Go to content

Czy potrzebujemy „miejsc bez dzieci”? Psychoterapeutka Marta Wojtas: „Ta awantura nie dotyczy tak naprawdę samych dzieci, tylko pewnego rodzaju wykluczenia”

matka z dzieckiem siedzą w restauracji, na stole stoją kieliszki do wina - Hello Zdrowie

Fot. Imgorthand via Getty Images

Hotele bez dzieci, restauracje adults only, wagony ciszy i specjalne strefy przeznaczone wyłącznie dla dorosłych budzą w społeczeństwie zazwyczaj dużo emocji. Czy mamy prawo oczekiwać przestrzeni wolnych od dzieci, czy jest to forma wykluczenia? „Dorośli również potrzebują miejsc, w których mogą przebywać wyłącznie z innymi dorosłymi. Problem zaczyna się wtedy, gdy dzieci przedstawiamy jako coś uciążliwego, a rodzice zaczynają czuć się niemile widziani” – mówi Marta Wojtas, psychoterapeutka z ośrodka Bliskie Miejsce.

Udostępnij
Przeczytasz w 20 min

Magdalena Tereszczuk-Brach, Hello Zdrowie: Czy miejsca przeznaczone tylko dla dorosłych, takie jak hotele czy restauracje, to po prostu zdrowe stawianie granic, czy jednak trochę bardziej elegancka forma wykluczania dzieci?

Marta Wojtas: Myślę, że bardzo ważna jest pewna równowaga, zarówno w społeczeństwie, jak i w codziennym życiu. Są miejsca stworzone z myślą o dzieciach i są też miejsca, które nie są dla nich przeznaczone. I w takim podziale nie widzę niczego złego. Dorośli również potrzebują przestrzeni, w których mogą przebywać wyłącznie z innymi dorosłymi. Takie miejsca mogą odpowiadać na ich konkretne potrzeby, także takie, które niekoniecznie są odpowiednie dla dzieci. Być może dzieci zetknęłyby się tam z czymś, co nie byłoby dla nich korzystne. Z tego punktu widzenia tworzenie przestrzeni tylko dla dorosłych jest jak najbardziej w porządku.

Dużo zależy jednak od intencji i od sposobu, w jaki takie miejsca są komunikowane. Rodzic, który szuka wakacji i widzi oferty sformułowane w taki sposób, jakby posiadanie dzieci było przeszkodą, może poczuć się źle albo wręcz wykluczony. Sama idea, żeby dorośli mogli gdzieś wyjechać bez dzieci i odpocząć od sytuacji typowych dla miejsc rodzinnych, nie wydaje mi się jednak niczym złym. Przeciwnie, może być formą zadbania o potrzeby dorosłych. Mało mówi się o tym, że rodzic także potrzebuje czasem pobyć bez dziecka. To bardzo ważna potrzeba. Czas spędzony samemu albo na robieniu czegoś, czego nie da się robić z dziećmi, może służyć regeneracji i regulacji emocji. A to później pozwala być lepszym, bardziej obecnym rodzicem. Dlatego miejsca, w których można pobyć bez dzieci, mogą być cenne nie tylko dla osób bezdzietnych, ale również dla rodziców.

Jako rodzic, cieszę się, że to mówisz.

Problem pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby takich miejsc „tylko dla dorosłych” było coraz więcej i została zachwiana równowaga, przez co rodzinom z dziećmi trudno byłoby znaleźć przestrzeń dla siebie.

Warto też zadać pytanie, co tak naprawdę stoi za ideą danego miejsca dla dorosłych. Być może oferuje ono atrakcje albo formy spędzania czasu, które po prostu nie są odpowiednie dla dzieci. Wtedy jasne zakomunikowanie, że jest to przestrzeń wyłącznie dla dorosłych, wydaje mi się bardziej uczciwe niż deklarowanie otwartości na osoby w każdym wieku, a jednocześnie proponowanie czegoś niedostosowanego do młodszych gości. Najważniejsze są więc intencja, proporcje i spojrzenie z różnych perspektyw.

Dorosły może być rodzicem, ale nie przestaje być osobą, która ma własne potrzeby, pasje, pragnienia i potrzebę odpoczynku. Nie wszystko musi być przeznaczone dla dzieci i nie wszystko da się realizować razem z nimi. Poza tym warto też może dodać, że takich miejsc przeznaczonych tylko dla dorosłych nie ma chyba aż tak dużo.

To prawda, to wciąż jest pewna nisza.

Gdyby takich miejsc zaczęło wyraźnie przybywać, warto byłoby się temu przyjrzeć i zastanowić, z czego to wynika. Na razie jednak wydaje mi się, że wciąż jest ich stosunkowo niewiele.

A przyznajmy, że wyjazd z dziećmi wiąże się zazwyczaj z bardzo specyficzną atmosferą. Osoby, które nie mają dzieci, nie planują ich mieć albo po prostu nie czują się dobrze w miejscach, gdzie przebywa dużo dzieci, mogą potrzebować czegoś zupełnie innego. Stworzenie przestrzeni również dla nich jest więc pewnym wyrazem szacunku dla ich wyborów, potrzeb i sposobu życia. I tak jak już mówiłam, takie miejsca odpowiadają nie tylko na potrzeby osób bezdzietnych, ale także rodziców. Rodzice bardzo często zapominają o swoich własnych potrzebach albo spychają je na sam koniec kolejki. Tymczasem możliwość pobycia przez jakiś czas wyłącznie w gronie dorosłych może być bardzo cenna. Żeby nie doprowadzić do rodzicielskiego wypalenia, trzeba czasem wyjść poza rolę matki czy ojca i pamiętać, że nadal jest się osobą dorosłą.

Marta Wojtas - Hello Zdrowie

Marta Wojtas / fot. archiwum prywatne

Zastanawiam nad tym, dlaczego co jakiś czas wokół takich miejsc, które nie są przeznaczone dla dzieci, zbiera się mnóstwo negatywnych emocji. Istnieją też przecież inne miejsca skierowane do konkretnych grup społecznych i nikt się za bardzo nie oburza, że czuje się wykluczony. Wiem, że we Francji trwają gorące dyskusje na temat miejsc, w których nie mogą przebywać dzieci. W ostatnim czasie głośno komentowano wprowadzenie w pociągach TGV na linii Paryż-Lyon wagonów tylko dla dorosłych.

Myślę, że ta awantura nie dotyczy tak naprawdę samych dzieci, tylko pewnego rodzaju wykluczenia. Jeżeli wprowadza się zakaz wstępu dla konkretnej grupy, to zawsze będzie się to wiązało z emocjami. Podobnie byłoby przecież, gdyby powstał wagon, do którego nie mogliby wchodzić seniorzy albo osoby LGBT. Prawdopodobnie reakcje byłyby jeszcze silniejsze. W przypadku dzieci emocji nie wyrażają oczywiście one same, tylko dorośli występujący w ich imieniu. Dlatego bardzo dużo zależy od formy i od sposobu, w jaki takie rozwiązanie zostaje przedstawione.

Kiedy mówimy, że odbywa się spotkanie klubu seniora, jest oczywiste, że nie jest to wydarzenie przeznaczone dla dzieci. Nie odbieramy tego jednak jako agresywnego zakazu wstępu. Podobnie jest z wagonem ciszy. Wiadomo, jakie zasady w nim obowiązują, dlatego rodzice małych dzieci prawdopodobnie wybiorą inne miejsce. Nikt nie formułuje jednak komunikatu, że dzieci nie mają tam prawa wstępu, i chyba właśnie dlatego wagony ciszy nie wywołują aż takich kontrowersji. Być może podobny efekt można byłoby osiągnąć bez wprowadzania bezpośredniego zakazu. Można poinformować, że jest to przestrzeń ciszy i zasugerować osobom podróżującym z dziećmi wybór innego wagonu. Znów wracamy więc do pytania o intencję, dlaczego zdecydowano się powiedzieć wprost, że dzieci nie mają wstępu, zamiast opisać charakter tej przestrzeni i zasady, które w niej obowiązują?

Jednocześnie warto uważać także na przeciwną tendencję, czyli przekonanie, że dziecko można zabrać absolutnie wszędzie. Tutaj również mogą pojawić się nadużycia. Są przecież miejsca i sytuacje, które mogą być odpowiednie dla dorosłych, ale niekoniecznie będą dobre dla dziecka. To, że rodzic chce gdzieś pójść, nie oznacza automatycznie, że obecność dziecka w tym miejscu leży w jego interesie. Dlatego dyskusja nie powinna dotyczyć wyłącznie tego, czy dzieci są wykluczane. Powinna również uwzględniać sposób komunikowania ograniczeń, intencję organizatorów oraz pytanie, czy dana przestrzeń jest rzeczywiście odpowiednia dla dzieci.

Rolki



Rodzic także może pojechać do hotelu tylko dla dorosłych, spędzić czas bez dzieci i nadal być dobrym rodzicem. Takie miejsca mogłyby wręcz pokazywać osobom obawiającym się rodzicielstwa, że dziecko nie musi oznaczać całkowitego końca dotychczasowego życia

Zgadzam się.

Nie wystarczy powiedzieć: „Ja czuję, że to jest dobre dla mojego dziecka, więc na pewno takie jest”. Z punktu widzenia jego rozwoju sprawa może być znacznie bardziej złożona. Są rodzice, którzy nie zastanawiają się wystarczająco nad tym, że niektóre sytuacje, treści czy obrazy mogą być dla dziecka zbyt trudne albo po prostu niedostosowane do jego wieku. Nie powinniśmy więc tworzyć rzeczywistości, w której dzieci mogą być wszędzie tam, gdzie dorośli. W ten sposób traktowalibyśmy je trochę tak, jakby były osobami dorosłymi, a przecież nimi nie są. Dzieci trzeba czasem chronić przed pewnymi treściami, widokami i doświadczeniami, nawet jeżeli rodzic nie dostrzega w nich niczego niewłaściwego.

Jest też kwestia potrzeb innych osób. Zdarza się, że ktoś zabiera małe dziecko na warsztaty przeznaczone dla dorosłych, ponieważ uważa, że skoro jest rodzicem, to dziecko ma prawo być z nim wszędzie. Tymczasem ono może zakłócać spotkanie, a pozostali uczestnicy przyjechali tam po to, żeby słuchać, skupić się i spokojnie pracować. W takiej sytuacji pojawia się trudny dylemat: czy można poprosić rodzica z dzieckiem o wyjście? Moim zdaniem nie chodzi tu o niechęć do dzieci, ale o uznanie, że nie każda przestrzeń jest dla nich odpowiednia i że obecność dziecka nie może automatycznie oznaczać, że potrzeby wszystkich pozostałych przestają się liczyć.

Pamiętam, że całkiem niedawno była taka głośna sprawa w Szwecji. Polka z małym dzieckiem została wyproszona z konferencji.

Czasami trzeba coś wybrać: albo w danym momencie zajmuję się dzieckiem, albo uczestniczę w warsztacie przeznaczonym dla dorosłych. I nie ma w tym niczego złego. Trudność pojawia się wtedy, kiedy próbujemy stworzyć takie połączenie wszystkiego naraz. To często powoduje dużo napięcia i dyskomfortu dla wszystkich stron.

Sama byłam kiedyś w takiej sytuacji. Na warsztatach było małe dziecko, które bardzo utrudniało skupienie. Lubię dzieci, sama je mam, ale w tamtym momencie byłam naprawdę zirytowana. Czułam jednak, że źródłem problemu nie było samo dziecko, tylko decyzja rodzica, który postawił je w sytuacji niedostosowanej ani do jego potrzeb, ani do potrzeb pozostałych uczestników. W efekcie dziecko czuło się niekomfortowo, rodzic był zestresowany, a w innych osobach narastała frustracja, która niesprawiedliwie mogła kierować się właśnie przeciwko dziecku. Przecież czasem istnieją inne rozwiązania. Można zrezygnować z warsztatów, poprosić kogoś o opiekę albo wymienić się z drugim rodzicem. To także jest w porządku. Najważniejsze, żeby pojawił się namysł nad tym, czy obecność dziecka w danym miejscu rzeczywiście służy komukolwiek.

Mam więc wrażenie, że cały czas mówimy o dzieciach, ale tak naprawdę ta rozmowa w dużej mierze dotyczy rodziców, ich decyzji i umiejętności stawiania granic. Myślę, że dorośli mają pełne prawo do tego, żeby czasem przebywać wyłącznie wśród innych dorosłych. Nie traktowałabym tego nawet jako domagania się jakiegoś szczególnego prawa, tylko jako coś zupełnie naturalnego. Jeśli jesteśmy dorośli, to inni dorośli również są naszym naturalnym środowiskiem.

Tolerancja nie polega wyłącznie na deklarowaniu, że akceptujemy różnorodność. Ona powstaje w środku i rozwija się właśnie dzięki kontaktowi z różnymi ludźmi i różnymi sytuacjami

Tak, a z drugiej strony, mam wrażenie, że obecność dzieci w przestrzeni publicznej coraz częściej zaczyna być traktowana jako problem. Widać to choćby w historiach o matkach podróżujących samolotem z płaczącym dzieckiem, którym inni pasażerowie zarzucają, że powinny „w końcu coś z nim zrobić”. Kiedyś jedna z psycholożek, z którą rozmawiałam, zwróciła mi uwagę, że osoby bezdzietne mają dziś coraz mniej okazji do takiego społecznego treningu, czyli obserwowania dzieci, poznawania ich zachowań i uczenia się, że nie zawsze da się je uciszyć czy całkowicie kontrolować.

Mam wrażenie, że coraz więcej zwyczajnych sytuacji zaczynamy traktować jak problemy. Jeśli obok mnie w samolocie siedzi płaczące dziecko, to oczywiście nie jest to dla mnie przyjemne. Mnie też mogą boleć uszy, mogę być zmęczona i poirytowana. Jestem człowiekiem. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, żeby powiedzieć, że nie chcę siedzieć obok tej osoby albo że ona nie powinna podróżować z dzieckiem. A takie reakcje coraz częściej słyszymy.

Wydaje się, że to może być kwestia akceptacji, że inni ludzie różnią się od nas, ale mają takie same prawa jak my. Z jednej strony coraz więcej mówimy o tolerancji i tworzymy specjalne warunki dla osób o różnych potrzebach, a z drugiej coraz trudniej przychodzi nam akceptowanie zwyczajnych niedogodności związanych z obecnością innych ludzi. Tam, gdzie jest dużo dzieci, będzie głośniej. Nie jest to  nic wyjątkowego. Tymczasem hałas czy płacz coraz częściej są przedstawiane jako coś niedopuszczalnego. A przecież tolerancja nie polega wyłącznie na deklarowaniu, że akceptujemy różnorodność. Ona powstaje w środku i rozwija się właśnie dzięki kontaktowi z różnymi ludźmi i różnymi sytuacjami.

Myślę, że dzisiaj wiele osób ma coraz mniej takiego społecznego treningu, ponieważ duża część ich kontaktów odbywa się online. Kiedy spędzamy dużo czasu wśród różnych ludzi, stopniowo przyzwyczajamy się do tego, że ktoś zachowuje się inaczej, jest głośniejszy albo ma inne potrzeby. Kiedy natomiast przebywamy głównie z ekranami i w starannie dobranych bańkach, nawet zwyczajna niedogodność może zacząć urastać do rangi tragedii. Półtorej godziny z krzyczącym dzieckiem za plecami nie jest przyjemnym doświadczeniem. Można jednak pomyśleć o tym, że lot również dla tego dziecka jest trudny, że rodzic prawdopodobnie robi, co może, i uruchomić w sobie trochę empatii. Wtedy ta sytuacja staje się do wytrzymania.

Problemem może być więc nie sama obecność dzieci, ale to, że jako społeczeństwo coraz mniej ze sobą naprawdę przebywamy. Jeśli ktoś funkcjonuje wyłącznie w środowisku, w którym dzieci właściwie nie ma, spotkanie z ich naturalnym zachowaniem może być dla niego szokiem.

Zastanawiam się też, czy fakt, że coraz mniej dzieci się rodzi, nie spowoduje, że przebywanie w miejscach publicznych, gdzie także są dzieci, zacznie być dla niektórych problemem?

Myślę, że taki scenariusz jest możliwy. Nie pomaga też narracja, w której dzieci przedstawia się głównie jako uciążliwe, głośne i ograniczające. Taki przekaz nie pokazuje przecież, że posiadanie dzieci może być również czymś bardzo dobrym i dającym dużo radości. Rozmawiam ostatnio z wieloma osobami, które nie mają dzieci, i zauważam, jak wiele jest w nich obaw, oporu i stereotypów związanych z rodzicielstwem. Sama mam  dzieci i czasem łapię się na tym, że próbuję ich przekonać, że rodzicielstwo naprawdę może być fajne. Oczywiście wiąże się z trudnymi czy nieprzyjemnymi momentami, ale przecież nie sprowadza się wyłącznie do nich.

Zastanawiam się, skąd bierze się tak negatywny obraz rodzicielstwa. Być może stoi za nim lęk, że po narodzinach dziecka dotychczasowe życie się skończy, zniknie świat dorosłych, a człowiek nie będzie już mógł robić rzeczy, które sprawiają mu przyjemność. Tymczasem to nie musi być prawda. Oczywiście można całkowicie zrezygnować z siebie i zacząć funkcjonować wyłącznie w roli rodzica, ale nie wydaje mi się, żeby było to dobre ani dla dorosłego, ani dla dziecka. Człowiek jest wielowymiarowy. Rodzicielstwo jest jedną z jego ról, ale nie musi usuwać wszystkich pozostałych. I może właśnie w kontekście naszej rozmowy jest to ważne: pokazanie, że rodzic także może pojechać do hotelu tylko dla dorosłych, spędzić czas bez dzieci i nadal być dobrym rodzicem. Takie miejsca mogłyby wręcz pokazywać osobom obawiającym się rodzicielstwa, że dziecko nie musi oznaczać całkowitego końca dotychczasowego życia. Wiele rzeczy da się pogodzić, pod warunkiem, że zostawimy przestrzeń również na inne części siebie.

Warto uważać także na przeciwną tendencję, czyli przekonanie, że dziecko można zabrać absolutnie wszędzie. Tutaj również mogą pojawić się nadużycia

Ciekawa jestem, jak my, Polacy wypadamy jako naród w kwestii podejścia do dzieci, na tle innych państw. Czy jesteśmy mniej tolerancyjni? Na przykład we Włoszech obecność dzieci w przestrzeni publicznej jest czymś zupełnie normalnym. Włosi generalnie są bardzo rodzinni, a wielopokoleniowość jest dla nich czymś super istotnym.

Myślę, że to bardzo zależy od konkretnych ludzi i od ich cierpliwości. Nie wiem, czy powiedziałabym, że Polska jest krajem szczególnie zamkniętym na dzieci. Nie przypominam sobie, abym będąc mamą, osobiście doświadczyła z tego powodu wykluczenia. Nie słyszę też wielu takich historii od innych rodziców. Wyjątkiem mogą być sytuacje związane z karmieniem piersią, kiedy ktoś zwraca matce uwagę, ale poza tym wydaje mi się, że dużo zależy po prostu od ludzi.

Zatrzymałam się natomiast przy tym, co mówiłaś o Włochach, gdzie dorośli częściej robią różne rzeczy razem z dziećmi. To ciekawe, bo mam wrażenie, że u nas, przynajmniej w Warszawie, trochę to kuleje. Być może ma to związek z trybem życia. W Polsce bardzo dużo pracujemy, chyba relatywnie więcej niż w niektórych innych krajach. Rodzice często wracają do domu dopiero wieczorem, więc w tygodniu zwyczajnie nie mają przestrzeni na wspólne wyjścia. Zostaje odrabianie lekcji, przygotowanie do szkoły i ogarnianie codzienności. Dopiero w weekendy rodziny częściej robią coś razem. Duże znaczenie ma też brak wielopokoleniowości. We Włoszech czy w Hiszpanii rodziny częściej funkcjonują blisko siebie i kilka pokoleń uczestniczy w codziennym życiu. Dzięki temu rodzice mają większe wsparcie, a dzieci w naturalny sposób przebywają wśród różnych osób i w różnych sytuacjach społecznych. W Polsce kultura jest chyba bardziej indywidualistyczna. Z jednej strony daje to niezależność, ale z drugiej prowadzi do większej samotności i większego obciążenia rodziców. Kiedy wszystko spoczywa na jednej albo dwóch osobach, trudniej jest znaleźć czas zarówno na życie rodzinne, jak i na własne potrzeby.

Czy da się postawić granicę między zdrowym tworzeniem przestrzeni tylko dla dorosłych a dyskryminowaniem rodziców z dziećmi? Czytałam historię samotnej matki, która regularnie chodziła z małymi dziećmi do jednej restauracji, a po wprowadzeniu zakazu wstępu dla dzieci poczuła się wykluczona. Nie mogła przecież zostawić ich samych w domu, więc w praktyce sama również straciła dostęp do tego miejsca.

Myślę, że ten przykład jest szczególnie trudny dlatego, że wcześniej dostęp do tej restauracji był, a później został odebrany. Takie pozbawienie możliwości może być odczuwane jako wykluczające i raniące. Dużo zależy jednak od tego, czy nadal istnieje wybór i pewna równowaga. Jeśli właściciele restauracji decydują się wprowadzić taką zmianę, mogą jednocześnie zadbać o klientów, którzy wcześniej przychodzili tam z dziećmi. Nie wiem, być może zaproponować inne godziny, wydzielić inną przestrzeń albo wskazać rozwiązanie, dzięki któremu te osoby nie poczują się po prostu odrzucone. Samo odebranie dostępu może być dyskryminujące, natomiast włączanie działa w przeciwną stronę. Jeśli pokażemy tej osobie, że nadal jest gdzieś mile widziana i że istnieje dla niej miejsce, prawdopodobnie nie odbierze tej zmiany aż tak boleśnie.

Zmiany zawsze wywołują emocje. Źle wprowadzona zmiana może sprawić komuś trudność i poczucie krzywdy. Jeśli jednak wprowadza się ją powoli i z uważnością, zauważając perspektywę drugiej strony i próbując się nią zaopiekować, nie musi prowadzić do konfliktu. To znowu jest trochę o intencji, równowadze i sposobie komunikowania. Nie trzeba rezygnować z miejsc, w których ma być cicho albo w których przebywają wyłącznie dorośli. Można jednak tworzyć je tak, żeby inne grupy nie miały poczucia, że zostały po prostu usunięte z przestrzeni.

Kiedy mówimy, że odbywa się spotkanie klubu seniora, jest oczywiste, że nie jest to wydarzenie przeznaczone dla dzieci. Nie odbieramy tego jednak jako agresywnego zakazu wstępu

Rozwiązaniem mogłyby być też konkretne godziny albo dni tygodnia przeznaczone wyłącznie dla dorosłych. Na przykład w czwartki i piątki restauracja mogłaby działać bez dzieci, a w pozostałe dni przyjmować wszystkich gości. To już tworzyłoby pewien wybór i nie oznaczałoby całkowitego zamknięcia miejsca dla rodzin. Czytałam też o jednej z wysp w Korei Południowej, gdzie część restauracji nie wpuszcza dzieci poniżej określonego wieku. Właściciele tłumaczą to między innymi obawą przed wypadkami z udziałem dzieci, za które oni później musieliby wziąć odpowiedzialność.

To jest bardzo ciekawy przykład, bo zanim uznamy taki zakaz za dyskryminujący, warto zapytać, dlaczego restaurator w ogóle zdecydował się go wprowadzić. Być może wcześniej dochodziło tam do sytuacji, w których małe dzieci biegały między obsługą, ktoś się przewrócił albo powstało realne zagrożenie dla zdrowia czy bezpieczeństwa. Nie znam dobrze tego kontekstu kulturowego, ale warto byłoby sprawdzić, czy problem rzeczywiście wynikał z niechęci do dzieci, czy raczej z zachowań dorosłych i braku odpowiednich granic. Bardzo łatwo jest zinterpretować taki zakaz emocjonalnie jako wykluczenie, nie zaglądając głębiej i nie pytając, co właściwie za nim stoi.

Oczywiście kierunek, w którym restauracje ponownie otwierają się na rodziny z dziećmi, wydaje mi się dobry. Warto aby jednak szło to w parze z zadbaniem o bezpieczeństwo wszystkich gości i pracowników. Jeżeli wcześniej rzeczywiście dochodziło do niebezpiecznych sytuacji, samo zniesienie zakazu nie rozwiąże problemu. Wracamy więc do pytania, czy obecność dziecka w danym miejscu zawsze mu służy. Czasem ograniczenie może wynikać nie z chęci wykluczania dzieci, lecz z próby ochrony zarówno ich samych, jak i innych osób.

Ciekawym argumentem w tej całej dyskusji może być też kwestia tego, jak rodzice reagują, gdy na przykład zwróci im się uwagę, że ich dzieci nie zachowują się odpowiednio w miejscach publicznych. Wielokrotnie byłam świadkiem takich sytuacji, że dzieci nie przestrzegały żadnych zasad, a rodzice nie reagowali nawet wtedy, gdy ktoś im zwracał uwagę.

Takie sytuacje mogą później niestety prowadzić do wprowadzania zakazów. Nie dlatego, że ktoś nie lubi dzieci, tylko dlatego, że ma poczucie, że w razie szkody czy niebezpiecznej sytuacji odpowiedzialność zostanie całkowicie przerzucona na właściciela miejsca. Problemem znowu nie jest więc samo dziecko, lecz postawa dorosłego, który mówi: „to tylko dziecko”, jakby to zwalniało go z reagowania i ponoszenia konsekwencji. Być może dlatego w tej dyskusji warto oddzielić prawa dzieci do obecności w przestrzeni publicznej od odpowiedzialności rodziców za to, jak dzieci się w tej przestrzeni zachowują. Jedno nie powinno wykluczać drugiego.

Mam wrażenie, że czasami jest też tak, że z jednej strony rodzice nie zawsze są gotowi wziąć odpowiedzialność za zachowanie dziecka i zareagować, kiedy sytuacja tego wymaga, ale z drugiej strony komunikaty kierowane do rodziców również nie zawsze są dobrze formułowane. Przypomina mi się przykład aquaparku w Łodzi, który wprowadził dzień bez dzieci. I była to sobota. Informował o tym plakat przedstawiający płaczące małe dziecko, które zostało przekreślone. Sam sposób przedstawienia tej decyzji był moim zdaniem bardzo niefortunny. Mam też wątpliwość, czy sobota była dobrym wyborem. To przecież jeden z niewielu dni, kiedy rodzice nie pracują i mogą pójść z dziećmi do aquaparku.

To jest utrwalanie stereotypu. Po pierwsze, dzieci nie zawsze płaczą. Po drugie, taka forma komunikacji jest po prostu niestosowna i dyskryminująca. A jeszcze wybrano sobotę, w którą rodzice i dzieci często spędzają razem czas w podobnych miejscach…

No właśnie. Czy na koniec możemy powtórzyć komunikat dla rodziców, że czas spędzony bez dzieci nie jest powodem do poczucia winy, ale może być ważnym elementem dobrego rodzicielstwa?

Oczywiście, to jest bardzo ważny obszar, nad którym często pracuję z rodzicami, żeby potrafili zadbać o siebie. A zadbanie o siebie czasem oznacza po prostu pobycie bez dzieci. I to jest bardzo w porządku, bo buduje zasoby, dzięki którym później można być lepszym rodzicem.

Powiązane tematy: