Michalina Isaakowa z domu Hochbaum urodziła się w 1880 roku. Jej ojciec, zasymilowany Żyd i uczestnik powstania styczniowego, zarządzał majątkami ziemskimi w Świętokrzyskiem. O dzieciństwie przyszłej podróżniczki wiadomo niewiele, ale można przypuszczać, że odebrała staranne wykształcenie. Znała języki francuski i rosyjski, swobodnie posługiwała się terminologią łacińską, interesowała się przyrodoznawstwem i literaturą.
W cieniu pasji swojego męża
Przez wiele lat nic nie zapowiadało jednak, że zostanie jedną z najbardziej niezwykłych polskich podróżniczek okresu międzywojennego. Przełomem okazało się małżeństwo z Juliuszem Isaakiem, entomologiem amatorem, którego kolekcja owadów należała do największych prywatnych zbiorów w Polsce. Isaak, z zawodu rytownik w zawierciańskiej fabryce, przez ponad trzydzieści lat gromadził motyle i chrząszcze z całego świata. Jako entomolog-amator zdobył uznanie środowiska naukowego. W jego domu spotykali się badacze, przyrodnicy i pasjonaci nauki. Z czasem entomologia stała się również pasją Michaliny. Wspólnie opracowywali zbiory, prowadzili obserwacje i utrzymywali kontakty z entomologami z różnych krajów.

Niestety nie udało im się zrealizować największego marzenia, czyli wyprawy do tropików. Najpierw przeszkadzał brak pieniędzy, później choroba Juliusza. Gdy zmarł w 1923 roku, Michalina została sama. Miała wtedy ponad czterdzieści lat. Mogła oczywiście zamknąć rozdział związany z kolekcją owadów i wrócić do spokojnego życia. Zdecydowała jednak inaczej.
Samotna kobieta w tropikach
Trzy lata później rozpoczęła przygotowania do wyprawy, na jaką nie zdecydowała się żadna Polka. Chciała dotrzeć do Brazylii, by samodzielnie pozyskiwać okazy motyli i innych owadów. W tym celu uczyła się jazdy konnej oraz języka portugalskiego, a także kompletowała sprzęt. Nie traktowała wyjazdu jako egzotycznej przygody. Miała jasno określony cel naukowy.
„Dnia 1 września 1926 r. opuściłam miasto rodzinne, uwożąc z sobą resztę mienia, tj. dwa kufry, w których oprócz najniezbędniejszych rzeczy w podróży, obliczonych na gorący klimat, znajdowały się moje utensylia entomologiczne: pudła na owady, siatki, słoiki z eterem, szpilki itp.” – zanotowała w swoim dzienniku.
Miała wówczas czterdzieści sześć lat. Na współczesnym czytelniku ta liczba może nie robić wrażenia, ale w drugiej połowie lat dwudziestych XX wieku była czymś niewiarygodnym. Sensacją były też jej plany: samotna kobieta z Polski postanowiła przepłynąć Atlantyk i przez dwa lata mieszkać w tropikalnej puszczy. Nawet Arkady Fiedler, który sam nie należał do ludzi lękliwych, patrzył na jej wyczyn z podziwem.

Michalina Isaakowa /fot. NAC
„Samiuteńka przyjechała z Polski, przez dwa lata żyła w Paranie i tuż przed moim przyjazdem do Ameryki wróciła do kraju. Niewiasta uzbrojona w niebywałą odwagę, szła sama między obcych ludzi, przebywała wśród Indian i dzikich kabokli, wdzierała się w mroczną puszczę, tam gdzie nawet uzbrojony mężczyzna szedł niechętnie” – napisał we wstępie do „Polki w puszczach Parany”, dziennika z podróży Michaliny Isaakowej wydanego po jej powrocie do Polski.
Przebieg wyprawy został dokładnie opisany. Po przypłynięciu do Rio de Janeiro Isaakowa ruszyła do stanu Parana, regionu szczególnie bliskiego Polakom. Już od XIX wieku osiedlały się tam tysiące emigrantów z ziem polskich. Michalina odwiedzała rozsiane po lesie kolonie, rozmawiała z mieszkańcami, obserwowała ich codzienne życie i zapisywała wszystko w notatnikach.
„Polak w górach Parany to wychodźca z drugiej półkuli świata, to wygnaniec srogiego losu – niewolnik” – pisała we wspomnieniach.
Rolki
Motyli raj w Paranie
Najważniejsze pozostawały jednak motyle. Tropikalna puszcza okazała się dla niej prawdziwym rajem. Długie godziny spędzała z siatką w ręku, przedzierając się przez zarośla, obserwując owady i próbując zdobyć najrzadsze okazy. Nie odstraszały jej ani grzechotniki i kolczaste rośliny, ani gwałtowne burze.
