Przejdź do treści

„Zapomnieliśmy, że kobiety są ludźmi”. Urszula Struzikowska-Marynicz o tym, jak kochać własną matkę

Urszula Struzikowska-Marynicz - Hello Zdrowie
Urszula Struzikowska-Marynicz /fot. archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Żyjemy w kulturze paradoksu: idealizujemy matki i jednocześnie bardzo surowo gotowi jesteśmy je oceniać. To rozszczepiony, a zatem nierealistyczny obraz macierzyństwa i nas samych, bo czy to piękno czy wina, leżą one przede wszystkim po stronie patrzącego i oceniającego je oka – mówi Urszula Struzikowska-Marynicz, psycholożka i socjolożka. Właśnie ukazała się jej najnowsza książka „Jak kochać własną matkę”.

 

Monika Szubrycht: „Jak kochać własną matkę” zaskakuje już samym tytułem. Czy pomysł na książkę wziął się z historii, które słyszysz w gabinecie?

Urszula Struzikowska-Marynicz: Tak. Miłość niejedno ma imię. Wiele kobiet i mężczyzn nosi opowieści o miłości do matki, która to miłość nie jest łatwa. Idealizujemy ją, a ona niejednokrotnie wiąże się również z przeżywaniem równoległych uczuć, emocji i wrażeń, niekiedy bardzo trudnych. Możemy kogoś kochać i jednocześnie czasem nienawidzić. Możemy kochać i czuć równolegle żal, lęk, zazdrość, poczucie krzywdy, winy czy tęsknotę. W końcu możemy kochać bardziej nasze wyobrażenie o matce niż niekiedy ją samą. W pracy psychologa czy psychoterapeuty można dostrzegać bardzo wiele. Widzimy mechanizmy myślenia, interpretowania czy zachowania, które niekiedy przypisywane są temu tajemniczemu konstruktowi, jaki nazywamy miłością. Wiele spośród własnych pragnień i tęsknot przypisujemy naszym rodzicom, obarczając ich za to winą czy odpowiedzialnością. To, co trudne to fakt, że czynimy to jako osoby dorosłe, nie będąc zależnymi od nich dziećmi lecz osobami, które mogą taką część bezpiecznego i zdrowego rodzica wykształcić dla siebie samodzielnie, jako dorośli.

W pracy psychologa czy terapeuty pojawia się czasem taki moment ciszy, jaka zapada po wyrażeniu obawy, że nie jest się dość dobrym dzieckiem albo że nie kocha się swojej matki, że to trudne mimo licznych ran, żalu i braków. Będąc psychologiem słyszę wiele historii pełnych bólu, ambiwalencji i tęsknoty za bliskością, która z różnych powodów jest równie upragniona co przerażająca.

Dlaczego matki określane są tak negatywnymi przymiotnikami jak: toksyczne, narcystyczne, złe?

Bo patrząc oczami dziecka matka jest kimś, kto istniał zawsze, kto jest omnipotentny i tak dla nas ważny, że miał posiadać na nas przemożny wpływ, zawsze i wszędzie. Matkom przypisuje się prawie nadludzkie zdolności – jak nie zdolność do wszechstronnego i samodzielnego opiekowania wszystkiego i wszystkich, to przypisuje się im winę za wszystko, bo to nierzadko głównie na ich barkach spoczywa cały dziecięcy czy rodzinny świat. Określenia narcystycznej czy toksycznej matki biorą się zatem z tego też powodu, że coraz bardziej jesteśmy świadomi wpływu dzieciństwa i relacji rodzinnych na psychikę dziecka i jego funkcjonowanie psychospołeczne w przyszłości. A ten wpływ od początku ma matka: to ona jest w ciąży, o którą dba lub nie, to ona wydaje na świat potomka, to ona w połogu karmi, przewija, czuwa, opiekuje, dlatego staje się w naturalny sposób pierwszą i najważniejszą figurą przywiązania, a więź z nią staje się prototypem dla bliskich relacji w przyszłości.

Matka niejako jest na początku naszego istnienia całym naszym światem i to, czego doświadczymy w kontakcie z jej ciałem, wzrokiem, uważnością i troską lub ich brakiem, będzie osią tego, w jaki sposób będziemy interpretować świat społeczny i własne miejsce w nim. Czy będziemy czuć się w nim bezpiecznie czy stanie się on dla nas przede wszystkim źródłem licznych zagrożeń. Matka też człowiek i jako człowiek ma pewne cechy swojej osobowości i własny bagaż doświadczeń, które nie znikają tylko dlatego, że stała się matką. Nierzadko przenosi ona własne traumy czy trudności, braki i ograniczenia a także inne problemy do relacji z dzieckiem. W obecnych czasach „narcystyczna matka” staje się próbą wyjaśnienia wszystkiego. Ten termin bardziej obwinia i potęguje żal niż dostarcza wiedzy i zrozumienia. Kiedyś funkcjonowało pojęcie „schizofrenogennej” matki, które ostatecznie zostało przez naukę zakwestionowane. Być może doczekamy się także tego, gdy fala oskarżeń o narcyzm nieco opadnie.

Granice należy przede wszystkim postawić samym sobie - na ile wierzę w opinię mojej matki? Czy gdyby powiedziała mi to inna osoba, równie bardzo byłoby to dla mnie raniące? Jak te same słowa i historia zabrzmią, gdy będę pamiętała o tym, że konkretnych sytuacji wobec mnie dopuścił się przede wszystkim drugi człowiek, który przy okazji jest moją matką? Co jej zachowanie, opinie i słowa mówią o niej samej bardziej niż o mnie?

Jednocześnie rewers poprzedniego pytania mógłby brzmieć – dlaczego tak często gloryfikujemy macierzyństwo i przypisujemy matkom niemal boskie cechy?

Z tego samego powodu, dla którego chcemy wierzyć w życie po śmierci i w Boga. Ponieważ daje nam to poczucie, że nie jesteśmy sami, że jesteśmy kochani i akceptowani bezwarunkowo, dzięki czemu możemy w świecie czuć się bezpiecznie. Drugim powodem jest to, że bycie matką wcale nie jest łatwe ani też stale przyjemne, więc potrzebujemy widzieć w tym większy sens, aby motywować siebie i inne kobiety do tego, by nie ustawać w staraniach mimo różnych rozczarowań.

Matka to topos, przedstawiany od wieków jako bezwarunkowa miłość, poświęcenie i bezpieczeństwo. Społeczeństwa potrzebowały tego obrazu, bo dawał on poczucie bezpieczeństwa, porządku i moralnego fundamentu dla instytucji rodziny. W literaturze, religii czy kulturze dnia codziennego uświęcamy matkę i z taką samą łatwością dewaluujemy ją, jako wyrodną, gdy jej postępowanie wykracza poza życzeniowy obraz jej osoby i roli w naszym życiu. Psychologicznie idealizowanie matki wiąże się z naszą dziecięca potrzebą bezpieczeństwa i naturalnym egocentryzmem, dającym nadzieję, że tak jak dla matki będziemy również najważniejsi dla świata. Nie chcemy tej nadziei utracić, dlatego wszędzie tam, gdzie dewaluujemy siebie, tworzymy przestrzeń do idealizowania drugiej osoby. Im bardziej czujemy, że nawalamy jako dzieci, tym wyższy pomnik stawiamy naszym rodzicom. Dojrzała rozmowa o matkach nie odbiera nic macierzyństwu, ale pozwala zobaczyć je nie jako symbol, ale jako prawdziwego człowieka.

Przypisywanie matkom omnipotencji, a wraz z nią cech boskich, wiązać się może również z faktem, że kiedy mówimy o wychowaniu i rodzicielstwie, to rola mężczyzn pozostaje w cieniu, a światło naszej uwagi kierujemy właśnie na matki, tytanki i wariatki, święte i narcyzki.

Czy ma to związek z „mother blaming”? Co to za zjawisko i skąd się wzięło?

To dosłownie obwinianie matek. Po pierwsze narozrabialiśmy nieco jako psycholodzy i psychiatrzy koncepcją schizofrenogennej matki czy zimnej matki. I chociaż w tych koncepcjach naturalnie jest ziarno prawny, dotyczące głównie stylu przywiązania, to jednak nie sposób przypisać wpływu na całą konstrukcję człowieka i jego przyszłość osobie jego rodzicielki. Po drugie, za mother blaming odpowiadają czynniki społeczno-kulturowe. Macierzyństwo zostało obwarowane wieloma mitami i wysokim poziomem oczekiwań w stosunku do kobiet. Zapomnieliśmy, że kobiety są ludźmi, a stworzyliśmy ich obraz jako zawsze oddanych, zakochanych w swoich pociechach, ociekających mlekiem, spokojem i miłością. Jeśli któraś z nas w jakimś momencie swojej relacji z dzieckiem nie identyfikuje się z tym obrazem, wychodzi na toksyczkę, narcyzkę, itp. To bierze się również stąd, że jako ludzie posiadamy przypadłość polegającą na uproszczonym myśleniu – potrzebujemy wiedzieć dużo i szybko, ale bez kosztu złożoności myślenia. Zadowalamy się emocjonalnymi i najprostszymi w wyprodukowaniu przez nas mózg wnioskami, zerojedynkowym: dobra – zła, kochająca – nie kochająca, oddana – wyrodna. Gdy cierpi dziecko, społeczeństwo kieruje swoją uwagę na matkę, rzadziej na ojca, system rodzinny, szkołę, podwórko czy instytucje wspierania rodziny i wsparcia społecznego. Żyjemy w kulturze paradoksu: idealizujemy matki i jednocześnie bardzo surowo gotowi jesteśmy je oceniać. To rozszczepiony, a zatem nierealistyczny obraz macierzyństwa i nas samych, bo czy to piękno czy wina, leżą one przede wszystkim po stronie patrzącego i oceniającego je oka. W mojej książce „Jak kochać własną matkę” zapraszam do kształtowania dojrzałego i kompletnego spojrzenia na swoje matki.

Eliza Kącka - Hello Zdrowie

Porozmawiajmy teraz o córkach – niektóre z nich wchodzą z łatwością w rolę ofiary i godzą się cierpieć, rezygnując z własnych potrzeb i pragnień. Co powoduje, że w niej tkwią?

Poczucie moralnej wyższości w roli ofiary. Taka iluzja sprawia, że utykamy w poczuciu żalu i krzywdy, orientując swoją energię, uwagę na przeszłość, a że nas już w niej nie ma, to przeżywamy dodatkowo bezradność i frustrację, żądając zadośćuczynienia, które wydaje się niewypłacalne. Niektórzy w poczuciu bycia ofiarą dopatrują się immunitetu do zemsty, ukarania matki (czy córki, bo i to się zdarza), używając roli ofiary do usprawiedliwienia własnego poszukiwania sprawczości drogą wymierzania sprawiedliwości, kary, odwetu. To także forma wołania o akceptację, miłość, uznanie i uprawomocnienie, bycia uratowaną przez matkę, czy przez środowisko społeczne.

Lecz nie tędy droga. Uprawomocnienia i szacunku dla własnych, trudnych doświadczeń w relacji z matką musimy poszukać w sobie samych, w czym nierzadko wspiera nas psychoterapia i doświadczenia korektywne, dostarczające nam dowodu na to, że byliśmy i jesteśmy ważni, niezależnie, czy nasza mama zgadza się z tym czy też nie. Musimy myśleć o sobie w sposób od niej niezależny. Musimy dojrzeć. Kiedy patrzymy na relacje z innymi z poziomu sali sądowej: ofiara i sprawca, krzywda i wina, to zawężamy tę relację do konfliktu. Czasami też to pozostawanie w roli ofiary oraz narażanie się na zranienia, odtwarzając trudne doświadczenia z dzieciństwa tak w relacji z matką jak również z innymi osobami, to objaw traumy relacyjnej i jej powielania – sytuacja, w której odtwarzamy to, co znamy, bo nawet jeśli było to krzywdzące, to było prawdziwe i gwarantujące relację z matką, choćby tą konfliktową, czy nawet przemocową. Jednym z najbardziej trudnych dla nas wrażeń i doświadczeń jest poczucie pustki.

