Go to content

Halina Korolec-Bujakowska: „Palę cygara, pluję, jadę wciąż przed siebie, dokąd droga i oczy poniosą”

Halina Korolec-Bujakowska - Hello Zdrowie

Halina Korolec-Bujakowska / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

Jej trwająca dwa lata podróż do Chin, na dodatek w koszu obok motocykla, wzbudzała ogromną ciekawość mediów i widzów. „Stajemy do walki – z czasem, przestrzenią, drogami i ludźmi” – mówiła na chwilę przed wyprawą Halina Korolec-Bujakowska, pierwsza bohaterka naszego wakacyjnego cyklu Hello Podróżniczki, przybliżającego fantastyczne historie kobiet, które zdobywały świat w czasach, które nie były dla nich ani przyjazne, ani otwarte.

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 13 min

Halina Korolec-Bujakowska urodziła się w 1907 roku w Wilnie, dorastała w Druskiennikach, modnym wówczas uzdrowisku nad Niemnem. Jej ojciec był tam prezesem ubezpieczalni i społecznikiem, mama prowadziła pensjonat, w którym bywał na wakacjach Julian Tuwim. Jak wiele panienek z zamożnych rodzin ukończyła renomowane gimnazjum, a później wyjechała kontynuować naukę do francuskiego Grenoble.

Wydawało się, że jej życie potoczy się utartymi szlakami. Tak się jednak nie stało. Tuż przed trzydziestką postanowiła wraz z mężem, Stanisławem Bujakowskim – synem druskiennickiego lekarza – wyruszyć motocyklem do Chin. Pomysł był wyjątkowo wówczas abstrakcyjny, bo same motocykle, choć już wówczas rozpowszechnione, poza Europą wzbudzały ogromną ciekawość, a na dodatek jeszcze kobieta jadąca w koszu obok maszyny, ubrana w męski strój, była sensacją.

Młodzi małżonkowie już na długo przed ślubem snuli plany poznawania świata. Z ówczesnej perspektywy Chiny leżały na końcu świata, a wyprawa wymagała pokonania wielu przeciwności: „Naprawdę nie chce mi się wierzyć. Tyle długich miesięcy łażenia po urzędach, starania się o paszport, który naprawdę sterczy dumnie w torbie podróżnej. No i z wybitnie małą ilością pieniędzy, bo poniżej 100 funtów angielskich, ile poniżej nie powiem, bo i tak nie uwierzycie. Stajemy do walki – z czasem, przestrzenią, drogami i ludźmi” – pisała w pamiętniku z podróży.

Halina Korolec-Bujakowska - Hello Zdrowie

Halina Korolec-Bujakowska / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

Bujakowscy nie chcieli pobijać rekordów, choć przed nimi nikt wcześniej nie zdobył się na taki wyczyn, przynajmniej w Polsce. Ona miała pisać relacje do gazet, on fotografować to, co mijają.

„Motocykl. 10 koni. 1000 cm3. Kolor zielony. Wózek tegoż koloru. Namiot w plecaku. Cztery koce. Dwie poduszeczki. Dwa płaszcze od deszczu. Walizka. W niej dwie suknie, straszna prawda, dwa sportowe ubrania, po dwa swetry, trochę bielizny, zmiana butów. (…) Maszyna do pisania. Dwa aparaty fotograficzne. Zapas niezbędnych części zamiennych (…) Ja i mój chłopiec ubrani w białe combinaison z żaglowego płótna i takież hełmy. Był to cały bagaż, załoga i ekwipunek do wyprawy transazjatyckiej zamierzonej na wielką skalę, na miarę Don Kichota i co szlachetniejszych zdobywców nieznanych lądów” – zapisała Halina.

Z Druskiennik wyruszyli w drogę w sierpniu 1934 roku z planem dotarcia na miejsce w ciągu kilku miesięcy. Szybko jednak okazało się, że pierwotny plan był zbyt idealistyczny, a na ich trasie co i rusz wyrastały problemy nie do przejścia: błahe i poważne awarie motocykla, konfiskata broni, problemy z dokumentami, wreszcie finanse, które zmuszały do przymusowych, długich postojów. „Całą podróż odbyliśmy na własny koszt, za pieniądze ciężko zarobione w prasie i z trudem zdobyte, bo w owe czasy trzeba było deptać po redakcjach uporczywie, by dostać sobie należną zapłatę. Byliśmy tak daleko, że nikt nie mógł dopilnować terminów, toteż pieniądze przychodziły z fantazją prasową i nieraz głodowaliśmy w oczekiwaniu” – podsumowała trudy podróży.

Trasa prowadziła przez Berlin, gdzie do władzy doszli właśnie zwolennicy Hitlera. „Poczwórny szereg maszyn pędzi z szybkością 70 kilometrów na godzinę, nie dając żadnych sygnałów przy mijaniu, pod kołami wyślizgany asfalt, policjanta nie widać, ruch reguluje sygnalizator świetlny, mrugają robaczki świętojańskie znaków, sygnałów, objazdów, migotliwe, zdradliwe. Są ludzie, których raduje widok zachodniej cywilizacji. Motoryzacja, urbanizacja, militaryzacja, nacjonalizacja… dla mnie profanacja przede wszystkim, profanacja tego, co było przecie ongiś dzikie, piękne w swej naturalnej prostocie” – opisywała podróżniczka.

Następnie podróżowali przez Czechy, Austrię, Jugosławię, Bułgarię do Turcji.

„Co tam się działo! Wypruli wszystko z tobołków, przewrócili do góry nogami zawartość walizki, a gdy przyszło do rewizji przyborów kuchennych, przestałam się złościć, a zaczęłam się śmiać. Długo, podejrzliwie, uporczywie obwąchiwali konfitury z agrestu, ostrożnie, żeby coś nie wyskoczyło, nie ugryzło, nie wybuchło, otwierali puszki z odczynnikami fotograficznymi. Wytłumaczyć im nie sposób, języka nie znamy, gesty na nic się zdadzą, bo Turcy kiwają głowami inaczej niż reszta świata” – pisała.

Rolki



Nie pobiliśmy żadnego rekordu, ani właściwie niczego nadzwyczajnego nie dokonaliśmy, ale przeżyliśmy przygodę dwojga narwańców i awanturników

Małżonkowie byli zgranym zespołem reporterskim. Ich korespondencje publikowały między innymi „Świat”, „Kurier Warszawski” i „Express Poranny”. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem, bo wyprawy do Azji należały wówczas do wyjątkowo egzotycznych.

Największą wartością relacji z podróży nie były opisy krajobrazów, ale sposób, w jaki Halina patrzyła na ludzi. Opisywała ich codzienność, stroje, zwyczaje, rozmowy. Pisała, jak żyją, czego się obawiają i czym zajmują się w swoich społecznościach. Potrafiła z równym zainteresowaniem przyglądać się pustynnemu krajobrazowi, co kolorowym skarpetkom arabskich elegantów czy zachowaniu pograniczników podczas kontroli paszportowej.

„Jak noszą się Arabowie, każdy wie. O ile Turek europeizuje się od nakrycia głowy, u Arabów cywilizacja poszła w nogi. Buty, buty… co za buty, jaskrawożółte półbuciki, zabójcze lakierki, a do tego niebywałe skarpetki ażurowe, cieliste, różowe, zielone. Połączenie nóg tak obutych z zawojem i burnusem wygląda kapitalnie. Arabowie mają jeszcze jedną słabość: uwielbiają wodę kolońską” – pisała o Irakijczykach.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ

  • Halina Korolec-Bujakowska / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

    Halina Korolec-Bujakowska / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

  • Halina Korolec-Bujakowska - Hello Zdrowie

    Halina Korolec-Bujakowska z mężem / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

  • Halina Korolec-Bujakowska - Hello Zdrowie

    Halina Korolec-Bujakowska z mężem / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

  • Halina Korolec-Bujakowska - Hello Zdrowie

    Halina Korolec-Bujakowska / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

  • Halina Korolec-Bujakowska - Hello Zdrowie

    Halina Korolec-Bujakowska z mężem / Fot. z archiwum Łukasza Wierzbickiego

Szczególne miejsce w jej notatkach zajmowały kobiety. W krajach, przez które podróżowała, uważnie obserwowała ich pozycję społeczną, sposób życia i zakres wolności. W Birmie zachwyciła ją sytuacja miejscowych kobiet, zdecydowanie odmienna od tej, którą znała z innych części Azji. Pisała: Kobieta Birmanji jest fenomenem Azji. (…) W najbliższym sąsiedztwie Indji, gdzie kobieta jest niczem, niewolnicą, wyrosła ta ultra-współczesna, postępowa kobieta, umiejąca z wrodzonym wdziękiem pogodzić pracę z pełną czaru kobiecością i troską o dom – pisała.

Najtrudniejszym etapem podróży okazała się Birma. Tam zepsuł się motocykl, a na nowe części trzeba było czekać miesiącami. Bujakowscy zamieszkali w dżungli, poznawali życie miejscowego plemienia Ików i przygarnęli małą niedźwiedzicę, która na pewien czas stała się członkiem ich nietypowej rodziny. To właśnie podczas tego przymusowego postoju powstały jedne z najciekawszych obserwacji etnograficznych pozostawionych przez Halinę.

„Nie chcę o Indiach pisać źle, ale trudno mi pisać dobrze. Spotkaliśmy w tym kraju większym od Europy jednego tylko prawdziwego przyjaciela, w pełnym tego słowa znaczeniu. A inni? Wrodzy, chciwi, nieufni, arogancko ciekawi, co najwyżej zdawkowo uprzejmi” – opisywała Hindusów. Ich przyjazd stał się lokalnym wydarzeniem.

Po prawie dwóch latach podróży i pokonaniu ponad 24 tysięcy kilometrów Bujakowscy dotarli do Szanghaju. Ostatni etap pokonali już pociągiem, bo ich sfatygowany motocykl zepsuł się tak, że nie dało się go już naprawić.

„Motocykl umarł. Jego trup stoi na poddaszu poselstwa i rdzewieje (…) Jego los jest dużo gorszy od mego – włożył całe swe życie w jeden wielki wyczyn sportowy i nic go dalej nie czeka. Kurz, rdza, zapomnienie” – przeczytamy w pamiętniku.

Całą wyprawę Halina podsumowała słowami, które najlepiej oddają jej charakter: „I chociaż nie odkryliśmy Ameryki, ani nawet małego skrawka ziemi, bo wszędzie już ktoś był przed nami wozem, wołem, wielbłądem, osłem, pieszo, konno… to jednak żaden motocykl, ani nawet samochód nie przetoczył się wcześniej naszą trasą w całej jej rozciągłości. Nie pobiliśmy żadnego rekordu, ani właściwie niczego nadzwyczajnego nie dokonaliśmy, ale przeżyliśmy przygodę dwojga narwańców i awanturników” – podsumowała.

Po zakończeniu podróży ich losy potoczyły się równie niezwykle jak sama wyprawa. Halina, już w ciąży, wróciła do Polski koleją transsyberyjską przez Moskwę. Jej mąż pozostał w Chinach jako korespondent wojenny. Wyruszył do Polski na krótko przed wybuchem II wojny światowej, by przywitać na świecie syna Stanisława Jaremę, ale nie udało mu się już dotrzeć do domu. Rozłąka trwała osiem lat. Halina spędziła te lata z synem w Druskiennikach, Stanisław po latach służby w lotnictwie alianckim w Afryce, trafił z powrotem do Indii, gdzie założył firmę lotniczą.

Halina wraz z ocalałą rodziną, jak wielu repatriantów ze Wschodu, wyruszyła do Gdańska. „Pamiętam ciotkę, jak całymi dniami, z nieodłącznym papierosem, stukając na maszynie do pisania, porządkowała swoje motocyklowe dzienniki” – opowiadał po latach jej siostrzeniec, Hubert Twardowski, który wiele dekad później ostatecznie doprowadził do wydania tych notatek. Jak wspominał, Bujakowscy odnaleźli się dwa lata po wojnie dzięki przypadkowo spotkanemu oficerowi, który znał losy Stanisława.

W 1947 roku przez Londyn Halina dotarła do Kalkuty, opowiadano, że chodziła tam boso i żyła jak Hinduska. Przez długie lata wspierała rodzinę w Polsce, przysyłając do Gdańska duże ilości herbaty Lipton, które sprzedawano na czarnym rynku, by reperować domowy budżet.

Syn Bujakowskich, Jarema, kilkanaście lat później reprezentował Indie na zimowych igrzyskach olimpijskich w Squaw Valley w USA, gdzie zajął 26. miejsce w biegu zjazdowym. W 1962 roku startował w zimowych igrzyskach w Chamonix. Pytany o narodowość, powiedział, że jest Hindusem. W latach 70. Halina wraz z synem wyjechała do USA i tam zmarła. Jej mąż pozostał w Indiach do końca życia.

Walizka z notatkami i zdjęciami przeleżała na strychu w rodzinnym domu Haliny przez wiele dziesięcioleci. Już w XXI wieku ich opracowania podjął się podróżnik i pisarz Łukasz Wierzbicki. Tak powstała książka „Mój chłopiec, motor i ja”. To dzięki uprzejmości autora publikujemy dziś zdjęcia z wyprawy.

Powiązane tematy: