Marta Dragan: W maju wróciliście do Polski po czterech latach okrążania kuli ziemskiej jachtem Dufour 512 GL o nazwie Donna. Odwiedziliście 33 kraje, pokonaliście 40 tys. mil morskich. Czy teraz możecie powiedzieć, że jesteście w domu? Jak definiuje się dom po takiej podróży?
Martyna: Domem jest dla mnie rodzina. Dom jest tam, gdzie jesteśmy my wszyscy. Dla Marysi – naszej najmłodszej córki, która miała dwa latka, kiedy wypływaliśmy w podróż – domem jest Donna. Jak wróciliśmy do Siedlec, to ona po bodajże trzech dniach pytała, kiedy wracamy do domu.
Kochamy podróżować, ale cztery lata bez przyjazdu do kraju to naprawdę długo. Bardzo tęskniliśmy za Polską. Planujemy tu trochę zacumować, ale nie mówimy, że jest ona naszym ostatecznym wyborem. Po takim czasie człowiek wraca jednak do zupełnie innej rzeczywistości.

Jacht Kowieskich – Dufour 512 GL o nazwie Donna / Zdjęcie: archiwum prywatne
Co najbardziej was zaskoczyło?
Martyna: Proza życia. Choćby butelkomaty (śmiech). W drodze powrotnej spotkaliśmy w Grecji polskie załogi i, uwierz mi, to był jeden z pierwszych tematów, które poruszyliśmy. Mówili: „Zobaczysz, będziesz stała w kolejce z butelkami”. Myślałam, że żartują. Śmiałam się, że mam czwórkę dzieci, więc one będą to robić. I rzeczywiście, młodzi złapali bakcyla. Szczególnie Maurycy wywęszył w tym biznes.
Zaskoczeniem było to, jak bardzo zmieniło się przez ten czas nasze miasto Siedlce. Pierwsze kilka naszych spacerów wyglądało tak, że co chwilę mówiliśmy: „tego nie było”, „tutaj coś wybudowali”, „tego też nie kojarzę”.
Matylda: Dla mnie najbardziej wzruszające było powitanie. Przyszło tyle osób – znajomi, koleżanki ze szkoły. To było niesamowite, że przez cały ten czas o nas pamiętali i śledzili naszą podróż.

Marysia – najmłodsza pasażerka Donny. Miała dwa latka, kiedy wraz z rodzicami i rodzeństwem wyruszyła w rejs dookoła świata / Zdjęcie: archiwum prywatne
Powrót okazał się bardziej wymagający, niż się spodziewaliście?
Martyna: Zdecydowanie. Mieszkanie było zniszczone przez lokatorów – czekał nas remont, wymiana sprzętów. Do tego urzędy, dokumenty, paszporty dzieci, badania lekarskie, szkoły. Po czterech latach trzeba było wszystko organizować od nowa.
Maciej praktycznie od razu pojechał do Chorwacji przygotować jacht do sezonu. Ja do niego później dołączyłam, żeby zająć się porządkami, odgruzowywaniem wszystkich pomieszczeń. Musieliśmy wymienić na jachcie całe wyposażenie na nowo, żeby mógł wystartować z pierwszymi chętnymi w rejs. Maciej okres wakacji spędzi głównie na Donnie jako kapitan, bo wiesz, nikt nie pyta o to, jaki jest koszt takiej wyprawy dookoła świata. W naszym przypadku pochłonęła ona majątek. Wszyscy się wzbogacali, a my wydawaliśmy po drodze. Zadłużyliśmy się u rodziny i przyjaciół, więc robimy wszystko, żeby stanąć na nogi. Teraz dużo rozmawiamy z ludźmi, którzy planują podobny rejs i pytają nas, czego mogą się spodziewać.
I co im mówicie?
Martyna: Niczego nie lukrujemy, nie upiększamy. Chcemy, żeby inni wiedzieli, że z takim marzeniem wiąże się dużo stresu, niewyspania i życia w ciągłej gotowości. Bo większość ludzi widzi tylko palmy, plaże i lazurową wodę, a to jest może jeden procent całej podróży. Reszta to codzienna praca i odpowiedzialność. Bo na wodzie – nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że jesteś już bezpieczny – wszystko może zmienić się w jednej chwili. Rzucasz kotwicę, myślisz, że możesz odetchnąć, bo dzieci śpią na górze, a nagle w środku nocy rybak wpływa ci w burtę. To spotkało nas w Malezji.
Ostatni etap podróży – z Tajlandii do Europy przez Morze Czerwone – był dla nas niezwykle trudny. Pojawiło się realne zagrożenie piractwem, konieczność codziennego meldowania się wojskom sprzymierzonym, do tego w trakcie naszego rejsu wybuchł konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Czuliśmy się zdani wyłącznie na siebie. Wcześniej, kiedy wypłynęliśmy z Australii do Indonezji i byliśmy jeszcze ok. 120 mil od wyspy Flores, spotkała nas dramatyczna akcja ratunkowa z powodu pękniętego woreczka żółciowego u Maćka.
Dopiero teraz, kiedy jesteśmy już w domu i śpimy we własnych łóżkach, które się nie bujają, widzimy, przez co przeszliśmy. I czasami sami nie wierzymy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Mamy wrażenie, jakbyśmy opowiadali scenariusz jakiegoś filmu.

Martyna i jej mąż Maciej na jachcie Donna / Zdjęcie: archiwum prywatne
Matylda, z jakimi emocjami wypływałaś, a z jakimi wróciłaś? Jak ta podróż wyglądała z perspektywy nastolatki?
Matylda: Dużo o tym myślałam. Kiedy wypływaliśmy, byłam przekonana, że popłynę z rodzicami na kilka miesięcy po Europie, a potem wrócę do Polski i zamieszkam u babci. Z czasem jednak kontakty ze znajomymi zaczęły się urywać. Uznałam wtedy, że skoro tak, to może nie ma sensu wracać. A później byliśmy już za daleko, bo dopłynęliśmy do Ameryki Południowej, bilety były bardzo drogie i właściwie nie było już odwrotu.
Najtrudniejszy był zdecydowanie pierwszy rok. Na jachcie ciągle coś się psuło – trzeba było wchodzić na maszt, nurkować, naprawiać generator. I też bardzo brakowało mi osób w moim wieku. Życie na łodzi zaczęło mi się podobać dopiero, jak dotarliśmy na Fidżi, gdzie poznałam fajnych ludzi. Ze wszystkich miejsc najlepiej było w Australii. Tam chodziliśmy do szkoły, dołączyliśmy do harcerstwa. Ja zaprzyjaźniłam się z dziewczynami z Polski, z którymi do dziś utrzymuję kontakt.
A teraz, kiedy wróciliśmy do Polski, długo nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Tyle razy śniło mi się, że wracam, że przez pierwsze dwa dni miałam wrażenie, jakby to był kolejny sen. Bardzo się cieszę z powrotu. Jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam – mam znajomych, swoje miejsce i od września idę do szkoły stacjonarnej.
Rozwiń
Ten zachwyt Australią wynikał właśnie z poczucia stabilizacji?
Martyna: Ależ tak, tam po raz pierwszy od dawna żyliśmy prawie normalnie. Jacht stał na rzece w Brisbane i był po prostu naszym domem. Obok był park z placem zabaw, blisko sklepy. Dzieci chodziły do polskiej szkoły, na zbiórki harcerskie i do polskiego kościoła. Wreszcie miały wokół siebie rówieśników. Myślę, że właśnie dlatego, kiedy przyszła pora ruszać dalej, wcale nie chciały wypływać.
Życie w ciągłym ruchu rządziło się swoimi prawami. Każdego dnia dopływaliśmy do nowego miejsca i od razu musieliśmy się w nim odnaleźć – sprawdzić, czy kotwica dobrze trzyma, znaleźć sklep, zaplanować zakupy, czasem przejść kilka kilometrów albo złapać stopa. To było nieustanne wychodzenie ze strefy komfortu. Do tego dochodziło samo życie na jachcie. To nie samochód, z którego wysiadasz i odpoczywasz. Łódka cały czas się kołysze, więc twoje ciało też jest cały czas w ruchu. Dzieci różnie to znosiły, zwłaszcza gdy pogoda nie rozpieszczała. W Australii zrozumiałam, że choć podróż jest niezwykła, to one potrzebują rutyny.
Rolki
Były momenty, że chciałaś zrezygnować?
Martyna: Największy kryzys przeżyłam w Tajlandii. Codziennie sprawdzałam bilety do Polski. Powiedziałam wtedy mężowi, że albo wracamy przez Morze Czerwone, albo ja wracam z dziećmi samolotem, a on kończy rejs sam.
Matylda: Tata chciał płynąć dookoła Afryki. To by dodało ponad rok czasu, bo musielibyśmy popłynąć przez dół Afryki, gdzie jest bardzo, bardzo niebezpieczne miejsce pogodowe. Następnie stamtąd już trzeba przepłynąć przez Atlantyk do Ameryki Południowej, później przez Wenezuelę, co też jest ryzykowne. I znowu robić Atlantyk, żeby dopłynąć do Europy. Mega trudne, a jeszcze na wejściu masz orki, które lubią atakować jachty.
Jak przechodzi się kryzys na środku oceanu, kiedy nie można po prostu wyjść z domu i trzasnąć drzwiami? Jak wasze małżeństwo przetrwało cztery lata na kilkunastu metrach kwadratowych?
Matylda: (śmiech) To był hit, ale chyba zostawię mamę z tą odpowiedzią.
Martyna: Oj, nasz jacht wiele razy był polem bitwy. Przeszliśmy mnóstwo naprawdę trudnych sytuacji, często z zagrożeniem życia, choć dzieci nie o wszystkim wiedziały. Z Maćkiem oboje jesteśmy emocjonalni i głośno wyrażamy swoje zdanie. Dzieci szybko nauczyły się rozładowywać napięcie. Mistrzem był Maurycy, który w samym środku kłótni potrafił nagle zapytać: „Mamo, a czego używasz do włosów?”. To znak, że trzeba było zejść z tonu.
Będąc na środku oceanu, bardzo szybko przechodzi się od kryzysu do działania. Nie było czasu na rozpamiętywanie ani obrażanie się. Człowiek po prostu wchodził w rytm dnia: śniadanie, lekcje, gotowanie, obowiązki na jachcie, a tych nie brakowało, bo zaliczaliśmy jedną awarię za drugą. Oczywiście frustrujące było to, że jacht musiał być zawsze na pierwszym miejscu, bo od jego sprawności zależało nasze bezpieczeństwo. Prysznic, kawa czy odpoczynek schodziły na dalszy plan. Dopiero po powrocie zrozumiałam, jak ogromny wpływ miał na mnie chroniczny brak snu. Teraz, kiedy w końcu się wysypiam, odczuwam zupełnie inną jasność umysłu.
Miałyście miejsca, które od zawsze były na waszej mapie marzeń?
Matylda: Polinezja Francuska. Bardzo chcieliśmy ją wszyscy zobaczyć. I to się udało.
W czasie podróży cały czas sprawdzałam na mapie, gdzie jesteśmy i jak daleko od Polski. Pamiętam, że jak zobaczyłam Malediwy, to od razu zaczęłam pytać tatę, czy tam dopłyniemy. Dopłynęliśmy, ale ostatecznie to miejsce trochę mnie rozczarowało. Za to zachwyciła mnie Australia. Uwielbiałam serial „H2O„ i kiedy sprawdziłam, że był kręcony na Gold Coast, pomyślałam, że to jest tak daleko, że nigdy tam nie dotrzemy. A później naprawdę tam stanęłam. To było coś niesamowitego!
Martyna: Ja patrzyłam na podróż trochę inaczej. Bardziej niż konkretne miejsca interesowało mnie to, jak się do nich dostać. Każdy kraj oznaczał formalności, dokumenty, zgody na wpłynięcie. Dopiero kiedy wszystko było załatwione, mogłam cieszyć się widokami.
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Opera w Sydney oglądana z pokładu naszego jachtu. Pamiętam też wpływanie do Auckland, Gold Coast, o którym Matylka wspomina, czy indonezyjskie wulkany wyrastające prosto z morza. Niezwykłe były również Wyspy Komodo – wyglądały wręcz jak marsjański krajobraz.
Matylda: Bardzo podobało mi się też Bali.
Martyna: Mnie akurat Bali trochę rozczarowało. Trafiliśmy tam tuż po powodziach i widok ogromnej ilości śmieci, które unosiły się w wodzie, był przygnębiający. Za to bardzo dobrze wspominam Tajlandię – piękne wyspy, niezwykle życzliwych ludzi…
Matylda: …i rekiny wielorybie! Nurkowanie z tymi wielkimi rybami. Och! To było spełnienie jednego z moich największych marzeń.
Martyna: (śmiech) A ja byłam przerażona. To było piękne, ale jednocześnie naprawdę paraliżujące.
Kontrast waszych odczuć pokazuje, że tę samą podróż można przeżywać zupełnie inaczej. Martyna, jak myślisz, co było najcenniejszą lekcją, którą dzieci mogły wynieść z życia na jachcie?
Martyna: Chciałabym, żeby wyniosły z tej podróży przekonanie, że życie nie polega na tym, że coś dostajemy czy coś nam się należy. Wiele rzeczy trzeba sobie wypracować. Myślę, że dzieci przede wszystkim zobaczyły na własne oczy, ile wysiłku kosztuje osiągnięcie celu. Że dotarcie z miejsca do miejsca nie dzieje się samo. Trzeba wszystko zaplanować, znaleźć sklep, zrobić zakupy i przytargać je na jacht. Jeśli nie kupisz jedzenia, to go nie będzie. Jeśli nie zadbasz o sprzęt, nie popłyniesz dalej. Mocno wierzę, że właśnie to z nimi zostanie. Choć to kształtowanie charakterów odbywało się w mękach i bólach. (śmiech)
Miałaś obawy, że te cztery lata poza systemem coś dzieciom odbiorą? Edukacyjnie, społecznie?
Martyna: Oczywiście, że te momenty zwątpienia się pojawiały. Od początku najbardziej martwiłam się o edukację. Nauczanie na jachcie czwórki własnych dzieci było dla mnie ogromnym wyzwaniem. W pewnym momencie wszyscy byliśmy tym zmęczeni i to też był jeden z powodów decyzji o powrocie. Zastanawiałam się, czy te cztery lata poza systemem szkolnym uda się nadrobić. Na szczęście nauczyciele uspokajają mnie, że dzieci sobie poradzą.
Równie mocno bałam się o relacje z rówieśnikami. Podczas rejsu zupełnie przypadkiem poznałam Heloisę Schürmann – legendarną brazylijską żeglarkę, która wraz z rodziną opłynęła świat. Powiedziała mi wtedy, żebym była spokojna o dzieci, że one na pewno po takiej szkole życia będą jeszcze bardziej rezolutne. Bardzo chciałam jej wierzyć, ale jednocześnie miałam świadomość, że ich podróż odbywała się w zupełnie innych czasach. Nie było internetu ani mediów społecznościowych, kontakt z innymi ograniczał się właściwie do radia CB. Dziś świat wygląda zupełnie inaczej, dlatego sen z powiek spędzało mi to, czy moje dzieci nie zapłacą za tę podróż samotnością albo trudnościami z odnalezieniem się w grupie.
Na szczęście okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Po powrocie do Polski właściwie od razu znalazły przyjaciół. Dodatkowo wyniosły z tej podróży coś bezcennego – swobodnie mówią po angielsku i do dziś utrzymują kontakt z dziećmi z Australii, Danii czy Indonezji. Ale codzienność na lądzie już nie wygląda tak jak cztery lata temu.
Co masz na myśli?
Martyna: Mam wrażenie, że wiele rzeczy nas szczęśliwie omijało na łodzi. Nie mieliśmy sklepów na wyciągnięcie ręki, jak odwiedzaliśmy supermarkety, to dzieci wiedziały, że priorytetem są zakupy spożywcze, że zapas słodyczy miał wystarczyć na pięć miesięcy. Dzieci dokładnie wiedziały, ile mogą zjeść każdego dnia. Dzieliły się po równo, wiesz, do centymetra, żeby każdy miał tyle samo. To też uroki życia w wielodzietnej rodzinie (śmiech). Teraz muszą nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym pokus jest znacznie więcej.
Na jachcie nie toczyliśmy zażartych dyskusji o zabawki. Dzisiaj wystarczy, że koleżanka ma coś nowego, i od razu pojawia się presja. A ja jestem przekonana, że trzeba dać dziecku pomarzyć więcej niż jeden dzień. Nie kupować po jednym haśle „mamo, chcę to”, bo to psuje dzieciaki okrutnie.
Jest jeszcze kwestia internetu. Mocno pilnuję, żeby dzieci korzystały z niego na jasno określonych zasadach. Bo niestety łatwo można wpaść w pułapkę niekończącego się grania czy scrollowania. Obserwowałam to podczas naszej podróży. W biedniejszych miejscowościach Indonezji dzieci biegały boso, bawiły się czymkolwiek i spędzały czas razem. Im bardziej rozwinięte i zamożne było miejsce, tym częściej widziałam nie tylko dzieci w wieku szkolnym, ale też maluchy wpatrzone w ekrany.

Martyna / Zdjęcie: archiwum prywatne
Większość ludzi widzi tylko palmy, plaże i lazurową wodę, a to jest może jeden procent całej podróży. Reszta to codzienna praca i odpowiedzialność. Bo na wodzie wszystko może zmienić się w jednej chwili
Po tej podróży czujesz się bardziej odważna czy bardziej ostrożna?
Martyna: Bardziej odważna. Oczywiście ostrożność jest potrzebna, ale nie można wszystkiego próbować przewidzieć i natrętnie kalkulować. Gdybyśmy przed wypłynięciem wiedzieli, przez co przyjdzie nam przejść, jestem przekonana, że nigdy nie zdecydowalibyśmy się na rejs dookoła świata. Mam tu na myśli choćby problemy zdrowotne Maćka, które kompletnie nas zaskoczyły.
Co dokładnie się wtedy wydarzyło?
Ból pojawił się nagle, kiedy byliśmy w Indonezji, ok. 120 mil od brzegu. Musiałam koordynować całą akcję ratunkową i jednocześnie prowadzić Donnę do portu, pozostając w stałym kontakcie z lekarzami.
Okazało się, że Maciej trafił na stół operacyjny dosłownie w ostatniej chwili. Rozwijała się już sepsa. Przez to, że nie była to operacja laparoskopowa, tylko klasyczny zabieg z otwarciem powłok brzusznych, Maciej przez kilka miesięcy nie mógł wykonywać żadnych cięższych prac na jachcie. Do tego koszty leczenia szpitalnego okazały się znacznie wyższe, niż początkowo nam deklarowano, więc kiedy tylko Maciek wrócił do sił, przyjął propozycję przeprowadzenia jachtu z Indonezji do Timoru Wschodniego jako kapitan, żeby zarobić na dalszą podróż. Przez ponad trzy tygodnie był na morzu, a ja zostałam z dziećmi na Bali.
Takim równie mrożącym krew w żyłach doświadczeniem było rozstanie z dziećmi podczas cyklonu Alfred w Brisbane. Wysłaliśmy je na ląd do naszych przyjaciół w Australii, a sami zostaliśmy na jachcie. Musieliśmy zaryzykować, bo nie wiedzieliśmy, jak to może się skończyć, co się stanie z Donną. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba mieć odwagę zrobić pierwszy krok, a później reagować na to, co przynosi życie.
Co dziś uważasz za największą wartość tej podróży?
Martyna: Nagrodą są wspomnienia i ich unikatowość. To, że mogliśmy na własne oczy zobaczyć miejsca, o których wcześniej tylko czytaliśmy, i naprawdę doświadczyć świata: dotknąć go, powąchać, zanurkować, obcować z dziką przyrodą. I przekonać się, że ludzie, niezależnie od szerokości geograficznej, są w gruncie rzeczy dobrzy.
Ta podróż dała nam też zupełnie inną perspektywę. Dzisiaj jeszcze bardziej doceniam to, jak dobrze żyje się w Polsce. Pod kątem ekonomicznym jesteśmy naprawdę uprzywilejowani. Jednocześnie zobaczyłam z bliska, jak ogromnym problemem na świecie jest zanieczyszczenie środowiska. Nigdy nie zapomnę raf koralowych, niezwykle pięknych, na których leżały tony plastiku, ani delfinów zaplątanych w porzucone sieci. Po takich doświadczeniach człowiek już nigdy nie wyrzuci śmieci do morza. Mam nadzieję, że właśnie to zostanie również z naszymi dziećmi. To, o czym ich rówieśnicy dowiadują się z lekcji przyrody czy z filmów edukacyjnych, one mogły zobaczyć na własne oczy.
Przeżyliśmy mnóstwo pięknych chwil. Bardzo doceniam momenty, kiedy mogliśmy dzielić tę podróż z innymi. To właśnie ta wspólnotowość chyba najbardziej zapadła mi w pamięć. Chciałabym, żeby ta czteroletnia wyprawa została z nami nie tylko we wspomnieniach, ale miała też swój materialny, pamiątkowy wymiar. Do tej pory relacjonowaliśmy ją głównie online: na naszym kanale na YouTube i na profilu @sailwithdonna na Instagramie. Mam nadzieję, że kiedy emocje już opadną, uda mi się napisać książkę.