Alpejskie rozwody to przemoc. „Nie ma usprawiedliwienia na takie zachowanie”
Po ponad stu latach określenie „alpine divorce” powróciło za sprawą wydarzeń, o których mówiono w mediach na całym świecie. – Jeśli nierówna dystrybucja siły fizycznej jest wykorzystywana z premedytacją, to mówimy o przemocy ze względu na płeć. Wiele historii kobiet ujawnionych w kontekście tzw. alpejskich rozwodów się w to wpisuje – zauważa socjolożka dr hab Katarzyna Wojnicka z Uniwersytetu w Göteborgu.
Elwira od dziecka kochała góry. Ale nie miała szczęścia do partnerów. Już pierwsze wspólne wyjazdy w Tatry, nawet w niskie partie, okazały się być wyzwaniem. – Podzielaliśmy pasję do wędrówki, mieliśmy podobną kondycję fizyczną, ale był ode mnie wyższy, miał dłuższe nogi, chodził szybciej – opowiada. Elwira słyszała, że nie nadąża, a on nie zamierzał czekać. – Dawał mi do zrozumienia, że jestem słabszym ogniwem – mówi.
Przyjemność chodzenia po górach miała wrócić w Alpach. Z kolejnym partnerem od pierwszej randki planowali wyprawy. – Proponowałam szczyty, ale słyszałam: „nie dasz rady”. Raz na szlaku zaczął padać deszcz. Musieliśmy zawrócić, przejść przez las. Zbiegał w takim tempie, że zostałam daleko w tyle. Po drodze się przewróciłam, nic poważnego, ale się wystraszyłam. Czekał na mnie na dole – wspomina Elwira.
Inna sytuacja. Wiosna, ale w wyższych partiach zalegał jeszcze śnieg. – Trudny teren, nie czułam się komfortowo. W pewnym momencie zatrzymałam się przed oblodzonym odcinkiem szlaku, nie wiedziałam, jak przejść. On czekał po drugiej stronie, krzyczał, żebym się nie bała. Akurat przechodził jakiś mężczyzna. „Poproś pana o pomoc”, wołał mój partner. Czułam się zawstydzona, ale nic nie powiedziałam, nie chciałam robić problemów. W końcu przestaliśmy chodzić razem w góry.
Te doświadczenia na długi czas wpoiły Elwirze przekonanie, że pomimo miłości do gór, do chodzenia po nich się nie nadaje.
Wiktoriańska makabra powraca
W 1893 roku ukazało się opowiadanie „An Alpine Divorce” autorstwa szkocko-kanadyjskiego pisarza Roberta Barra. Bohater, chcąc pozbyć się znienawidzonej żony, zabiera ją w szwajcarskie Alpy, aby tam podczas górskiej wędrówki rozstać się z nią na zawsze. Przewrotna fabuła podlana czarnym humorem miała być satyrą na relacje w małżeństwie z długoletnim stażem. Dzisiaj ten retro horror można by czytać z przymrużeniem oka. Gdyby nie to, że po ponad stu latach określenie „alpejski rozwód” powróciło, a wiktoriańska makabreska niespodziewanie zyskała współczesny kontekst.
Styczeń 2026 roku. Para alpinistów-amatorów, 37-letni Thomas i młodsza od niego o kilka lat Kerstin, wybierają się na Grossglockner, najwyższy szczyt Austrii (3798 m npm). Podczas zejścia ze szczytu kobieta słabnie. Warunki pogodowe są trudne, wieje, zapada zmrok. Mężczyzna zostawia partnerkę, bez koca ratunkowego czy śpiwora. Kobieta umiera. Podczas procesu sądowego Thomas mówi, że poszedł sprowadzić pomoc. Nie poczuwa się do odpowiedzialności za śmierć Kerstin. Jedna z byłych partnerek Austriaka zeznaje, że ten również porzucił ją kiedyś w górach. Za rażące zaniedbanie mężczyzna zostaje skazany na pięć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu i grzywnę w wysokości 9,4 tys. euro.
Sprawa poruszyła środowisko wysokogórskie. Wróciła dyskusja o toksycznym alpinizmie i odpowiedzialności za partnerów na linie. Zawrzało też w internecie. Media społecznościowe zaczęły zalewać relacje kobiet, które doświadczyły porzucenia przez partnerów podczas wycieczki w góry, wyprawy rowerowej, wspinaczki. Bo gorzej się poczuły, opadły z sił, chciały wycofać się przed celem. Albo po prostu szły czy jechały wolniej.
Niektóre pisały o outdoorowej odmianie znanego z randkowania w sieci ghostingu, czyli rozstania polegającego na raptownym ucinaniu relacji i zniknięciu bez słowa. Kobiety opowiadały też o sytuacjach, w których ze względu na mniejsze doświadczenie, brak przygotowania, odpowiedniego sprzętu czy znajomości terenu czuły się zależne od towarzyszących im mężczyzn, i aby próbować im dorównać, były bardziej skłonne do podejmowania ryzyka i przekraczania własnych granic bezpieczeństwa.
Historie opatrzone pojemnym hasztagiem alpine divorce wysypywały się jak z rozwiązanego worka. Temat poruszyły media na całym świecie. Artykuły ukazały się m.in. w „The New York Times“, „Der Spiegel“, „The Guardian“, „Psychology Today“.
Jadą razem, wracają osobno
Ewelina i Grzegorz Wiercioch są doświadczonymi przewodnikami górskimi i ratownikami TOPR. Od kilku lat mieszkają we Włoszech, organizują wyprawy trekkingowe i wspinaczki na via ferraty w Dolomitach.
Pytani o tzw. alpejskie rozwody, przypominają wydarzenia z listopada 2023 roku w Tatrach. W rejonie przełęczy Krzyżne zaginęły dwie turystki. Wyszły w góry ze swoimi partnerami, ale zniecierpliwieni mężczyźni zostawili je, ponieważ były od nich wolniejsze. Kobiety nie miały sprzętu zimowego ani latarek. Ratownicy TOPR odnaleźli je po nocnej akcji poszukiwawczej.
Ewelina i Grzegorz przyznają, że amatorskie chodzenie po górach stało się silnie nastawione na wynik: dzisiaj wszyscy chcą być wyczynowcami. To sprawia, że ratownicy znajdują ludzi w miejscach i warunkach, w których nie powinno ich być. Ale z ich doświadczenia ratowników górskich wynika, że tak ekstremalne zdarzenia jak na austriackim Grossglocknerze na szczęście zdarzają się bardzo rzadko, a porzucanie kobiet w górach przez partnerów, które wymaga uruchomienia akcji ratunkowej, nie jest w Polsce zjawiskiem na dużą skalę. Być może też dlatego, że kobiety coraz częściej decydują się na wyjścia w góry solo. – Kobiety w górach są coraz mocniejsze, sprawne, dobrze przygotowane. Ufają sobie i nie czekają, aż znajdą partnera – zauważa Ewelina.
Tak, jak Elwira, która przyznaje, że dzisiaj w górach najbezpieczniej czuje się sama. – Idę swoim tempem, robię przerwy, kiedy chcę. Nabrałam poczucia sprawczości i pewności siebie, ale znam swoje możliwości. Jestem ostrożna, bardziej skłonna do proszenia o pomoc i nawet kiedy miałam wypadek na szlaku, potrafiłam sobie poradzić – mówi.
”Odpowiedzialność za siebie – tak, ale nie wyobrażam sobie, żeby mój mąż nie widział w trakcie podejścia, że zaczynam słabnąć i nie powiedział: stop, wracamy, zrobimy to kiedy indziej”
Ewelina i Grzegorz od lat organizują wyprawy w różne części świata. Wśród uczestników często są pary. – Zdarzało się, że ludzie jechali w Himalaje razem, a wracali osobno lub z innymi partnerami. Albo jedna osoba odkrywała swoją pasję do gór, a druga nie i to sprawiało, że ich drogi się rozchodziły – opowiada Grzegorz.
Trudne warunki weryfikują relacje między osobami, które idą razem w góry. Nawet jeśli są pod opieką przewodników. – Śmiejemy się, że zanim ludzie zaczną być razem na poważnie, powinni najpierw sprawdzić się w górach. Ale nim zdecydujemy się na bardziej ambitne cele, warto poznać się na łatwiejszym szlaku, śród niższych szczytów – dodaje.
Czy kobiety i mężczyźni inaczej chodzą po górach? – Mężczyźni są bardziej nastawieni na wynik, prą do przodu, żeby zdobyć szczyt. Kobiety są ostrożniejsze, bardziej pokorne wobec zmieniających się warunków atmosferycznych. Romantyzują góry, mają przyjemność z samego przebywania w naturze, a co za tym idzie, łatwiej przychodzi im odpuszczanie – twierdzi Grzegorz.
Problemy lepiej zostawić na nizinach
Łukasz Gruszczyński jest psychologiem sportu i trenerem przygotowania mentalnego sportowców. Uprawia wspinaczkę, jest też instruktorem.
O zjawisku tzw. alpejskich rozwodów mówi wprost: nie ma usprawiedliwienia dla pozostawiania partnerki lub partnera w górach. Można za to przyjrzeć się temu, jak działa ludzka psychika w niecodziennych okolicznościach.
– Tam, gdzie pojawia się ryzyko, racjonalność myślenia może uciekać. Kiedy towarzysząca nam osoba doświadcza kryzysu, opada z sił, zdarza się, że trudniej jest nam podjąć odpowiednią decyzję, co w takiej sytuacji zrobić. Na to, jak się zachowamy, mają wpływ cechy indywidualne, takie jak reaktywność emocjonalna, a także przygotowanie i doświadczenie w radzeniu sobie w trudnych sytuacjach – wyjaśnia.
Łukasz Gruszczyński pracuje z osobami, które się wspinają. Często są to pary, również w życiu.
– Obserwuję, że mężczyźni lubią liderować, udowadniać na co ich stać. Kiedy nie radzą sobie z jakąś sekwencją ruchów, pojawia się frustracja i smutek. Kobiety próbują z kolei porównywać się do mężczyzn i im dorównywać. Rywalizacja jest w sporcie potrzebna, ale kobiety i mężczyźni mają inną budowę ciała, fizjologię, hormony. Raczej jestem za tym, aby koncentrować się na rozpoznaniu własnych możliwości i osiąganiu dostosowanych do nich celów. Zwłaszcza że też zapotrzebowanie na ryzyko jest różne u różnych osób – mówi.
Jako psycholog nie odradza parom wspólnych wyjść w góry czy wspólnej wspinaczki. Ale dobrze jest zadać sobie pytanie, czy w wymagających okolicznościach nasze cechy indywidualne są do pogodzenia. – Weźmy choćby opiekuńczość, która inaczej niż na co dzień może być odebrana w sytuacji, kiedy chcemy zdobyć szczyt i prowadzi nas adrenalina. „Uważaj” powtarzane przez partnera czy partnerkę może powodować napięcie i nawet doprowadzić do konfliktu. A już najgorzej jest, kiedy para idzie w góry, żeby poukładać sobie coś w życiu prywatnym. Problemy w relacji lepiej zostawić na nizinach – mówi Gruszczyński.
”„Poproś pana o pomoc”, wołał mój partner. Czułam się zawstydzona, ale nic nie powiedziałam, nie chciałam robić problemów. W końcu przestaliśmy chodzić razem w góry”
Chodzi o to, żeby się zrównoważyć
Wiele historii „alpine divorce” pokazuje, że podczas aktywnego spędzania czasu to mężczyzna w relacji częściej wchodzi w rolę osoby bardziej doświadczonej. A ta, jak mówi zasada w górach, bierze odpowiedzialność za mniej wprawione na wyżynach. Narażenie na niebezpieczeństwo utraty zdrowia lub życia grozi poważnymi konsekwencjami.
W czerwcu 2018 roku podczas wyprawy na najwyższy szczyt Alp Mont Blanc (4810 m npm) jedna z uczestniczek poślizgnęła się na stromej połaci śniegu i spadła w przepaść. Nie udało się jej uratować. Kobieta wspinała się bez asekuracji, nie miała raków, czekana ani kasku. Organizatorowi udowodniono rażące naruszenia: grupa była zbyt liczna, nie zweryfikował przygotowania uczestników wyprawy, wybrał zbyt trudną trasę. Za nieumyślne spowodowanie śmierci kobiety został skazany na półtora roku więzienia.
Grzegorz Wiercioch, doświadczony przewodnik górski, ostrzega. – W dobie mediów społecznościowych trzeba zachować szczególną czujność, zweryfikować umiejętności i doświadczenie organizatora wyprawy. Ludzie często umawiają się na wspinaczkę przez internet, nic o sobie nie wiedząc, a w góry najlepiej iść z kimś, kogo się zna i lubi. Nawet w amatorskim chodzeniu po górach potrzeba czasu, zanim dotrzemy się na szlaku.
Ewelina i Grzegorz są parą w górach i w życiu. Ona to typowy wspinacz. Jemu bliższe jest narciarstwo. – To ja parłam do przodu, czasami przekraczałam granice. Dobrze jest mieć wtedy rozsądnego partnera, który stanowi przeciwwagę – mówi ona. – Zdarzało się, że się poprztykaliśmy, kiedy Ewelina puściła lejce, a mnie się to nie podobało – przyznaje Grzegorz. – Trochę to trwało, ale znaleźliśmy złoty środek i właśnie o to chodzi w górach, żeby się zrównoważyć – dodaje.
Równouprawnienie? Sprawczość i troska
Duża asymetria kondycji i umiejętności partnerów to ryzyko. Zdarza się wtedy, że mniej doświadczona osoba zdaje się na bardziej wprawionego w górach partnera z przekonaniem, że ten będzie w stanie wyciągnąć ją z każdej opresji.
Na ten wątek w dyskusji nad „alpine divorce” zwróciła uwagę wspinaczka i blogerka Eva Herold, znana w sieci jako @EvaGoesWild. Zauważyła, że kobiety są przedstawiane jako wymagające opieki, a pomija się ich sprawczość. Ona z kolei uważa, że równouprawnienie oznacza wzięcie odpowiedzialności za samą siebie. W górach oznacza to zaangażowanie w wyprawę od samego początku: planowanie, zabezpieczenie ekwipunku, pokarmu, środków bezpieczeństwa, dostęp do informacji, numerów alarmowych, ustalenie planu na wypadek, gdy coś się stanie.
– Odpowiedzialność za siebie – tak, ale nie wyobrażam sobie, żeby mój mąż nie widział w trakcie podejścia, że zaczynam słabnąć i nie powiedział: stop, wracamy, zrobimy to kiedy indziej – mówi Ewelina Wiercioch. – Ideą chodzenia po górach jest partnerstwo, troska, pomaganie sobie nawzajem – podkreśla.
Ewelina i Grzegorz przyznają przy tym, że są sytuacje, w których pozostawienie osoby w górach jest nie tylko usprawiedliwione, ale wręcz zwiększa szansę na ratunek. – Jeśli sytuacja jest skrajna, osoba ma kontuzję, nie mamy zasięgu, a trzeba pilnie wezwać pomoc, możemy zostawić partnera czy partnerkę w miejscu, do którego będziemy potrafili wrócić, trzeba taką osobę zabezpieczyć termicznie i spróbować sprowadzić pomoc – mówi Grzegorz.
”Śmiejemy się, że zanim ludzie zaczną być razem na poważnie, powinni najpierw sprawdzić się w górach”
Gender na wycieczce
Dr hab Katarzyna Wojnicka, socjolożka i badaczka męskości, z zaciekawieniem obserwuje to, co dzieje się w sieci i mediach wokół alpejskich rozwodów. Temat jest jej bliski, sama chodzi po górach.
Przywołuje historię znajomej pary na trekkingu w Andach. Wynajęli przewodnika, który miał ich przeprowadzić przez góry. Podczas wędrówki w pewnym momencie przewodnik z partnerem kobiety oddalili się od niej. Byli szybsi, zagadali się. Ona szła daleko za nimi, sama. Natrafiła na wyrwę w terenie, przeszkodę, którą trzeba było pokonać. – Oni pewnie nawet nie zwrócili na to większej uwagi, przeskoczyli, mają dłuższe nogi. Ona stała i czekała, dopóki mężczyźni się nie zorientowali, że jej nie ma, i zawrócili. Jak widać, nawet w turystycznych aktywnościach, kiedy kobieta i mężczyzna wybierają się razem na wycieczkę, ujawnia się gender – zauważa socjolożka.
Odmienne doświadczanie przez kobiety i mężczyzn świata zewnętrznego jeszcze nie tworzy nierówności. Pytanie, na ile jesteśmy tego świadomi i w jaki sposób podchodzimy do tych różnic. – Są sytuacje, w których biologia ma znaczenie. Mężczyźni zazwyczaj są silniejsi fizycznie, mają przewagi anatomiczne. Odmienności te mogą sprawiać, że wchodzimy w przypisywane nam kulturowo role. Różnice, które w innych sytuacjach nie mają znaczenia, stają się atutami lub ograniczeniami w relacji wymagającej szczególnej wrażliwości – wyjaśnia dr Wojnicka, na co dzień profesorka Uniwersytetu w Göteborgu.
Zwłaszcza siła fizyczna – ważny czynnik w kontekście omawianego zjawiska – wpływa na dynamikę władzy w relacji. – Jeśli nierówna dystrybucja siły fizycznej jest wykorzystywana z premedytacją, to mówimy o przemocy ze względu na płeć. Wiele historii kobiet ujawnionych w kontekście tzw. alpejskich rozwodów się w to wpisuje – mówi Wojnicka.
To, co wydarzyło się w Austrii, socjolożka nazywa wprost: kobietobójstwo. Ale w wielu sytuacjach mamy do czynienia z działaniem nieintencjonalnym. – Brakuje empatii, wrażliwości na różnice, pomyślunku, refleksji, że towarzysząca nam osoba ma inaczej niż my – mówi Katarzyna Wojnicka.
Męskość troski
Autorka książki „Mężczyznologia” wyjaśnia, że w kulturze mamy dobrze zakorzenione skrypty męskiej ochrony, ale skoro uznajemy równość płci, to dlaczego mężczyzna ma chronić kobietę? Z kolei troska wciąż kulturowo przypisywana jest kobietom. – To my jesteśmy socjalizowane, aby dbać o zdrowie i dobre samopoczucie bliskich. Odbywa się to w małych aktach, z których składa się większość życia: niespektakularnych, zwykłych, wręcz nudnych – mówi.
Jak przygotowywanie kanapek na wycieczkę w góry czy dbanie o to, aby się nawadniać i mieć w plecaku plastry na wypadek odcisków. Rzeczy, którymi inaczej niż zdobytym szczytem, nie chwalimy się w mediach społecznościowych.
Ale w dzisiejszych narracjach dotyczących tzw. nowej męskości dużo mówi się o „męskości troski”. W odróżnieniu od męskości obrony – hegemonicznego, tradycyjnego modelu, osadzonego w hierarchii władzy, w której liczy się heroizm, zwyciężanie czy bycie głównym żywicielem rodziny. – Troska i obrona to dwa różne sposoby odgrywania męskości. Męskość troski jest uznawana za wzór progresywny, w którym znaczenie ma opieka, bliskość, wsparcie emocjonalne – wyjaśnia socjolożka.
– W gruncie rzeczy przecież tak w górach, jak i w codziennym życiu, liczy się nie troska o kobietę czy mężczyznę, a o drugiego człowieka – dodaje.
Polecamy
Po każdym rozwodzie przychodzi ulga. Nawet tym niechcianym
Cyś: „Jestem osobą żyjącą z HIV i mogę też z tego żartować”
Prof. Tomasz Szlendak: „Kobiety zapewniają, że wciąż pragną związków. Ale rzeczywistość pokazuje, że niekoniecznie już tak jest”
Dobry związek w trybie przetrwania. Jak poznać, czy warto o niego walczyć, mówi Jagoda Bzowy
się ten artykuł?