Go to content

Monika Sobień-Górska: „Trzeba bardzo uważać, komu oddajemy swoją wrażliwość, pieniądze i zaufanie”

Monika Sobień-Górska - Hello Zdrowie

Monika Sobień-Górska /fot. Mateusz Skwarczek

„Myślałam, że spotkam ludzi, których łatwo omamić. Tymczasem w 80-90 proc. to kobiety, najczęściej 40 plus, z dużym bagażem życiowym i ogromnym rozczarowaniem światem” – mówi Monika Sobień-Górska, autorka książki „Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia”. „Klasa średnia i wyższa, wykształceni, osoby, które stać na to, by wydać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie na takie kursy. Spotkałam naukowczynie, pracujące na kierunkach ścisłych. To ludzie, u których kapitalizm nie spełnił obietnicy szczęścia. Mają pieniądze, a ich znajomości są szerokie, ale relacje płytkie i czują się bardzo samotni”.

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 12 min

 Monika Głuska-Durenkamp: Twoja książka to nie tylko przegląd współczesnych trendów związanych z „nową duchowością”, lecz bardzo osobisty zapis poszukiwania sensu życia. Co zainspirowało cię do jej napisania?

Monika Sobień-Górska: Dostrzegałam, że internet, a zwłaszcza media społecznościowe są zalane ofertami nauczycieli rozwoju osobistego i duchowych przewodników. Często są to ludzie, którzy do niedawna wykonywali zawody zupełnie niezwiązane z psychologią, terapią czy duchowym przewodnictwem. A jednak szybko weszli w rolę guru, którzy prowadzą innych przez kryzysy, pomagają w życiowych wyborach. Chciałam sprawdzić, na jakie potrzeby odpowiadają takie praktyki i dlaczego Polacy są w stanie wydawać dziesiątki tysięcy złotych na kursy, warsztaty, czy konsultacje u osób, które z dnia na dzień zaczęły pełnić funkcję duchowych autorytetów.

Na jaką potrzebę odpowiada to zjawisko?

Bycia we wspólnocie, znalezienia sensu życia i posiadania przewodnika. Szczególnie mocno było to widoczne podczas pandemii i lockdownów. Ludzie zostali sami ze swoim lękiem, niepewnością, izolacją i zaczęli szukać odpowiedzi poza dotychczasowymi instytucjami.

Po pandemii ten trend wcale nie osłabł.

Mam wrażenie, że jeszcze się nasilił. Pandemia była dla wielu momentem zrywu, emocjonalnego, społecznego i duchowego. Pojawiło się pytanie: W takich momentach często szuka się odpowiedzi na pytania, jak żyć, gdzie znaleźć ukojenie i ludzi, którzy wskażą nową drogę. Problem zaczyna się wtedy, gdy osoba to oferująca nie bierze odpowiedzialności za wpływ, jaki ma na innych, albo sprzedaje proste recepty na bardzo skomplikowane ludzkie problemy i cierpienie.

Początkowo planowałaś klasyczny reportaż, ale zmieniłaś we wcieleniowy, dlaczego?

Myślałam, że znajdę bohaterów, porozmawiam z nimi i opiszę całe zjawisko. Po kilku miesiącach dokumentacji zrozumiałam, że duchowość jest tematem, którego nie da się opowiedzieć z boku, bez własnej perspektywy. Nie chciałam jednak odsłaniać swoich potrzeb, wątpliwości, własnego stosunku do duchowości. Ale im dłużej pracowałam, tym bardziej czułam, że taki tekst nie byłby prawdziwy. Nie da się mówić o poszukiwaniu sensu, udając, że samemu nie ma się w tej sprawie żadnych pytań. Zamiast tylko obserwować, zaczęłam testować te praktyki na sobie. Jeździłam na kręgi kobiet, chodziłam na ustawienia hellingerowskie, kupowałam kursy manifestacji, uczestniczyłam w warsztatach i kursach szamanizmu.

Co odkryłaś o sobie podczas tej drogi?

