. Przez całe życie uczyłam się samodzielności, nigdy nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby być słaba” – wspominała w wywiadach.

Po powrocie, choć mogła korzystać z popularności, wybrała inną drogę. Wróciła do pracy, nadal projektowała statki i jachty, pływała, szkoliła młodych żeglarzy. Rejs był dla niej ważnym wydarzeniem, ale nie stał się jedynym punktem odniesienia całego życia. Nie kryła tego w wywiadach.

„Boję się, że będzie pani zawiedziona” – mówiła do jednej z dziennikarek. „Wielu pani kolegów było mną bardzo rozczarowanych. Spodziewali się jakiejś bardziej romantycznej opowieści. O walce z żywiołem. A jeśli ktoś chce walczyć z oceanem, jego sprawa, niech walczy, dla mnie to głupie. To jest żywioł straszliwie obojętny i ma nas w nosie. Nie jest ani wrogi, ani przyjazny. Jest mu wszystko jedno, czy ktoś się utopi, czy nie” – mówiła.

Walka o kobiety na pokładzie

Choć Chojnowska-Liskiewicz nie nazywała siebie feministką, konsekwentnie walczyła o równe traktowanie kobiet w żeglarstwie. Wiedziała, ile utalentowanych żeglarek nigdy nie dostało szansy na samodzielność, ponieważ kapitanowie nie wyobrażali sobie powierzenia im steru, nawigacji czy funkcji oficera wachtowego.

„Ze złośliwą radością myślałam o wielu kapitanach, którzy kobiety w załogach mieszanych obowiązkowo zapędzają do garnków. Często tracą dobrych sterników, nawigatorów, mechaników, żaglomistrzów, oficerów, a zyskują szanse na niestrawność. A znam kilku doskonałych kucharzy-żeglarzy…” – pisała w książce pt. „Pierwsza dookoła świata”, która sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy.

Do końca życia nie przestała żeglować. Razem z mężem pozostali wierni tej pasji do późnej starości, choć z czasem zrezygnowali z ekstremalnych wyzwań. Na emeryturze zasiadała w jury nagród Rejs Roku oraz Kolosów, działała w Komisji Żeglarstwa Morskiego Polskiego Związku Żeglarskiego, uczestniczyła w spotkaniach z młodzieżą i popularyzowała żeglarstwo.

Za swoje osiągnięcia otrzymała wiele odznaczeń i wyróżnień. Z czasem jej sukces przybladł. Po upadku PRL-u, wyczyny przypieczętowane przez partyjnych sekretarzy (w gdańskim porcie na „Mazurka” czekał Edward Gierek, w nagrodę dostała samochód), były lekceważone.

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz na jachcie „Mazurek” - Hello Zdrowie

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz na jachcie „Mazurek” fot. Wojciech Samoliński/arch. Pomorskiego Związku Żeglarskiego

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz zmarła 12 czerwca 2021 roku w wieku 84 lat. Żegnając ją, prezes Polskiego Związku Żeglarskiego Tomasz Chamera powiedział słowa, które najlepiej podsumowują jej miejsce w historii:

„Kapitan Krystyna Chojnowska-Liskiewicz dokonała wyczynu spektakularnego, który okazał się bodźcem nie tylko do rozwoju, ale też do popularyzacji żeglarstwa. Kluby żeglarskie w całej Polsce przeżywały prawdziwe oblężenie, każdy chciał być jak Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. (…) Człowiek żyje dopóty, dopóki trwa pamięć o nim – w pamięci żeglarzy kapitan Krystyna Chojnowska-Liskiewicz będzie żyć wiecznie.”

Powiązane tematy: