Przejdź do treści

„Mierzmy swoje siły na zamiary, bo podróżować trzeba z głową!”. O najczęstszych wakacyjnych błędach rozmawiamy z pilotką wycieczek Karoliną Wesołowską

Karolina Wesołowska - Hello Zdrowie
Karolina Wesołowska / archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Ludzie przeceniają swoje możliwości. Wejście w wysokie góry bez odpowiedniej kondycji zwiększa ryzyko zadyszki, nagłego opadnięcia sił, zerwania ścięgien, naderwania mięśni czy choćby zakwasów, które później utrudnią nam chodzenie. Ktoś mówi: „Ale ja przecież robię 10 tysięcy kroków dziennie, spaceruję po pracy, to na pewno dam radę”. Te 10 tysięcy kroków dziennie rzeczywiście poprawia kondycję, ale spacer po płaskim nie wystarczy, żeby wejść na Rysy – mówi Karolina Wesołowska, pilotka wycieczek, menadżerka do spraw turystyki w biurze podróży.

 

Monika Głuska-Durenkamp: Skąd twoja pasja do podróży?

Karolina Wesołowska: Zarazili mnie nią rodzice. Już jako mała dziewczynka jeździłam z nimi na długie wakacje, w góry, za granicę, na narty. Lubię rysować i kiedyś od rodziców dostałam sztalugę. Namalowałam obraz z wyobraźni – Kalifornię, bo marzyłam, aby tam pojechać. W liceum zrobiłam sobie tatuaż „Never Stop Believing”. Tak mocno tego chciałam i wierzyłam, że chyba ściągnęłam to myślami. I rzeczywiście w wieku 22 lat zostawiłam wszystko i wyjechałam nie w Bieszczady, tylko do Kalifornii.

Jak to ci się udało?

Długo zastanawiałam się, jak znaleźć tam pracę i potem podróżować. Generalnie każdy łapał się za głowę, ludzie mówili: „A weź ty dziewczyno, zajmij się normalną robotą, idź na studia…”. Pomógł dawny znajomy rodziców, który wyemigrował do Ameryki. To on skontaktował mnie ze swoją znajomą. Miała firmę, zapewniła mi pracę, wynajęła pokój, odebrała mnie z lotniska.

Co tam robiłaś?

Sprzątałam domy, myłam jachty. Szybko też udało mi się kupić samochód i zaczęłam podróżować. Kalifornię objechałam prawie całą. Zwiedziałam Nevadę, Las Vegas, a z San Diego chciałam pojechać na dzień do Tijuany. Zadzwoniłam do swojej szefowej i mówię: „Dziś nie wracam na noc, pojadę sobie jeszcze do Meksyku”. Krzyknęła: „Dziewczyno, czyś ty zwariowała? Sama do Tijuany, ty przecież albo bez samochodu, albo w ogóle nie wrócisz”. Przekonała mnie, ale kiedyś tam pojadę!

Jak radziłaś sobie w podróży?

Pewnie mężczyźni mają prościej, bo wygląd bywa powodem zaczepek. A ja wtedy byłam drobną jasną  blondynką, więc z Meksyku zrezygnowałam. Generalnie jednak jestem dosyć rozważna, wiem, gdzie lepiej się nie wybierać. Ale przez te pół roku podróżowania nie miałam jakichś niebezpiecznych zdarzeń.

A co robiłaś po powrocie do kraju?

Poszłam do szkoły charakteryzacji. I przez kilka lat pracowałam jako charakteryzatorka w teatrze, operze, programie „Must Be The Music”, a potem w koncernie kosmetycznym. Gdy przyszedł COVID, moja branża mocno ucierpiała, więc były zwolnienia i straciłam pracę. Choć to może wydawać się dziwne, ale ucieszyłam się z tego, bo już dawno chciałam się przebranżowić. Nie myślałam, że w jakiś sposób moja pasja do podróżowania może stać się moją pracą… Bo niby jak na tym zarabiać? Jeździć, zwiedzać i mieć za to wynagrodzenie? Jednak niedługo po tym dostałam propozycję pracy w biurze Mystictravel. Może to siła przyciągania (śmiech). W pandemii założyłam też profil w mediach społecznościowych „Przyjaciółka z Warszawy”, który dziś skupia ponad 30 tysięcy kobiet. Pomaga im się poznawać, spotykać.

Czym zajmujesz się w firmie turystycznej?

Jestem menadżerką w biurze, ale i koordynatorką, współorganizuję wycieczki. Wymyślam je razem z współpracownikami, potem opracowuję ich plany i opisy na stronę internetową. Jestem też pilotką wycieczek. W firmie mamy kilkunastu pilotów, m.in. górskich, rowerowych, kajakowych, którzy też podrzucają mi fajne pomysły na wycieczki.

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Karolina Wesołowska / archiwum prywatne

Jakie wyjazdy są dzisiaj na topie?

To najczęściej krótkie 2-,3-,4-dniowe wyjazdy, zwykle z weekendem. Bardzo popularne są tzw. city breaki do ciekawych miast. Z tych wycieczek wyciska się jak najwięcej, bo chcemy pokazać uczestnikom wszystkie atrakcje, zabytki, fajne miejsca. Oczywiście jest i czas wolny na opalanie się, lunch, odpoczynek.

Kto wybiera się na takie wycieczki?

To ludzie w różnym wieku, jednak zwykle około 60-70 proc. są to kobiety. Mam wrażenie, że jesteśmy bardziej ciekawe świata niż mężczyźni. Na city breakach można dużo dowiedzieć się o architekturze, sztuce, kulturze, a przy okazji poznawać ludzi. A my jesteśmy bardziej społeczne. Panowie, jeśli mają gdzieś jechać, to wybierają się z rodziną na all-inclusive lub na wycieczkę z kumplami. Kobiety wybierają się same, bo albo nie mają partnera, albo on nie chce jechać. Szukają więc grup, z którymi mogą się powspinać, pojeździć na rowerach czy po prostu zwiedzić duże miasto.

Czy do takich miejskich wyjazdów trzeba się jakoś specjalnie przygotować?

Zawsze piszemy na stronie i w mailu przypominającym, co zabrać ze sobą, jaka będzie pogoda, pokazujemy, w którym miejscu śpimy. Te wyjazdy nie wymagają jakiejś specjalnej kondycji, ale jeżeli ktoś siedzi cały czas w domu, czy za biurkiem i nagle ruszy na city break, gdzie dużo chodzimy, zwiedzamy, to może być mu trudno.

Panowie, jeśli mają gdzieś jechać, to wybierają się z rodziną na all inclusive lub na wycieczkę z kumplami. Kobiety wybierają się same, bo albo nie mają partnera, albo on nie chce jechać

A jak ważna jest kondycja, gdy wybieramy się w góry?

Dziś ludzie dużo pracują, nie mają czasu na dbanie o siebie, a trasy górskie wymagają bardzo dobrej kondycji. Warto wcześniej prawidłowo ocenić swoje przygotowanie fizyczne, wziąć pod uwagę porę roku, liczbę kilometrów do przejścia oraz sumę podejść i zejść. Błędne ocenienie swoich możliwości może spowodować wiele utrudnień – zarówno dla turysty, jak i dla całej grupy.  Mamy np. wyjazd: Rysy, Dach Polski i Wielka Korona Tatr. Pierwsze, na co zwracamy uwagę uczestnikom, to informacja o tym, jaki stopień trudności ma trasa i jaka kondycja jest wymagana.

I, zdaje się, tutaj często pojawiają się „schody”…

Mamy wrażenie, że nie każdy po prostu to czyta, chociaż jest to napisane na czerwono na samym początku. Rysy mają 2501 m. n.p.m., to trekking ciężki, wymagający naprawdę dobrej, a nawet bardzo dobrej kondycji. I co się dzieje? Przykładowy pan X wstaje pewnego dnia od komputera. Na co dzień pracuje w biurze 8 godzin dziennie. Nagle ma przebłysk: „Poszedłbym na Rysy”. Znajduje taką wycieczkę i mówi sobie: „Wow! Jak to brzmi, zostanę zwycięzcą, zdobywcą!”.

I co się dzieje?

Ktoś, kto siedzi cały czas przy biurku, prawie się nie rusza i nagle podejmuje się wyprawy w góry, np.

w Wysokie Tatry, po prostu szybko traci siły i nie jest w stanie iść dalej. Ludzie przeceniają swoje możliwości. Wejście w wysokie góry bez odpowiedniej kondycji zwiększa ryzyko zadyszki, nagłego opadnięcia sił, zerwania ścięgien, naderwania mięśni czy choćby zakwasów, które później utrudnią nam chodzenie. Ktoś mówi: „Ale ja przecież robię 10 tysięcy kroków dziennie, spaceruję po pracy, to na pewno dam radę”. Te 10 tysięcy kroków dziennie rzeczywiście poprawia kondycję, ale spacer po płaskim nie wystarczy, żeby wejść na Rysy.

Jeśli nagle, w trakcie wycieczki, zdajemy sobie sprawę, że już nie damy rady iść, co robić?

Gdy zauważam, że ktoś nie daje sobie rady już na samym początku, radzę: „Dla własnego spokoju i dla spokoju całej grupy (często ok. osób 40) wolałabym, żebyś jednak zeszła, zszedł, a kierowca zabierze cię do pensjonatu”. Są takie wycieczki, że można to szybko zauważyć, np. podczas wejścia w Sudetach na Skybridge. Już pierwsze podejście na Śnieżnik jest od razu strome. Generalnie osoba z dobrą kondycją wejdzie tam w 10 minut, ale ci z gorszą kondycją nawet po kilku metrach czują się słabi. Jedna z moich turystek już po 2 metrach miała skok ciśnienia, jej twarz zmieniła kolor na czerwony, a wręcz purpurowy. Radziłam jej, żeby zawróciła, bo to dopiero początek, a przed nami jeszcze 20 kilometrów. Najpierw odrzekła, że jeszcze spróbuje, ale po kolejnych 2 metrach na szczęście zrezygnowała. I dobrze, bo w połowie drogi na szczyt już nie ma opcji, żeby zawrócić.

Na wakacjach wolisz aktywny wypoczynek czy leniuchowanie?

Wolę aktywność
Zdecydowanie leniuchowanie!
Zobacz wyniki ankiety

Ktoś musiałby wtedy zawrócić z taką osobą. Czy to możliwe?

W wysokich górach to trudne, pewnie musiałby być jeszcze jeden przewodnik górski. Tymczasem na początku zawsze idzie przewodnik górski, który wskazuje drogę, a na końcu pilot zamykający. Osoba, która dba, żeby nikt się nie zgubił, czeka, gdy ktoś na chwilę gdzieś zniknie z oczu. Kiedyś w połowie drogi też miałam taką historię. Kobieta zaczęła narzekać, że już nie da rady, że zaraz zemdleje. Jednak nie było opcji zawrócenia. Usiadałam z nią, prosiłam, aby napiła się wody, zjadła przekąskę. Okazało się, że nie ma przekąsek. Musiałam oddać jej część swoich, ale nie wszystkie, bo przed nami był jeszcze kawał drogi. W końcu wróciła na szlak i jakoś nam się udało dotrzeć na szczyt.

Co warto ze sobą mieć podczas takiej wyprawy?

Zawsze trzeba zabrać na szlak wodę, warto mieć batoniki i żele energetyczne, kabanosy, sery. Przekąskę, która jest energetyczna i da siłę wejść pod górę. Ludzie często popełniają błąd i nie biorą ze sobą takich rzeczy. Liczą, że zjedzą w schronisku, w którym mamy zaplanowany postój. To jest złe podejście, bo schronisko zwykle jest na końcu trasy.

A ubranie, buty?

Warto ubierać się na cebulkę, a także kupić koszulkę i bluzę ze specjalnych termoaktywnych materiałów. W dużych sklepach sportowych można je kupić całkiem tanio. Trzeba mieć ze sobą pelerynę lub kurtkę przeciwdeszczową, bo w górach zawsze może nagle zacząć padać. Dobrze mieć jakąś czapkę albo komin na głowę. Jednak najważniejsze są buty – takie, które trzymają kostkę, niezależnie od pory roku. Chronią kostki przed skręceniem i lepiej się w nich wspina. Ale ludzie też to bagatelizują. Zdarzało mi się pomagać dziewczynie, która założyła buty, które przyszły do niej zamówione w internecie poprzedniego dnia. Nie dość, że obtarły jej nogi, to odpadła podeszwa. Przyczepiłam je trytytkami, a nogi opatrzyłam jej plastrami. W trekkingu przydadzą się też kijki trekkingowe.

Co jeszcze jest niezbędne podczas górskiej wycieczki?

Dobrze mieć ze sobą powerbanka, latarkę czołówkę i małą apteczkę z plastrami, elastycznym bandażem, środkiem odkażającym. Trzeba mieć też w telefonie aplikację z nawigacją GPS, która działa, gdy nie ma zasięgu interentu. Nasze biuro udostępnia każdemu z uczestników takie mapy i trasy, ale trzeba potrafić je obsługiwać. Zdarza się, że ktoś zostanie z tyłu, robi zdjęcia, bo są przepiękne widoki, i nagle patrzy, nie ma grupy. Bardzo ważne, żeby taką mapę umieć po prostu przejrzeć. Jeżeli nie potrafimy zgrać mapy na swój telefon w trybie offline, to po prostu rozpiszmy sobie na kartce swój szlak. I zwracajmy uwagę na kolory szlaków na trasie.

A gdy się zgubimy, co wtedy robić?

Po pierwsze, nie wpadać w panikę. Jakiś czas temu głośno było w mediach o dwóch dziewczynach, które zgubiły się w górach, weszły na drzewo i tak całą noc przesiedziały, bo nie wiedziały, gdzie iść. Jeśli dzień się kończy, zapada zmierzch, a my nie wiemy, którędy się poruszać i nie mamy latarki, lepiej będzie pozostać w jednym miejscu do rana, nawet jeśli nie posiadamy ze sobą specjalistycznego wyposażenia. Gdy zaczynamy czuć się źle, robi się bardzo zimno, trzeba wezwać pomoc. W polskich Tatrach działa aplikacja RATUNEK. Ale najlepiej do sytuacji zagubienia nie dopuścić i podczas wycieczki być rozważnym i odpowiedzialnym.

A jakie nierozważne zachowania zdarzają się turystom?

Niestety ludzie piją alkohol. Oczywiście większość górskich pasjonatów faktycznie chce zdobywać szczyty, ale są i tacy, którzy jadą na takie wycieczki „integrować się”. Mają w plecaku zamiast wody „małpki” i do tego plecaka sobie sięgają. A przecież nie wolno chodzić po górach pod wpływem alkoholu, bo zagrażamy sobie i innym. Na szczęście nie miałam takich problemów z moim grupami, ale słyszałam niejednokrotnie, że ludzie się upili się na szlaku i stwarzali duży problem dla przewodników. W schroniskach też widywałam pijanych i zastanawiałam się, jak oni zejdą w dół. Alkohol fatalnie wpływa na kondycję, po drugie na orientację, a po trzecie pijany człowiek staje się mniej rozważny. Imprezowanie dzień przed zdobywaniem jakiegoś szczytu też nie jest wskazane, bo kondycja na kacu nie sprzyja wspinaniu.

A jak zacząć przygodę z górami?

Jeżeli ktoś się nie przygotuje wcześniej, nie ma kondycji, ma złą odzież, brakuje mu przekąsek, to może szybko się zniechęcić do gór. A szkoda.

Najlepiej zacząć od małych górek. Świetne są do tego Góry Świętokrzyskie z Łysicą, która ma zaledwie 614 metrów.  Wchodzi się na nią półtorej godziny. Można też pochodzić sobie po nietrudnych szlakach Bieszczadów, Beskidu Niskiego czy po dolinkach w Tatrach i sprawdzić, czy w ogóle nam się to podoba.

Jeśli nie lubimy gór, są do wyboru wyprawy kajakowe, rowerowe…

Jeśli chodzi o wyjazdy kajakowe, uczestnik może na początku wybrać jednodniowym prosty spływ, np. Liwcem do zamku w Liwie. Mamy też wyjazdy kajakowe dwudniowe. Zaczynamy wcześnie rano i kończymy po południu. Na drugi dzień też wsiadamy w kajak. Takie spływy wymagają od nas dobrej kondycji, bo trzeba machać wiosłami. Podobnie z rowerami. Trzeba zapoznać się ze specyfikacją wyjazdów, poczytać o trasie. Przede wszystkim na wyjazdach rowerowych musimy mieć dobry rower, a nie pożyczony od kuzyna, na którym nigdy nie jeździliśmy i pewnie nie był nigdy w serwisie. Rower ma być sprawdzony, serwisowany, bo nikt z naszych pilotów nie jest serwisantem. Tu też mierzmy swoje siły na zamiary, bo podróżować trzeba z głową! Wtedy zarówno organizatorom, jak i nam będzie łatwiej i przyjemniej.

 

Karolina Wesołowska: z wykształcenia charakteryzatorka, z zamiłowania podróżniczka, pilotka wycieczek, menadżerka i organizatorka wyjazdów i eventów w biurze podróży.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy: