Marta Dragan: Od kilku lat prowadzi pan Męskie Rozmowy – kręgi, podczas których mężczyźni uczą się nazywać i wyrażać emocje. Czy lęk jest tematem, który pojawia się często?
Krzysztof Sobczak: Powiedziałbym, że lęk jest jedną z najbardziej wstydliwych emocji. O wiele trudniej o nim mówić niż choćby o złości czy frustracji.
Z czego wynika ten wstyd? Z obawy przed oceną?
Myślę, że przede wszystkim z przekonania, że jeśli mężczyzna się boi, to znaczy, że jest tchórzem. A żaden mężczyzna nie chce być tak postrzegany. Wciąż bardzo silnie działa w nas presja, że mężczyzna powinien być twardy i niewzruszony. W takim modelu nie ma miejsca na lęk czy bezradność.
Społecznie często mylimy tę mityczną męską słabość z wrażliwością. Skoro on się boi, wzrusza albo płacze, to znaczy, że nie jest wystarczająco twardy, czyli nie jest męski. To oczywiście fałszywe przekonanie, ale nadal silnie obecne. W efekcie wielu mężczyzn nie daje sobie wewnętrznego przyzwolenia na mówienie o emocjach takich jak lęk czy smutek. Złość jest społecznie znacznie bardziej akceptowalna, dlatego to właśnie ona najczęściej staje się językiem, którym mężczyźni opowiadają o swoim cierpieniu. Stąd też rzadko zdarza się, żeby ktoś już na pierwszym spotkaniu powiedział: „Boję się”. Znacznie częściej słyszę: „Jestem wkurzony”, „Jestem sfrustrowany”, „Nie radzę sobie”. O lęku mężczyźni zaczynają mówić dopiero wtedy, gdy pojawia się zaufanie.
A kiedy pada proste pytanie: „Co dziś czujesz?”, jakie odpowiedzi pojawiają się najczęściej? Jakim językiem mężczyźni mówią o swoich emocjach?
Wygląda to bardzo różnie. Są mężczyźni, którzy mają dobry kontakt ze swoimi emocjami i potrafią o nich mówić, choć powiedziałbym, że nadal są oni w mniejszości. Najczęściej słyszę jednak o złości, gniewie, frustracji czy napięciu. To zresztą bardzo charakterystyczne. Niewyrażony lęk czy smutek często nie znikają, tylko przybierają inną formę, właśnie złości albo przewlekłego napięcia. Nie bez powodu mówi się, że złość jest smutkiem w przebraniu.
Zdarza się też, że mężczyzna odpowiada: „Nic nie czuję” albo „Nie wiem, co czuję”. Nie dlatego, że rzeczywiście nic się w nim nie dzieje, ale dlatego, że przez lata nie nauczył się rozpoznawać i nazywać swoich emocji. Nie miał doświadczenia, że można je bezpiecznie wyrażać, że ktoś je zauważy i zrozumie. W wielu domach na porządku dziennym padały przecież komunikaty: „Nie płacz”, „Nie becz”, „Nie mazgaj się jak baba”. Takie przekazy sprawiały, że chłopcy funkcjonowali według przekonania, że okazywanie wrażliwości oznacza słabość i może prowadzić do odrzucenia czy utraty szacunku. W efekcie uczyli się oni odcinać od własnych emocji, wypierać je albo tłumić. Nie oznacza to jednak, że one znikały.
Współczesny mężczyzna ma być jednocześnie odpowiedzialny i sprawczy, ale też empatyczny, obecny w relacji, zaangażowany w życie rodzinne i otwarty emocjonalnie. Niektórzy odbierają te oczekiwania jako sprzeczne, bo wciąż pokutuje błędne przekonanie, że wrażliwość jest oznaką słabości
Lęk, strach o przyszłość, o rodzinę czy poczucie przeciążenia często znajdują ujście w emocjach, które są społecznie bardziej akceptowane, takich jak złość, frustracja czy agresja. Dlatego wybuch za kierownicą albo nagły atak złości bardzo często nie są reakcją wyłącznie na to, co wydarzyło się w danym momencie. Są raczej objawem niewyrażonych od dawna emocji.
Drugim mechanizmem jest ucieczka w pracę albo takie działanie analityczne. Mężczyźni często zajmują głowę planami, sposobami na rozwiązanie problemów albo wypełniają czas kolejnymi zadaniami, żeby odwrócić uwagę od emocji. A gdy to przestaje wystarczać, pojawiają się inne sposoby regulowania napięcia: telefon i bezrefleksyjne scrollowanie, ale też alkohol czy inne substancje, nadmierna aktywność sportowa, zwłaszcza ta ekstremalna. Zresztą nie tylko sport. Wszystkie te „-holizmy”: pracoholizm, zakupoholizm, seksoholizm i wiele innych, mogą być sposobem radzenia sobie, a właściwie nieradzenia sobie, z emocjami. To często próba rozładowania napięcia, zagłuszenia tego, co dzieje się w środku. Problem polega na tym, że działają tylko na moment. Napięcie nie znika, tylko wraca, często jeszcze silniejsze.
Zatem nie chodzi o to, że mężczyźni nic nie czują. Oni często czują bardzo dużo, tylko przez lata nauczyli się radzić sobie z tym w sposób pośredni – poprzez działanie, rozproszenie albo różnego rodzaju ucieczki, zamiast przeżywać i nazywać własne emocje.
Jakie przekonania i wzorce męskości przez lata dominowały w polskich domach i w jaki sposób wpływają one na to, jak współcześni mężczyźni przeżywają i wyrażają emocje?
To bardzo złożony temat. Na sposób przeżywania emocji przez mężczyzn wpływa nie tylko wychowanie w domu, ale też historia i kultura. Przez stulecia funkcjonowaliśmy w realiach zaborów, wojen, okupacji czy komunizmu. W takich warunkach od mężczyzn oczekiwano przede wszystkim przetrwania, odpowiedzialności i zadaniowości. Nie było przestrzeni na okazywanie lęku czy bezradności.
W wielu rodzinach ojcowie byli nieobecni, bo pracowali, walczyli na wojnie, wyjeżdżali albo pozostawiali wychowanie partnerkom, „bo to kobieta jest od dzieci, a mężczyzna od zapewnienia bytu rodzinie”. Brak męskiego wzorca często sprawiał, że chłopcy uczyli się przede wszystkim dostosowywania do oczekiwań otoczenia – byli pomocni, ugodowi, odpowiedzialni, ale odbywało się to często kosztem rozpoznawania własnych potrzeb. Dziś mówi się o syndromie miłego faceta. To jest częsty klient w moim gabinecie. Bo jeżeli zbyt długo funkcjonuje się w takim oderwaniu od siebie, to zwykle kończy się to kryzysem, wypaleniem czy depresją.
Rolki
Drugą skrajnością jest mężczyzna zamknięty w sobie, odcinający się od emocji lub wyrażający je głównie poprzez złość i napięcie. To często osoby, które nigdy nie nauczyły się mówić o swoich uczuciach, bo same nie doświadczyły, że emocje mogą zostać przyjęte z uważnością i zrozumieniem.
Przez wiele pokoleń utrwalał się model mężczyzny jako silnego żywiciela rodziny – niewzruszonego, odpowiedzialnego, gotowego do działania. W realiach ciężkiej pracy i wojen taki model miał swoje uzasadnienie. Dziś jednak świat wygląda inaczej, a wraz z nim zmieniły się także oczekiwania wobec mężczyzn. Współczesny mężczyzna ma być jednocześnie odpowiedzialny i sprawczy, ale też empatyczny, obecny w relacji, zaangażowany w życie rodzinne i otwarty emocjonalnie. Niektórzy odbierają te oczekiwania jako sprzeczne, bo wciąż pokutuje błędne przekonanie, że wrażliwość jest oznaką słabości. Kontakt z własnymi emocjami nie odbiera mężczyźnie sprawczości – przeciwnie, pozwala lepiej rozumieć siebie i budować bliższe relacje z innymi. I być może największym wyzwaniem dla współczesnych mężczyzn jest właśnie nauczyć się, że siła i wrażliwość mogą iść ze sobą w parze.
Jakim ojcem chce dziś być współczesny trzydziesto- czy czterdziestolatek i czym ten model różni się od wzorca, z którym sam dorastał?
Oczywiście nie możemy zakładać, że wszędzie wygląda to tak samo, ale mam wrażenie, że współczesny tata jest znacznie bardziej obecny w życiu dziecka niż jeszcze jedno czy dwa pokolenia temu. Jest po prostu więcej ojców, którzy chcą uczestniczyć w codzienności swoich dzieci i świadomie budować z nimi relację. Powstaje też coraz więcej inicjatyw wspierających ojcostwo, więc ten temat jest dziś dużo bardziej obecny w przestrzeni publicznej.
Widzę to szczególnie u młodszych ojców. Nawet jeśli sami nie mieli bliskiej relacji ze swoim tatą, bardzo chcą być przy swoich dzieciach i mają w sobie potrzebę budowania więzi. Jednocześnie warto uważać na pułapkę myślenia: „Ja będę całkowitym przeciwieństwem swojego ojca”. Czasem wiąże się z tym ogromna presja, żeby zostać idealnym tatą. Tylko wzoru na idealnego tatę nie ma. I coraz więcej trzydziesto- i czterdziestolatków rozumie, że dzieci nie potrzebują ojca perfekcyjnego, lecz autentycznego – takiego, który potrafi przyznać się do błędu, przeprosić, powiedzieć: „Nie wiem”, „Nie umiem” albo „Jest mi trudno”. Właśnie takie momenty uczą dziecko, że emocje nie są czymś, czego trzeba się wstydzić.
Czy w związku z tym młodsi mężczyźni są dziś bardziej gotowi mówić o lęku niż ich ojcowie?
Myślę, że tak, choć nie zawsze dzieje się to wprost. Coraz więcej mężczyzn trafia do gabinetu z gotowością do przyjrzenia się sobie, ale często na początku wcale nie mówią: „Boję się”. Mówią raczej o objawach: ucisku w klatce piersiowej, dusznościach, przewlekłym napięciu czy dolegliwościach psychosomatycznych. Dopiero w trakcie terapii odkrywają, że za tymi objawami kryje się lęk.
Przez lata wielu z nich nie dopuszczało tej emocji do siebie. Lęk wciąż bywa postrzegany jako coś „niemęskiego”, choć w rzeczywistości nie ma męskich i kobiecych emocji. Są po prostu emocje.
Do gabinetu rzadko trafia ktoś dlatego, że od czasu do czasu czegoś się boi. Lęk jest naturalną emocją i zwykle mija. Pomocy szukają osoby, u których staje się przewlekły – przejmuje kontrolę nad codziennym funkcjonowaniem, wywołuje objawy psychosomatyczne albo przeradza się w zaburzenia lękowe.
Mam poczucie, że w ostatnich latach bardzo dużo się zmienia. Coraz więcej mężczyzn interesuje się swoim dobrostanem psychicznym, sięga po książki i podcasty, szuka wiedzy, ale też kontaktu z innymi mężczyznami. Widać to choćby po rosnącej liczbie męskich kręgów, fundacji czy inicjatyw rozwojowych. Dobrym przykładem jest festiwal Conscious Men. Na pierwszej edycji było około 200 uczestników, w tym roku będzie ich już 1500. To pokazuje skalę zmiany. Mężczyźni coraz częściej chcą rozmawiać o emocjach, relacjach i zdrowiu psychicznym. Widzę to również w swoim gabinecie. Jeszcze kilka lat temu mężczyźni znacznie rzadziej zgłaszali się po pomoc. Dziś stanowią około 85–90 proc. moich klientów. To dla mnie wyraźny sygnał, że coś się zmienia i że mężczyźni są coraz bardziej gotowi, by zadbać o siebie.
Kiedy mężczyźni z perspektywy czasu wracają do swoich pierwszych ataków paniki, jak je wspominają? Czy od razu wiążą je z emocjami?
Najczęściej nie. Pierwszy atak paniki jest zwykle odbierany jako problem zdrowotny, a nie emocjonalny. Pojawia się duszność, ucisk w klatce piersiowej, kołatanie serca, napięcie mięśni. Wielu mężczyzn ma poczucie, że właśnie dostaje zawału albo dzieje się z nimi coś bardzo poważnego.
To doświadczenie jest tak silnie odczuwane na poziomie ciała, że rzadko komu przychodzi do głowy, że jego źródłem mogą być emocje. Dlatego najpierw trafiają do kardiologa czy innych specjalistów, szukając przyczyny w organizmie. Dopiero kiedy badania niczego nie wykazują, są kierowani do psychiatry lub psychoterapeuty i zaczynają rozumieć, że problem leży gdzie indziej.
Złość jest społecznie znacznie bardziej akceptowalna, dlatego to właśnie ona najczęściej staje się językiem, którym mężczyźni opowiadają o swoim cierpieniu. Stąd też rzadko zdarza się, żeby ktoś już na pierwszym spotkaniu powiedział: „Boję się”. Znacznie częściej słyszę: „Jestem wkurzony”.
Co właściwie dzieje się w organizmie w momencie ataku paniki?
To mechanizm alarmowy, który każdy z nas ma. Nasz mózg nieustannie skanuje otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń. Gdy uzna, że coś jest niebezpieczne, uruchamia reakcję „walcz albo uciekaj”. W normalnych warunkach racjonalna część mózgu potrafi ocenić sytuację i wyhamować ten alarm, jeśli okaże się, że zagrożenia nie ma. Problem pojawia się wtedy, gdy organizm przez długi czas funkcjonuje w przewlekłym stresie, po traumie albo w stanie ciągłego tłumienia emocji.
Układ alarmowy staje się nadwrażliwy i zaczyna reagować zbyt intensywnie nawet na bodźce, które obiektywnie nie są groźne. Czasem wystarczy mail od szefa czy zwykła codzienna sytuacja. Organizm zostaje wtedy zalany adrenaliną i kortyzolem. Serce zaczyna bić szybciej, pojawia się duszność, napięcie mięśni i uczucie zagrożenia. Ponieważ nie widać żadnej oczywistej przyczyny, mózg próbuje znaleźć wyjaśnienie. Pojawia się myśl: „Skoro serce tak wali, to chyba zawał”, „Pewnie zaraz umrę”. I właśnie w ten sposób nakręca się spirala paniki.
Kiedy jednak człowiek rozumie już, że ma do czynienia z atakiem paniki, a nie z bezpośrednim zagrożeniem życia, łatwiej przerwać ten mechanizm. Pomagają wtedy proste techniki oddechowe, świadome uspokojenie organizmu.
Jeśli jakiś mężczyzna czyta tę rozmowę i myśli: „To brzmi jak moja historia”, na jakie sygnały powinien zwrócić uwagę? Co powinno go skłonić do poszukania pomocy?
Przede wszystkim przewlekły niepokój. Ciągłe zamartwianie się, katastroficzne myślenie, wybieganie w przyszłość i życie w scenariuszach, które jeszcze się nie wydarzyły. Jeśli ktoś przez większość czasu funkcjonuje w takim stanie, to bardzo często mamy już do czynienia z lękowym sposobem przeżywania rzeczywistości.
Z czasem dołączają również objawy z ciała – bóle głowy, napięcie karku i barków, ucisk w klatce piersiowej, problemy ze snem czy inne dolegliwości psychosomatyczne. Nieleczony lęk może prowadzić do coraz poważniejszych trudności, a część osób zaczyna regulować napięcie alkoholem, pracą albo innymi zachowaniami, które przynoszą tylko chwilową ulgę.
Najważniejsze jest jednak to, żeby pamiętać, że szukanie pomocy nie jest oznaką słabości. Tak jak z bólem zęba idziemy do dentysty, tak z przewlekłym lękiem czy smutkiem warto pójść do psychoterapeuty albo psychiatry. Albo na męski krąg, gdzie można usiąść i być może po raz pierwszy powiedzieć głośno, co się naprawdę przeżywa, i zostać wysłuchanym bez oceniania. Powiedzieć: „boję się” nie jest tchórzostwem. To wyraz najwyższej odwagi.
Krzysztof Sobczak – psychoterapeuta, absolwent psychotraumatologii i Akademii Psychologii Przywództwa. W swojej pracy łączy doświadczenie kliniczne z wieloletnim doświadczeniem świata biznesu i wysokiej odpowiedzialności. Specjalizuje się w pracy z mężczyznami – w tym z regulacją emocji, tłumioną złością, syndromem miłego faceta, trudnością w stawianiu granic oraz odpowiedzialnością w życiu osobistym i zawodowym.