Przez długi czas dorosłego życia wstydziłam się potrzeb duchowych i podświadomie je wypierałam. Wcześniej wypełniał je Kościół i wspólnoty religijne. Jako dziecko byłam w Ruchu Światło-Życie, w oazie, działałam w scholi, byłam edukatorką i prowadziłam młodych w stronę wiary. Moi rodzice są także bardzo religijni. To było moje środowisko i ważna część dorastania. Później, po trzydziestce, przestałam chodzić do kościoła. Nie odeszłam formalnie, ale nie uczestniczyłam już w życiu religijnym. Co ważne, nie stało się tak przede wszystkim przez kompromitację instytucji Kościoła, choć oczywiście to też było dla mnie istotne. Ważniejsze było pytanie: czy rzeczywiście wierzę w dogmaty, które wyznawałam?

Do jakich wniosków doszłaś?

Wiele przekonań, które wyniosłam z domu i środowiska, nie jest naprawdę moich. Nie utożsamiałam się z opowieścią o grzechu pierworodnym, długu wobec Boga, czy cierpieniu jako jedynej drodze do kształtowania człowieczeństwa. Pomyślałam, że może po prostu jestem ateistką.

Ale odejście od Kościoła nie oznaczało odejścia od potrzeby duchowości…

Gdy zaczęłam pracować nad reportażem, okazało się, że ona wcale nie zniknęła. Schowałam ją, bo chyba uległam przekonaniu, że albo wierzy się w konkretną religię i jej zasady, albo jest się wyłącznie racjonalnym człowiekiem, który nie potrzebuje żadnej sfery duchowej. Z jednej strony mamy dziś bardzo popularną duchowość, często uproszczoną, skomercjalizowaną, z drugiej mocno obecna jest prześmiewczość wobec wszelkiej duchowości. Promujemy naukową wykładnię świata, co oczywiście jest niezwykle ważne, ale osoby mówiące o potrzebie transcendencji, rytuału często nie są traktowane poważnie. Łatwo przypisać im naiwność, brak krytycznego myślenia. Ale między bezrefleksyjnym uleganiem guru, a całkowitym wyśmiewaniem ludzkiej potrzeby sensu jest jeszcze duża przestrzeń.

Rolki



Bałaś się, że jeśli przyznasz się do wiary w intuicję, jakieś pozazmysłowe sygnały,  zostaniesz uznana za niepoważną?

Panuje przekonanie, że osobie wykształconej, która chce być traktowana merytorycznie, po prostu „nie przystoi” zajmować się takimi rzeczami. Ale kiedy zaczęłam jeździć na te odosobnienia i praktyki, odkryłam coś ważnego: obok szarlatanerii, czy naciągaczy, są metody, które dają realne efekty. Dla mnie odkryciem była medytacja, która uciszyła moje lęki, uspokoiła mnie, nauczyła dystansu. Zaczęłam słuchać sygnałów z ciała, to, np., w jaki sposób stres uderza nas w brzuch, plecy. Co smutne, wielu lekarzy i terapeutów zupełnie ignoruje psychosomatykę.

Czy udało ci się znaleźć też ukojenie w duchowych poszukiwaniach?

Nie znalazłam jednej odpowiedzi, ani uniwersalnej metody. I chyba właśnie to jest dla mnie najważniejsza lekcja. Ukojenie nie jest produktem, który można kupić na warsztatach, w kursie manifestacji, w kolejnej obietnicy szybkiej przemiany. Potrzeba sensu, wspólnoty i duchowego języka jest prawdziwa. Trzeba tylko bardzo uważać, komu oddajemy swoją wrażliwość, pieniądze i zaufanie.

Środowisko akademickie, psychiatrzy i terapeuci krytykują ustawienia hellingerowskie. Spróbowałaś i ty. Piszesz o nich z dużą ostrożnością…

Rozumiem falę krytyki i absolutnie nie polecam ustawień jako metody leczenia. Ale sposób, w jaki jest to krytykowane, przynosi odwrotny skutek. Ludzie, którzy z tego korzystają nie są głupi, ani kompletnie zmanipulowani. Czując się wyśmiewani, jeszcze bardziej oddają się tym praktykom, bo tam ktoś ich wysłuchał.