„Przemokłam do suchej nitki. Pchana nieznaną siłą ruszyłam naprzód przez zalaną ścieżkę, poślizgując się co chwila, biegłam, nie widząc przystani ani oparcia, a za mną tuż nowy piorun i taki łomot gałęzi, jakby naraz przewróciło się kilka drzew. A kiedy się obejrzałam przerażona, ujrzałam olbrzymi pinior wyrywany z korzeniami, niby kolosalny słup telegraficzny uwieńczony rozłożystą kolczastą koroną” – cytuje podróżniczkę w poświęconym jej rozdziałowi książki „Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata” Ula Ryciak.
Bardzo szybko nauczyła się jeździć konno, wiosłować, a nawet posługiwać się bronią. Miejscowi zaczęli traktować ją z mieszaniną zdumienia i szacunku. Wśród polskich osadników szybko stała się postacią znaną i szanowaną. Według relacji pisarza Mieczysława Lepeckiego, który eksplorował Paranę prawie dekadę później, wieści o „uczonej łowczyni motyli” rozchodziły się po puszczy niczym legenda. Kobiety i dziewczęta miały widzieć w niej kogoś niemal nie z tego świata, osobę, która przybyła z odległej Europy po to, by kolekcjonować stworzenia, na które nikt wcześniej nie zwracał uwagi:
„Napawała [kolonistów] jakimś dziwnym rozrzewnieniem. Przyjechała oto z daleka, aby zajmować się czymś tak niepojętym jak kolekcjonowanie stworzeń, które ledwo że w swoich osadach zauważali. Byli dla niej we wzruszający sposób dobrzy. Kobiety i dziewczęta zagubione w sprawach dnia codziennego widziały w niej jakby gwiazdę, jakby zjawisko nie z tego świata. Ileż ona musiała obudzić tęsknot, ledwie przeczuwanych myśli i nadziei” – pisał Lepecki w wydanej w 1962 roku książce „Parana i Polacy”.
Naukowa dokładność z reporterską obserwacją
Podróż nie była jednak romantyczną przygodą. Isaakowa wielokrotnie znajdowała się w niebezpieczeństwie. Padła ofiarą napadu rabunkowego, zmagała się z chorobami i trudami klimatu. Paradoksalnie często lepiej radziła sobie z naturą niż z ludźmi.
Po niemal dwóch latach wróciła do Polski. Przywiozła około piętnastu tysięcy owadów, żywą papugę i ogromny materiał badawczy. Jej kolekcja wzbudziła zainteresowanie środowiska naukowego i publiczności. Organizowała wystawy, wygłaszała odczyty, publikowała artykuły. Szybko stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych podróżniczek II Rzeczypospolitej.
To właśnie wtedy powstała książka „Polka w puszczach Parany”, wydana w 1937 roku. Dziś czyta się ją nie tylko jako opowieść podróżniczą, ale jak dokument epoki, zapis kobiecej emancypacji i fascynacji światem przyrody. Autorka potrafiła łączyć naukową dokładność z reporterską obserwacją. Obok nazw łacińskich i opisów owadów pojawiają się w niej sceny z życia kolonistów, refleksje o kulturze i liczne osobiste komentarze.
Bilet w jedną stronę
Sukces nie zaspokoił jednak jej ambicji. Wkrótce zaczęła przygotowywać kolejną wyprawę. Tym razem zamierzała dotrzeć do Peru i jeszcze głębiej w dorzecze Amazonki. Wyruszyła pod koniec 1936 roku razem ze znajomą fotografką. Planowała zebrać nowe okazy, opisać kolejne regiony Ameryki Południowej i napisać następną książkę. Wszystko wskazuje na to, że miała być jeszcze bardziej ambitna od pierwszej.
Kilka miesięcy później ślad po niej zaginął. Przez długi czas sądzono, że zmarła na febrę w peruwiańskiej puszczy. Taką wersję podawała prasa. Dopiero kilka lat później w ambasadzie polskiej w Rio de Janeiro ustalono, że Michalina Isaakowa utonęła podczas przeprawy indiańskim czółnem przez rzekę Ukajali, jeden z głównych dopływów Amazonki. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Nie odnaleziono również zbiorów zgromadzonych podczas tej wyprawy ani materiałów do planowanej książki.
Większość kolekcji jej męża niedługo po jego śmierci zakupiło warszawskie Muzeum Pedagogiczne. Reszta zbiorów, wzbogacona przez nią podczas wyprawy do Parany, przetrwała II wojnę światową. W 1952 roku zakupiło ją Muzeum Narodowe w Kielcach, a część gablot z owadami egzotycznymi w latach 60. przejęło Muzeum i Instytut Zoologii Polskiej Akademii Nauk. Obecnie znajduje się w Archiwum Nauki PAN i PAU w Krakowie.