Nikt nie lubi ciszy na porodówce
Położną, która przyjmuje twój poród, znasz ze szkoły rodzenia, mijacie się w sklepie. Lekarz, który prowadził twoją ciążę, pamięta, jak się nazywasz, jesteście sąsiadami. To przywilej małych porodówek, o których przyszłości wiele powiatów właśnie decyduje. „Myślę, że bliskość miejsca zamieszkania ma dla pacjentek ogromne znaczenie. (…) I ta bliskość porodówki, ten bezpośredni kontakt z oddziałem czy personelem, to jest sekret małych szpitali” – mówi Jolanta Dankiewicz, prezeska szpitala w Żarach.
Wtorek, 26 maja. Na korytarzu oddziału ginekologiczno-położniczego Szpitala na Wyspie w Żarach w Lubuskiem słychać brzdęk kółek maleńkiego szpitalnego łóżeczka. Położna wiezie pospiesznie noworodka do pokoju jego mamy, w końcu przyszła pora na kolejne karmienie. Maluszek ma spuchniętą, czerwoną buzię i zmarszczone czoło. Jeszcze nie wie, że przyszedł na świat w Dniu Matki.
Tego samego dnia w szpitalu w Sulęcinie na świat przyszło troje dzieci: Lena, Róża i Adaś. W Krośnie Odrzańskim drugi dzień swojego życia rozpoczynało czworo maluszków.
W Polsce coraz mniej dzieci przychodzi na świat w małych szpitalach powiatowych. W ciągu ostatnich lat zamknięto dziesiątki oddziałów położniczo-ginekologicznych. W samym województwie lubuskim przestały działać porodówki w Międzyrzeczu, Skwierzynie, Kostrzynie i Żaganiu. Dziś zawieszone są porodówki w Drezdenku i Słubicach.
Ministerstwo Zdrowia pracuje nad systemem opieki okołoporodowej. W publicznej debacie pojawiają się liczby 400 i 700 porodów rocznie jako nieoficjalne progi rentowności oddziałów. Jak podaje lubuski oddział Narodowego Funduszu Zdrowia, spośród ośmiu działających dziś w Lubuskiem oddziałów granicę 700 porodów w ubiegłym roku przekroczyły trzy: w Zielonej Górze, Gorzowie Wielkopolskim i Nowej Soli. W Żarach urodziło się 618 dzieci. W Sulęcinie – 313. W Krośnie Odrzańskim – 205.
Kiedy mówi się o zamykaniu oddziałów ginekologiczno-położniczych, wspomina się przede wszystkim o liczbach. Rzadziej mówi się o tym, czym takie miejsce jest dla kobiet i dla całego powiatu. Ile znaczy dla mamy z dalekiej wsi to, że nie musi jechać na poród 50 kilometrów w nocy przez zamarznięte drogi. Ile znaczy dla młodego taty to, że prosto z pracy przyjedzie zobaczyć swoje nowo narodzone dziecko – w niecałe 20 minut. Ile znaczy dla ciężarnej kobiety to, że położna, która odbiera poród, jest tą samą osobą, którą widziała w szkole rodzenia i którą mija potem w sklepie.
W ciągu jednego tygodnia odwiedziłam trzy porodówki na zachodzie województwa lubuskiego: w Żarach, Sulęcinie i Krośnie Odrzańskim. Rozmawiałam z ludźmi, którzy w tych miejscach zostali, i z kobietami, które świadomie je wybrały.
Żary
Szpital na Wyspie stoi przy ulicy Pszennej, na skraju Żar. Za ostatnim skrzyżowaniem droga robi się kręta i wąska, po obu stronach gęstnieje zieleń – można pomyśleć, że jedzie się do lasu, a nie do szpitala. Budynek ma pięć lat. W słońcu wygląda jak nowy.
Jolanta Dankiewicz jest prezeską od 2017 roku. Jej gabinet jest jasny, schludny, a przez okna dosłownie wlewa się zieleń. Na biurku panuje porządek, jakby każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. Dankiewicz oprowadza mnie po oddziale. Idzie pewnie, zna każdy korytarz. Mijamy oddział noworodkowy. Nad drzwiami wisi niebiesko-biała tabliczka w kształcie i czcionce ulicznego szyldu, jakby ktoś wyciął fragment z nazwą ulicy i powiesił na szpitalnej ścianie. Na szklanych drzwiach oddziału – sylwetka bociana ze zawiniątkiem, chmurki, matka z dzieckiem na rękach.
Chodzimy i oglądamy kolejne pomieszczenia, jedno za drugim. Mijamy położne w różowych i niebieskich kitlach, każda wita prezeskę uśmiechem. Pielęgniarka oddziałowa zatrzymuje ją na chwilę z pytaniem o nowy aparat USG. Krótka wymiana informacji, można pracować dalej.
Prezeska opowiada mi o nowościach, udogodnieniach dla mam i ich rodzin, o wsparciu, które szpital otrzymuje od powiatu (organu tworzącego), przedsiębiorców i osób dobrej woli. Jej ton poważnieje, gdy rozmawiamy o jednej dużej zmianie – oddzieleniu położnictwa od ginekologii.
– W wielu szpitalach taka operacja będzie pewnie konieczna. Nas to nie dotyczy. Jeśli chodzi o porody, jesteśmy w czołówce województwa. Inwestujemy, rozbudowaliśmy położnictwo i ginekologię. Jesteśmy oddziałem klinicznym II poziomu referencyjnego. Szczególnie zależało nam na tym, żeby pacjentki z niepowodzeniem klinicznym w ciąży nie musiały przebywać z mamami, które urodziły zdrowe dzieci. Oddział jest podzielony na część położniczą i ginekologiczną. Jest oczywiście połączony, ale posiada osobne gabinety zabiegowe, osobne wejścia, dobrze wyposażone cztery sale porodowe czy salę cięć cesarskich. Chcemy, aby każda pacjentka czuła się u nas dobrze – opowiada Dankiewicz.
Przy salach porodowych z głośników płyną odgłosy natury, słychać szum rzeki i śpiew ptaków. Jest spokojniej, przyjemniej.
Sale rodzinne mają fototapety z kwiatami. W jednej hortensje, w drugiej róże. Każda sala ma długie zasłony, telewizor, stolik, fotel i rozkładaną kanapę. Gdyby nie łóżko porodowe stojące pośrodku, można by przez chwilę pomyśleć, że jest się w czyimś salonie.
W pierwszej sali porodowej stoi drabinka szwedzka. Drewniana, przymocowana do ściany, jakby wyjęta ze szkolnej sali gimnastycznej. Na suficie szyna, po której można przesunąć zasłonę i oddzielić część pomieszczenia. Za zasłoną – monitor KTG, stolik z wyposażeniem i lampa zabiegowa zerkająca z sufitu.
W drugiej sali stoi wanna porodowa. Duża, biała, z rączkami do podparcia. Kafelki za wanną wyłożone w liście miłorzębu. W wannie leży fioletowa piłka fitness, obok zielony worek sako. Za drzwiami mała, ale prywatna łazienka.
– Gdybyśmy chcieli zbudować coś całkowicie nowego, pewnie wyglądałoby to tak, jak wygląda tutaj – mówi Dankiewicz i wskazuje ręką na sale rodzinne. – Ale ten oddział powstawał etapami, przez lata, z udziałem powiatu i szpitala razem. Połowę kosztów rozbudowy przekazał nam powiat żarski, połowę pokrył szpital. Jesteśmy bardzo wdzięczni za wsparcie, które otrzymujemy. To ono pomaga nam się rozwijać, a dziś nawet przetrwać – mówi prezeska.
Szpital ma trzy poradnie ginekologiczne: jedną w Lubsku, jedną w budynku szpitala i jedną w centrum Żar. Prowadzi szkołę rodzenia, poradnię laktacyjną i neonatologiczną. Sześć spośród położnych ma uprawnienia doradczyń laktacyjnych.
”Jak przychodziłem do pracy 1987 roku, w Sulęcinie było 800 porodów rocznie. A parę lat wcześniej aż 1200, czyli tyle, ile dziś nie ma Gorzów. Dzisiaj? Mamy około 300. Kiedyś były wyże, niże demograficzne. A teraz nie ma czegoś takiego jak niż. Jest zapaść”
– Przyszłe mamy zaprzyjaźniają się z nami jeszcze przed samym porodem. Zajęcia w szkole rodzenia prowadzą ci sami lekarze, te same położne i fizjoterapeuci, których spotykają w oddziale. Panie poznają personel, a to buduje bezpośrednie, bliskie relacje. Rodzice czują się tu po prostu bezpiecznie – przekonuje Dankiewicz.
Kobiety, które rodziły w Żarach, często wracają. Nie tylko z kolejnymi dziećmi.
– Panie, które wcześniej u nas rodziły, dziś często przychodzą w odwiedziny do swoich córek czy wnuczek. Słyszymy wówczas „Jak ja tu rodziłam, to inaczej wyglądało, to tak nie było” – śmieje się.
Ale to nie jedyny feedback, jaki dostaje szpital. Na oddziale położniczo-ginekologicznym prowadzone są też ankiety satysfakcji. Jeśli pojawiają się gorsze, powtarzalne opinie, szpital stara się wdrażać to, czego pacjentki oczekują. – Ta otwartość jest dla nas ogromnie ważna, bo w końcu zależymy od pacjentów – mówi prezeska.
Powiat żarski liczy 90 tys. mieszkańców, ale ok. 30 proc. rodzących pochodzi spoza jego granic. Szpital obsługuje de facto cały subregion: powiaty żagański, krośnieński, wschowski, zielonogórski. Zdarzają się pacjentki z Dolnego Śląska i Wielkopolski.
– Myślę, że bliskość miejsca zamieszkania ma dla pacjentek ogromne znaczenie. Powiat żarski jest dość rozległy. I ta bliskość porodówki, ten bezpośredni kontakt z oddziałem czy personelem, to jest sekret małych szpitali – mówi prezeska.
Pytam o przyszłość oddziału.
– Nie przewidujemy likwidacji – mówi spokojnie. – Jesteśmy jednostką kliniczną, mamy akredytację, mamy miejsca specjalizacyjne, doskonałą kadrę, której u nas nie brakuje. Średnio w szpitalu ok. 300 osób odbywa praktyki w zakresie różnych zawodów medycznych, odbywają się zajęcia ze studentami medycyny, prowadzimy badania kliniczne. Jesteśmy szpitalem powiatowym, ale opiekę sprawujemy na poziomie klinicznym.
I dodaje:
– Szpital to takie moje drugie serce. Zależy mi na tym, aby na mapie szpitali powiatowych w Lubuskiem był rozpoznawany za swoją markę.
***
Żagań leży dwadzieścia kilometrów od Żar. W metrykach trzech z czterech kobiet, z którymi rozmawiałam, wpisane jest właśnie to miasto.
Alicja Kucyk ma 38 lat. Starszego syna Filipa urodziła w 2009 roku w Żaganiu. Jej lekarz przyjmował niedaleko jej domu – w szpitalu, w którym wtedy jeszcze działała porodówka, więc na wizyty chodziła pieszo.
– Byłam młoda, miałam 21 lat. Szłam pieszo, bo mogłam – opowiada.
Córkę Gosię urodziła w grudniu ubiegłego roku w Żarach. Tylko dlatego, że żagańskiej porodówki od lat już nie ma.
– Z natury funkcjonuję lokalnie, zamiast egzotycznych nasion chia wolę nasze polskie siemię lniane (śmiech). Jestem rodowitą Żaganianką, kocham to miasto za zieleń i przestrzeń. Bałabym się porodu w wielkim, obcym szpitalu w Zielonej Górze. To, co bliskie i znane, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Dlatego szkoda mi, że w dokumentach córka nie ma wpisanego Żagania. Pewnie, że wolałabym, żeby urodziła się w Żaganiu, tak jak ja i mój syn – mówi Alicja.
Justyna Piotrowska, 40 lat, też jest z Żagania. Starszego syna też zdążyła tam urodzić. W czasie pandemii porodówkę zlikwidowali. Drugiego syna urodziła w tym roku w Żarach.
– Ta bliskość okazała się kluczowa, bo z powodu antybiotykoterapii synka musieliśmy zostać w szpitalu kilka dni dłużej. Dzięki temu, że to rzut beretem, mąż mógł podjechać do nas w każdej chwili – opowiada Justyna.
Magdalena Skałecka-Moryson do porodu w Żarach przyjechała aż z Zielonej Góry. Postanowiła pojechać za swoją ginekolożką, która przyjmuje w Zielonej Górze, ale pracuje też w Żarach.
– Po poprzednim porodzie byłam mocno straumatyzowana i uznałam, że w tak ważnym momencie warto mieć na oddziale swoją „dobrą duszę”. Pojechałam wcześniej obejrzeć szpital, urzekł mnie tym, że jest mały i kameralny – wspomina.
Do porodu jechała przez powódź. Most był uszkodzony, sytuacja na trasie zmieniała się co chwilę. – Odległość była tak naprawdę jedynym minusem tej decyzji – mówi dzisiaj. Ale po chwili dodaje: – Kameralność Żar była warta tej podróży.
Nikola Michalczyk ma 24 lata. Pochodzi z Żagania, ale z Żarami związana jest sentymentalnie. W trakcie ciąży okazało się, że ma wodonercze i lekarze musieli zaplanować wcześniejsze rozwiązanie.
– Skoro nie mogłam urodzić u siebie, bardzo się cieszę, że moja córka przyszła na świat właśnie tutaj. Bardzo chciałam, żeby urodziła się blisko moich rodzinnych stron – mówi.
***
Przy wyjściu ze szpitala staję twarzą w twarz z ordynatorem oddziału, doktorem Piotrem Jackiewiczem. Dankiewicz nas sobie przedstawia. Jackiewicz, zanim zdąży się pożegnać, opowiada mi o wizytach z ostatniej poradni. Były pacjentki z Wielkiej Brytanii i z Niemiec.
– Mówiły, że zdecydowanie bardziej wolą leczyć się w Polsce. I wybrały Żary – mówi.
Dankiewicz słysząc te słowa, szeroko się uśmiecha.
Sulęcin
Droga do Sulęcina prowadzi przez pola, lasy i maleńkie wsie. Jest maj, więc po obu stronach szosy wszystko kwitnie, zieleń aż kłuje w oczy. Mijam poniemieckie domki, podwórka, przydrożne boiska. Szpital, gdy wreszcie się pojawia, jest dokładnie taki, jak go pamiętam z dzieciństwa – bo dorastałam niedaleko, w Torzymiu. Stoi tu od dekad. Żółtawa elewacja, a od frontu duży podjazd dla karetek.
Na korytarzu oddziału położniczo-ginekologicznego wiszą ręcznie malowane obrazy. Pięć płócien namalowanych line-artową kreską – w stylu, który zna każdy, kto przegląda Pinterest. Konturowa sylwetka kobiety w ciąży na różowym tle, śpiący noworodek, dwie stópki, matka z dzieckiem. Centralny, największy obraz ma podpis: „Rodzę w szpitalu w Sulęcinie”.
Obrazy namalowała Kamila – mama, która rodziła tu w 2025 roku. Hasło pochodzi od nazwy fanpage’a, który szpital prowadzi od kilku lat. Co kilka dni pojawiają się tam zdjęcia noworodków, a pod każdym zdjęciem sypią się serduszka. Rodziny i sąsiedzi zostawiają komentarze z gratulacjami. „Nasze kochane serduszko”, „Babci kochana wnusia”, „Cioci księżniczka” – czytam.
”Skoro w takim pokoju narodzin byłby może jeden poród na dłuższy czas, to położna musiałaby siedzieć tam całą dobę? To nie ma sensu”
Andrzej Kowalski, ordynator oddziału, czeka na mnie w gabinecie zabiegowym. Siwe kręcone włosy, ciemnoniebieski kitel, lekki uśmiech. Podaje mi rękę i od razu zaczyna mówić.
Urodził się w Sulęcinie w 1962 roku. Studiował w Szczecinie. Do rodzinnego miasta wrócił w 1987 roku. Zastanawia mnie, dlaczego wybrał Sulęcin, a nie większy ośrodek. – Kiedyś były inne priorytety. Chciałem pracować jako lekarz. Nie zależało mi na karierze naukowej – odpowiada. Jego dzieci też urodziły się w tym szpitalu.
– To ile odebrał pan porodów? – pytam.
– Ojej, nie zliczę. Samych cięć pewnie 3 tysiące. A porodów… Kiedyś liczyłem, ale przestałem.
Rozmawiamy o warunkach na oddziale. Wszystkie sale porodowe są rodzinne, nic nie trzeba dodatkowo załatwiać. Z pojedynczymi łóżkami porodowymi, każda z łazienką, każda z miejscem dla partnera.
Oprowadza mnie po oddziale. W jednej z sal porodowych na podłodze leżą dwie miękkie pufy, a na ścianie wisi fotografia noworodka. Obok stoi łóżko porodowe, monitor KTG, standardowe wyposażenie. Przy jednej ze ścian wisi drewniana drabinka. Na korytarzu przy drzwiach – automat z ochraniaczami na buty. I czerwony znak STOP: wejście tylko z ochraniaczami.
W sali porodów rodzinnych numer 401 na parapecie stoi mały turkusowy napis: „Rodzę w Sulęcinie”. Ten sam, co na obrazach Kamili.
– Każda pacjentka ma komfortowe warunki. Tu jest trochę inne traktowanie niż w dużym mieście. Kobiety z okolic Gorzowa i Zielonej Góry przyjeżdżają do nas, bo tam czuły się jak jedna z wielu – przekonuje.
– A co jeśli poród nie będzie przebiegał książkowo, wystąpią jakieś komplikacje? – dopytuję.
– Mamy całe zabezpieczenie: krew, preparaty krwiopochodne, fibrynogen, sprzęt laparoskopowy na poziomie klinik. Byliśmy pierwszym szpitalem powiatowym w Polsce, który kupił system do barwienia zmian onkologicznych – podczas zabiegu nowotwór świeci na zielono. Firma, która to dostarczała, pytała, czy na pewno wiemy, co zamawiamy. Mówili, że taki sprzęt mają tylko ośrodki onkologiczne – wspomina.
”Przyszłe mamy zaprzyjaźniają się z nami jeszcze przed samym porodem. Zajęcia w szkole rodzenia prowadzą ci sami lekarze, te same położne i fizjoterapeuci, których spotykają w oddziale. Panie poznają personel, a to buduje bezpośrednie, bliskie relacje. Rodzice czują się tu po prostu bezpiecznie”
Przerywamy rozmowę, gdy do gabinetu wchodzi chirurg. Potrzebuje sali na zabieg. Przenosimy się do pokoju lekarskiego. Małe sofy, puchate koce, zdjęcia na ścianie, dokumenty na każdym blacie. Kowalski siada głęboko w fotelu.
– Jak przychodziłem do pracy 1987 roku, w Sulęcinie było 800 porodów rocznie. A parę lat wcześniej aż 1200, czyli tyle, ile dziś nie ma Gorzów. Dzisiaj? Mamy około 300. Kiedyś były wyże, niże demograficzne. A teraz nie ma czegoś takiego jak niż. Jest zapaść – komentuje.
Pytam, czy zna rodziców dzieci, którym pomógł przyjść na świat.
– Pewnie, że tak. W Sulęcinie mieszka niecałe 10 tys. ludzi. Wszyscy się znają. Podchodzą, zagadują, „co tam u pana doktora słychać”. To normalne w małych miasteczkach, w których jest szpital.
***
Jedną z mam, którą dr Kowalski widuje na ulicach Sulęcina, jest 37-letnia Ewelina. Mieszka w Torzymiu, ma trójkę dzieci. Dwoje najstarszych – Laurę i Michała – rodziła właśnie Sulęcinie. Do pani pediatry, która była i przy pierwszym, i przy drugim porodzie, przychodzi z dziećmi do dziś.
– Zależało mi tylko na tym, aby poród przyjmował lekarz, który mnie prowadził – mówi. – Ale fakt, dzięki temu, że szpital był blisko, mogła przyjeżdżać do mnie moja mama. Gdyby szpital był daleko, nie dałaby rady.
Agnieszka ma 28 lat, mieszka w Torzymiu. Córkę Kaję urodziła w sierpniu ubiegłego roku w Sulęcinie, 16 kilometrów od domu. Wybrała ten szpital ze względu na możliwość wynajęcia prywatnej położnej. Wszystko było dogadane. W ostatniej chwili się nie udało.
– Ostatecznie trafiłam na bardzo miłą i fajną położną. Przy porodzie był ze mną mąż Leszek, to dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że nie jestem sama w tej ciężkiej i zarazem pięknej chwili – opowiada.
Bliskość szpitala oznaczała dla niej odwiedziny członków rodziny. W piątek wieczorem urodziła, w poniedziałek po południu dostały z Kają wypis.
***
Na pożegnanie Kowalski podaje mi rękę. Ściska mocno, ale patrzy w bok. Ktoś z korytarza znowu czeka. Pytam, czy to trudny dzień.
– Nie – mówi. – Zajęty jak zawsze.
Krosno Odrzańskie
Zachodnie Centrum Medyczne w Krośnie Odrzańskim nie wygląda jak szpital. Przynajmniej nie jak ten, który można sobie wyobrazić, słysząc słowo „szpital”. Żółto-czerwona cegła, neogotyckie szczyty, ceglane zdobienia wokół okien. Budynek pochodzi z czasów, gdy Krosno nazywało się jeszcze Crossen an der Oder. Zielone drewniane drzwi, łuk nad portalem, krzyż na dachu. Przed tylnym wejściem parkuje żółty ambulans. Tablica przy furtce informuje o programie profilaktyki raka szyjki macicy.
W korytarzu na oddziale stoi stolik. Leżą na nim broszury o karmieniu piersią, ulotki o bankach komórek macierzystych, poradnik dla ciężarnych i oprawione zdjęcia noworodków w ramkach. W różowej ramce z napisem „NEW BABY GIRL” widnieje zdjęcie Basi, urodzonej w kwietniu 2020 roku. Obok fotografia maleńkiej Matyldy z września 2019 roku. A tuż obok – list z podziękowaniami. Wydrukowany, oprawiony, każdy może go przeczytać. Krzysztof dziękuje w imieniu swojej żony Kamili i całej rodziny za opiekę podczas jej pobytu na oddziale ginekologiczno-położniczym. Pisze, że personel uratował Kamili życie. Że zaangażowanie, empatia i oddanie nie tylko ocaliły ją fizycznie, ale dały całej rodzinie nadzieję w niezwykle trudnym czasie.
Andżelika Siemianowska pracuje tu od 1999 roku – na tym samym oddziale i w tym samym budynku, w którym się urodziła. Gdy zaczynała pracę, pracowała razem z panią Janeczką, która przyjmowała ją na świat. – Swój pierwszy dyżur miałam właśnie z nią – opowiada.
Na izbie przyjęć tego samego szpitala pracuje dziś ratowniczka medyczna, którą Andżelika jako pierwsza przywitała na świecie.
– W takich małych miejscowościach trudno traktować położnictwo tylko zawodowo. Przez to, że wszyscy się tu znamy, widzimy te pacjentki później na ulicach, w sklepach. A potem w szkołach spotykamy się z ich dziećmi. I te dzieci, które tu się rodziły, też wracają, też wspominają.
Czy ją poznają?
– „O, niech pani zobaczy, jaka ja duża, już urosłam” – cytuje, uśmiechając się. – Tak, pamiętają.
Andżelika jest oddziałową. Wysoką, ciemnowłosą kobietą, która mówi spokojnie i precyzyjnie, ale gdy opowiada o oddziale, w głosie pojawia się coś cieplejszego. Do pracy chodzi pieszo, ma raptem 10 minut drogi.
Przez 27 lat pracy zawodowej Siemianowska tylko raz pracowała w innej jednostce – gdy krośnieński szpital został zamknięty. Przez rok pomagała kobietom na ginekologii w Zielonej Górze.
– Jak zobaczyła mnie pacjentka z Krosna, to się ucieszyła, że jest jakaś znajoma twarz. Ona i tak jechała do dużego miasta, do obcego szpitala. Ale przynajmniej ktoś ją znał – wspomina.
Gdy w maju 2018 roku powołano nową spółkę i reaktywowano szpital, Andżelika wróciła na to samo stanowisko. Razem z wieloma swoimi koleżankami po fachu. – Był sentyment, był zespół, który tu tworzyliśmy… I praca na miejscu. To duży komfort. Bardzo go sobie cenię – przekonuje.
Rozmawiamy w dyżurce pielęgniarskiej. Lawendowe ściany, bordowa kanapa z trzema poduszkami, na parapecie ceramiczny słonik, lampka i mała doniczka z zieloną roślinką. W rogu pokoju telewizor, obok szafka z czajnikiem. Przez okno widać zieleń – drzewa, trawnik, parkujące samochody.
To tutaj z Andżeliką pijemy kawę i rozmawiamy. Kawa jest czarna, nalana od serca.
Na oddziale leży w tej chwili jedna pacjentka, jej córeczka urodziła się kilka godzin wcześniej. Co chwilę mała zaczyna płakać i kwilić. – Jak słyszymy taki płacz dziecka, to od razu lepiej na sercu. Nikt nie lubi ciszy na porodówce – mówi Andżelika.
Oddział ma 15 łóżek i dwie sale porodowe. Sala komercyjna dla tych rodzin, które chcą przebywać razem przez cały pobyt, kosztuje 50 złotych za dobę. – Symbolicznie, za pranie pościeli i sprzątanie. I jest cały czas zajęta.
Pytam ją, co pamięta z porodów, które przyjmowała. Myśli chwilę.
– Pamiętam jedną rodzinę. Trzy córki w domu, czwarta też miała być dziewczynką. Cięcie cesarskie. Mama jeszcze na bloku, a my już przywozimy dziecko. Przyszedł tata i się pyta, gdzie córka. A to syn się urodził.
– I?
– Jaki to był krzyk na oddziale! On się tak cieszył, że to syn. Łzy mu ciekły po policzkach. Mówił, że im przygotowali wszystko na dziewczynkę – śmieje się.
Prezeska szpitala przyjmuje mnie w swoim gabinecie. Mówi o historii tego miejsca spokojnie, ale dokładnie, jakby zależało jej na tym, żebym zrozumiała każdy krok milowy.
Firma, która prowadziła szpital przed 2017 rokiem, była tu dzierżawcą – nie właścicielem. Inwestowała gdzie indziej. Budynek popadał w zaniedbanie przez lata, sprzęt się starzał, nie było inwestycji ani remontów. Gdy firma porzuciła szpital, zabrała ze sobą jeszcze resztę działającego sprzętu i przez pół roku w Krośnie Odrzańskim szpitala nie było.
– Na początku naszej działalności było cicho, pusto, nie było ludzi w szpitalu. I teraz, jak wchodzę i słyszę, że lekarze i pielęgniarki przychodzą na dyżury, przyjmują pacjentów, to ja po prostu jestem szczęśliwa – mówi prezeska.
Ci pracownicy, którzy zostali i czekali na reaktywację, byli – jak wspomina prezeska – poranieni. – Firma ich porzuciła, a do tego nie wypłaciła należnych im wynagrodzeń za okres kilku miesięcy. Ale oni zostali. I to jest coś, czego nie się da kupić.
Ma na myśli między innymi panią Ewę – położną w wieku emerytalnym, która przychodzi tu codziennie.
– Ona mówi, że jest szczęśliwa, że tu przychodzi. Zna ten szpital od podszewki. I to jest budujące – mówi prezeska.
Pytam, czy myśli o zamknięciu oddziału.
– Najłatwiej jest zamknąć. Tylko jak zamknę, to już potem nigdy nie otworzę. Pamiętam moment, kiedy otwierałam ten oddział. Ile tu kupiliśmy sprzętu i wyposażenia. Szkoda, że teraz miałoby to wszystko nagle zniknąć…
Urywa.
”Tu jest trochę inne traktowanie niż w dużym mieście. Kobiety z okolic Gorzowa i Zielonej Góry przyjeżdżają do nas, bo tam czuły się jak jedna z wielu”
Ordynator oddziału Marek Kaczmarek przychodzi na spotkanie prosto z przyszpitalnej poradni. Pracuje tu od kilku lat, mieszka w Gubinie, 30 kilometrów stąd. Dojeżdża. Jest już na emeryturze, ale nadal pracuje. Zaczął pracę w latach 80. Nie było wtedy USG, nie było KTG. Wszystko na słuchawkę. – Jestem historią medycyny – mówi i śmieje się.
Pytam go, z czego jest dumny.
– Że tyle lat wytrwałem. I lubię to – odpowiada. Gdy drążę, dodaje: – Cenię sobie opanowanie. Niepokazywanie, że się jest w stresie. Żeby personel tego nie widział. Tak trzeba.
Czy bywa zestresowany?
– Pewnie tak.
Czy widać po nim?
– Pewnie nie.
Przed wyjściem proszę Andżelikę, żeby pokazała mi salę porodową. Idziemy korytarzem. Na parapetach kolejne oprawione zdjęcia. Obok łóżko porodowe, sprzęt, monitor, kroplówka na stojaku. Położna opowiada, że specjalnie przed moim przyjazdem sprawdziła opinie na stronie szpitala.
– Na stronie Zachodniego Centrum Medycznego widnieją 63 komentarze i aż połowa dotyczy naszego oddziału. Mamy dołączają zdjęcia dzieci, piszą podziękowania, miłe słowa… To niesłychanie miłe.
Kraj
W Polsce od lat maleje liczba porodówek. Jeszcze w 2024 roku działalność zawiesiło lub zakończyło 26 oddziałów położniczych. 14 stycznia 2026 roku wiceministrowie zdrowia – dr n. o zdr. Katarzyna Kęcka i dr n. med. Tomasz Maciejewski – zorganizowali konferencję prasową poświęconą nowemu świadczeniu: opiece nad kobietą w ciąży lub kobietą rodzącą, realizowanej przez położną. Wzięli w niej udział krajowi konsultanci w dziedzinie położnictwa i ginekologii, pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego oraz perinatologii.
Resort argumentował, że nie da się zapewnić bezpieczeństwa tam, gdzie poród jest „incydentalnym wydarzeniem”. – Czym innym jest przyjmowanie porodu raz na tydzień, a czym innym przyjmowanie 5-6 porodów w skali doby – argumentowała wiceminister Kęcka.
Dlatego w szpitalach pozbawionych porodówki mają powstać tzw. pokoje narodzin – punkty z dyżurującą całą dobę położną, przeznaczone wyłącznie dla kobiet w zaawansowanym porodzie, które nie zdążyłyby dojechać do najbliższej porodówki. Wiceminister Maciejewski zapewniał: – Polki nie będą rodzić na SOR-ach. Każda kobieta ma rodzić w szpitalu, w którym jest oddział położniczy, nie na SOR-ze. Pokój narodzin to nie będzie miejsce, gdzie mają się odbywać planowe porody fizjologiczne, tylko te, które mają gwałtowny przebieg. A takich porodów jest kilka rocznie.
Prof. Jana Skrzypczak, konsultantka wojewódzka w dziedzinie położnictwa i ginekologii dla Lubuskiego, ocenia to rozwiązanie „raczej krytycznie”.
Jej argument jest medyczny – co dziesiąty poród zapowiadający się jako prawidłowy nagle staje się patologiczny i wymaga interwencji, niekiedy operacyjnej. Wzorowo prowadzona ciąża bez stwierdzonych nieprawidłowości nie daje gwarancji, że poród przebiegnie bez powikłań.
– Skoro w takim pokoju narodzin byłby może jeden poród na dłuższy czas, to położna musiałaby siedzieć tam całą dobę? To nie ma sensu. Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest usprawnienie transportu do najbliższego szpitala z salą porodową i wzmocnienie ratownictwa medycznego – mówi.
Prof. Skrzypczak przyznaje, że argument o doświadczeniu jest trafny, ale go niuansuje.
– Na małych oddziałach nie dyżurują rezydenci. To zazwyczaj lekarze zatrudnieni na etacie, z dyżurami na sali porodowej. W dużych ośrodkach przyjmujących dwa tysiące porodów rocznie zawsze jest cały zespół: jeśli młodszy lekarz ma wątpliwości, jest starszy dyżurny. W małych miejscowościach takiego oparcia nie ma i rzeczywiście zdarza się, że stamtąd przewożą pacjentki do ośrodków wyższej referencji. Tak było i tak będzie. Ale osobiście nie jestem zwolenniczką nowego modelu – mówi.
Pytam, co się wydarzy z kobietą rodzącą w miejscowości, z której zniknie porodówka. Co, jeśli zamknięty zostanie np. oddział w Sulęcinie?
– Kluczowe jest wczesne rozpoznanie zagrożenia, tak żeby kobieta zdążyła dojechać. To w dużej mierze zależy od lekarzy w poradniach: jeśli wykryją nieprawidłowości, powinni jeszcze w trakcie ciąży kierować pacjentkę do ośrodka wyższej referencyjności. Zamknięcie porodówki w Sulęcinie czy Kostrzynie oznaczałoby zatem konieczność znacznie większego nadzoru ze strony lekarzy ambulatoryjnych – podsumowuje Skrzypczak.
Od 2022 roku, gdy prowadzony jest ranking „Rodzić po ludzku”, wyróżnienia zdobyły cztery lubuskie szpitale: w Żarach, Sulechowie, Zielonej Górze i Świebodzinie. Są już wyniki za I kwartał 2026. Podium w Lubuskiem zgarnęły szpitale w Sulechowie i Świebodzinie. Oba powiatowe.
Polecamy
Dr n. med. Magdalena Ziętara: „Ciało po ciąży nie wraca do normy. Ono tworzy nową normę”
09:07 min
„Zapomnieliśmy, że kobiety są ludźmi”. Urszula Struzikowska-Marynicz o tym, jak kochać własną matkę
14:23 min
Influencerka narzeka na płacz dzieci w samolocie. Sandra Kubicka odpowiada: „Jak komuś przeszkadzają, to może zawsze wynająć sobie prywatny samolot”
Sabina Jakubowska: „Jeśli położna jest wystarczająco silna i wierzy w rodzącą, bezpieczny poród jest możliwy nawet na górce węgla w piwnicy”
się ten artykuł?

























