Karolina Szymańska: „Współczesne dziecko spędza na świeżym powietrzu mniej czasu niż więzień na spacerze penitencjarnym”
– My, dorośli, często boimy się mrówki, kleszcza czy błota, więc sterylizujemy świat naszym dzieciom. A one wpadają w sidła nowych technologii. Musimy mieć świadomość: drzewo, kwiat, czy trzepak nigdy nie wygrają z algorytmem ekranu, który jest zaprojektowany tak, by ciągle dostarczać nowe strzały dopaminowe. Ale właśnie „nuda” i spokój są dzisiaj niezbędne do przetrwania – przekonuje Karolina Szymańska, autorka książki „ChodźMY na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo” oraz współtwórczyni przestrzeni Our Little Adventures.
Monika Głuska-Durenkamp: Na początku książki przytaczasz dane, które mówią, że Polska jest w czołówce krajów o największej liczbie osób z wypaleniem rodzicielskim. Dotyka ono rodziców, a szczególnie matki. Co najbardziej nas przytłacza?
Karolina Szymańska: Myślę, że jesteśmy przeciążeni na wielu poziomach jednocześnie. Przede wszystkim to tempo życia, które zwłaszcza w dużych miastach jest dziś zupełnie inne niż jeszcze z 10, 15 lat temu. Kiedy pierwszy raz zostałam mamą ponad 12 lat temu, nie odczuwałam tego aż tak intensywnie. Dzisiaj wszystko przyspieszyło, a my funkcjonujemy w rzeczywistości, która właściwie się nie zatrzymuje. Ogromną rolę odgrywają nowe technologie, ale i media społecznościowe. Nawet jeśli staramy się trzymać dystans, to i tak jesteśmy w ich zasięgu, porównujemy się, odbijamy się jak w lustrze w tym, co widzimy. W mediach społecznościowych dominuje wyidealizowany obraz rodzicielstwa: idealna matka, ojciec, idealna rodzina.
To głównie my, kobiety, czujemy na sobie olbrzymią presję, dlaczego?
Chcemy być świetnymi matkami, partnerkami, kochankami, liderkami. Mamy się spełniać zawodowo, realizować ambitne projekty, a jednocześnie wracać do domu i być w emocjonalnym centrum rodziny. Często pełnimy role domowych psycholożek, terapeutek, dietetyczek. Do tego dochodzi praca, która nigdy się nie kończy. Czytamy maile późnym wieczorem lub o świcie. Nawet jeśli nie odpowiadamy, to i tak nasz układ nerwowy pozostaje w gotowości. Granice między życiem zawodowym a prywatnym praktycznie się zatarły. I jeszcze nieustanny szum informacyjny, cokolwiek robimy jako rodzice, natychmiast pojawiają się „dobre rady”. Dostajemy setki komentarzy, że można lepiej, inaczej, zdrowiej… To wszystko tworzy ogromną presję i poczucie, że ciągle robimy za mało albo nie tak. I nawet, gdy mamy świadomość tych mechanizmów, trudno się od nich całkowicie odciąć. Nasz układ nerwowy reaguje na porównywanie się, scrollowanie, niekończącą się pętlę bodźców.

Karolina Szymańska w Tęczowych Górach na Islandii, 2021 /fot. archiwum prywatne
Czy widzisz jakieś światełko w tunelu?
Tak, bo częściej zaczynamy to zauważać i nazywać. Coraz więcej osób mówi: „Nie chcę tak żyć”. Młodsze pokolenia pokazują, że można mieć większy szacunek do swoich granic, potrzeb i czasu. Zaczynamy też wracać do intuicji, wartości, tego, co naprawdę ważne. Odchodzimy od życia pod dyktando algorytmów, cudzych oczekiwań i to jest moment zmiany. Prawda jest taka, że nie musimy być idealni, jesteśmy wystarczający. Kochamy swoje dzieci i w głębi siebie naprawdę wiemy, co jest dla nich dobre. Tylko gdzieś po drodze daliśmy sobie wmówić, że jest inaczej.
”Outdoorowe macierzyństwo jest sto razy łatwiejsze niż to w czterech ścianach. Na dworze nic nie blokuje dzieci przed rozładowywaniem nadmiaru energii. Tam jest przestrzeń, która uczy pewności siebie, czucia własnego ciała i odwagi. Zachęcam do takich mikroaktów odwagi: spróbujmy wyjść na spacer, gdy pada, zanocujmy w lesie - mamy przecież świetną akcję „Nocuj w lesie” w Lasach Państwowych. Rozgośćmy się w naturze metodą małych kroków.”
Zanim zostałaś mamą, funkcjonowałaś w bardzo intensywnym świecie PR-u. Jak wyglądało twoje życie?
Pracowałam non-stop. Stworzyłam własną agencję, realizowałam projekty dla instytucji kultury, robiłam rzeczy, które miały sens i misję. A kiedy pracujesz „z misją”, to wkładasz w to całe serce. Jednak przekonanie, że jeśli kochasz swoją pracę, to nie przepracujesz ani jednej godziny, nie jest prawdą. Dajesz z siebie więcej i więcej, nie zauważając momentu, w którym przekraczasz własne granice. Potrafiłam pracować od 6 rano do północy i nikogo to nie dziwiło, bo wszyscy wokół żyli podobnie. Były nagrody, uznanie, poczucie, że jestem na właściwej drodze.
Pamiętasz moment, kiedy coś zaczęło pękać?
To stało się, kiedy poznałam mojego męża. Pamiętam, że zadzwonił do mnie wieczorem
i zapytał, gdzie jestem. „W pracy”, odpowiedziałam. A on: „Za 15 minut bądź gotowa, czekam na dole”. Przyjechał z termosem herbaty, kanapką i zapytał, kiedy ostatnio jadłam. Okazało się, że rano. Na początku pomyślałam, o co mu chodzi, przecież świetnie sobie radzę. Ale gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może to wcale nie jest takie normalne.
A gdy urodziła się Marysia, twój świat jeszcze bardziej się skomplikował…
Wydawało mi się, że skoro tak dobrze ogarniam pracę, to macierzyństwo też ogarnę, jak kolejny projekt do zarządzania. Nikt w moim otoczeniu nie miał wtedy dzieci, byliśmy jedni z pierwszych, więc nie miałam punktu odniesienia. Na początku rzeczywiście tak było, córka spała, ja pracowałam. Wydawało się, że to się da połączyć. Ale bardzo szybko okazało się, że to złudzenie. Dziecko nie działa jak harmonogram w Excelu – nie śpi wtedy, kiedy powinno, potrzebuje cię w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Znalazłam się w sytuacji, w której cokolwiek robiłam, miałam poczucie winy. Kiedy pracowałam, martwiałam się, że nie jestem z dzieckiem, a gdy byłam z córką, że zawodzę w pracy. Do tego dochodziła odpowiedzialność za zespół, za klientów, za projekty i ogromna presja, żeby udowodnić, że nadal jestem tak samo skuteczna jak wcześniej.
Miałaś jakieś wsparcie?
Byliśmy z mężem z tym wszystkim sami, bez dziadków, rodziny na miejscu. Tylko my i dziecko, z poczuciem, że trzeba wszystko udźwignąć samodzielnie. Najtrudniejsze było to, że wydawało mi się, że tylko ja tak mam, a inne kobiety na pewno sobie radzą, mają to poukładane. To było jednak nie do pogodzenia, tylko nikt wtedy o tym głośno nie mówił.
Czy pamiętasz moment, który sprawił, że coś zaczęło się zmieniać?
Dokładnie to pamiętam: spacer z psem i ze śpiącą w nosidełku Manią. Na początku traktowałam spacery jak obowiązek: trzeba wyjść, bo pies labrador Makaron (wtedy szczeniak) musi, a przy okazji dziecko może zaśnie i to „zaliczę”. Ale któregoś dnia wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Była wiosna, wszystko kwitło, mirabelki, czereśnie. Szłam ścieżką między działkami i nagle uderzył mnie intensywny, znajomy zapach. W jednej chwili przeniosłam się do dzieciństwa, na podwórko mojej babci. Do miejsca, w którym czułam bezwarunkową miłość i spokój i wtedy coś puściło. Zalały mnie emocje, szłam i płakałam. Nie mogłam i nie chciałam tego powstrzymać. To był moment przebudzenia. Uświadomiłam sobie, że nie chcę dalej żyć w ciągłym napięciu, w poczuciu, że jestem niewystarczająca, jako mama, jako szefowa, jako partnerka. Zaczęłam myśleć, że może można jednocześnie czuć radość z bycia mamą i z pracy. Nie wszystko musi być robione na zaciśniętych zębach. Nie znałam jeszcze odpowiedzi, ale to był pierwszy moment, kiedy dopuściłam do siebie tę myśl, że zmiana jest w ogóle możliwa.
Co było wtedy najtrudniejsze?
To wewnętrzne przekonanie, że jeśli odpuszczę, to wszystko się zawali, ktoś odkryje, że nie jestem tak dobra, jak powinnam. Bardzo długo towarzyszył mi bardzo silny wewnętrzny krytyk – głos z tylnego siedzenia, który cały czas oceniał, kontrolował i podważał wszystko, co robię. Przez lata budowałam życie wokół kontroli, bo dawała mi poczucie bezpieczeństwa. A ten moment na spacerze był pierwszym, kiedy pomyślałam: „A co jeśli nie trzeba wszystkiego kontrolować? Może życie nie polega na spinaniu się i dowożeniu wszystkiego na 200 procent?”.
A w jaki sposób uratowała cię natura?
Pomogła mi w powrocie do czegoś, co zawsze było we mnie, tylko zostało przykryte. Wychowałam się na w Janowcu nad Wisłą, spędzałam mnóstwo czasu w lesie obok domu, na polach, nad rzeką. To było dla mnie naturalne środowisko. Dopiero w dorosłym życiu w mieście, zorientowałam się, że dla wielu osób to wcale nie jest oczywiste. Kiedy zaczęłam o tym czytać, odkryłam, że to, co intuicyjnie czułam, ma konkretne potwierdzenie w badaniach. Kontakt z naturą obniża poziom kortyzolu, reguluje układ nerwowy, poprawia odporność, zarówno fizyczną, jak i psychiczną, pomaga wrócić do równowagi.
Czy to musi być od razu jakaś wielka zmiana, podróż do Tajlandii, czy w dalekie góry?
Tu nie chodzi o spektakularne wyjazdy raz w roku na wakacje, ale o codzienność. O spacer w parku, o mikrowyprawy blisko domu. W Polsce mamy wspaniały dostęp do terenów zielonych, często są kilka minut od naszego mieszkania. To miejskie lasy, parki, ciągi piesze między osiedlami, zielone torowiska, zrewitalizowane skwery, szkolne ogrody deszczowe, działki ROD. Musimy tylko zacząć z tego korzystać i zobaczyć, jak natura nas wspiera, poprawia zdrowie, dobrostan. Czasem te najprostsze rzeczy mają największą moc.
W książce używasz terminu: „syndrom miejskiego mózgu”. Co to oznacza?
To fascynujące zjawisko, które badacze urbaniści, psycholodzy i lekarze obserwują od kilkudziesięciu lat. Okazuje się, że ludzie żyjący w dużych miastach mają zupełnie inne parametry organizmu niż ci mieszkający blisko natury. Mamy stale podwyższony poziom kortyzolu, wyższe ciśnienie krwi i jesteśmy nieustannie przebodźcowani hałasem oraz światłem. Badania profesorów Marca G. Bermana (University of Chicago / Michigan), czy Gregory Bratmana (Stanford University) pokazały, że samo przebywanie w zurbanizowanym, głośnym terenie sprawia, że nasz mózg pracuje w trybie ciągłego alarmu. Szacuje się, że do 2050 roku depresja będzie jedną z trzech najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych, obok otyłości i chorób układu krążenia.
Jak my „miastowi” możemy sobie z tym radzić?
Wiemy już, że proste interwencje, jak posadzenie stu drzew na osiedlu, potrafią zmniejszyć ryzyko wystąpienia depresji o blisko 40 proc. Ratuje i koi nas już 20 minut spaceru w zieleni. To nie musi być puszcza, wystarczy miejski skwer, park, aby nasz układ nerwowy zaczął się uspokajać. Wycisza się ciało migdałowate w mózgu, które jest odpowiedzialne za poziom lęku, rośnie odporność psychiczna i fizyczna. Natura działa na nas kojąco, bo przez setki tysięcy lat to było nasze naturalne środowisko. Życie w miastach i rewolucja przemysłowa to zaledwie ułamek sekundy w historii gatunku Homo sapiens. Nasze mózgi po prostu jeszcze się do tego betonu nie zaadaptowały. Nasz organizm działa w trzech trybach. Czerwony to „walcz lub uciekaj”, czyli jesteśmy w pełnej mobilizacji. Żółty to dążenie, ekscytacja, działanie. Tryb zielony, to ukojenie i relaks. Przez tysiąclecia te tryby naturalnie się wymieniały. Dziś w mieście utknęliśmy w czerwonym i żółtym. Praca przy komputerach, hałas, korki i nasz układ nerwowy nieustannie skanuje otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń. Nie potrafimy już intuicyjnie przejść w tryb zielony. Musimy sami zacząć decydować: „Teraz zostawiam telefon i idę do parku”.
To życie w trybie czerwonym i żółtym dotyczy także naszych dzieci, które zamiast do lasu, lgną do ekranów…
Dane są przerażające, bo statystyczne współczesne dziecko spędza na świeżym powietrzu mniej czasu niż więzień na spacerze penitencjarnym. Richard Louv opisał to jako „zespół deficytu natury”. My, dorośli, często boimy się mrówki, kleszcza czy błota, więc sterylizujemy świat naszym dzieciom. A one wpadają w sidła nowych technologii. Musimy mieć świadomość: drzewo, kwiat, czy trzepak nigdy nie wygrają z algorytmem ekranu, który jest zaprojektowany tak, by ciągle dostarczać nowe strzały dopaminowe. Ale właśnie „nuda” i spokój są dzisiaj niezbędne do przetrwania. Daliśmy sobie wmówić, że musimy wszystko kontrolować, od przyciętego co do milimetra trawnika po każdą minutę życia naszego dziecka. A tymczasem ratunek leży w odpuszczeniu i powrocie do tego, co w nas dzikie i intuicyjne.
Dla wielu rodziców zostawienie dziecka w pokoju z tabletem to właśnie chwila „świętego spokoju”, kiedy mogą coś ogarnąć, odpocząć. Często wydaje się im bezpieczniejsza niż wyjście dziecka na dwór. Czy faktycznie tak jest?
To jest największa pułapka współczesnego rodzicielstwa – złudne poczucie bezpieczeństwa. Wydaje nam się, że jeśli dziecko siedzi w pokoju obok, to nic mu nie grozi. Tymczasem ono ma w ręku narzędzie, które daje mu natychmiastowy dostęp do patotreści, pornografii, czy algorytmów manipulujących jego mózgiem. Myślimy: „Tylko gra w Minecrafta”, ale nie wiemy, co mówi do niego pan z YouTube’a, który w tego Minecrafta gra. Ekran wygrywa z naturą, bo daje natychmiastową gratyfikację dopaminową. Wyjście na dwór, pukanie do kolegi, szukanie patyka wymagają wysiłku. Roblox i TikTok dają nagrodę od razu. My, jako rodzice, musimy dać ramy i zaproponować alternatywę. Ulegliśmy atmosferze grozy podsycanej przez media. Statystyki są jasne: żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w historii Europy, a jednak boimy się puścić dziecko do parku. Boimy się lasu, kleszczy, obcych, podczas gdy największe niebezpieczeństwo czai się często właśnie w tym „bezpiecznym” smartfonie.

Karolina Szymańska z dziećmi, Połonina Caryńska, Bieszczady, 2024 /fot. archiwum prywatne
W książce przytaczasz wiele badań, które wskazują, że natura to sposób na budowanie odporności. W jaki sposób?
W Polsce od października do kwietnia mamy pogodę, którą nazywamy „brzydką”. Jeśli będziemy wtedy zamykać się w domach, to przez pół roku będziemy nieszczęśliwi i chorowici. Nasze dzieci jeżdżą rowerami cały rok. W zimę zakładamy łańcuchy na koła i jedziemy. Czy chorują? Prawie wcale. Natura, ruch i brak cukru w tygodniu, to najlepsza suplementacja. Odporność buduje się na zewnątrz, a nie w sterylnych pokojach. Zawsze powtarzam, że nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie. Naszym game changerem była podróż na Islandię, gdy Mania miała 11 miesięcy. To był najzimniejszy maj w stuletniej historii wyspy. Pamiętam grupę dzieci w Reykjaviku – śnieg z deszczem, wichura, a one wychodzą uśmiechnięte z basenu, z mokrymi włosami, w klapkach i jedzą lody na mrozie! Pomyślałam wtedy: „Ja też tak chcę!”.
”Wychowałam się na w Janowcu nad Wisłą, spędzałam mnóstwo czasu w lesie obok domu, na polach, nad rzeką. To było dla mnie naturalne środowisko. Dopiero w dorosłym życiu w mieście, zorientowałam się, że dla wielu osób to wcale nie jest oczywiste. Kiedy zaczęłam o tym czytać, odkryłam, że to, co intuicyjnie czułam, ma konkretne potwierdzenie w badaniach. Kontakt z naturą obniża poziom kortyzolu, reguluje układ nerwowy, poprawia odporność, zarówno fizyczną, jak i psychiczną, pomaga wrócić do równowagi.”
Co jeszcze jest twoim zdaniem ważne w budowaniu zdrowia i rozwoju dziecka?
Ruch, bo bez niego nie ma, ani rozwoju intelektualnego, ani emocjonalnego. Kiedyś nie potrzebowaliśmy warsztatów sensorycznych, bo dzieci taplały się w błocie, właziły na drzewa, bujały się na trzepakach. Dziś musimy to planować. Outdoorowe macierzyństwo jest sto razy łatwiejsze niż to w czterech ścianach. Na dworze nic nie blokuje dzieci przed rozładowywaniem nadmiaru energii. Tam jest przestrzeń, która uczy pewności siebie, czucia własnego ciała i odwagi. Zachęcam do takich mikroaktów odwagi: spróbujmy wyjść na spacer, gdy pada, zanocujmy w lesie – mamy przecież świetną akcję „Nocuj w lesie” w Lasach Państwowych. Rozgośćmy się w naturze metodą małych kroków.
RozwińAle do tego trzeba się przygotować, a sprzęt outdoorowy bywa drogi…
To kolejny mit. Nie trzeba kupować nowych rzeczy. Ja z ogromną radością przekazuję ubrania dalej w rodzinie, kurtka przeciwdeszczowa po Mani służy już piątemu dziecku! Wystarczy second-hand, wymianki sąsiedzkie, grupy na Facebooku. Markowa odzież outdoorowa jest niezniszczalna. Inwestujemy w czas i doświadczenia, a nie w metki. Po prostu wyjdźmy. Zaufajmy intuicji, a nie algorytmom. Porzućmy tę „miejską skorupę”, która z nas spada pod pierwszym lepszym drzewem. To tam odnajdujemy siebie – nie jako szefowe czy perfekcyjne matki, ale jako wystarczająco dobre, połączone ze światem kobiety.
Karolina Szymańska, absolwentka polonistyki i filmoznawstwa, studentka ekopsychologii, ekoterapii i zmiany społecznej, zajmuje się związkiem pomiędzy między regularnym kontaktem z naturą i ruchem w outdoorze a dobrostanem psychicznym i fizycznym, zwłaszcza u rodziców małych dzieci. Współtwórczyni – wraz z mężem Mariuszem Zielonką – Our Little Adventures, przestrzeni, która od ponad dekady jest zaufanym źródłem wiedzy dla dziesiątek tysięcy aktywnych rodzin. „Outdoorowa mama” trójki dzieci: Marianki, Basi i Jasia. W książce „ChodźMY na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo” udowadnia, że nie potrzebujemy wielkich wypraw, by poczuć ulgę, wystarczy park obok domu.
Podoba Ci się ten artykuł?
Powiązane tematy:
Polecamy
„Obudziliśmy się z ręką w nocniku”. Magda Bigaj o higienie cyfrowej, AI i zakazie telefonów w szkole
„Korzystają z komunikatorów zupełnie inaczej niż dorośli”. O tym, jak WhatsApp i Messenger psują nam dzieci, rozmawiamy z Edytą Daszkowską
Dwie kobiety i chłopiec. Dorota i Paulina nie są w romantycznym związku, ale wychowują razem dziecko
„Bez wielkich gratulacji, bez straszenia, bez nadawania temu momentowi znaczeń, które dziecko musiałoby unieść”. Jak rozmawiać o pierwszej miesiączce, tłumaczy Paula Wasiluk
się ten artykuł?

















