„Nie chodzi o to, ile mamy pieniędzy, ale jak się z nimi czujemy wśród ludzi” – o wstydzie ekonomicznym mówi psycholożka Bianca-Beata Kotoro
Czasem wystarczy rozmowa o wakacjach albo rozliczenie wspólnego rachunku za kolację, żeby pojawiło się napięcie i myśl: „nie pasuję”. Wstyd ekonomiczny rzadko bywa komunikowany na głos, ale potrafi wpływać na nasze relacje, decyzje i sposób, w jaki widzimy samych siebie. Dlaczego dotyka zarówno tych, którzy mają mniej, jak i tych, którzy awansowali społecznie, jak go rozpoznać oraz na dobre od niego uwolnić? Rozmawiamy z psycholożką i terapeutką Biancą-Beatą Kotoro.
Małgorzata Germak, Hello Zdrowie: Trzech na czterech pracujących Polaków twierdzi, że wysokość pensji wpływa na ich samoocenę. Dlaczego tak wiele osób utożsamia wartość człowieka z jego majątkiem?
Bianca-Beata Kotoro: Dlatego, że pieniądze i status materialny wydają się czymś, co można łatwo zmierzyć. Jeśli mam luksusowy samochód, stać mnie na egzotyczne wakacje, pięknie urządzony dom, do którego zapraszam ludzi, a w mediach społecznościowych pokazuję zdjęcia z tego życia, to wysyłam jasny komunikat: „jestem coś wart”.
W naszej kulturze bardzo mocno utrwaliło się przekonanie, że wartość człowieka można ocenić przez to, na co go stać. Skoro inni zapłacili za moje umiejętności, wiedzę czy pracę, to znaczy, że jestem wartościowy. Oczywiście wiemy, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, ale ten mechanizm jest bardzo silny.
Do tego kultura konsumpcyjna nieustannie nam podpowiada, że mamy czuć się dobrze ze sobą wtedy, gdy mamy odpowiednie ubrania, bywamy w modnych miejscach, korzystamy z tego, co akurat jest pożądane i reklamowane. Przy kampaniach luksusowych produktów pojawiają się znane twarze, więc podświadomie zaczynamy wierzyć, że jeśli kupimy to samo, to również poczujemy się jak ludzie sukcesu.
Skoro tak mocno łączymy pieniądze z poczuciem własnej wartości, to pewnie źle się czujemy, kiedy nie spełniamy tych standardów. Czy tak rodzi się wstyd ekonomiczny?
Dokładnie w tym miejscu pojawia się wstyd ekonomiczny, często nazywany też wstydem klasowym. A ponieważ mówimy o wstydzie, trzeba podkreślić, że jest to bardzo silne uczucie, które mocno wpływa na tożsamość człowieka.
Badania pokazują, że osoby, które więcej zarabiają, deklarują lepsze samopoczucie, ale to często tylko wierzchnia warstwa, fasada. W środku może działać zupełnie inny mechanizm – paradoks awansu społecznego i syndrom oszusta klasowego.
To sytuacja, w której ktoś osiąga sukces finansowy, awansuje społecznie, ale jednocześnie wewnętrznie wciąż czuje, że nie przynależy do tego świata. Boi się, że nie będzie wiedział, jak się zachować, nie zna zasad etykiety, nie orientuje się w dobrych winach, odpowiednich markach czy „właściwej” literaturze. Pojawia się lęk, że zostanie zdemaskowany przez tych, których uważa za wyższą klasę społeczną – że wyjdzie na jaw, że „nie jest stąd”.
Czyli zarówno wtedy, kiedy faktycznie mamy mniej pieniędzy, jak i wtedy, gdy mimo awansu nadal czujemy się niewystarczający, uruchamiają się w nas konkretne mechanizmy psychologiczne? Co się wtedy dzieje?
Bardzo często prowadzi to do izolacji społecznej. Jeśli nie stać mnie na takie wyjścia jak moich znajomych albo czuję, że w tym środowisku nie pasuję, zaczynam się wycofywać. Nie pójdę na wspólną kolację, nie pojadę na wyjazd, nie będę się spotykać. Ale to nie oznacza automatycznie, że zacznę budować relacje z osobami gorzej sytuowanymi. Powstaje paradoks: mam ludzi wokół siebie, ale się izoluję.
Drugi kierunek to nadmierna kompensacja, czyli wydawanie pieniędzy na atrybuty statusu po to, żeby zagłuszyć wewnętrzny lęk. Boję się, że ktoś odkryje, że nie przynależę, że „robię coś nad wyraz”, więc zamiast przyjrzeć się sobie i zrozumieć, skąd bierze się ten lęk, kupuję kolejną rzecz. Kolejną markową torebkę, zegarek, samochód – coś, co ma sprawić, że inni spojrzą i powiedzą: „ma”, „należy do nas”. Dla wielu osób te rzeczy stają się po prostu zagłuszaczem lęku.
Nawet w czasach dobrobytu emocje związane z pieniędzmi są bardzo silnie osadzone w przekazach międzypokoleniowych. Hasła typu „do pieniędzy trzeba dorosnąć” albo „trzeba umieć korzystać z pieniędzy” mają w sobie dużo prawdy, bo można być bardzo bogatym i wciąż czuć się biednym – i odwrotnie.
”Miałam pacjentkę, która mówiła: „Odziedziczyłam dom po mamie, mam duże oszczędności (i tu pada wielka kwota), ale nie mogę pójść do manikiurzystki na paznokcie, bo się przyzwyczaję, a przecież za rok może mnie na to nie będzie stać””
A jeszcze porównywanie się do innych nigdy nie było takie proste jak teraz, w czasach mediów społecznościowych…
To wszystko opiera się na skali porównawczej. My nieustannie się porównujemy, a media społecznościowe bardzo to wzmacniają. Tam widzimy perfekcyjne wyjazdy, idealne domy, szczęśliwe rodziny, piękne kolacje, modnych znajomych. Tyle że to jest często tylko wycinek rzeczywistości, a my próbujemy do tego nierealnego obrazu dopasować całe swoje życie. I wtedy pojawia się frustracja, poczucie beznadziejności, a czasem także wstyd. Nie ma nic gorszego niż życie w ciągłym ukrywaniu biedy – tej realnej albo tej, którą sami w sobie odczuwamy.
Nie chodzi o to, że nie można chcieć mieć dobrej jakości koszuli od projektanta. Jeśli ktoś na nią zarobił, kupił ją i naprawdę sprawia mu to radość – to jest w porządku. Pytanie brzmi: czy to jest moje autentyczne pragnienie, czy ja poczuję się dobrze dopiero wtedy, gdy ktoś inny zauważy i powie: „ale masz świetną markową koszulę”? Jeżeli robię to głównie po to, żeby inni mnie zobaczyli i potwierdzili moją wartość, wtedy wpadam w pułapkę.
To samo dotyczy wyjazdów czy stylu życia. Czy jadę gdzieś dlatego, że naprawdę chcę przeżyć coś ważnego, zobaczyć inną kulturę, doświadczyć przygody? Czy dlatego, że chcę pokazać światu, że mnie na to stać? Jeśli dzielę się tym w mediach społecznościowych, warto zadać sobie pytanie: dla kogo ja to właściwie robię? Z psychologicznego i terapeutycznego punktu widzenia trudno uwierzyć, że robimy to wyłącznie dla siebie. Zachwyt innych staje się wtedy miernikiem tego, czy „wyrobiliśmy się” społecznie, czy osiągnęliśmy poziom, który sami sobie narzuciliśmy.
Czym wstyd ekonomiczny różni się od „zwykłego” stresu związanego z pieniędzmi?
Żeby to dobrze zrozumieć, trzeba najpierw powiedzieć, czym w ogóle jest wstyd z perspektywy psychologii. To samokrytyczna emocja społeczna, która powstaje w wyniku negatywnej oceny własnej osoby. W przeciwieństwie do emocji takich jak strach czy złość, wstyd wymaga samoświadomości – musimy umieć spojrzeć na siebie oczami innych. To bardzo ważne. Nie oznacza to oczywiście, że wszystko, czego się wstydzimy, jest słuszne i uzasadnione.
Wstyd jest bolesny właśnie dlatego, że dotyka naszego „ja”. To przekonanie, że jestem wadliwa, niewystarczająca, że nie zasługuję na przynależność. I właśnie dlatego wstyd ekonomiczny jest tak silny – bo nie dotyczy tylko pieniędzy, ale naszej wartości jako człowieka.
Czyli to emocja skierowana na mnie, a nie na samą sytuację?
Właśnie tak. I tutaj warto odróżnić wstyd od poczucia winy, bo te pojęcia często są mylone. Przy poczuciu winy wiemy, że zrobiliśmy coś źle – skupiamy się na zachowaniu i możemy próbować to naprawić. Natomiast wstyd działa inaczej: nie myślę „zrobiłam coś źle”, tylko „to ja jestem zła”, „jestem niewystarczająca”. To uderza bezpośrednio w samoocenę.
Takie podejście nie mobilizuje do działania, tylko często zamyka człowieka w sobie. Dlatego właśnie media społecznościowe i ciągłe porównywanie swojego życia z cudzymi „wystawami” są tak destrukcyjne – to trochę ciosy, które sami sobie wymierzamy.
Jakie jeszcze sytuacje mogą być sygnałem wstydu ekonomicznego?
Chociażby kwestia wyjazdów. Najpierw warto odpowiedzieć sobie na pytanie: co naprawdę lubię, dokąd chcę pojechać, czego potrzebuję? A dopiero potem zastanowić się, jakie mam realne możliwości ekonomiczne. Tymczasem niektórzy ludzie patrzą najpierw na to, dokąd jeżdżą znajomi. I wtedy pojawiają się dwie skrajności: jedni, choć mają coraz więcej, wciąż czują się biedni i ciągle im mało – nawet jak pojadą na te ekskluzywne wakacje, a drudzy jadą, choć ich nie stać, zadłużają się, żeby tylko dorównać.
Ktoś, zamiast powiedzieć rodzinie: „Nie mogę pojechać na tę wycieczkę, to dla mnie za duży koszt”, mówi: „Mam dużo pracy, nie dam rady”. Czyli znowu pojawia się izolacja i unikanie prawdy.
Podobnie jest z markami i metkami. Jeśli metka staje się dla nas wyznacznikiem wartości – własnej i cudzej – i zaczynamy oceniać ludzi przez to, co mają na sobie, to powinien być sygnał alarmowy. Być może bliscy próbują wtedy zapytać: „Ale czy naprawdę to jest dla ciebie ważne, tak to postrzegasz?”. A taka osoba odpowiada: „Czy nie mogę mieć fajnych, drogich rzeczy? Co w tym złego?”. I oczywiście, że można – jeśli naprawdę nas na to stać i jeśli robimy to z własnej potrzeby, a nie z lęku.
Ludzie, którzy mają zdrową relację z pieniędzmi, czują pewną płynność. Wiedzą, kiedy mogą sobie na coś pozwolić, a kiedy nie. Nie mają problemu z powiedzeniem: „Teraz mnie na to nie stać”. Jeśli natomiast czujemy, że w danym towarzystwie nie wolno nam tego powiedzieć, to warto się zastanowić, gdzie jesteśmy i co sami sobie fundujemy. Picie dobrego wina czy szampana powinno dawać radość i relaks, a nie uruchamiać myśl: „Ile ja będę potem spłacać tę kartę?”.
W normalnym życiu raz mamy więcej, raz mniej – bo coś wydamy, bo życie się zmienia. Nie możemy porównywać się z ludźmi, którzy żyją na zupełnie innym poziomie finansowym. To, że nie należymy do promila osób latających codziennie helikopterem, naprawdę nie jest powodem do wstydu.
”Jeśli sami sobie mówimy, że nie jesteśmy czegoś warci, podkopujemy siebie, to nie tylko nie pójdziemy po podwyżkę, ale jeszcze będziemy siedzieć cicho „na wszelki wypadek”, bo może ktoś zabierze nam to, co już mamy”
Czy wstyd ekonomiczny częściej dotyczy osób, które mają mniej, czy tych, które awansowały społecznie i czują, że „nie pasują”?
Myślę, że można to podzielić po równo. Z jednej strony są osoby, które rzeczywiście mają mniej i wstydzą się swojej sytuacji materialnej. Z drugiej ci, którzy już mają, ale pojawia się u nich syndrom oszusta klasowego, czyli przekonanie, że nie są godni swojej pozycji, sukcesu czy pieniędzy.
W tym kontekście mówi się też o tzw. pamięci biedy – o międzypokoleniowych przekazach związanych z pieniędzmi. Nie chodzi tylko o to, ile zarabiamy, ale też o to, jak potrafimy z tych pieniędzy korzystać i jak się z nimi czujemy wśród innych ludzi.
Osoba wychowana w niedostatku często ma duży szacunek do pieniądza, do pracy i do zabezpieczenia finansowego. I to samo w sobie jest dobre. Problem pojawia się wtedy, gdy granica przesuwa się za daleko. Jeśli trzydziestoparolatek mówi: „Mam oszczędności, które pozwolą mi utrzymać się przez pół roku bez pracy”, to oznacza bezpieczeństwo i odpowiedzialność. Ale bywa też tak, że ktoś najpierw chce mieć zabezpieczenie na miesiąc, potem na trzy miesiące, potem na rok, a później wpada w pułapkę ciągłego lęku, że to za mało.
Jak to może wyglądać?
Miałam pacjentkę, która mówiła: „Odziedziczyłam dom po mamie, mam duże oszczędności (i tu pada wielka kwota), ale nie mogę pójść do manikiurzystki na paznokcie, bo się przyzwyczaję, a przecież za rok może mnie na to nie będzie stać”. Brzmi irracjonalnie, ale dla tej osoby to był realny lęk. W jej głowie działał bardzo silny wewnętrzny głos, który oceniał i nie pozwalał poczuć bezpieczeństwa oraz radości z dobrobytu. I właśnie dlatego tak ważne jest skonfrontowanie tego z rzeczywistością – usłyszenie tego na głos często pokazuje, jak bardzo te przekonania przestają być logiczne.
Dlatego pomóc może podzielenie się z kimś swoim wstydem?
To kluczowe, bo wstyd karmi się ciszą i sekretem. Natomiast umiera wtedy, gdy zostaje wypowiedziany na głos w bezpiecznym środowisku.
Dopóki go dusimy, żyjemy w wewnętrznym napięciu, fiksujemy się na nim i nie widzimy żadnego rozwiązania. A kiedy wypowiemy go komuś zaufanemu – bliskiej osobie, terapeucie – często nagle słyszymy samych siebie i zaczynamy dostrzegać absurd niektórych przekonań.
Na terapii często pracujemy właśnie nad tym, żeby ten wstyd małymi krokami uzewnętrznić, opisać, zrozumieć, z czego wynika i zadać sobie pytanie – czy ja naprawdę powinnam się tego wstydzić?
”Ludzie, którzy mają zdrową relację z pieniędzmi, czują pewną płynność. Wiedzą, kiedy mogą sobie na coś pozwolić, a kiedy nie. Nie mają problemu z powiedzeniem: „Teraz mnie na to nie stać””
Jak taki wstyd potrafi wpływać na relacje, na przyjaźnie, związki?
Niezależnie od tego, czy mówimy o relacjach przyjacielskich, rodzinnych czy partnerskich, mechanizmy związane ze wstydem ekonomicznym bardzo mocno przekładają się na codzienne funkcjonowanie. Jeśli na poziomie ekonomicznym jesteśmy lękowi, to warto zadać sobie pytanie: gdzie jeszcze ten lęk nami kieruje i jak sobie z nim radzimy? Czy przykrywamy go kupowaniem kolejnych rzeczy, udając, że wszystko jest w porządku i że nas na to stać? Czy może pogłębiamy go izolacją – także od partnera czy bliskich? Jeśli w nas samych jest dużo nieuporządkowanych emocji i nie potrafimy ich nazwać, bardzo łatwo przenieść je na relacje.
W związku partnerskim może to oznaczać napięcia wokół pieniędzy – oczekiwanie, że „mamy dawać po równo”, albo przeciwnie: przekonanie, że to mężczyzna powinien wnosić finansowo więcej, a kobieta mniej, lub odwrotnie. W relacjach przyjacielskich pojawia się pytanie, czy umiemy swobodnie rozmawiać o wydatkach, stawiać zdrowe granice, powiedzieć: „na to mnie teraz nie stać”.
Jeśli jesteśmy przepełnieni lękiem ekonomicznym, często nie potrafimy tego robić.
Patrząc na badania i swoich pacjentów, widzę wyraźnie, że jeśli ktoś swoje lęki przykrywa kupnem nowej torebki, żeby za chwilę usłyszeć pochwałę i poczuć się lepiej, to później podobnie może przekraczać własne granice także w relacjach. Pozwala innym dyktować, co jest słuszne, a co nie.
Musimy wiedzieć, co dana rzecz dla nas oznacza. Warto uświadomić sobie, że to tylko wycinek, ale bardzo dobrze pokazuje inne mechanizmy, które stosujemy w życiu.
Czy taki wstyd może nas też blokować, na przykład przed proszeniem o podwyżkę, zmianą pracy czy inwestowaniem w siebie?
Oczywiście. Jeśli sami sobie mówimy, że nie jesteśmy czegoś warci, podkopujemy siebie, to nie tylko nie pójdziemy po podwyżkę, ale jeszcze będziemy siedzieć cicho „na wszelki wypadek”, bo może ktoś zabierze nam to, co już mamy. Jeżeli nie dowierzam sobie i ciągle czuję się oszustem, nie chcę dostrzec tego, że dobrze wykonuję swoją pracę, że ktoś mnie docenił, dał podwyżkę czy awans, bo naprawdę potrafię różne rzeczy. Poczucie wartości jest wtedy tak rozchwiane, że lęk podpowiada: nie wychylaj się. Mechanizm wygląda prosto: nie będę niczego próbować, bo jeśli głośno czegoś zażądam, może się okazać, że jestem niepotrzebna.
Ale działa to też w drugą stronę. Bywają osoby, które tak mocno uzależniają swoją wartość od pozycji zawodowej i pieniędzy, że chcą coraz więcej i więcej. Sam fakt bycia w danej pracy traktują jako dowód, że należy im się znacznie więcej. Wtedy praca przestaje być miejscem rozwoju, a staje się sposobem na potwierdzanie własnej wartości.
Czy ze wstydu ekonomicznego można „wyjść”, czy to coś, co zostaje z nami na stałe?
Uważam, że z każdego stanu można wyjść, ale potrzebne jest zatrzymanie się. Skoro ten wstyd odczuwamy, to znaczy, że mamy w sobie ważny zasób – samoświadomość i pewien wgląd. Trzeba go dobrze wykorzystać.
Warto zadać sobie kilka prostych, ale bardzo ważnych pytań: „Jaka jest realność mojego życia?”, „Co mogę zmienić?”, „Co rzeczywiście wymaga mojej pracy i rozwoju, a z czego już dziś powinnam być dumna?”, „Z jakich obszarów życia powinnam korzystać, bo życie jest krótkie?”.
To moment konfrontacji z rzeczywistością, a nie z wyobrażeniem, które często narzucają nam inni albo media społecznościowe.
Czyli pomaga bardziej praca nad przekonaniami niż sama zmiana sytuacji finansowej?
Tak, zdecydowanie. Na pewnym etapie poprawa sytuacji finansowej okazuje się złudna, jeśli człowiek nadal żyje w przekonaniu, że to wciąż za mało.
Można obiektywnie dobrze funkcjonować, realizować cele, osiągać sukcesy i nadal myśleć: „to niewystarczające, bo sąsiad ma lepszy samochód”, „koleżanka ma droższy płaszcz”.
Z jednej strony trzeba wyjść z pułapki ciągłego porównywania się, a z drugiej – nauczyć się doceniać siebie. Porównania zawsze będą, ale te zdrowe mogą mobilizować do rozwoju. Problem zaczyna się wtedy, gdy wpychają nas w poczucie wstydu, niedopasowania i odgrywania jakiegoś teatru.
Ktoś kupuje czterdzieści książek tylko po to, żeby dobrze wyglądały na półce i budowały określony wizerunek. To przecież coś zupełnie innego niż realna miłość do czytania. Tak samo z filharmonią – można tam chodzić, bo naprawdę lubi się, albo dlatego, że „tak robią wyższe sfery”.
Żeby coś zmienić i uwolnić się od tego wstydu, musimy zwolnić i zauważyć, co się z nami dzieje. To, co oglądamy w mediach społecznościowych, warto traktować jako rozrywkę czy inspirację, a nie jako punkt odniesienia do własnego życia.
Miejmy w sobie umiejętność obiektywnego spojrzenia: to, co już osiągnęliśmy i mamy, jest w porządku. A jeśli mamy ambicję i możliwości, żeby zrobić coś więcej – świetnie, róbmy to.
Jak budować poczucie wartości niezależnie od finansów i stanu konta?
To moment, w którym trzeba uczciwie przyjrzeć się własnej hierarchii wartości. Co naprawdę jest dla mnie ważne? Bycie dobrym człowiekiem? Otaczanie się mądrymi ludźmi? Radość z codzienności? Czy potrafię docenić to, że mam wolną sobotę, mogę spokojnie zrobić sobie kawę w ulubionej filiżance i po prostu pobyć ze sobą? Radość z codziennych rzeczy to ogromna wartość, której warto się nauczyć i którą warto pielęgnować.
Warto też zadać sobie pytanie: „Co jest naprawdę moje?”. Nie narzucone przez rodziców, partnera czy społeczne oczekiwania, ale moje. Jakie jajko na śniadanie naprawdę lubię – na miękko, sadzone, a może jajecznicę? Nie to, które zawsze jadło się w domu, nie to, które woli partner, tylko moje.
To brzmi banalnie, ale właśnie od takich rzeczy zaczyna się prawdziwe poczucie własnej wartości – od wiedzy o tym, kim jestem i czego naprawdę chcę. Bo jeśli całe życie kreujemy siebie pod cudze oczekiwania, prędzej czy później coś pęknie. Nie da się długo oszukiwać samego siebie.
Ze wszystkich trudnych stanów – także tych kulturowych i międzypokoleniowych – można wyjść. Ale najpierw trzeba odważyć się zobaczyć siebie naprawdę.
Bianca-Beata Kotoro – psycholożka, psychoseksuolożka, psychoneurolożka, psychoterapeutka, superwizorka ECE, psychoonkolożka w Instytucie Psychologiczno-Psychoseksuologicznym Terapii i Szkoleń „BEATA VITA” w Warszawie.
Polecamy
„Nie sama nagość jest problemem tylko brak granic”. Psycholożka o tym, kiedy domowa nagość przestaje służyć dziecku i całej rodzinie
Michał Figurski: „Po wylewie stan umysłu wygląda jak po eksplozji bomby pod czaszką. O jakiejkolwiek pracy myśli się na samym końcu”
Dobry związek w trybie przetrwania. Jak poznać, czy warto o niego walczyć, mówi Jagoda Bzowy
Szykuje się kolejna rewolucja w L4. Wyjaśniamy, jakie zwolnienia ZUS będzie kontrolował
05:45 minsię ten artykuł?