Odkryłam, że tak zwane magiczne myślenie, o ile nie zastępuje działania, odpowiedzialności i leczenia, może czasem pomagać w osiąganiu celów. Jeśli kierujesz uwagę na to, czego chcesz, zaczynasz wyobrażać sobie możliwość zmiany, przestajesz działać wyłącznie z lęku, to rzeczywiście może się zdarzyć, że łatwiej zauważasz okazje i odważniej z nich korzystasz.

Kim są ludzie, którzy korzystają z duchowych trendów?

To było dla mnie największe zaskoczenie. Myślałam, że spotkam ludzi, których łatwo omamić. Tymczasem w 80-90 proc. to kobiety, najczęściej 40 plus, z dużym bagażem życiowym i ogromnym rozczarowaniem światem. Klasa średnia i wyższa: wykształceni, osoby, które stać na to, by wydać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie na takie kursy. Spotkałam kobiety naukowczynie, pracujące na kierunkach ścisłych. To są ludzie, u których kapitalizm nie spełnił obietnicy szczęścia. Mają pieniądze, ich znajomości są szerokie, ale relacje płytkie i czują się bardzo samotni.

To zatem samotność bywa kluczem do sukcesu duchowych guru?

Badania Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu wskazują, że blisko 70 proc. Polaków czuje się samotnych, a prawie 60 proc. określa samotność jako dojmującą, obniżającą jakość życia. Oferta  kursów jest kusząca, niemal jak kanał stremingowy, który odpalasz w domu. Zapalasz świeczkę, wyłączasz kamerkę i anonimowo słuchasz o uzdrawianiu myślami. Nowoczesna forma wspólnoty, która daje namiastkę bliskości w świecie, w którym ludzie czują się kompletnie niewidzialni.

W tych praktykach ważna wydaje się nie tylko sama duchowość, lecz także grupa, bliskość…

Wiele kobiet mówiło mi, że brakuje im bliskości, uważności, kontaktu z innymi kobietami. W kręgach pojawia się możliwość przytulenia, dotknięcia dłoni, usłyszenia: „Widzę cię”, „Nie jesteś sama”. Dla osób, które żyją samotnie, lub w relacjach pozornie bliskich, to może być silne doświadczenie. Pamiętam kobietę, która powiedziała mi, że nie chce już chodzić na psychoterapię. Nie dlatego, że negowała jej sens, ale dlatego, że w pewnym momencie potrzebowała wspólnoty i fizycznej obecności innych niż kolejnej rozmowy w gabinecie. To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy relacji z ciałem, rytuału, poczucia przynależności.

Czy osoby, które trafiają na kręgi, kursy manifestacji, odrzucają profesjonalną pomoc, psychoterapię, psychiatrę, leki?

To jeden z największych stereotypów. Oczywiście spotkałam ludzi, którzy wierzyli w teorie o „Big Pharmie”, odrzucali leki i twierdzili, że wszystkie problemy można uzdrowić energią. Wiele osób miało za sobą epizody depresyjne, korzystało z pomocy psychiatrycznej, przyjmowało leki przeciwdepresyjne, nasenne. Niektórzy nadal chodzili na psychoterapię, często w nurtach uznanych i opartych na naukowych podstawach. Psychoterapia pomagała im nazwać mechanizmy, zauważyć destrukcyjne schematy, osłabić lęk, ale nie zawsze odpowiadała na wszystkie potrzeby.

Na jakie, czy podasz przykład?

Symbolicznego pogodzenia się z nieżyjącymi rodzicami, którzy wyrządzili im krzywdę, pożegnania zmarłego, domknięcia żałoby. Psychoterapia nie jest od dawania odpowiedzi na pytania metafizyczne, ani tworzenia rytuałów, które dla ludzi są ważne. Jeśli ktoś przez lata pracuje, wychowuje dzieci, przeżywa rozwód, stratę, wypalenie zawodowe, żałobę, to w pewnym momencie może zacząć pytać o coś więcej niż skuteczne radzenie sobie z lękiem. O to, czy poza materialnym wymiarem życia istnieje jeszcze jakiś sens, ciągłość, transcendencja.

Zbieranie materiałów do książki wymagało od ciebie dużego zaangażowania, jak dbałaś o swoje granice?

Wiedziałam, że muszę zachować swoje „psychiczne BHP”. W ciągu roku bardzo obciążyłam układ nerwowy, bo uczestniczyłam w praktykach, podczas których ludzie opowiadali o traumach, przemocy, stratach. Pomogła mi własna psychoterapia w nurcie systemowym. Moja terapeutka była kotwicą i nie pozwalała mi odpływać w interpretacje i emocjonalne uwikłania. Mogłam omawiać z nią to, co przeżywałam i obserwowałam. Drugim filarem było prywatne życie. Wchodziłam w ten eksperyment w momencie, w którym miałam stabilną sytuację emocjonalną. Od ośmiu lat jestem w dobrym, bezpiecznym związku, mam wspierającą rodzinę i męża, z którym mogłam o tym wszystkim rozmawiać. Wiedziałam, że mam do czego wrócić, do rzeczywistości, relacji i ludzi, którzy mnie znają.

Pandemia była dla wielu momentem zrywu, emocjonalnego, społecznego i duchowego. Pojawiło się pytanie: W takich momentach często szuka się odpowiedzi na pytania, jak żyć, gdzie znaleźć ukojenie i ludzi, którzy wskażą nową drogę. Problem zaczyna się wtedy, gdy osoba to oferująca nie bierze odpowiedzialności za wpływ, jaki ma na innych, albo sprzedaje proste recepty na bardzo skomplikowane ludzkie problemy i cierpienie.

Czy zdarzył się moment, kiedy poczułaś, że ta granica została jednak przekroczona?

Był taki moment i to jedna z rzeczy, przed którymi chciałabym przestrzec. Nie każda praktyka jest neutralna dla psychiki. Zwłaszcza jeśli ktoś jest w kryzysie, po traumie, ma depresję, zaburzenia lękowe albo doświadcza przemocy. Największym zagrożeniem są sytuacje, w których prowadzący podważa kontakt z psychiatrą, terapeutą, albo rodziną. Gdy namawia do odstawienia leków i przedstawia siebie jako jedyne źródło prawdy, czy sugeruje, że wszystkie życiowe problemy wynikają z „blokad energetycznych”. To poważne sygnały alarmowe.

A czy opowiesz więcej o tym trudnym momencie?

Z dzisiejszej perspektywy powiedziałabym, że znalazłam się blisko czegoś, co przypominało granicę epizodu psychotycznego. To było niebezpieczne doświadczenie. Dotyczyło udziału w medytacjach i odosobnieniu prowadzonym przez nauczycielkę, po której zupełnie bym się tego nie spodziewała. Jej wizerunek był przeciwieństwem stereotypowej osoby, przed którą zwykle się ostrzega. Nie budowała marki na okadzaniu szałwią, rytuałach i egzotycznej estetyce, przeciwnie była stonowana, spokojna, a jej przekaz sprawiał wrażenie racjonalnego. Krytykowała komercyjny rozwój duchowy, mówiła o „materializmie duchowym”, przestrzegała przed uzależnianiem się od warsztatów i poszukiwaniem kolejnych bodźców. Promowała niedualizm – sposób myślenia, według którego indywidualne „ja” właściwie nie istnieje, a wszyscy jesteśmy jedną świadomością. Sama idea może być interesująca filozoficznie, problem zaczyna się wtedy, kiedy intensywnie zaczynasz podważać własne doświadczenie, zmysły i poczucie rzeczywistości.

Czyli paradoksalnie niebezpieczne może być nie tylko to, co otwarcie ezoteryczne, ale też to, co udaje intelektualną głębię i racjonalność?

Przestrzegałabym przed fascynacją nauczycielami, którzy budują swoją pozycję przede wszystkim na krytykowaniu innych. To, że ktoś mówi: „Wszyscy inni są oszustami, a ja demaskuję duchową hucpę”, nie oznacza, że sam jest bezpieczny. Byłam na spotkaniu z nią, kupiłam jej książkę z sentencjami do medytowania. Wróciłam do domu, położyłam dziecko spać i zaczęłam czytać i im dalej w to wchodziłam, tym bardziej traciłam orientację. Te zdania miały pozór głębi, ale w gruncie rzeczy prowadziły do podważania wszystkiego: tego, co widzisz, czujesz, kim jesteś. W pewnym momencie, zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę jestem sobą? Czy moja córka, która śpi obok, rzeczywiście śpi? Czy może wszyscy jesteśmy w jakimś transie albo symulacji? To wywołało we mnie ogromny lęk. A przecież to nie była głębia, tylko intelektualna mielizna, ubrana w efektowne słowa. Kiedy człowiek puści za mocno te lejce, może zacząć podważać swoją rzeczywistość i własne poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem dezorientacja, nasilony lęk, derealizacja, poczucie odklejenia od siebie czy od rzeczywistości, to nie są dowody na duchowy postęp. To sygnały, których nie wolno ignorować. W takiej sytuacji trzeba się zatrzymać, wrócić do czegoś, co nas uziemia. Jeśli objawy są silne, warto sięgnąć po profesjonalne wsparcie.

Jak uważać, aby nie zostać oszukanym także finansowo?

Trzeba zachować ostrożność wobec mechanizmów sprzedażowych opartych na presji, obietnicy natychmiastowej przemiany i stopniowaniu kosztów. Bardzo często zaczyna się od niedrogiego webinaru, kursu, a później pojawia się kolejny poziom: zamknięta grupa, indywidualne konsultacje, wyjazd, certyfikacja, „mistrzowski” program. Dostajemy komunikat: „Jeśli jeszcze nie czujesz efektu, to znaczy, że nie zaangażowałaś się wystarczająco”, „Musisz wejść głębiej”, „Twoja obfitość zacznie działać dopiero, gdy zainwestujesz w siebie”. I to bywa bardzo skuteczna manipulacja, zwłaszcza wobec osoby, która cierpi i naprawdę chce uwierzyć, że istnieje prosta droga do zmiany. Warto zadać sobie kilka pytań: czy mogę sobie na to realnie pozwolić? Czy nikt nie wywiera na mnie presji czasu? Czy prowadzący jasno mówi o swoich kompetencjach i ograniczeniach? Czy nie obiecuje terapii, uzdrowienia albo rozwiązania problemów, do których nie ma kwalifikacji?

Wielkim ostrzeżeniem mogą być zatem obietnice składane przez twórców kursów i warsztatów…

Ludzie wkładają ogromne pieniądze w kursy, ponieważ dostają bardzo silną obietnice, że przestaną chorować, ich traumy znikną, uwolnią się od lęków, odzyskają byłego partnera, poprawią relacje z rodzicami, rozwiążą problemy finansowe. Najczęściej to oczywiście się nie dzieje i wtedy pojawia się problem. Klient jest rozczarowany, ale bardzo trudno mu złożyć reklamację na produkt, którym jest obietnica przemiany. I tak łatwo wpaść w poczucie winy. Zamiast powiedzieć: „To nie zadziałało, ta oferta była nieuczciwa”, zaczyna myśleć: „To ja zawiodłam”. Później kupuje kolejny kurs, konsultację, wyjazd.

To przypomina mechanizm uzależnienia od osoby, która miała pomóc.

Widziałam to bardzo często. Na warsztatach pojawiały się te same osoby, drugi, trzeci, czwarty raz. Czasem brniemy w coś, bo nie chcemy przyznać przed sobą, że popełniliśmy błąd. Trudno powiedzieć: „Zaufałam komuś, wydałam pieniądze i to nie było dla mnie dobre”. Dużo łatwiej jest uwierzyć, że jeszcze jedna próba wszystko naprawi. Znam też osoby, które zachowują się odpowiedzialnie. Jedna z bohaterek książki opowiadała mi o prowadzącym, u którego chciała drugi raz kupić ten sam kurs. Sam do niej zadzwonił i zapytał, dlaczego to robi, bo jego zdaniem nie miało to sensu. Niestety częściej spotykałam model oparty na budowaniu zależności: „Tylko ze mną możesz pójść dalej”, „Tylko moja metoda cię uzdrowi”.

Mimo wszystkich ostrzeżeń nie odrzucasz duchowości. Co dobrego wyniosłaś z tych doświadczeń?

Przede wszystkim wspomnianą medytację i większe zaufanie do własnej intuicji. Zaczęło mi się też przydarzać bardzo dużo zbiegów okoliczności, które trudno było mi racjonalnie opisać. Nie chcę twierdzić, że to dowód na istnienie konkretnego mechanizmu nadprzyrodzonego, ale dla mnie było to doświadczenie poczucia połączenia ze światem i z ludźmi. Odkryłam też, że tak zwane magiczne myślenie, o ile nie zastępuje działania, odpowiedzialności i leczenia, może czasem pomagać w osiąganiu celów. Jeśli kierujesz uwagę na to, czego chcesz, zaczynasz wyobrażać sobie możliwość zmiany, przestajesz działać wyłącznie z lęku, to rzeczywiście może się zdarzyć, że łatwiej zauważasz okazje i odważniej z nich korzystasz.

Nie oznacza to, że można wyobrazić sobie luksusowe auto i nie chodzić do pracy. Chodzi raczej o kontakt z wewnętrznym poczuciem sprawczości, nadziei i zaufania do siebie.

Mówisz też, że potrzeba transcendencji przybliżyła cię do natury.

Zrozumiałam, że nie jestem wyłącznie jednostką realizującą kolejne zadania. Istnieje jakieś połączenie z drugim człowiekiem, przyrodą, historią i czymś większym od nas samych. Dlatego interesują mnie praktyki, które pomagają wyjść z miejskiego pędu i wrócić do natury, oczywiście pod warunkiem, że są prowadzone odpowiedzialnie, bez manipulacji, presji czy ryzykownych substancji. Dla mnie ważne jest wyciszenie, kontakt ze zwierzętami, roślinami, lasem i doświadczać tego, że jesteśmy częścią większego ekosystemu.

Czy właśnie to odróżnia dobrą duchowość od tej, która może krzywdzić?

Myślę, że powinna ona ostatecznie sprawiać, że stajemy się lepsi dla siebie, innych ludzi, zwierząt, natury. Duchowość ma poszerzać empatię, pomóc zrozumieć drugiego człowieka, a nie tworzyć kolejne podziały. W religiach często pojawia się element ekskluzywności. Dla mnie najbardziej wartościowe w duchowości pozainstytucjonalnej jest to poczucie, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni – bardziej niż nam się wydaje. Na warsztatach spotykałam wielu ludzi, różniły nas zawody, zarobki, historie, ale lęki były podobne: problemy z dziećmi, relacjami, rodzicami, pieniędzmi, chorobą, żałobą i samotnością. I może gdybyśmy częściej o tym pamiętali, byłoby nam łatwiej budować świat oparty nie na pogardzie i podziale, ale na większym zrozumieniu i empatii.

 


Monika Sobień-Górska – dziennikarka, scenarzystka. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim i Szkołę Filmową. Pisze felietony, m.in. do Zwierciadła, jak i książki: „Wybrałem życie”, „Jak zostałem prezesem”, „Ukrainki. Co myślą o Polakach, u których pracują”, „Polscy miliarderzy. Ich żony, dzieci i pieniądze”, „Jak porzucić miliardera… i przeżyć” i wydanego niedawno reportażu: „Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia”. Stworzyła też scenariusz do filmu „Lęk” (reż. S Fabicki). Prywatnie żona artysty kabaretowego Roberta Górskiego i mama siedmioletniej Maliny.

Powiązane tematy: