Go to content

Karolina Szwed mieszka w Indiach i uczy kalari. „Mają takie powiedzenie, że ciało staje się wzrokiem”

Karolina Szwed - Hello Zdrowie

Karolina Szwed /fot. archiwum prywatne

„Wydaje mi się, że w dzisiejszym społeczeństwie największym problemem jest to, że wszystko jest za łatwe. Za łatwo jest gdzieś pojechać, podróżować przez trzy dni, wrócić – i potem nawet człowiek nie pamięta, gdzie był. (…) Wydaje mi się, że jeśli w coś trzeba włożyć większy wysiłek, później to bardziej procentuje” – mówi Karolina Szwed, nauczycielka Kalarippayattu, starożytnej południowo-indyjskiej sztuki walki.

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 12 min

Monika Szubrycht: Podobno w życiu to nie człowiek znajduje pasje, tylko pasje znajdują człowieka. Skąd wzięło się u ciebie Kalarippayattu? Nie wiem, czy dobrze wypowiadam to słowo.

Karolina Szwed: W skrócie można mówić kalari.

Zatem skąd się wzięło w twoim życiu kalari?

Od zawsze zajmowałam się teatrem – teatrem ruchu, tak zwanym fizycznym i teatrem związanym z Jerzym Grotowskim. Poszłam na studia, zaczęłam jeździć na warsztaty do Instytutu Grotowskiego we Wrocławiu, byłam wolontariuszką, a potem pracowałam przy różnych wydarzeniach. Kiedyś z warsztatami do Wrocławia przyjechała grupa teatralna z Bengalu, jej założyciel w latach 80. współpracował z Jerzym Grotowskim. Stworzył on teatr oparty na tradycyjnych indyjskich sztukach performatywnych i tam było między innymi kalari. Podczas tych warsztatów poznałam kalari, chociaż wcześniej słyszałam o nim od koleżanek, które brały udział w podobnych warsztatach rok wcześniej.

Jeden z twoich warsztatów nosił tytuł „Ciało, które widzi”. Jak widzi albo co widzi nasze ciało?

Kalari jest z południowych Indii, ze stanu Kerala. Mają takie powiedzenie, że ciało staje się wzrokiem. Sztuki walki polegają na tym, że trzeba tak wytrenować swoje ciało, żeby nie mieć żadnych oporów, żeby być rozciągniętym, silnym, skocznym itp. Ale chodzi również o to, żeby słuchać – tego, co jest obok, co jest za plecami, niekoniecznie odwracając głowę, tylko być obecnym tu i teraz. To jest właśnie ciało, które widzi.

Żeby się czegoś nauczyć, nie wystarczy wyklepać na pamięć 10 tysięcy rzeczy, które się potem zapomni w jeden dzień. Transformacja ciała musi postępować z czasem. Uwielbiam ten proces. Uwielbiam uczyć się powoli, dokładnie.

Jak wytłumaczyć osobie, która jeszcze nigdy nie zetknęła się z kalari, czym ono jest?

Ciężko jest to wytłumaczyć i nie wiem, czy to ma większy sens, bo w kalari chodzi głównie o praktykę. Najlepiej będzie, gdy tego doświadczymy. Ja zwykle porównuje kalari do wushu, czyli chińskiej sztuki walki. Generalnie jest to – patrząc z zewnątrz dla europejskiego oka – trochę połączenie tańca współczesnego z elementami jogi z treningiem fizycznym typu kung-fu i może jeszcze trochę tai chi. Jednocześnie jest to bardzo specyficzna sztuka walki, która ma dużo starożytnych elementów. Nie chcę mówić rytualnych, bo to się źle kojarzy, ale tak, to są pewne rytuały. Choćby to, że zajęcia zawsze kończy się i zaczyna pozdrowieniem do ziemi, do przestrzeni, do innych, do swojego nauczyciela. Kiedy o tym opowiadam, wydaje się to trochę napuszone, ale w rzeczywistości jest bardzo naturalne. Jeżeli ktoś jest blisko natury i tradycyjnych form azjatyckich, wie, że zawsze trzeba oddać cześć ziemi, na której się ćwiczy, żeby na przykład nie było jakichś urazów, żeby się nie przewrócić, nie złamać nogi.

Jesteś teraz w Indiach, mieszkasz tam od wielu lat. Kalari sprawiło, że zdecydowałaś się tam żyć?

Nie tylko kalari, bo 14 lat zajmowałam się indyjskim tańcem klasycznym odissi oraz jogą. Na studiach w Krakowie pisałam pracę licencjacką i magisterską o tańcu indyjskim gotipua, robiłam badania naukowe w Odishie, we środkowo-wschodnich Indiach. Wpadłam na pomysł, żeby nauczyć się sztuk tradycyjnych, indyjskich, ponieważ sposób funkcjonowania ciała w tych sztukach jest dziwny, zupełnie inny i trudny dla osoby z Europy. Chciałam to wyćwiczyć, zrozumieć i stworzyć własny język artystycznego wyrazu, taneczno-teatralnego. Od teatru sensu stricto odeszłam i teraz zajmuję się tańcem. Chcę stworzyć taki język ciała, który jest ponadkulturowy, ponieważ społeczeństwa teraz są tak pomieszane, że nie ma już w Polsce tylko Polaków, czy w Niemczech Niemców, są ludzie z całego świata. Wydaje mi się, że też taniec współczesny, europejski musi mieć więcej wpływów azjatyckich czy afrykańskich. Ciało i ruch mogą być dużo ciekawsze, jeżeli troszkę skupimy się na innych tradycjach i spróbujemy to wszystko połączyć. Taki był mój pomysł i zostałam w Indiach.

Mieszkam teraz w Auroville, na południu Indii, w międzynarodowym mieście, które ma prawie 60 lat. Tutaj można eksperymentować i robię własne spektakle taneczne, w których wykorzystuję elementy różnych sztuk tradycyjnych.

Rolki



Przygotowując się do rozmowy obejrzałam filmiki, na których tańczysz. Ile lat trzeba ćwiczyć, żeby mieć tak elastyczne ciało?

Zaczęłam wszystko rozkładać na czynniki pierwsze, każdy ruch. Dużo było z tańca odissi. Oczy, głowa, ręce, dłonie, palce – każde idzie w inną stronę. Robiłam samodzielnie wymyślone ćwiczenia, na przykład zawiązywałam sznurki na nadgarstkach, tu ciągnęłam jedną, tam drugą rękę, żeby zrozumieć, jak te nadgarstki mają pracować. Bardzo to lubię, ciekawi mnie, jakie są możliwości w ciele. Dużo osób myśli, że jestem po szkole baletowej albo gimnastyce artystycznej, tak jestem rozciągnięta.

W Polsce joga jest bardzo popularna, ale nie natknęłam się na zajęcia z kalari.

Kalari nie jest znane w Polsce, niewiele osób się nim zajmuje, dlatego, że jest trudne. Trudne nie do końca w sensie fizycznym, tylko dlatego, że to wszystko długo trwa – nauka, przechodzenie do kolejnych etapów. To tradycyjny system uczenia, w którym nie wszystko robi się naraz, tylko powoli, żeby ciało się przystosowało, umysł również i oddech, do tych nowych sposobów poruszania się. Kalari jest też intensywne, trzeba być bardzo obecnym podczas zajęć. Jest do tego rygorystyczne, nie rozmawia się na treningach. Trzeba się skupić, robić to, co nauczyciel mówi. Wydaje mi się, że dla ludzi to może być trochę za dużo, taka rygorystyczna, trochę wojskowa forma.

Zaczęłaś się zajmować kalari, bo jest trudne?

Tak. (śmiech). Lubię, jak jest trudno, ale lubię też w kalari niesamowitą uważność i obecność.

Kalari bardzo dużo mi dało, przede wszystkim pewność siebie. Jestem dosyć wysoka, szczupła i powiedzmy niepozorna, a kalari dało mi wewnętrzną siłę. I to odczuwają wszystkie osoby, które ćwiczą dłużej. Kiedy prowadzę warsztaty w Krakowie nie przychodzi na nie wiele osób, ale te, które są, potem wracają, chcą znowu – bo to poczucie pewności siebie, przepracowania czegoś w sobie jest specyficzne dla kalari.

  • Karolina Szwed w Indiach - Hello Zdrowie

    fot. archiwum prywatne Karoliny Szwed

  • Karolina Szwed w Indiach - Hello Zdrowie

    fot. archiwum prywatne Karoliny Szwed

  • Karolina Szwed w Indiach - Hello Zdrowie

    fot. archiwum prywatne Karoliny Szwed

  • Karolina Szwed w Indiach - Hello Zdrowie

    fot. archiwum prywatne Karoliny Szwed

Może człowiek ceni bardziej coś, co zdobywa z trudem?

Tak, wydaje mi się, że w dzisiejszym społeczeństwie największym problemem jest to, że wszystko jest za łatwe. Za łatwo jest gdzieś pojechać, podróżować przez trzy dni, wrócić – i potem nawet człowiek nie pamięta, gdzie był. Kiedyś jak się coś chciało zrobić, było to trudne. Choćby wyjazd do Indii. To było dla nas wręcz nierealne, nawet jak już się wydarzyło. Odkładało się pieniądze, nie było Google’a, trzeba było w książkach poczytać o Indiach, a po te książki trzeba było iść do biblioteki, wypożyczyć. O filozofii trzeba było poczytać, pochodzić na wykłady. Wydaje mi się, że jeśli w coś trzeba włożyć większy wysiłek, później to bardziej procentuje.

Przyjeżdżasz na warsztaty do Polski. Jak wygląda twoje życie tam, a jak tu? 

Większość czasu spędzam w Indiach, ale z pandemią to wszystko się pozmieniało, wtedy byłam dłużej w Europie. Wszystko zależy od roku, od pomysłu i od pracy. Raz w roku jestem w Polsce i wtedy prowadzę warsztaty albo zajęcia. W zeszłym roku byłam chyba trzy miesiące albo nawet cztery. W Krakowie i prowadziłam regularne zajęcia, a w poprzednim roku byłam trzy tygodnie. Teraz planuję być trochę dłużej w Indiach, w Polsce na wiosnę.

Kalari bardzo dużo mi dało, przede wszystkim pewność siebie. Jestem dosyć wysoka, szczupła i powiedzmy niepozorna, a kalari dało mi wewnętrzną siłę. I to odczuwają wszystkie osoby, które ćwiczą dłużej.

Jestem panią w średnim wieku, większość życia za mną. Czy mogłabym zacząć ćwiczyć kalari?

Oczywiście, jak najbardziej. Jak zaczęłam ćwiczyć kalari, w 2005 roku, na zajęciach byli głównie młodzi chłopcy, dzieci i kilku starszych pomocników nauczyciela głównego. Ale od mniej więcej 2018 roku trend się zmienił, na zajęcia przychodzi dużo kobiet. Dużo jest osób w średnim wieku, które zawsze chciały spróbować. To zmieniło trochę sposób prowadzenia zajęć, zmodyfikowałam ćwiczenia – nie musisz schodzić do szpagatu, zostań tu, gdzie jesteś, jest idealnie.

Ważny jest proces wewnętrznej przemiany. Żeby się czegoś nauczyć, nie wystarczy wyklepać na pamięć 10 tysięcy rzeczy, które się potem zapomni w jeden dzień. Transformacja ciała musi postępować z czasem. Uwielbiam ten proces. Uwielbiam uczyć się powoli, dokładnie.

Czego nauczyli cię twoi mistrzowie kalari?

Nauczyli mnie, że nauczyciel nie jest bogiem, jest taką samą osobą jak każdy inny. Nadal chodzę na zajęcia, już się niczego nowego nie uczę, ale powtarzam sobie i ćwiczę. To jest bardzo sympatyczne tak sobie po prostu ćwiczyć, już wszystko umiejąc i nie być samemu nauczycielem, tylko uczniem. Empatia i chęć dzielenia się – myślę, że przede wszystkim tego się nauczyłam.

Powiązane tematy: