Małgorzata Germak, Hello Zdrowie: Dane GUS pokazują, że Polacy rozwodzą się dziś później niż kiedyś. Wiele rozwodów dotyczy kobiet po czterdziestce i pięćdziesiątce, często po kilkudziesięciu latach małżeństwa. W Stanach Zjednoczonych co trzeci rozwód biorą osoby po 50. i istnieje nawet na to określenie: „grey divorce”. Co z psychologicznej perspektywy oznacza rozwód właśnie na tym etapie życia?
Marta Drzewiecka-Trojcewicz: Po tylu latach wspólnego życia rozwód nie jest już tylko zakończeniem relacji. To właściwie przebudowa całego dotychczasowego świata. Zmienia się codzienność, role, poczucie tożsamości, wyobrażenia o przyszłości. To nie jest wyłącznie utrata partnera, ale także utrata znanego porządku życia i poczucia bezpieczeństwa.
Kobieta traci nie tylko męża, ale często również rolę, w której funkcjonowała przez wiele lat – rolę żony, współtwórczyni domu, osoby realizującej wspólne plany. Kończy się pewien rozdział jej historii i pojawia się konieczność zbudowania nowej rzeczywistości. Dlatego powiedziałabym, że rozwód po czterdziestce czy pięćdziesiątce nie jest jedną stratą. To kilka strat przeżywanych jednocześnie.
Czy rozwód po czterdziestce przeżywa się inaczej niż wtedy, gdy ma się 25 czy 30 lat?
Z wiekiem zmienia się perspektywa. Kiedy mamy trzydzieści lat, częściej myślimy: „Jakoś to będzie”, „Mam jeszcze całe życie przed sobą”. Po 40.-45. roku życia zaczynają pojawiać się pytania bardziej egzystencjalne. Kobiety zastanawiają się: „Ile życia jeszcze przede mną?”, „Czy ktoś mnie jeszcze pokocha?”, „Czy uda mi się ułożyć życie od nowa?”, „Czy warto zaczynać wszystko od początku?”. Kobiety zastanawiają się, jak będzie teraz wyglądało ich życie. Czy poradzą sobie finansowo, emocjonalnie, czy odnajdą się w nowej rzeczywistości?
Pojawia się też refleksja nad przemijaniem. Po czterdziestce czy pięćdziesiątce coraz wyraźniej uświadamiamy sobie, że życie nie trwa wiecznie. To naturalna zmiana perspektywy. Z jednej strony może pojawić się ekscytacja i poczucie, że zaczyna się nowy etap. Z drugiej – lęk przed nieznanym i pytanie, czy taka życiowa rewolucja ma jeszcze sens.
Dochodzi do tego presja społeczna. Wiele kobiet zastanawia się: „Co powiedzą inni?”. Nadal funkcjonuje przekonanie, że po pięćdziesiątce „już nie wypada” zaczynać życia od nowa, zakochiwać się czy podejmować odważnych decyzji. Choć ten sposób myślenia powoli się zmienia, dla wielu kobiet wciąż jest dodatkowym źródłem obaw.

Marta Drzewiecka-Trojcewicz / Fot. archiwum prywatne
Taki rozwód to nie tylko zakończenie wieloletniego związku, ale też pożegnanie z pewną wersją siebie. Jak takie doświadczenie wpływa na poczucie tożsamości?
Przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat człowiek buduje odpowiedź na pytanie: „Kim jestem?”. Jestem żoną, mamą, częścią tej rodziny. Tworzymy swoją tożsamość nie tylko wokół tego, kim jesteśmy jako jednostka, ale również wokół ról, które pełnimy. Rozwód sprawia, że wiele kobiet musi odpowiedzieć sobie na to pytanie od nowa. Kończy się małżeństwo, ale kończy się też pewna opowieść o sobie. Trzeba na nowo zdefiniować swoją codzienność, swoje miejsce i swoją przyszłość.
Oczywiście nie jest tak, że rozwód odbiera całą tożsamość. Nadal pozostajemy matkami, specjalistkami w swojej pracy czy przyjaciółkami. Jednak jedna z ważnych części naszego życia przestaje istnieć. W jej miejscu często pojawia się pustka i bardzo trudne pytanie: „Co teraz?”.
Z jakimi lękami przychodzą do pani gabinetu kobiety rozwodzące się po czterdziestce czy pięćdziesiątce?
Rozwód uruchamia wiele różnych emocji. Najczęściej pojawia się lęk przed samotnością, utratą poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie. Kobiety często pytają: „Czy to znaczy, że jestem niewystarczająca?”, „Dlaczego właśnie mnie to spotkało?”.
Często dochodzą do tego objawy, które są konsekwencją przewlekłego stresu – bezsenność, ciągłe napięcie, obniżony nastrój czy symptomy depresyjne. Pojawia się również poczucie winy i nieustanne analizowanie przeszłości. Kobiety wracają do różnych sytuacji i zastanawiają się: „Co zrobiłam nie tak?”, „Czy mogłam temu zapobiec?”. To naturalny etap przeżywania rozstania.
Czy można powiedzieć, że rozwód wymaga pewnego rodzaju żałoby?
Zdecydowanie tak. W psychologii rozwód opisuje się jako jedną z form żałoby. Warto pamiętać, że żałoba nie dotyczy wyłącznie śmierci bliskiej osoby. Możemy opłakiwać także zakończoną relację, utracone marzenia czy wyobrażenia o wspólnej przyszłości. Po rozwodzie opłakujemy więc nie tylko drugiego człowieka, ale również życie, którego już nie będzie.
Paradoksalnie taki kryzys może być również początkiem rozwoju. I nie jest wyłącznie czymś złym. Z psychologicznej perspektywy właśnie kryzysy najczęściej uruchamiają zmianę. Gdyby nie pojawił się narastający dyskomfort, wiele osób trwałoby w relacji, która od dawna przestała być żywa i satysfakcjonująca. Można porównać to do rehabilitacji. Czasem tkanka musi zostać naruszona, żeby mogła się odbudować i zregenerować. Podobnie jest z naszym życiem – czasami coś musi pęknąć, żeby mogło powstać miejsce na coś nowego.
Rolki
Rozwód kończy małżeństwo, ale nie kończy życia. Czasami kończy jedynie historię, która już dawno przestała być zgodna z tym, kim naprawdę jesteśmy
Za czym najbardziej tęsknimy po rozstaniu?
Najczęściej za codziennością. Za wspólnymi rytuałami, rozmowami, planami, poczuciem przewidywalności. Nawet jeśli związek był trudny, przez lata stawał się częścią naszej codzienności. I właśnie tę codzienność często najtrudniej jest pożegnać.
Nie zawsze tęsknimy za samą osobą. Czasem bardziej brakuje nam świata, który wspólnie stworzyliśmy.
Wiele kobiet mówi wtedy: „Zmarnowałam dwadzieścia lat życia”. Jak poradzić sobie z takim myśleniem?
Bardzo zachęcam swoje pacjentki, żeby zamiast rozważać, że „zmarnowałam dwadzieścia lat życia”, spróbowały zadać sobie pytanie: „Czego te dwadzieścia lat mnie nauczyło?”. To zmienia perspektywę. Zamiast patrzeć na ten czas wyłącznie jak na porażkę, warto zobaczyć również doświadczenie, rozwój i wszystko to, co wydarzyło się po drodze.
Myślę, że ważne jest także przyjęcie wobec siebie większej łagodności. Uznanie, że na tamtym etapie życia podejmowałam najlepsze decyzje, na jakie było mnie wtedy stać. Z wiedzą, doświadczeniem i zasobami, które miałam w tamtym momencie.
Oczywiście łatwo wtedy pojawia się poczucie życiowej porażki. Bo przecież planowałyśmy swoje życie inaczej. Ale właśnie dlatego zachęcam, żeby patrzeć na to z większą łagodnością. Życie bardzo rzadko układa się dokładnie według naszych planów i to nie oznacza, że poniosłyśmy porażkę.
Dlaczego właśnie w tak dojrzałym wieku wiele kobiet decyduje się na rozstanie?
Jednym z powodów jest to, że na tym etapie życia kończą się pewne zadania rozwojowe. Dzieci dorastają, wyprowadzają się z domu albo właśnie zaczynają żyć własnym życiem. Przez wiele lat tym, co spajało związek, było wspólne rodzicielstwo i organizowanie życia rodzinnego. Kiedy ten etap się kończy, pojawia się pytanie: „Co właściwie jeszcze nas łączy? Czy ja nadal chcę być w tej relacji?”.
Wiele kobiet przez lata funkcjonuje przede wszystkim jako matki, opiekunki i organizatorki życia rodzinnego. Często nie mają przestrzeni, by zastanowić się nad tym, czego same potrzebują, co sprawia im radość, co jest dla nich ważne. Ich własne potrzeby schodzą na dalszy plan. Kiedy dzieci stają się samodzielne, po raz pierwszy od dawna pojawia się przestrzeń na szczerą autorefleksję. Kobiety zaczynają pytać siebie: „Jak chcę żyć?”, „Czy jestem szczęśliwa?”, „Czy to życie nadal mi odpowiada?”. I czasami odpowiedź prowadzi właśnie do decyzji o rozwodzie.
Oczywiście nie jest to jedyny scenariusz. Nie każda kobieta jest matką, nie każde małżeństwo ma dzieci, a mimo to po wielu latach może pojawić się bardzo podobny moment życiowego bilansu. Nagle, mając 45 czy 50 lat, uświadamiamy sobie, że nasze wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądało małżeństwo na tym etapie życia, zupełnie rozmijają się z rzeczywistością. Coraz częściej pojawia się wtedy pytanie: „Czy naprawdę chcę tak żyć dalej?”.
Nie musi wydarzyć się zdrada ani żaden spektakularny kryzys. Czasem powodem jest po prostu narastające przez lata poczucie, że ciągle z czegoś rezygnuję, ustępuję, nie rozmawiam o swoich potrzebach, a niewypowiedziane urazy rosną do momentu, w którym dalsze trwanie w relacji staje się bardzo trudne.
Myślę też, że około 40. czy 50. roku życia wiele osób staje się bardziej odważnych. Z wiekiem przychodzi świadomość, że czasu nie jest nieskończenie wiele i coraz trudniej godzić się na życie „byle jakie”. Czasami właśnie wtedy zapada decyzja: wolę przejść przez bolesny proces rozstania i żałoby, niż przez kolejne lata rezygnować z siebie.
Kobiety są społecznie wychowywane do odczuwania odpowiedzialności za relacje. To właśnie one częściej zastanawiają się, czy zrobiły wystarczająco dużo, czy mogły bardziej się postarać, czy nie zawiodły rodziny
Czyli z jednej strony rozwód po dekadach wspólnego życia jest niezwykle trudnym doświadczeniem, ale z drugiej może stać się początkiem czegoś dobrego?
Myślę, że tak. Życie w pojedynkę, już bez wszystkich ról, o których wcześniej mówiłyśmy, staje się dla wielu kobiet procesem uczenia się bycia ze sobą. To czas odkrywania własnych potrzeb, emocji, preferencji, a czasem nawet poznawania siebie na nowo.
Oczywiście wcześniej trzeba przejść przez etap żałoby i zaakceptować ogromną zmianę, która zawsze wiąże się z lękiem i niepewnością. Ale kiedy ten proces się zakończy, wiele kobiet zaczyna doświadczać czegoś bardzo uwalniającego. Otwiera się przestrzeń na własny rozwój, nowe doświadczenia i decyzje podejmowane już nie z myślą o wszystkich wokół, ale także o sobie.
Zmienia się naprawdę wiele. Często zmienia się krąg znajomych, rytm dnia, sposób spędzania wolnego czasu, a nawet miejsce zamieszkania. Pojawia się przestrzeń na pasje, które wcześniej były odkładane na później, i na budowanie życia według własnych zasad.
Ale chyba najważniejsza zmiana zachodzi wewnątrz. Poczucie bezpieczeństwa, które wcześniej opierało się przede wszystkim na byciu w związku, stopniowo zaczyna opierać się na sobie samej. Kobieta odkrywa, że potrafi poradzić sobie z życiem również w pojedynkę. I dla wielu z nich jest to doświadczenie niezwykle wzmacniające.
Jak odnaleźć się w tym, że nagle jestem sama?
Przede wszystkim warto pamiętać, że to proces. Nie da się z dnia na dzień odnaleźć w zupełnie nowej rzeczywistości. Zachęcałabym, żeby zacząć od zadawania sobie prostych pytań: „Jak się z tym czuję?”, „Czego teraz potrzebuję?”, „Co jest dla mnie ważne?”.
To moment, w którym warto skierować uwagę na siebie. Przez lata wiele kobiet koncentrowało się przede wszystkim na potrzebach rodziny, partnera czy dzieci. Teraz pojawia się przestrzeń, by zacząć budować nową relację z samą sobą i stopniowo tworzyć nową tożsamość.
Badanie przeprowadzone przez firmę Mishcon de Reya wśród kobiet, które w wieku 45-60 lat zdecydowały się na rozwód, pokazało, że co trzecia z nich czuje się po rozstaniu szczęśliwsza niż wcześniej. Wiele mówiło też, że dopiero po rozwodzie mogły być takimi kobietami, jakimi zawsze chciały być. Czy rozstanie po kilku dekadach małżeństwa rzeczywiście może przynieść ulgę?
Zdecydowanie tak. Jak wspominałam wcześniej, rozwód może stać się początkiem procesu odkrywania siebie na nowo. Kobieta zaczyna zastanawiać się, czego naprawdę chce, co sprawia jej radość i jak chce żyć. To także moment odzyskiwania własnej przestrzeni. Przez wiele lat była ona współdzielona z partnerem i rodziną, teraz może stać się przestrzenią tylko dla niej.
Jestem ogromną zwolenniczką myślenia, że rozwód nie musi kończyć się wyłącznie dramatem i utknięciem w żałobie. Oczywiście najpierw trzeba przeżyć stratę, ale później naprawdę można zbudować siebie na nowo i stworzyć życie, które będzie bardziej zgodne z własnymi potrzebami.
Kobieta odkrywa, że potrafi poradzić sobie z życiem również w pojedynkę. I dla wielu z nich jest to doświadczenie niezwykle wzmacniające
A czy może się okazać, że to nowe życie w pojedynkę spodoba nam się na tyle, że nie będziemy już chciały szukać kolejnego partnera?
Oczywiście. Ale równie dobrze może wydarzyć się coś zupełnie odwrotnego. Nie ma jednego scenariusza. Każda kobieta ma swoją historię i swoje potrzeby. Jeśli będzie uważnie przyglądała się sobie i szukała odpowiedzi na pytanie, czego naprawdę chce, sama znajdzie najlepszą dla siebie drogę. Dla jednej będzie to nowy związek, dla innej świadomie wybrane życie solo.
W jaki sposób rozwód może zmienić to, jak kobieta patrzy na swoją kobiecość?
To bardzo ciekawy wątek. Bo poczucie atrakcyjności rzadko wynika wyłącznie z wyglądu. Znacznie częściej jest związane z tym, jak same siebie postrzegamy. Kiedy zaczynamy lepiej rozumieć swoje potrzeby i odzyskujemy wpływ na własne życie, często zmienia się również sposób, w jaki patrzymy na siebie jako kobiety.
Czy razem z tym zmienia się również poczucie sprawczości?
Myślę, że bardzo często tak. Kobieta zaczyna czuć, że znowu jest autorką własnego życia.
Samo przejście przez rozwód bywa doświadczeniem, które buduje ogromną siłę. Można wtedy pomyśleć: „Poradziłam sobie. Przeszłam przez rozstanie, przez żałobę, przez wszystkie trudne emocje i nadal tu jestem”. Potem pojawiają się kolejne doświadczenia, które tę sprawczość wzmacniają. Pierwszy samodzielny wyjazd. Pierwsze święta zorganizowane po swojemu. Spokojny weekend tylko dla siebie. Samodzielnie podjęte decyzje.
To właśnie z takich, pozornie drobnych doświadczeń stopniowo buduje się przekonanie: „Potrafię. Dam sobie radę”. I myślę, że dla wielu kobiet jest to jedno z najważniejszych odkryć po rozwodzie.
Bardzo zachęcam swoje pacjentki, żeby zamiast rozważać, że „zmarnowałam dwadzieścia lat życia”, spróbowały zadać sobie pytanie: „Czego te dwadzieścia lat mnie nauczyło?”. To zmienia perspektywę
Czy kobiety miewają poczucie winy z powodu rozwodu?
Myślę, że często. Nadal funkcjonuje społeczne przekonanie, że kobieta powinna ratować związek, wybaczać, wytrzymywać i robić wszystko, żeby rodzina się nie rozpadła. Nic więc dziwnego, że wiele kobiet nosi w sobie myśl: „To przeze mnie rozpadła się rodzina”. To bardzo silne i obciążające poczucie winy.
Myślę też, że kobiety są społecznie wychowywane do odczuwania odpowiedzialności za relacje. To właśnie one częściej zastanawiają się, czy zrobiły wystarczająco dużo, czy mogły bardziej się postarać, czy nie zawiodły rodziny.
Bardzo ważne jest jednak podkreślenie, że rozwód nigdy nie jest odpowiedzialnością jednej osoby. Relację zawsze tworzą dwie osoby i to wspólna historia prowadzi do tego miejsca. Nie chciałabym mówić o winie jednej strony, bo w związkach najczęściej mamy do czynienia z tańcem dwojga ludzi.
Widzę jednak, że z wiekiem wiele kobiet zaczyna uwalniać się od tego nadmiernego poczucia winy. I bardzo się z tego cieszę. Kiedy trafiają do mojego gabinetu, staram się wspierać je właśnie w odzyskiwaniu kontaktu z tym, czego same potrzebują, a z czego przez lata często rezygnowały.
Rozwód może być też decyzją drugiej strony. Co powiedziałaby pani kobiecie, która właśnie usłyszała od męża, że on chce rozwodu, i ma wrażenie, że właśnie zawalił jej się świat? Nie jako psychoterapeutka, ale jako przyjaciółka.
Powiedziałabym po prostu: „Jestem przy tobie. Przejdziemy przez to razem”.
Myślę, że w takich chwilach nie potrzeba mądrych rad ani gotowych rozwiązań. Najważniejsze jest uznanie tego, co ta osoba przeżywa, czyli np. powiedzenie: „Widzę, jak bardzo cierpisz. Rozumiem, że to dla ciebie strasznie trudne”. To właśnie obecność jest wtedy największym wsparciem.
Inne emocje towarzyszą kobiecie, która sama podjęła decyzję o rozwodzie, a inne tej, która została zaskoczona decyzją partnera. To są dwa różne doświadczenia. Natomiast niezależnie od tego, kto podjął decyzję, rozwód pozostaje ogromną zmianą i doświadczeniem straty. To rewolucja w życiu, która może wiązać się z bólem, poczuciem porażki czy niepewnością. Emocje będą inne, ale sam proces przechodzenia przez zmianę pozostaje bardzo wymagający.
Z naszej rozmowy wynika, że rozwód, owszem, jest końcem małżeństwa, ale też początkiem nowej relacji z samą sobą…
Myślę, że bardzo często właśnie tak się dzieje. Nie chodzi o znalezienie zupełnie nowej siebie, ale raczej o odzyskanie tych części siebie, które przez lata zeszły na dalszy plan. To może być niezwykle ciekawa podróż. Poznawanie siebie na nowo, odkrywanie swoich potrzeb, pragnień i marzeń. Nie nowej osoby, ale siebie z innej perspektywy.
Rozwód kończy małżeństwo, ale nie kończy życia. Czasami kończy jedynie historię, która już dawno przestała być zgodna z tym, kim naprawdę jesteśmy.
Marta Drzewiecka-Trojcewicz – psychoterapeutka i psycholożka. Ukończyła Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej, a także czteroletnie studium psychoterapii prowadzone przez Laboratorium Psychoedukacji oraz czteroletnią szkołę psychoterapii INTRA, obie rekomendowane przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Współtworzy Poradnię Psychoterpautyczną Viro www.poradniaviro.pl.