Zatem jakie reakcje w relacji matki z córką powinny budzić niepokój, być czerwonymi flagami, informującymi, że nasze granice zostały przekroczone?

Podważanie istnienia córki, oczekiwanie wdzięczności za ofiarowane życie, rzucanie córce wyzwania zasługiwania na szacunek i miłość matki, udowadniania przez córkę lojalności, własnej wartości czy miłości, flirtowanie z partnerem córki, podważanie córki jako matki, partnerki, podkreślanie, że należy ona do swojej matki, jest jej coś winna, że powinna być jakaś, zawstydzanie jej czy też budowanie jej obrazu na tle sukcesów córki i jej powodzenia. To także te wszystkie teksty, które w swojej książce rozpracowałam i na które proponuję osobisty komentarz każdej z nas, by się z nimi rozprawić: „jesteś taka jak ojciec”, „nie tak cię wychowałam”, „nie przynieś mi wstydu”, „wszystko mi zawdzięczasz” czy „nie zawiedź mnie”. Czerwoną flagą jest również tekst, który kojarzy nam się z miłością jak „zjadłabym cię” (czyli miała tylko dla siebie) albo „jesteś całym moim światem” (bez ciebie tracę sens wszystkiego, więc nie możesz się oddalić, jesteś tu dla mnie). Po stronie córek czerwoną flagą jest uzależnianie poziomu swojego funkcjonowania, relacji z innymi oraz życiowej aktywności od opinii matki, poziomu jej zadowolenia z córki. To także konsultowanie wszystkiego  z matką, wtajemniczanie jej w sprawy swojego związku i partnera. To też obwinianie matki i banie się jej w okresie dorosłości, wracanie do przeszłości, rozpamiętywanie i odczuwanie bardzo intensywnych, negatywnych emocji w obecności matki, jakby ta miała wciąż wielki wpływ na córkę, mimo upływu czasu, dorastania córki, a czasem kilometrów czy faktu, że matka zmarła.

Zadowalamy się emocjonalnymi i najprostszymi w wyprodukowaniu przez nas mózg wnioskami, zerojedynkowym: dobra - zła, kochająca - nie kochająca, oddana - wyrodna. Gdy cierpi dziecko, społeczeństwo kieruje swoją uwagę na matkę, rzadziej na ojca, system rodzinny, szkołę, podwórko czy instytucje wspierania rodziny i wsparcia społecznego. Żyjemy w kulturze paradoksu: idealizujemy matki i jednocześnie bardzo surowo gotowi jesteśmy je oceniać.

Czy da się naprawić relację z matką, która nie tylko przekraczała granice córki, ale także stosowała wobec niej przemoc?

Tak. Ale to wymaga dużej samoświadomości, a nie nadmiernego analizowania matki i jej zachowań. Jeśli same ze sobą mamy się dobrze: zdrowo, stabilnie, to wpływ innych ludzi jest na nas mniejszy. Granice należy przede wszystkim postawić samym sobie – na ile wierzę w opinię mojej matki? Czy gdyby powiedziała mi to inna osoba, równie bardzo byłoby to dla mnie raniące? Jak te same słowa i historia zabrzmią, gdy będę pamiętała o tym, że konkretnych sytuacji wobec mnie dopuścił się przede wszystkim drugi człowiek, który przy okazji jest moją matką? Co jej zachowanie, opinie i słowa mówią o niej samej bardziej niż o mnie? Relację można naprawić, ale to wymaga dojrzałości obu stron.

A czy można być córką bez matki? Kiedy ta nas opuściła nie w sensie metaforycznym, ale dosłownym?

Nie. Nie ma córek bez matek, ani matek bez dzieci. To taki puzzel w naszym poczuciu tożsamości i autobiografii, który zostaje nawet wtedy, gdy tracimy ze sobą kontakt z powodu konfliktu czy śmierci. Umiera kontakt, relacja, a konkretnie stosunek roli pozostaje nieśmiertelny. Na swój sposób jest to piękne.

Czy jest coś, co może utrudniać matce kochanie własnego dziecka?

Jej własne doświadczenie więzi, bliskości czy brak miłości, jakiego doświadczyła w relacji ze swoją matką. Podobnymi utrudnieniami może być przewlekła depresja, czy konkretne zaburzenia osobowości, nie chcę tutaj typować, które szczególnie, ale niektóre problemy ograniczają czy też znoszą empatię, zdolność do bezwarunkowej miłości czy akceptacji drugiego człowieka, bez znanego „jeśli nie po mojemu to wcale”, „skoro czuję wstyd, to przez ciebie” itp. Utrudnieniami są własne niezaspokojone potrzeby z okresu dzieciństwa, osobista trauma relacyjna, niedojrzałość emocjonalna matki, czy też przymusowe, niechciane macierzyństwo. To także przeciążenie odpowiedzialnością, wyczerpanie i samotność, dlatego ważną rolę w miłości matki do dziecka może odgrywać również mężczyzna, partner matki i ojciec czy ojczym dziecka. Trudności dostarcza także lęk przed bliskością i autentycznością, wykluczający akceptację matki tak wobec siebie, jak i w stosunku do dziecka.

Paula Niedźwiecka -terapeutka, pedagożka

Pozwolę sobie zakończyć cytatem z twojej książki: „Czasami łatwiej jest nam czemuś zaprzeczyć niż przeżywać odrzucenie. Wówczas deklaracja ‘nie kocham cię mamo’ jest zaprzeczeniem i uciszeniem dochodzącego do głosu cienia, treści z tej części nas samych, która cierpi odrzucenie, złość, smutek, bezradność, rozpacz. Jeśli jednak kochasz swoją matkę, to znaczy, że z dużym prawdopodobieństwem ona również kochała ciebie i mimo różnych trudności potrafiła dać ci nie to, co najcenniejsze, lecz to, co bezcenne: siebie. To dobra wiadomość”. Wiem, że terapia jest sprawą indywidualną, czasami trwa kilka miesięcy, innym razem kilka lat, a może nigdy się nie kończy, ale dobra wiadomość świadczy o tym, że da się naprawić zranienia. Da się?

Da się. Tu nie chodzi o całkowite wymazanie bólu czy doświadczeń, ale przeżycie ich inaczej. Rany psychiczne mogą przestać kierować życiem, relacjami i poczuciem własnej wartości, jeśli nadamy im osobiste ramy i sens, opatrując decyzją co dalej. Terapia nigdy nie polega na „naprawieniu człowieka”, tylko na odzyskaniu kontaktu ze sobą, nauczeniu się bezpieczeństwa, regulowania emocji i budowania zdrowszych relacji. To proces indywidualny, w którym patrzmy na siebie w nowy, czasem dojrzalszy i korzystniejszy dla naszego zdrowia sposób, w którym zachowujemy siebie, balansując między oczekiwaniami, współżyciem społecznym i wspólnym ludzkim mianownikiem ze światem, a tym, co w nas najbardziej osobiste i intymne, o czym piszę w innej z moich książek „Nie wszystko musisz naprawiać”.

 


Urszula Struzikowska-Marynicz – psycholog i socjolog. Autorka artykułów, szkoleń i książek psychologicznych. Na co dzień prowadzi własną praktykę psychologiczną, współpracuje z jednostkami pomocy społecznej przy tworzeniu grup wsparcia i programów psychoedukacyjnych.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?