Przejdź do treści

Oliwia Sowa o chorobie otyłościowej: „Miałam jedną zasadę: jadłam zawsze w samotności”

Od lewej: Ewa Godlewska i jej córka Oliwia Sowa
Ewa Godlewska i Oliwia Sowa dzielą się historią choroby otyłościowej / Zdjęcie: archiwum prywatne/Canva
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Bardzo poruszyło mnie porównanie, które kiedyś usłyszałam, że jeśli człowiek zamknięty w pokoju pełnym wody się topi, to w pewnym momencie i tak weźmie oddech, choć wie, że to go zabije. Bo ten odruch jest silniejszy od niego. I trochę tak samo jest z chorobą otyłościową. My wiemy, że dane jedzenie nam szkodzi, tylko sama wiedza nie wystarcza, kiedy organizm i głowa działają inaczej – mówi Oliwia Sowa, która od 14. roku życia zmaga się z chorobą otyłościową. Razem z mamą, Ewą Godlewską, dietetyczką i prezeską FLO – Fundacji na rzecz Leczenia Otyłości, opowiadają o życiu z tą chorobą, rodzinnej bezradności, przełomie, który przyniosła diagnoza, i o tym, co przychodzi wraz z leczeniem.

 

Marta Dragan: Oliwio, co się wydarzyło, że dziś rozmawiamy o twojej chorobie otyłościowej? Jakie były jej początki?

Oliwia Sowa: Zacznę od tego, że my z mamą zawsze zdrowo się odżywiałyśmy i dbałyśmy o ruch. Chodziłam do klasy o profilu sportowym, gdzie trenowałam naprawdę intensywnie. Rano dwie godziny spędzałam na basenie, później zajęcia WF-u w szkole, a popołudniami często biegałam. W sezonie był też biathlon. Dodatkowo w weekendy jeździłyśmy z mamą na rowerach. Pamiętam, że nawet jeszcze zanim miałyśmy psy, wychodziłyśmy praktycznie codziennie na spacer. Tej aktywności miałam naprawdę dużo, a więc niemal cały czas byłam w ruchu. I byłam bardzo szczupła.

Mój aktywny styl życia zaburzyła kontuzja, której doznałam podczas biegu, kiedy miałam 14 lat. Przez długi czas byłam unieruchomiona, poruszałam się na wózku, a później o kulach. Spędziłam wiele miesięcy na rehabilitacji. Siłą rzeczy niemalże do zera ograniczyłam ruch, siedziałam w domu i oglądałam filmy. To zbiegło się też w czasie z okresem dojrzewania.

W efekcie zaczęłam przybierać na wadze. Początkowo były to pojedyncze kilogramy, z czasem coraz więcej i więcej, ale ja nie widziałam problemu. Jedzenie dawało mi poczucie ulgi i zaspokojenia. Dopiero mama uświadomiła mi, że dzieje się coś niepokojącego. Atakowała mnie pytaniami, dlaczego tyle jem, czy za moim tyciem stoi smutek, złość albo jakieś inne trudne emocje. Żeby uniknąć konieczności tłumaczenia się, zaczęłam to jedzenie po prostu ukrywać.

Czy z perspektywy czasu widzisz związek między tymi zachowaniami a trudnym emocjonalnie okresem w twoim życiu?

Nie potrafię połączyć napadów objadania się z jedną konkretną emocją. Ja jadłam niezależnie od tego, czy byłam smutna, zła czy szczęśliwa. Po prostu stale czułam potrzebę jedzenia. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że kontuzja i nagłe ograniczenie ruchu mogły wpłynąć i na fizjologię, i na moje samopoczucie. Ruch ma znaczenie choćby dla gospodarki hormonalnej. Być może trochę się podłamałam, ale nie wyglądało to tak, że byłam smutna, bo nie mogłam trenować, i dlatego zaczęłam zajadać emocje. U mnie to nie było takie proste.

Pani Ewo, co jako pierwsze wzbudziło pani niepokój w zachowaniu córki?

Ewa Godlewska: Oliwia mówi z perspektywy trzynasto-, czternastolatki, której jedzenie po prostu przynosiło ulgę. Ja jako matka widziałam też stres związany z kontuzją. Pamiętam nasze rozmowy o tym, co dalej: czy zostaje w szkole sportowej, czy trzeba będzie zmienić klasę, czy po wszystkim uda się jeszcze zdać egzamin sprawnościowy. Tego napięcia było naprawdę sporo.

Z mojej perspektywy jedzenie, zwłaszcza w większych ilościach, i sięganie po niezdrowe produkty, było także próbą rozładowania napięcia. Uznałam, że skoro byłyśmy już u dietetyka, dermatologa, ginekologa, to kolejny krok, który trzeba zrobić, powinien zmierzać w kierunku zdrowia psychicznego. Zapisałam Oliwię do psychiatry i psychologa. Chodziła na te spotkania, choć nie była z tego zadowolona.

Oliwia: Przypominam sobie, że na wizytach dostawałam głównie behawioralne sposoby radzenia sobie z napadami: żebym poszła na spacer, napiła się wody, odwróciła uwagę. Tylko że w chorobie otyłościowej to często nie wystarcza. To nie jest kwestia silnej woli ani prostego „weź się w garść”, bo ta potrzeba zjedzenia jest silniejsza. Dlatego bez leczenia holistycznego, a czasem także farmakologicznego czy chirurgicznego, bardzo trudno nad tym zapanować.

Pani Ewo, w jakim momencie poczuła pani, że sytuacja wymyka się spod kontroli, że traci pani wpływ na cokolwiek?

Ewa: Myślę, że tak najdotkliwiej wtedy, kiedy Oliwia wyjechała na studia do innego miasta. Robiłam wtedy wszystko, co potrafiłam, by jej pomóc. Kiedy przyjeżdżała do domu, zwykle co dwa tygodnie, przez cały weekend gotowałam jej jedzenie na zapas. Wekowałam słoiki, przygotowywałam zdrowe, dobre jakościowo posiłki, żeby miała co jeść po powrocie na studia. Ona z tego korzystała, ale to oczywiście nie wykluczało się z tym, że sięgała też po inne rzeczy. Kiedy nie było już rodzicielskiej obecności, która choć trochę działała hamująco, miała dużo większą swobodę. A jak sama przed chwilą wspomniała, w tej chorobie zdrowy rozsądek nie wystarcza, żeby zatrzymać metaboliczną potrzebę jedzenia.

Oliwia przed rozpoczęciem leczenia choroby otyłościowej

Oliwio, kiedy podkreślasz, że jadłaś coraz więcej, to zastanawiam się, o jakiej skali mówimy? Sięgałaś po to, co akurat było pod ręką, czy planowałaś to wcześniej – musiałaś mieć zapasy na wieczór, bo wiedziałaś, że ten głód się pojawi?

Oliwia: Rozróżniłabym głód od potrzeby objadania się, bo ja wtedy nie byłam głodna. Czułam po prostu przymus jedzenia konkretnych rzeczy, najczęściej wysokoprzetworzonych: słodyczy, chipsów, fast foodów. Przed rozpoczęciem leczenia, w tych najtrudniejszych momentach choroby, właściwie nie pamiętam ani uczucia głodu, ani sytości.

Funkcjonowałam skrajnie: potrafiłam przez cały dzień nic nie jeść – najczęściej przed powrotem do domu – i nie czuć głodu. A innym razem zjadałam ogromne ilości niezdrowego jedzenia też bez poczucia, że jestem głodna. Miałam jedną zasadę: jadłam zawsze w samotności.

Najgorsze napady pojawiały się zwykle zaraz po powrocie z weekendu w domu. Wiedziałam wtedy, że do kolejnego przyjazdu mam jeszcze dwa albo trzy tygodnie i w tym czasie zdążę zrzucić to, co zjem. Już w pociągu albo na wykładach planowałam, co kupię, na co konkretnie mam ochotę i co zjem po powrocie do mieszkania. Szłam do sklepu z gotową listą w głowie.

Bartłomiej Nowosielski, aktor, ambasador kampanii "Porozmawiajmy Szczerze o Otyłości"

Pani Ewo, co było z pani perspektywy najtrudniejsze w tamtej sytuacji?

Ewa: Z jednej strony czułam bezradność, z drugiej cały czas próbowałam działać. Szukałam rozwiązań wszędzie, gdzie się dało. Czytałam, pytałam, korzystałam z podpowiedzi innych. Motywowałam Oliwię do wspólnych aktywności: spacery, jazda na rowerze, gotowanie zdrowych posiłków, rozmowy. Nie odpuszczałam, a jednocześnie cały czas nosiłam w sobie poczucie winy. Zastanawiałam się, co zrobiłam źle, czego nie dostrzegłam, gdzie popełniłam błąd. Ten temat był dla nas obu bardzo trudny i dziś widzę też, że jako rodzic popełniałam błędy.

Jednym z nich była nadmierna kontrola. Zaglądałam do rzeczy Oliwii, chcąc sprawdzić, czy ukrywa jedzenie. To oczywiście niczego dobrego nie przynosiło, tylko powodowało napięcie, ale człowiek w desperacji czasem postępuje wbrew logice. Tym bardziej, że nikt wtedy nie mówił wprost: „to jest choroba otyłościowa”, więc szukałam przyczyny w sobie, w domu, w relacji. Myślałam: może byłam zbyt emocjonalna, może za mało rozmawiałam, może za dużo pracowałam, może coś przeoczyłam. Rodzic w takiej sytuacji bardzo łatwo zaczyna obwiniać samego siebie.

Jakie słowa czy reakcje nie pomagały, tylko pogarszały sytuację?

Ewa: Dziś wiem, że nie pomaga moralizowanie i tzw. złote rady. Z racji mojego wykształcenia Oliwia często uczestniczyła w wykładach i różnych spotkaniach na temat żywienia. Miała dużą wiedzę i nie potrzebowała kolejnych pouczeń, a mimo to łapałam się na tym, że mówiłam: „to ma mniej kalorii”, „może zamieńmy to na coś innego”. I słyszałam w odpowiedzi: „mamo, ja to wszystko wiem”. Dziś widzę, że taka opresyjna edukacja niczego nie wnosiła.

Na pewno błędem były też wszelkie formy wzbudzenia poczucia winy. Starałam się nie oceniać Oliwii, bo niezależnie od wszystkiego była i jest dla mnie najważniejsza, ale bywały między nami napięcia i zdarzało się, że rzuciłam coś w rodzaju: „zważ się, bo chyba znowu przytyłaś”. Dziś wiem, że to brzmiało oskarżająco i tylko dokładało ciężaru. Z perspektywy czasu widzę, że te wszystkie moje reakcje wynikały z bezradności. Zdesperowany rodzic, któremu zależy na dziecku, chwyta się różnych rozwiązań – także tych, które wcale nie pomagają.

Oliwio, wspomniałaś, że przed powrotami do domu panicznie próbowałaś zapanować nad sytuacją. Jak to w praktyce wyglądało?

Oliwia: Pamiętam, że zastanawiałam się, co założyć, żeby było jak najmniej widać, ile przytyłam przez ostatnie dwa czy trzy tygodnie. Bałam się spojrzeń, konfrontacji, choć w dużej mierze sama to sobie nakręcałam w głowie.

Wiedziałam, że zainteresowanie, jakie mama wykazywała względem mnie, wynikało z troski o moje zdrowie i wyniki badań, które wtedy były bardzo złe. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, jak wyglądam. To nie jest tak, że osoba chorująca na otyłość niczego nie zauważa i po prostu nic z tym nie robi. My doskonale widzimy zmiany w obrębie naszego ciała, tylko często nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać wyłącznie siłą woli. I właśnie dlatego te powroty do domu były dla mnie tak obciążające, bo z jednej strony czułam troskę, a z drugiej wstyd, lęk i napięcie.

Przypomniała mi się teraz jedna z naszych najtrudniejszych rozmów. Powiedziałam wtedy mamie, że potrzebuję mamy, a nie dietetyka. Bo ja naprawdę znałam wszystkie porady. Wiedziałam, co i jak powinnam jeść, ale problem polegał na tym, że nie byłam w stanie nad tym zapanować. Nie potrzebowałam kolejnych rad, tylko wsparcia, obecności i wspólnego szukania rozwiązań. Tyle że wtedy jeszcze nie mówiło się, że to choroba otyłościowa, więc obie błądziłyśmy, obie taplałyśmy się w tym błotku.

Ewa: Kiedy to usłyszałam, to zamilkłam. Przestałam mówić o żywieniu. Potraktowałam to bardzo poważnie.

Oliwio, jak w tamtym czasie myślałaś o sobie i o swoim ciele?

Oliwia: Trudno mi było myśleć o sobie dobrze, bo widziałam, jak wyglądam, wyniki badań były coraz gorsze i czułam, że ciało coraz słabiej funkcjonuje. Po wejściu po kilku schodach albo po przejściu kilometra na uczelnię miałam zadyszkę i czułam się, jakbym była o dwadzieścia czy trzydzieści lat starsza. Wiedziałam, że dzieje się ze mną coś złego. A poczucie winy po napadach objadania się – czasem trwających cały dzień – było czymś, czego nie życzę nikomu.

Ewa: I to właśnie było najbardziej przerażające: patrzeć na mądrą, wchodzącą w dorosłość dziewczynę, której zdrowie zaczyna się rozsypywać.

Na jakie konsekwencje zdrowotne to się przekładało?

Ewa: Tych problemów było naprawdę dużo. Pojawiły się bardzo wysokie trójglicerydy i cholesterol, nadciśnienie tętnicze, insulinooporność, zaburzenia glikemii, stan przedcukrzycowy, zespół policystycznych jajników, bóle stawów. Do tego dochodziło coraz gorsze samopoczucie psychiczne. To była równia pochyła.

Pamiętacie moment, kiedy nastąpił przełom?

Oliwia: Pierwsze kilogramy zaczęłam tracić w czasie pandemii COVID-19. Wróciłam wtedy do domu. Był lockdown, więc spędzałam z mamą 24 godziny na dobę. Siłą rzeczy przestałam jeść posiłki w samotności.

Pamiętam, że któregoś dnia mama powiedziała: „Oliwia, chyba trochę schudłaś, wejdź na wagę”. Kiedy zobaczyłam, że rzeczywiście tak jest, przestałam traktować to jako przypadek, a zaczęłam jak kolejną dietę. I wtedy znowu uruchomił się we mnie cały mechanizm myślenia o jedzeniu i większej kontroli. Zaczęłam wychodzić na spacery, które w praktyce kończyły się szukaniem sklepów i kupowaniem przekąsek.

Mama zaczęła wtedy coraz bardziej zgłębiać temat mojego zdrowia, bo miała mnie pod ręką. To był moment, kiedy trafiłam do szpitala na kilkudniową diagnostykę.

Ewa: I właściwie od pobytu w szpitalu wszystko się zaczęło. Tam Oliwia została dokładnie przebadana, wyszły zaburzenia metaboliczne i po raz pierwszy usłyszałyśmy jasno, że to jest choroba otyłościowa.

Oliwia obecnie

Dziś o chorobie otyłościowej mówi się znacznie więcej, ale jeszcze kilka lat temu ten temat właściwie nie istniał w debacie publicznej. Kiedy w środowisku specjalistów zaczęto na nią patrzeć jak na chorobę wymagającą kompleksowego leczenia?

Ewa: To było mniej więcej pięć, sześć lat temu. Wtedy zaczęłam współpracę ze Szpitalem Czerniakowskim w Warszawie jako rzeczniczka prasowa i tam po raz pierwszy zetknęłam się z takim podejściem do otyłości. Profesor Mariusz Wyleżoł mówił o niej wprost jako o chorobie otyłościowej, wymagającej diagnostyki, kompleksowego i wielospecjalistycznego leczenia.

W szpitalu powstało wtedy Warszawskie Centrum Kompleksowego Leczenia Otyłości i Chirurgii Bariatrycznej. To właśnie tam organizowano kilkudniowe pobyty diagnostyczne dla pacjentów z otyłością, a Oliwia była jedną z pierwszych osób, które tam trafiły. Miałam wtedy poczucie, że wreszcie jesteśmy we właściwym miejscu. Wcześniej chodziłyśmy od specjalisty do specjalisty: do dietetyka, psychologa, dermatologa, ginekologa, ale to były pojedyncze wizyty, nieskoordynowane ze sobą. Każda z nich coś wnosiła, ale brakowało całościowego spojrzenia. Dopiero w szpitalu wszystko zaczęło układać się w spójną diagnozę i plan leczenia.

Jak wyglądało to leczenie? Co konkretnie się zmieniło?

Oliwia: Zasadnicza różnica polegała na tym, że przestałam walczyć z chorobą otyłościową, a zaczęłam ją leczyć. Zrozumiałam, że to nie była moja wina ani kwestia braku silnej woli czy lenistwa, tylko efekt zaburzonych procesów w organizmie.

Po rozpoczęciu leczenia wreszcie doświadczyłam, co to znaczy być najedzoną. Dziś zdarza się, że jem śniadanie, zostaje mi ostatni kęs kanapki i po prostu nie jestem w stanie go zjeść, bo czuję sytość. Wcześniej ten stan był mi kompletnie nieznany. To był Matrix. Dopiero leczenie sprawiło, że zaczęłam rozpoznawać głód i sytość. I co najważniejsze, po latach udręki przestałam bez przerwy myśleć o jedzeniu. Wreszcie rozumiem, co naprawdę znaczy, że je się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby jeść.

Ewa: Leczenie farmakologiczne było z mojego punktu widzenia podaniem Oliwii ręki. Dało jej poczucie sprawczości i pierwsze sukcesy, a to bardzo buduje. To był fundament, na którym można było zacząć na nowo wdrażać zdrowe nawyki, już bez epizodów niekontrolowanego objadania się. Wcześniej, mimo całej wiedzy, Oliwia nie była w stanie nad tym zapanować.

Te pierwsze, małe sukcesy stopniowo budowały kolejne. U Oliwii zaczęły poprawiać się wyniki: zniknął stan przedcukrzycowy, unormował się cholesterol, spadło ciśnienie, ustąpiła zadyszka. Dla mnie to były najważniejsze dowody, że leczenie działa. Ale dla Oliwii, która miała wtedy dwadzieścia parę lat, ważne było też to, że mogła kupić sobie ubrania, w których czuła się dobrze, lepiej wyglądała i lepiej odbierała samą siebie. Tego też nie można bagatelizować.

Oliwia: Dodam jeszcze jedną rzecz. Na studiach unikałam spotkań towarzyskich nie tylko z powodu wyglądu, ale też dlatego, że bałam się jedzenia w towarzystwie. Bo przecież wyjście ze znajomymi zwykle wiąże się z pizzą, lodami, drinkiem czy czymś słodkim. A u mnie to działało zero-jedynkowo: albo jadłam w stu procentach zdrowo, bez żadnych odstępstw, albo popadałam w skrajność i jadłam wyłącznie słodycze czy wysokoprzetworzone rzeczy. Nie było nic pomiędzy. Jeśli raz zjadłam coś zakazanego, to uruchamiał się mechanizm: skoro zjadłaś, to wszystko stracone, diety i głodówki poszły na marne.

Dziś to wygląda zupełnie inaczej. Mogę wyjść ze znajomymi na pizzę, mogę wypić drinka z chłopakiem, mogę przyjechać do mamy na ciasto i to nie uruchamia już napadu objadania się. Dzięki leczeniu nie wpadam w ciąg, nad którym później przez tydzień czy dwa nie potrafię zapanować.

Przed rozpoczęciem leczenia, w tych najtrudniejszych momentach choroby otyłościowej, właściwie nie pamiętam ani uczucia głodu, ani sytości. Funkcjonowałam skrajnie: potrafiłam przez cały dzień nic nie jeść i nie czuć głodu. A innym razem zjadałam ogromne ilości niezdrowego jedzenia też bez poczucia, że jestem głodna. Miałam jedną zasadę: jadłam zawsze w samotności

Co w tej chorobie najtrudniej wytłumaczyć osobom, które nigdy się z nią nie zetknęły?

Oliwia: Myślę, że właśnie to, że to naprawdę nie jest kwestia braku silnej woli. Osobie, która tego nie doświadczyła, bardzo trudno zrozumieć, że można wiedzieć wszystko o zdrowym odżywianiu i nadal nie być w stanie zapanować nad tym, co dzieje się w głowie.

Ja wiedziałam, co jest zdrowsze, co mniej kaloryczne, jak komponować posiłki, jakie produkty wybierać. I co z tego? Ta wiedza sama w sobie niczego nie zmieniała. Dlatego wszystkie rady w stylu: „weź się za siebie”, „idź na siłownię”, „przestań się objadać”, są po prostu krzywdzące i kompletnie mijają się z istotą tej choroby.

Bardzo poruszyło mnie porównanie, które kiedyś usłyszałam, że jeśli człowiek zamknięty w pokoju pełnym wody się topi, to w pewnym momencie i tak weźmie oddech, choć wie, że to go zabije. Bo ten odruch jest silniejszy od niego. I trochę tak samo jest z chorobą otyłościową. My wiemy, że dane jedzenie nam szkodzi, tylko sama wiedza nie wystarcza, kiedy organizm i głowa działają inaczej.

Co powinno się zmienić w podejściu do dzieci i dorosłych chorujących na otyłość?

Ewa: Przede wszystkim myślenie o tej chorobie. Rozumiem, że osobom zdrowym trudno pojąć, że ktoś może jeść i nie być w stanie przestać, ale nawet jeśli czegoś nie rozumiemy, nie mamy prawa oceniać.

Nikt nie kwestionuje leczenia chorób, które także mają związek ze stylem życia, a przy chorobie otyłościowej wciąż pokutuje przekonanie, że wystarczy się bardziej postarać. Tymczasem tej choroby nie da się wyleczyć samą silną wolą. Warto zaufać nauce i przestać traktować ją jak problem estetyczny albo efekt lenistwa. To choroba metaboliczna, wieloczynnikowa, przewlekła, wymagająca leczenia i opieki wielu specjalistów, tak samo jak inne poważne schorzenia.

Bardzo ważne jest też to, że dziś mamy więcej narzędzi niż jeszcze kilka lat temu. Jednym z nich jest „PoMOCnik”, poradnik przygotowany z myślą o rodzicach, bliskich, nauczycielach i lekarzach — o tym, jak rozmawiać z dzieckiem chorującym na otyłość, żeby go nie zranić, tylko budować zaufanie. To bardzo potrzebna publikacja, bo wielu rodziców nie wie, od czego zacząć. „PoMOCnik” pokazuje, jak rozmawiać, jak wspierać, jak nie wpadać w czarno-białe myślenie, ale też daje konkretne wskazówki dotyczące odżywiania, ruchu i relacji rodzinnych. Takie wsparcie merytoryczne kilka lat temu było dużo mniej dostępne, a ta broszura to sprawdzona, podana przez specjalistów wiedza, dostępna oczywiście bezpłatnie.

Oliwio, co doświadczenie choroby otyłościowej zmieniło w twoim życiu?

Oliwia: Dziś jestem w zupełnie innym miejscu zdrowotnie, ale emocjonalnie wciąż czuję oddech tej choroby. Wciąż łapię się na tym, że biorę do przymierzalni ubrania za duże, bo boję się, że się nie zmieszczę. Nadal mam też dużą ostrożność wobec niektórych produktów. Cały czas mam gdzieś w sobie lęk, że mogłoby znów być tak jak kiedyś.

Za największą zmianę uważam to, że na nowo odzyskałam siebie. W najtrudniejszym momencie byłam niepewna, wycofana, starałam się nie rzucać w oczy, nie mówić za dużo. Dziś czuję się ze sobą dużo lepiej. Najważniejsze nie jest dla mnie jednak to, że schudłam 30-35 kilogramów, ale to, co przyszło wraz z leczeniem: odzyskane zdrowie, sprawczość i pewność siebie. Jestem zdrowa, mam dobre wyniki badań, wychodzę do ludzi i mówię to, co myślę.

Co chciałybyście powiedzieć rodzicom i dzieciom z doświadczeniem choroby otyłościowej?

Ewa: Rodzicom powiedziałabym przede wszystkim: bądźcie czujni, ale nie działajcie po omacku. Jeśli dziecko zmaga się z chorobą otyłościową, trzeba szukać pomocy u specjalisty: pediatry, lekarza POZ. Jeśli nie wiemy, do jakiego specjalisty się udać, dobrym startem może być mapa ośrodków i lekarzy zajmujących się otyłością. Można je znaleźć tutaj oraz na stronie Fundacji na Rzecz Leczenia Otyłości FLO. Działajmy, bo to choroba, z której dziecko samo nie wyrośnie.

Oliwia: Ja powiedziałabym: nie bójcie się prosić o pomoc i nie myślcie o sobie jak o kimś leniwym, słabym czy gorszym. To nie jest kwestia charakteru, tylko choroba, która wymaga leczenia. I naprawdę nie warto zostawać z tym samemu.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.
Podoba Ci
się ten artykuł?