Na twarz nakładamy kremy, bo wierzymy, że skóra je wchłonie. Uważnie studiujemy ich składy, płacimy za nie krocie. Tymczasem ubranie okrywa niemal całe ciało, wielokrotnie większą powierzchnię niż twarz, i działa dokładnie tak samo. Pory się otwierają, skóra się poci, a razem z potem wchłania to, co ma z nią kontakt. Z tą różnicą, że składu swetra, legginsów czy bielizny nie czyta prawie nikt.
A jest co czytać. Poliester, z którego uszyta jest większość tego, co wisi dziś na wieszakach w sklepach, to w gruncie rzeczy plastik – najczęściej przetworzone butelki po napojach. Żeby taki materiał zafarbować, potrzeba agresywnej chemii; jej ślady zostają w tkaninie i pod wpływem ciepła ciała potrafią przenikać przez skórę. To samo ciepło, którego plastik nie wypuszcza, tworzy pod ubraniem wilgotny mikroklimat – środowisko, w którym łatwiej o infekcje i podrażnienia.
Romina Roman zajęła się sprawdzaniem tego, czego nie widać w metce. Pochodząca z Peru przedsiębiorczyni bada, co syntetyczne ubrania robią z ludzkim ciałem – i buduje narzędzia, które mają pomóc nam czytać ubrania tak, jak nauczyliśmy się czytać etykiety jedzenia.
Agata Źrałko, Hello Zdrowie: Większość ludzi, myśląc o zdrowym stylu życia, patrzy na to, co ma na talerzu, i o sporcie. Ty patrzysz na metki. Kiedy ubrania stały się dla ciebie kwestią zdrowia?
Romina Roman: Wszystko zaczęło się, gdy miałam 12 lat. Zdiagnozowano u mnie raka tarczycy – tarczycę trzeba było usunąć. Zawsze wierzyłam, że ciało ma ogromną moc, a tu nagle okazało się, że w moim jest nowotwór.
Dziś mogę powiedzieć, że miałam szczęście, że przeżyłam, ale to doświadczenie zmusiło mnie do przemyślenia, jak bardzo możemy o ciało zadbać – żeby je wzmocnić albo tę siłę w nim utrzymać.
I dla mnie zdrowie to znacznie więcej niż ruch czy kondycja psychiczna. To także wszystko, co ma kontakt z naszym ciałem, wszystko, czym się otaczamy.
Dorastałam między Peru a Kostaryką, więc mam bardzo silną więź z naturą i ze społecznościami rdzennymi. Wychowałam się, patrząc, jak tworzą piękne rzeczy, pozostając w pełnej harmonii ze wszystkim wokół. Potem wyjechałam na studia do Barcelony. Mieszkałam tam osiem lat i zobaczyłam zupełnie inny świat: wszystko pędzi, ludzie chcą więcej, wydają więcej, czasem trochę za dużo. Ten kontrast sprawił, że bardzo głęboko weszłam w temat zrównoważonej mody. Moją największą motywacją była chęć oddania hołdu światu, w którym dorastałam.
Spędziłam w branży wiele lat i właśnie ta praca uświadomiła mi, że czegoś tu brakuje. Istnieje zjawisko nazywane „luką między postawą a zachowaniem” (attitude-behavior gap): wszyscy chcemy być eko, ale przy kasie rzadko wybieramy tę bardziej zrównoważoną opcję. Chcemy żyć w zgodzie z naturą, tylko często nie wiemy nawet, od czego zacząć.
Rolki
I rozumiem, że to zmieniło również sposób, w jaki mówisz o modzie?
Tak. Zauważyłam, że nie chodzi tylko o aspekt ekonomiczny – chodzi o motywację. Po co mam kupować lepiej? Dlaczego mam wydawać więcej dla dobra planety i zdrowia innych ludzi?
Dlatego zaczęłam opowiadać o zrównoważonej modzie nie tylko w kontekście środowiska czy ludzi, którzy te ubrania szyją, ale także zdrowia samego konsumenta. I to zmieniło wszystko. Ludzie zaczęli patrzeć na temat inaczej. Reakcja była mniej więcej taka: „No dobrze, może nie jestem gotowa wydać więcej tylko dlatego, że chcę zadbać o planetę – ale jestem gotowa wydać więcej, bo chcę zadbać o własne zdrowie”.
Czy to podważyło też twoje rozumienie tego, czym właściwie jest „zrównoważona moda”?
Co ciekawe, pozwoliło mi nadać zrównoważonemu rozwojowi konkretny kształt, wyciągnąć go z poziomu abstrakcji. Bo wiele rzeczy, które dziś uchodzą za zrównoważone, na przykład poliester z recyklingu, wcale nie musi być zdrowych. To nadal plastik. Szkodliwy nie tylko dla ludzi, ale i dla środowiska.
Dotarło do mnie, że patrzenie na odzież przez pryzmat zdrowia, a nie tylko ekologii, jest znacznie bardziej całościowe. Pomyśl: jeśli ubranie trafia do konsumenta naszpikowane chemikaliami, to pracownicy fabryki, którzy mieli je w rękach, byli narażeni na pewnie dziesięć razy większe stężenia. Woda wokół tej fabryki jest o wiele bardziej skażona. I całe środowisko dookoła też.
Zdrowie jako punkt odniesienia pozwoliło mi więc zobaczyć we właściwych proporcjach, czym naprawdę jest zrównoważony rozwój, dlaczego powinnam wybierać jedne rzeczy, a nie inne, i jak ustawiać priorytety przy zakupach – tak, żeby było to najlepsze dla wszystkich, zaczynając od naszego własnego zdrowia.

Romina Roman / fot. archiwum prywatne
Co odkryłaś, kiedy zaczęłaś drążyć temat?
Wiele rzeczy – i to na wielu poziomach. Może uporządkujmy to według grup, których dotyczy.
Zacznijmy od niemowląt. Kiedy maluch zaczyna nosić ubrania, ogromnie ważne jest, żeby wybierać materiały jak najbardziej naturalne – bawełnę albo choćby półsyntetyczny modal, który powstaje z pulpy drzewnej. Żaden człowiek nie rodzi się przystosowany do syntetycznych, plastikowych tkanin, a niemowlęta jako pierwsze reagują wysypką na kontakt z syntetykami. W Stanach i wszędzie tam, gdzie większość odzieży na rynku to syntetyki, dzieci muszą przechodzić ten proces „uodparniania się” jeszcze szybciej – bo gdy tylko wyrastają z niemowlęcych ubranek, zaczynają nosić kolejne marki, kolejne materiały, a to wszystko plastik.
Może za każdym razem, gdy łapałaś infekcję, trenowałaś akurat w syntetycznej bieliźnie? Albo trądzik na plecach ciągle wracał, a winowajcą jest ten nowy, idealnie czarny top sportowy?
A co z kobietami? Czy są objawy, które kobiety mogą u siebie zauważyć, a które wiążą się z tym, co noszą – tylko nikt ich o to nie pyta?
Tak – infekcje intymne. Kandydoza i inne zakażenia mają związek z syntetyczną bielizną, bo nasze ciało i nasz mikrobiom nie są stworzone do stałego kontaktu z plastikiem.
Naturalne tkaniny, jak wełna czy bawełna, oddychają, szybciej schną i mają właściwości antybakteryjne – to natura spotyka naturę. To twoje ciało i inny naturalny materiał, więc przepływ powietrza jest nieporównywalnie lepszy. Syntetyki to w gruncie rzeczy plastik. Jeśli owiniesz coś folią, zobaczysz, jak w środku zbiera się pot – wilgoć nie ma jak odparować, bo ciepło zostaje uwięzione. A dla kobiet to może być realny problem.
Istnieje zresztą szereg badań potwierdzających, że infekcje pochwy w wielu przypadkach mają związek właśnie z materiałami syntetycznymi.
A czy są badania dotyczące mężczyzn?
Są dane z pojedynczych badań na ludziach, ale przeprowadzono bardzo wymowny eksperyment na zwierzętach płci męskiej. Naukowcy zakładali psom na jądra odpowiednik poliestrowej bielizny. Po 2 latach liczba i jakość plemników znacząco spadły. Powód jest dokładnie ten, o którym mówiłyśmy: poliester to plastik, a plastik zatrzymuje ciepło. Jądra znajdują się tam, gdzie się znajdują, właśnie po to, żeby regulować temperaturę – a nie da się regulować temperatury czegoś, co szczelnie owinięto plastikiem.
I najciekawsze: kiedy poliester zdjęto, psy w ciągu kilku tygodni zaczęły odzyskiwać naturalną liczbę i jakość plemników. Co oznacza, że – zupełnie niezamierzenie – poliestrowa bielizna mogłaby teoretycznie działać jak forma męskiej antykoncepcji. Pod warunkiem konsekwentnego noszenia.
Skóra to bariera ochronna – tak rozumie ją większość z nas. Ty mówisz, że to także brama do organizmu. Jak to działa w przypadku tkanin?
Dokładnie tak samo jak w przypadku pielęgnacji. Ludzie wydają mnóstwo pieniędzy na kosmetyki nakładane na twarz właśnie po to, żeby skóra je wchłonęła. Paradoks polega na tym, że ubrania okrywają znacznie większą powierzchnię ciała – i działają dokładnie tak samo. Pory się otwierają, pocisz się, a wraz z potem wchłaniasz to, co ma kontakt z twoją skórą. W tym sensie powinniśmy dbać o to, co zakładamy na ciało, tak samo, jak dbamy o to, co nakładamy na twarz.
I to staje się szczególnie problematyczne przy syntetykach. Przeciwko kilku największym markom fast fashion toczą się obecnie procesy i śledztwa. Nie tylko z powodu samego używania syntetyków, ale dlatego, że syntetyki takie jak poliester to w gruncie rzeczy przetworzone butelki po wodzie. Żeby taki materiał zafarbować, potrzeba dużo agresywniejszej chemii niż w przypadku czegokolwiek naturalnego. Te agresywne substancje zawierają między innymi BPA – i zostają w ubraniach na stałe. A kiedy aktywuje je ciepło, nawet w śladowych ilościach mogą przenikać do organizmu przez skórę.
Bielizna, biustonosze, legginsy przylegają do skóry kilkanaście godzin dziennie. Co to oznacza dla układu hormonalnego?
Chodzi głównie o tzw. wieczne chemikalia – substancje obecne w barwnikach i uwalniane przez mikroplastik. To związki, które raz wchłonięte przez organizm już z niego nie znikają. I nie trafiają do nas wyłącznie przez ubrania – także przez powietrze. Mikroplastik znaleziono już w łożyskach, w jądrach, w nasieniu – właściwie wszędzie. To on w wielu przypadkach odpowiada za zaburzenia hormonalne.
Oczywiście, to zawsze splot wielu czynników. Ale im bardziej ograniczysz te, na które faktycznie masz wpływ, na przykład patrząc na to, co nosisz na gołej skórze przez dwanaście godzin dziennie, tym lepiej dla twojej równowagi hormonalnej.
Wiedząc to wszystko – czy w ogóle da się mieć szafę bez plastiku?
Myślę, że tak. Plastik to w gruncie rzeczy bardzo młody materiał, ma jakieś 70-75 lat. Upowszechnił się po wojnie, kiedy szukano tańszego sposobu produkcji tkanin. Wcześniej przez bardzo długi czas żyliśmy bez niego. I radziliśmy sobie świetnie – nawet igrzyska olimpijskie rozgrywaliśmy praktycznie bez plastiku.
Rozumiem, że w sporcie elastyczność jest ważna, a w naturze niewiele jest materiałów, które się rozciągają i wracają do formy. To zresztą jeden z głównych problemów, które próbujemy rozwiązać w moim startupie. Ale poza elastycznością? Szafę wolną od plastiku da się skompletować niemal w całości. Teraz trzeba tylko pomóc ludziom się przestawić.

Romina Roman / fot. archiwum prywatne
Próbujesz pomóc, tworząc Toxic Fashion Detector – narzędzie, które wystawia ubraniom ocenę toksyczności. Na czym właściwie opiera się ten wynik?
Narzędzie działa tak: wklejasz link do produktu i dostajesz ocenę jego wpływu na zdrowie. Wkrótce, jeśli wynik będzie niski, dostaniesz też podpowiedzi podobnych produktów z lepszą oceną. Mamy metodologię oceniania, którą opracowałam na bazie wszystkich lat moich badań.
Wszystko zaczyna się od składu ubrania. Za wynikiem stoi cała metoda punktacji – właściwie mini-algorytm, który stworzyłam, w której każda tkanina dostaje inną ocenę. Możesz powiedzieć „bawełna”, ale bawełna organiczna to już co innego. A bawełna organiczna z konkretnym certyfikatem – jeszcze co innego. Sprawdzamy też reputację marki w sieci. I jeśli marka celowo nie ujawnia szczegółów składu, to również czerwona flaga. Bo wiele marek uwielbia pisać w nazwie produktu na przykład „jedwabna sukienka”, a kiedy doczytasz drobny druk, okazuje się, że jedwabiu jest tam 10 proc., a reszta to syntetyk. My czytamy ten drobny druk za ciebie. Ty tylko wklejasz link, a narzędzie samo wszystko odczyta i znajdzie – żeby nikt nie musiał robić tego ręcznie.
Zaczęłam opowiadać o zrównoważonej modzie nie tylko w kontekście środowiska czy ludzi, którzy te ubrania szyją, ale także zdrowia samego konsumenta. I to zmieniło wszystko
Jak planujesz rozwijać swoje narzędzie? Czy będzie działać poza rynkiem anglojęzycznym?
Najbardziej ekscytuje mnie teraz aspekt społecznościowy. Sama przeskanowałam ponad 80 produktów, ale odkąd z narzędzia korzysta więcej osób, niektórzy użytkownicy mają na koncie już ponad setkę. Pomyślałam więc: a gdyby tak połączyć wszystkie nasze skany w rodzaj katalogu? Powiedzmy, że 30 proc. skanów każdego z nas to produkty z wysoką oceną – świetne opcje, gdybym kiedyś czegoś potrzebowała. U innego użytkownika tak samo. A kiedy zsumujesz wszystkie nasze wysokie wyniki, powstaje całkiem porządny katalog czystych produktów. Wszyscy pomagamy sobie nawzajem.
Idealnie byłoby, gdyby to miejsce stało się kiedyś pierwszym adresem dla szukających nietoksycznych ubrań. Dostępnym dla każdego, z możliwością zostawiania opinii w stylu: „Hej, przymierzyłam to, dostałam wysypki, oni kłamią”, gdzie społeczność pomaga sobie znajdować lepsze rzeczy.
Chcę też zapraszać marki, żeby przysyłały mi swoje produkty – zrobimy badania laboratoryjne i pomożemy im zobaczyć, co jeszcze mogą poprawić.
A co do języków – narzędzie czyta już strony po angielsku, hiszpańsku, francusku i portugalsku. Myślę o kolejnych językach.
Jak opowiadasz o zagrożeniach, żeby ludzie nie wpadli w panikę?
Myślę, że sedno leży w pokazywaniu rozwiązania. Nigdy nie zaczęłabym mówić o tym problemie, nie mając rozwiązania – i chyba właśnie tak narodził się Toxic Fashion Detector. To komunikat w stylu: „Tak, w naszych szafach może być mnóstwo plastiku, ale spójrz: oto 200 marek, które robią to, jak należy. Rozwiązanie istnieje”.
Zawsze wracam też do idei nienadmiernej konsumpcji, bo branża uczy nas, że trzeba kupować i kupować. Kiedy mieszkałam w Barcelonie, zrobiłam sobie wyzwanie: 400 dni bez kupowania ubrań – i udokumentowałam je od początku do końca. W trakcie zauważyłam coś ciekawego: chociaż nie kupowałam nic nowego, sięgałam wciąż po jakieś 30-40 proc. swojej szafy, a reszty po prostu nie chciałam dotykać. I nieprzypadkowo wszystkie rzeczy, które w ciągu tych 400 dni uwielbiałam nosić, były z naturalnych materiałów.
Zamiast panikować, warto więc pomóc ludziom słuchać własnego ciała. Może odkryjesz pewien wzór. Może za każdym razem, gdy łapałaś infekcję, trenowałaś akurat w syntetycznej bieliźnie? Albo trądzik na plecach ciągle wracał, a winowajcą jest ten nowy, idealnie czarny top sportowy? Naprawdę nie próbuję nikogo straszyć – próbuję pomóc ludziom poczuć się lepiej i zdrowiej.
Dla mnie zdrowie to znacznie więcej niż ruch czy kondycja psychiczna. To także wszystko, co ma kontakt z naszym ciałem, wszystko, czym się otaczamy
Ale te „czystsze” marki, o których wspomniałaś – z certyfikowanymi tkaninami i bawełną organiczną – zwykle kosztują więcej. Nie każdego stać na taką zmianę.
Matematycznie wychodzi na to samo. Kupujesz jedną porządną koszulkę za cenę trzech kiepskich, ale ta jedna posłuży ci znacznie dłużej. Konsumenci nauczyli się liczyć wartość tak: „Ta była za 20 złotych, ta za 20 i ta za 20 – mam trzy w cenie jednej, ale okazja!”. Tylko jak długo wytrzymają trzy koszulki po 20 złotych w porównaniu z jedną za 60 zł, uszytą z lepszych materiałów? Tu różnica jest kolosalna.
I dochodzi jeszcze kwestia nastawienia. Branża fast fashion wmówiła nam, że potrzebujemy trzech koszulek, pewnie tej samej w trzech kolorach, podczas gdy potrzebujemy jednej. Więc to nie tylko sprawa ceny, ale i tego, jak bardzo nauczono nas kupować.
Zgoda, fast fashion nauczyło nas kupować ponad potrzebę. Ale czy hasło „nietoksyczne” nie zacznie działać tak samo – jako nowy powód do wymiany całej szafy?
Oczywiście, zawsze znajdą się marki, które będą chciały to wykorzystać. Mam przyjaciółkę Danę, badaczkę mikroplastiku, która mówi tak: „Jestem naukowczynią, ale nie próbuję was straszyć. Żyliśmy bez plastiku przez tysiące lat i będziemy umieli żyć bez niego w przyszłości. Ja chcę tylko dawać nadzieję”. Myślę, że TFD robi to samo. Zamiast straszyć, mówi: „Jeśli w którymś momencie zechcesz coś zmienić albo kupić coś lepszego – oto opcje”.
Ale jednocześnie odstraszamy greenwasherów – marki, które nazywają „jedwabiem” to, jedwabiem nie jest. Potrzebujemy metod weryfikacji, żeby chronić konsumentów przed takim kłamstwem. Pewnie doczekamy się w końcu czegoś w rodzaju „non-toxic washingu”.
Właśnie dlatego wiele osób namawiało mnie, żebym założyła własną markę i uczyniła ją tą najczystszą. Ale ja nie chcę tworzyć kolejnej marki. Wierzę, że są na rynku mali przesiębiorcy, którzy naprawdę próbują robić coś dobrego – i to im chcę pomagać, żeby mogli dalej robić rzeczy jak należy. Taką rolę widzę dla TFD: żeby z czasem stał się czymś w rodzaju złotego standardu dla nietoksycznych ubrań. Bo na ten trend będą chcieli wskoczyć wszyscy – i ktoś musi zadbać o to, żeby z tej fali wyszła prawdziwa przebudowa branży mody, a nie tylko kolejna moda.
Ten standard budujesz dla innych. A co zmieniło się w twojej szafie i twoim ciele, odkąd się tym zajmujesz?
Kilka rzeczy. Po pierwsze, zauważyłam, że moje ciało po prostu czuje się lepiej w niesyntetycznych ubraniach. Kiedy zakładam coś syntetycznego, czuję to na skórze. Nie w hipochondrycznym sensie, tylko raczej jak z jedzeniem: kiedy przestawisz żołądek na czyste odżywianie, a potem zjesz fast food, po prostu wiesz, że to ci nie służy. Jestem „zresetowana”. I dobrze.
W Peru, jak w wielu krajach rozwijających się, mamy szeroki dostęp do bawełny i wełny. To normalność, wręcz najtańsza opcja. Zawsze się tak ubierałam; do piętnastego roku życia nosiłam wyłącznie naturalne materiały. Kiedy przeprowadziłam się do Kostaryki, wszyscy chodzili w znanych markach, w logo – i tak bardzo chciałam ich spróbować. Ale kiedy je zakładałam, wszystko mnie swędziało! A mama powiedziała: „To dlatego, że całe życie nosiłaś peruwiańskie, naturalne, lokalne rzeczy, a teraz przymierzasz ubrania z plastiku i materiałów gorszej jakości”.
Po drugie, zauważyłam, jak inaczej zachowuje się mój pot. Kiedy pocę się w bawełnie, materiał oddycha, wysycha. Kiedy pocę się w plastiku, wilgoć nie ma ujścia, a pod ubraniem tworzy się taki dziwny mikroklimat.
I trzecia rzecz, którą możesz potraktować z przymrużeniem oka – kortyzol. Wiesz, jak to działa: stres podnosi kortyzol. Pojawiają się badania sugerujące, że tarcie i elektryzowanie się syntetyków może z czasem wpływać na poziom kortyzolu, bo układ nerwowy jest bez przerwy stymulowany. Więc jeśli ciągle chodzisz w gryzących, syntetycznych ubraniach, niewielkie skoki kortyzolu mogą się dziać zupełnie niezauważenie. Na pewno nie jest to czynnik tak wyraźny jak wiele innych rzeczy, które podnoszą kortyzol, ale daje do myślenia.
Jesteś Peruwianką w Barcelonie, jednej z modowych stolic Europy, i próbujesz nauczyć ludzi czytać metki na nowo. Wierzysz, że to się może udać?
W stu procentach. Kiedyś nie byłam optymistką. Myślałam sobie: „Co ja mogę zdziałać w pojedynkę?”. Pamiętam, że jako dziecko zobaczyłam nagranie z małym żółwiem oceanicznym, który miał w nozdrzu plastikową słomkę. Zorganizowałam wtedy w szkole cały ruch, żeby wycofać plastikowe słomki. Wszyscy mi mówili: „Naprawdę myślisz, że to zmieni świat? Wyspy plastiku są wszędzie”. Jako dziecko nie widziałam oczywiście tego większego problemu. Widziałam żółwia i myślałam: chcę po prostu pomóc stąd, gdzie jestem. Pojedź dziś do Kostaryki – gdzie nie spojrzysz, słomki są nieplastikowe. Więc wierzę, że jedna osoba może coś zmienić.
A jeszcze więcej nadziei dają mi dziś media społecznościowe. Internet daje nam niezwykle silny głos. Nigdy bym się nie spodziewała, że ktoś z Polski będzie przeprowadzał ze mną wywiad na ten temat, prawda? Jeśli nie przestajesz mówić głośno, twój głos może zostać usłyszany. Te platformy, które dziś wzmacniają nasz przekaz, są niesamowite.
I działa tu bardzo silny efekt kuli śnieżnej. Ludzie nie sprawdzają tylko własnych szaf – następnym razem, przy kawie ze znajomymi, zapytają: „Co masz na sobie? Sprawdziłaś?”. Potem powiedzą swoim dzieciom, a dzieci swoim znajomym. Jedno zdanie, które wypowiesz, uruchamia efekt motyla. I tak właśnie dzieją się rzeczy.
Romina Roman – pochodząca z Peru przedsiębiorczyni działająca na styku mody, zdrowia i technologii. Do myślenia o tym, co nosimy na ciele, skłoniła ją własna historia: jako dwunastolatka usłyszała diagnozę raka tarczycy, co na zawsze zmieniło jej sposób patrzenia na zdrowie. Dziś jest założycielką firmy New Bloom, która rozwija ideę mody nietoksycznej – ubrań wolnych od plastiku i szkodliwych substancji. Stworzyła też aplikację Toxic Fashion Detector, pomagającą sprawdzić, co tak naprawdę kryje się w składzie naszych ubrań.