Go to content

„To nie ludzie nas męczą, ale ciągłe bycie dostępnym dla innych”. Psycholożka o przeciążeniu społecznym

na zdjęciu: matka pije kawę siedząc na łóżku, wkoło niej skaczą dzieci - Hello Zdrowie

/fot. Getty Images, Davin G Photography

„Potrzebujemy innych ludzi. Potrzebujemy spotkań, rozmów, bliskości i poczucia, że jesteśmy częścią czyjegoś świata. A jednak każdemu z nas po całym dniu pracy, wiadomości i społecznych zobowiązań ma prawo zamarzyć się tylko jedno: żeby nikt już niczego od nas nie chciał”. Skąd bierze się przeciążenie społeczne? Dlaczego jednocześnie lubimy ludzi i potrzebujemy od nich odpocząć? I czy zmęczenie kontaktami to naturalna reakcja psychiki na świat, w którym niemal nigdy nie jesteśmy naprawdę offline? O tym rozmawiamy z psycholożką Amandą Staniszewską-Celer.

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 21 min

Małgorzata Germak: Coraz częściej słyszę stwierdzenie: „Inni ludzie mnie męczą”. I mówią to osoby, które lubią ludzi. Jednak przychodzi taki moment, że marzymy tylko o tym, żeby nikt od nas niczego nie chciał. Z pani perspektywy, czy rzeczywiście jesteśmy dziś bardziej zmęczeni ludźmi niż kiedyś?

Amanda Staniszewska-Celer: Myślę, że nie tyle jesteśmy zmęczeni samymi ludźmi, ile sposobem, w jaki dziś funkcjonujemy w relacjach. Człowiek jest istotą społeczną i od tysięcy lat potrzebuje innych ludzi do przetrwania i dobrostanu psychicznego. To się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast warunki, w których te relacje budujemy i utrzymujemy.

Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu kontakt z innymi miał swoje naturalne granice. Po wyjściu z pracy większość spraw zostawała w pracy. Gdy ktoś nie odbierał telefonu, po prostu nie odbierał. Nie było możliwości, by być dostępnym przez całą dobę. Dziś nosimy przy sobie urządzenie, które nieustannie przypomina nam o istnieniu innych ludzi, ich potrzebach, problemach, oczekiwaniach i wiadomościach.

W efekcie wielu osobom brakuje przestrzeni psychicznej, w której mogą po prostu być same ze sobą. Nie dlatego, że nie lubią ludzi, ale dlatego, że ich układ nerwowy jest stale zaangażowany społecznie.

Czyli można powiedzieć, że żyjemy w kulturze permanentnej dostępności?

Zdecydowanie tak. Jeszcze kilka dekad temu bycie niedostępnym było normą. Dziś coraz częściej staje się czymś, co wymaga usprawiedliwienia. Jeżeli nie odpisujemy przez kilka godzin, wiele osób zaczyna się zastanawiać, czy wszystko jest w porządku. Widzimy, że ktoś przeczytał wiadomość, był aktywny w mediach społecznościowych albo jest online. Technologia stworzyła iluzję, że skoro możemy być dostępni cały czas, to powinniśmy tacy być.

Przez większość dnia nie jesteśmy po prostu sobą. Nieustannie przełączamy się między różnymi rolami. W jednej chwili jesteśmy pracownikiem lub szefem, za chwilę rodzicem, partnerem, córką, przyjacielem, sąsiadem czy członkiem internetowej społeczności.

Problem polega na tym, że psychika człowieka nie ewoluowała do funkcjonowania w stanie ciągłej gotowości społecznej. Potrzebujemy okresów wyłączenia, tak samo jak potrzebujemy snu.

Czy takie zjawisko jak zmęczenie kontaktem z innymi ludźmi to coś nowego?

Potrzeba wycofania się i odpoczynku od innych ludzi istniała zawsze. Każdy z nas ma określone zasoby psychiczne i emocjonalne. Po intensywnych kontaktach społecznych naturalnie potrzebujemy czasu na regenerację.

Nowe jest natomiast to, jak często jesteśmy wystawieni na społeczne bodźce. Kiedyś samotność bywała problemem wynikającym z izolacji. Dziś coraz częściej staje się czymś, o co trzeba zawalczyć. Paradoksalnie dla wielu osób chwila ciszy i niedostępności staje się luksusem.

Zmieniło się również społeczne przyzwolenie na mówienie o własnych granicach. Jeszcze niedawno przyznanie, że potrzebujemy pobyć sami, mogło być odbierane jako nieuprzejmość czy egoizm. Dziś coraz częściej rozumiemy, że jest to element dbania o zdrowie psychiczne.

Rolki



Dochodzimy do czegoś, co nazywa się przeciążeniem społecznym. Czym ono jest?

Przeciążenie społeczne to stan, w którym liczba i intensywność interakcji przekracza nasze aktualne możliwości psychiczne. To trochę tak, jakby nasz system operacyjny miał otwartych zbyt wiele kart jednocześnie.

Każda relacja wymaga od nas pewnego wysiłku. Musimy słuchać, reagować, interpretować emocje drugiej osoby, kontrolować własne zachowanie, podejmować decyzje, pamiętać o różnych sprawach. Większość z tych procesów odbywa się automatycznie, ale nadal zużywa energię psychiczną.

Gdy takich interakcji jest zbyt dużo, zaczynamy odczuwać zmęczenie, rozdrażnienie, potrzebę wycofania się lub wręcz niechęć do kolejnych kontaktów.

Czy męczą nas sami ludzie, czy raczej wszystko to, co wiąże się z relacjami?

Zwykle nie męczą nas ludzie sami w sobie. Męczy nas odpowiedzialność związana z relacjami. To konieczność pamiętania o urodzinach, odpowiadania na wiadomości, bycia emocjonalnie dostępnym, wspierania innych, rozwiązywania konfliktów, reagowania na potrzeby otoczenia. Nawet bardzo dobre i satysfakcjonujące relacje wymagają pewnego zaangażowania.

Amanda Staniszewska - Hello Zdrowie

Amanda Staniszewska /fot. archiwum prywatne

Dlatego można kochać swoich bliskich, cenić przyjaciół i jednocześnie marzyć o dniu, w którym nikt nie zadzwoni i niczego nie będzie od nas potrzebował. To nie jest oznaka braku miłości czy zaangażowania. To sygnał, że nasze zasoby wymagają regeneracji.

Skąd bierze się to zmęczenie?

Najczęściej nie wynika ono z relacji samych w sobie, ale z przeciążenia całym życiem. Kiedy jesteśmy przemęczeni pracą, obowiązkami domowymi, opieką nad dziećmi, stresem finansowym czy natłokiem informacji, nasz próg tolerancji na dodatkowe bodźce znacząco spada. Wtedy nawet rozmowa z bliską osobą może wydawać się wymagająca.

Warto też pamiętać, że współczesny człowiek utrzymuje znacznie więcej relacji niż nasi przodkowie. Kontaktujemy się z rodziną, współpracownikami, znajomymi, klientami, obserwatorami w mediach społecznościowych, grupami na komunikatorach. Nasz mózg codziennie przetwarza ogromną ilość informacji społecznych.

Z jednej strony mówi się dziś o epidemii samotności, z drugiej – ludzie świadomie potrafią ograniczać kontakty. Jak wytłumaczyć ten paradoks?

To pozorny paradoks, ponieważ samotność i potrzeba pobycia samemu nie są tym samym. Samotność to cierpienie wynikające z braku satysfakcjonujących, bliskich relacji. Można być otoczonym ludźmi i jednocześnie czuć się bardzo samotnym.

Natomiast potrzeba wycofania się jest naturalnym mechanizmem regulacji. To moment, w którym organizm mówi: potrzebuję odpoczynku, ciszy i przestrzeni dla siebie.

W gabinecie często spotykam osoby, które mają wokół siebie mnóstwo ludzi, codziennie rozmawiają, pracują w zespołach, są aktywne w mediach społecznościowych, a mimo to czują się samotne. Dzieje się tak dlatego, że ilość kontaktów nie jest tym samym, co ich jakość. Można mieć dziesiątki rozmów dziennie i nie doświadczyć ani jednej relacji, w której naprawdę czujemy się zauważeni, rozumiani i bezpieczni.

Myślę też, że współczesny człowiek coraz bardziej tęskni nie tyle za większą liczbą relacji, ile za relacjami głębszymi. Za rozmową, podczas której nie trzeba niczego udowadniać. Za obecnością, która nie wymaga ciągłego reagowania i odpowiadania. Za poczuciem, że można po prostu być.

I właśnie dlatego ktoś może jednocześnie odwołać kolejne spotkanie towarzyskie, bo jest przebodźcowany, a wieczorem odczuwać dotkliwą samotność. Nie brakuje mu ludzi. Brakuje mu relacji, które dają ukojenie zamiast kolejnych wymagań.

Czy istnieje coś takiego jak społeczny multitasking, konieczność utrzymywania wielu relacji na płaszczyznach zawodowej, rodzinnej, sąsiedzkiej, online itp.?

Zdecydowanie tak. Choć nie jest to formalny termin diagnostyczny, określenie „społeczny multitasking” bardzo dobrze oddaje to, jak funkcjonuje dziś wielu ludzi.

Przez większość dnia nie jesteśmy po prostu sobą. Nieustannie przełączamy się między różnymi rolami. W jednej chwili jesteśmy pracownikiem lub szefem, za chwilę rodzicem, partnerem, córką, przyjacielem, sąsiadem czy członkiem internetowej społeczności. Każda z tych ról ma własne oczekiwania, normy i zobowiązania.

Wielu osobom brakuje przestrzeni psychicznej, w której mogą po prostu być same ze sobą. Nie dlatego, że nie lubią ludzi, ale dlatego, że ich układ nerwowy jest stale zaangażowany społecznie.

Nasz mózg musi stale dostosowywać sposób komunikacji do konkretnej sytuacji. Inaczej rozmawiamy z klientem, inaczej z dzieckiem, a jeszcze inaczej z przyjacielem. To wymaga ogromnej ilości energii poznawczej, choć na co dzień rzadko to zauważamy.

Dodatkowo relacje nie kończą się już wraz z zamknięciem drzwi biura czy domu. Nawet siedząc wieczorem na kanapie, możemy jednocześnie odpisywać współpracownikowi, komentować zdjęcie znajomego, planować rodzinne spotkanie i odpowiadać na wiadomość od szkoły dziecka. Nasz umysł jest stale zaangażowany społecznie.

To właśnie dlatego wiele osób mówi dziś: „Nie chcę nikogo widzieć”, choć w rzeczywistości nie chodzi o ludzi. Chodzi o zmęczenie ciągłym byciem dla innych.

Dlaczego niektórym z nas trudno szczerze powiedzieć: „Nie mam dziś ochoty czy siły na spotkanie” i zamiast tego szukamy wymówek?

Myślę, że wiele osób zostało wychowanych w przekonaniu, że potrzeby innych są ważniejsze niż ich własne. Od najmłodszych lat słyszymy, że trzeba być miłym, pomocnym, dostępnym i nie sprawiać przykrości innym. W efekcie część osób nauczyła się traktować własne zmęczenie jako niewystarczający powód do odmowy. Łatwiej powiedzieć: „Źle się czuję”, „Mam dużo pracy” albo „Muszę coś załatwić”, niż przyznać: „Po prostu potrzebuję dziś pobyć sama”.

Za takim zachowaniem często stoi lęk. Lęk przed rozczarowaniem drugiej osoby, odrzuceniem, oceną czy utratą relacji. Paradoks polega na tym, że większość z nas bez problemu rozumie potrzebę odpoczynku u innych ludzi, ale znacznie trudniej daje sobie do niej prawo.

Dlatego odmawianie kontaktu nadal bardzo często budzi poczucie winy. Szczególnie u osób, które mają silną potrzebę bycia lubianymi, tendencję do nadmiernej odpowiedzialności za innych albo trudność w stawianiu granic. Tymczasem zdrowa relacja to taka, w której można czasem powiedzieć: „Dziś nie dam rady” i nie trzeba za to przepraszać.

Czy zmęczenie kontaktami z ludźmi można pomylić z introwertyzmem?

Bardzo często. Wiele osób zakłada, że jeśli potrzebuje pobyć sama, to musi być introwertykiem. Tymczasem potrzeba regeneracji po intensywnych kontaktach społecznych jest czymś uniwersalnym.

Introwersja mówi przede wszystkim o tym, skąd czerpiemy energię. Introwertycy zwykle szybciej regenerują się w samotności, a ekstrawertycy częściej odzyskują energię poprzez kontakt z ludźmi.

Nie oznacza to jednak, że ekstrawertyk ma nieograniczone zasoby społeczne. Wyobraźmy sobie osobę, która przez cały dzień prowadzi spotkania, odbiera telefony, rozwiązuje problemy pracowników, wraca do domu, zajmuje się dziećmi, a wieczorem odpowiada jeszcze na wiadomości. Nawet jeśli uwielbia ludzi, jej układ nerwowy może powiedzieć: „Dość”. To trochę jak z aktywnością fizyczną. Ktoś może kochać bieganie, ale nadal potrzebuje odpoczynku po maratonie.

Dlatego przeciążenie społeczne nie jest cechą introwertyków. Jest naturalną reakcją człowieka na nadmiar bodźców społecznych.

Jak technologia i komunikatory internetowe zmieniły nasze relacje?

Technologia z jednej strony bardzo ułatwiła utrzymywanie kontaktu. Możemy rozmawiać z bliskimi mieszkającymi na drugim końcu świata, szybko organizować spotkania czy otrzymywać wsparcie w trudnych chwilach.

Jednocześnie jednak sprawiła, że relacje przestały mieć wyraźny początek i koniec. Kiedyś spotkanie się kończyło. Rozmowa telefoniczna również. Dziś wiele kontaktów trwa właściwie bez przerwy. Rozmowy są rozciągnięte na cały dzień poprzez komunikatory, media społecznościowe i wiadomości głosowe.

Dodatkowo pojawiło się nowe zjawisko, mianowicie zarządzanie własną obecnością online. Oprócz realnych relacji coraz częściej zajmujemy się tym, jak jesteśmy postrzegani przez innych, co opublikować, komu odpisać, czy obejrzeć relację znajomego, czy zareagować na czyjś post. To kolejna warstwa aktywności społecznej, której jeszcze kilkanaście lat temu po prostu nie było.

Czy fakt, że telefon cały czas dostarcza nam powiadomienia, informacje, wiadomości, sprawia, że nasz mózg nie ma kiedy odpocząć?

Tak i jest to jeden z najważniejszych powodów współczesnego przeciążenia. Nasz mózg nie odróżnia w pełni realnej obecności drugiego człowieka od wielu interakcji cyfrowych. Każda wiadomość uruchamia procesy uwagowe, emocjonalne i decyzyjne. Nawet jeśli nie odpisujemy od razu, część naszej uwagi zostaje zaangażowana. Pojawia się myśl: „Muszę pamiętać, żeby odpowiedzieć”, „Co miał na myśli?”, „Powinnam coś z tym zrobić”.

W psychologii mówi się czasem o efekcie niedomkniętych spraw. Samo pojawienie się wiadomości może zajmować przestrzeń psychiczną, nawet jeśli nie podejmujemy żadnego działania. Dlatego wiele osób doświadcza dziś sytuacji, w której fizycznie siedzi samo w domu, ale psychicznie nadal jest w kontakcie z dziesiątkami ludzi.

Po czym poznać, że to już nie zwykłe zmęczenie po pracy, ale przeciążenie społeczne?

Najprostszym wskaźnikiem jest to, że odpoczynek nie przywraca nam ochoty na kontakt. Po zwykłym ciężkim dniu często wystarczy wieczór, spacer czy sen, aby wróciła energia. Przy przeciążeniu społecznym pojawia się natomiast wyraźna potrzeba ograniczenia kontaktów.

Współczesny człowiek coraz bardziej tęskni nie tyle za większą liczbą relacji, ile za relacjami głębszymi. Za rozmową, podczas której nie trzeba niczego udowadniać. Za obecnością, która nie wymaga ciągłego reagowania i odpowiadania. Za poczuciem, że można po prostu być.

Niektóre osoby zaczynają ignorować wiadomości, odkładać telefony, odwoływać spotkania lub odczuwać napięcie na samą myśl o rozmowie. Pojawia się rozdrażnienie wobec ludzi, nawet tych lubianych. Czasem ktoś bliski zadaje zwykłe pytanie, a my mamy ochotę odpowiedzieć: „Proszę, nie oczekuj dziś ode mnie niczego więcej”.

Mogą występować także trudności z koncentracją, poczucie przytłoczenia, większa impulsywność czy emocjonalne wyczerpanie.

Co ważne, przeciążenie społeczne nie oznacza, że przestaliśmy lubić ludzi. Najczęściej oznacza jedynie, że przez zbyt długi czas byliśmy dostępni dla wszystkich wokół, a zbyt rzadko sprawdzaliśmy, czego potrzebujemy my sami.

Czy pobycie samemu rzeczywiście regeneruje? Od czego zależy, czy samotność nas wzmacnia, czy zaczyna szkodzić?

Tak naprawdę nie potrzebujemy przez cały czas ludzi, tak samo jak nie potrzebujemy przez cały czas samotności. Psychiczne zdrowie rozwija się gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami.

Pobycie samemu bardzo często działa regenerująco, ponieważ pozwala naszemu układowi nerwowemu odpocząć od bodźców społecznych. Przez większość dnia jesteśmy skupieni na innych. Słuchamy, odpowiadamy, reagujemy, przewidujemy cudze potrzeby, dostosowujemy się do różnych sytuacji. Kiedy zostajemy sami, przez chwilę nie musimy niczego odgrywać ani niczego od nikogo oczekiwać.

To, czy samotność będzie nas wzmacniać, czy szkodzić, zależy przede wszystkim od tego, czy jest naszym wyborem. Samotność wybrana często daje poczucie wolności, regeneracji i odzyskiwania kontaktu ze sobą. Samotność narzucona przez okoliczności częściej wiąże się z cierpieniem, poczuciem odrzucenia i brakiem bliskości.

Czy są osoby bardziej narażone na przeciążenie społeczne?

Zdecydowanie tak. Szczególnie narażone są osoby, które zawodowo zajmują się emocjami innych ludzi. Psychologowie, psychoterapeuci, nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, pracownicy socjalni czy osoby pracujące w obsłudze klienta przez wiele godzin dziennie pozostają w stanie dużego zaangażowania interpersonalnego.

To nie jest wyłącznie kwestia liczby kontaktów. Kluczowa jest ich intensywność emocjonalna. Rozmowa o czyichś problemach, cierpieniu czy kryzysie zużywa znacznie więcej zasobów niż zwykła wymiana informacji.

Ryzyko zwiększa także trudność w stawianiu granic. Osoby, które mają problem z odmawianiem, często przez długi czas ignorują sygnały zmęczenia. Mówią „tak”, kiedy chciałyby powiedzieć „nie”, odbierają kolejne telefony, zgadzają się na następne spotkania i dopiero po czasie zauważają, że ich zasoby są całkowicie wyczerpane. Często obserwuję to również u rodziców małych dzieci.

Jak stworzyć sobie przestrzeń na regenerację bez zrywania kontaktów z ludźmi?

Myślę, że najważniejsze jest odejście od myślenia w kategoriach „albo ludzie, albo samotność”. Nie chodzi o to, żeby znikać na tydzień, wyłączać telefon i odcinać się od wszystkich. Chodzi raczej o regularne dbanie o własne zasoby, zanim organizm zacznie się ich domagać w sposób bardzo stanowczy. Wielu ludzi odpoczynek traktuje jak nagrodę za wykonanie wszystkich obowiązków. Problem polega na tym, że lista obowiązków zwykle nigdy się nie kończy.

Znacznie skuteczniejsze jest traktowanie regeneracji jako codziennej potrzeby, a nie luksusu. Co ciekawe, bardzo często to właśnie osoby, które pozwalają sobie na regularną regenerację, są później bardziej obecne, uważne i zaangażowane w kontaktach z innymi.

Jakie małe zmiany mogłyby realnie zmniejszyć przeciążenie społeczne?

Przede wszystkim warto zacząć od obserwowania własnych zasobów. Większość ludzi doskonale wie, kiedy jest głodna albo niewyspana, ale znacznie gorzej rozpoznaje moment społecznego zmęczenia. Pomocne może być zadawanie sobie prostego pytania: „Czy mam dziś jeszcze przestrzeń na kolejne interakcje?”.

 


Amanda Staniszewska-Celer – psycholożka, psychoterapeutka. Absolwentka Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, członkini Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczo-Behawioralnej. Prowadzi gabinet psychoterapii we Wrocławiu.

Powiązane tematy: