Dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł: „Analogowe rozrywki dają nam coś, czego często brakuje przy korzystaniu z ekranów. To wielozmysłowość”
– Nie angażujemy wyłącznie wzroku, ale również dotyk, ruch, koordynację i wyobraźnię. Pracujemy rękami, aktywizujemy różne obszary mózgu i tworzymy coś, co ma realny, namacalny efekt – mówi psycholożka dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, z którą rozmawiamy o tym, skąd wzięła się moda na analogowe rozrywki i czego dzieci uczą się podczas zabaw, jakie pamiętamy z lat 90. Dlaczego milenialsi kupują swoim dzieciom Tamagotchi i uczą je gry w gumę?
Marta Dragan: Guma do skakania, podchody, retro gry, wieczory z „Muminkami” czy „Smerfami” – coraz więcej rodziców wraca dziś do rozrywek, które pamięta z własnego dzieciństwa. Dlaczego milenialsi szukają dla siebie i swoich dzieci prostszych form spędzania czasu? Czy jest w tym tęsknota za światem sprzed smartfonów?
Dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł, psycholożka: Mam wrażenie, że nakłada się tu na siebie kilka procesów. Przede wszystkim wraz z wiekiem mamy większą tendencję do pozytywnego oceniania przeszłości. W psychologii mówi się o tzw. efekcie reminiscencji – mniej więcej po 40. częściej wracamy pamięcią do młodości, idealizujemy ją, wypieramy to, co trudne, a mocniej pamiętamy to, co dobre. W efekcie nasze dziecięce aktywności zaczynają jawić się jako coś wyjątkowego, bardziej autentycznego i dającego poczucie szczęścia. To naturalny mechanizm. Nostalgia jest emocją, która towarzyszy ludziom od zawsze. Dzisiejsze dzieci i nastolatki za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat również będą z rozrzewnieniem wspominać własne dzieciństwo, bo to właśnie wtedy dzieją się najważniejsze rzeczy z perspektywy naszego rozwoju.
Ale jest też drugi, bardzo ważny proces: potrzeba odłączenia się od nadmiaru bodźców. Coraz więcej osób mówi dziś o zmęczeniu ekranami, przebodźcowaniu i trudnościach z byciem samemu ze sobą. Myślę, że właśnie dlatego po okresie fascynacji technologią zaczyna pojawiać się potrzeba odwrotu. Coraz więcej osób świadomie ogranicza korzystanie z telefonu, robi sobie cyfrowe detoksy albo sprawdza, jak długo potrafi wytrzymać bez internetu. Pojawia się poczucie, że kiedyś łatwiej było realizować hobby, budować relacje, spędzać czas z innymi ludźmi w sposób bardziej zaangażowany, szczery. Dzisiaj nawet podczas spotkań często odruchowo sięgamy po telefon. To zjawisko ma już swoją nazwę – phubbing, czyli ignorowanie drugiej osoby na rzecz smartfona.
Mam poczucie, że jesteśmy dziś w momencie przełomu. Rywalizują ze sobą dwa podejścia: FOMO (ang. fear of missing out), czyli lęk przed tym, że coś nas ominie, i JOMO (ang. joy of missing out), czyli radość z bycia poza ciągłym przepływem informacji. I chyba jeszcze nie wiemy, w którą stronę jako społeczeństwo ostatecznie pójdziemy.
Czy z psychologicznego punktu widzenia wiemy już sporo o wpływie ekranów na nasz dobrostan i sposób przeżywania czasu wolnego?
Scrollowanie daje nam szybką stymulację i szybkie nagrody. Mózg wydziela kolejne dawki dopaminy, a to sprawia, że chcemy więcej i więcej. Dosłownie pożeramy informacje. Chcemy wiedzieć więcej, być na bieżąco, mieć argumenty do dyskusji i nie wypaść z obiegu. Media społecznościowe doskonale odpowiadają na tę potrzebę. Informacje są dziś krótkie, dynamiczne, atrakcyjne wizualnie. To efekt nie tylko działania algorytmów, ale także świadomych strategii marketingowych.
Wiele młodych osób spędza dziś długie godziny na bezrefleksyjnym scrollowaniu. A kiedy później pytamy, czego właściwie się dowiedziały albo co je zainteresowało, często słyszymy: „w zasadzie nic” albo „nie pamiętam”. To pokazuje, że nie chodzi już nawet o zdobywanie informacji, ale o sam mechanizm nieustannego przewijania i poszukiwania kolejnych bodźców. Im więcej tej stymulacji, tym trudniej się od niej oderwać. Dodatkowo działa tu społeczny dowód słuszności – skoro wszyscy robią to samo, zaczyna nam się wydawać, że jest to naturalny sposób funkcjonowania.
Internet staje się też łatwo dostępnym sposobem na chwilowe odwrócenie uwagi od trudnych emocji, miejscem schronienia i rozładowania stresu. Niektórym łatwiej jest schować się za ekranem niż wejść w prawdziwą relację czy zmierzyć się z wymagającą sytuacją społeczną.
Dla niektórych krótka przerwa z telefonem może być chwilowo regulująca, ale problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy korzystać z niej świadomie. A pamiętajmy, że u dzieci i młodzieży kora przedczołowa – odpowiedzialna m.in. za planowanie, kontrolę impulsów i przewidywanie konsekwencji – nadal się rozwija, dlatego trudniej jest im kontrolować czas spędzany w sieci i opierać się pokusie sięgania po kolejne bodźce.
Scrollowanie bywa częstą formą odpoczynku. Czy rzeczywiście odpoczywamy, przewijając kolejne treści w telefonie?
Być może warto zacząć od tego, że wielu ludzi tak naprawdę nie wie, czym jest odpoczynek. Każdy z nas potrzebuje innej ilości stymulacji, ale co do zasady po całym dniu pracy, zwłaszcza wieczorem, nasz organizm potrzebuje wyciszenia, a nie kolejnych bodźców. Kiedyś było o to łatwiej, bo ludzie żyli w rytmie wyznaczanym przez światło dzienne: gdy robiło się ciemno, naturalnie zwalniali tempo i przygotowywali się do snu. Dzisiaj przed snem włączamy telewizor, komputer czy scrollujemy telefon. Tymczasem nasz mózg potrzebuje czegoś zupełnie odwrotnego. Wieczór powinien być momentem, w którym umysł może swobodnie wędrować, porządkować doświadczenia i stopniowo się wyciszać. Jeśli zamiast tego bombardujemy go kolejnymi filmikami i wiadomościami, pozostaje w stanie ciągłej aktywności.
Powiem coś niepopularnego: odpoczynek jest umiejętnością, której trzeba się nauczyć. Paradoksalnie nie zawsze polega on na robieniu czegoś najłatwiejszego i niewymagającego. Jako społeczeństwo jesteśmy bardzo nastawieni na produktywność. W Polsce dużo pracujemy, często wysoko wartościujemy bycie zajętym. Czas wolny, odpoczynek czy nicnierobienie bywają kojarzone z lenistwem. W efekcie, kiedy zostajemy sami ze sobą, nie bardzo wiemy, co z tym zrobić.
Nie umiemy już się nudzić?
Zgadza się. Pokazało to zresztą jedno z głośnych badań – prowadzone przez Uniwersytet Virginii oraz Uniwersytet Harvarda i opublikowane w czasopiśmie „Science” (artykuł pt. „Just think: The challenges of the disengaged mind”), w którym uczestnicy zostali sami w pustym pomieszczeniu, bez telefonu i innych bodźców. Okazało się, że część z nich wolała zaaplikować sobie niewielki, niegroźny impuls elektryczny, niż przez dłuższy czas siedzieć sam na sam ze swoimi myślami.
Trudno jest nam wytrzymać w ciszy, zastanowić się, co jest w niej tak niewygodne i jakie myśli pojawiają się w naszej głowie. Dużo łatwiej jest wtedy sięgnąć po komórkę i powiedzieć sobie: „Jutro o tym pomyślę, a teraz zobaczę jakieś kotki, pieski, TikToka czy cokolwiek jeszcze innego”.
”W psychologii mówi się o tzw. efekcie reminiscencji – po 40. częściej wracamy pamięcią do młodości, idealizujemy ją, wypieramy to, co trudne, a mocniej pamiętamy to, co dobre. W efekcie nasze dziecięce aktywności zaczynają jawić się jako coś wyjątkowego, bardziej autentycznego i dającego poczucie szczęścia”
Co dzieje się z nami, gdy odkładamy telefon i angażujemy się w bardziej analogowe aktywności?
Analogowe rozrywki dają nam coś, czego często brakuje przy korzystaniu z ekranów: wielozmysłowość. Nie angażujemy wyłącznie wzroku, ale również dotyk, ruch, koordynację i wyobraźnię. Pracujemy rękami, aktywizujemy różne obszary mózgu i tworzymy coś, co ma realny, namacalny efekt.
Kiedy budujemy coś z klocków, lepimy z gliny, składamy origami czy szydełkujemy, pojawia się bardzo ważne doświadczenie sprawczości. Mamy poczucie, że sami doprowadziliśmy coś od początku do końca. To buduje pewność siebie, ale też pomaga lepiej poznać własne możliwości i zainteresowania.
Dodatkowo korzystając z telefonu, pozostajemy przez dłuższy czas w jednej, niezbyt naturalnej pozycji. Coraz częściej mówi się o przeciążeniach szyi, problemach z kręgosłupem czy innych dolegliwościach wynikających z wielogodzinnego patrzenia w ekran.
Dr Łukasz Buksa podczas Forum Cyfrowego Obywatelstwa, w którym miałam przyjemność uczestniczyć jako słuchaczka, wymieniał fizyczne skutki nadużywania urządzeń, takie jak „smartfonowy kciuk” czy „smartfonowa szyja”. Powiedział, że kiedy przeglądamy telefon w pochylonej pozycji, to jest to wysiłek porównywalny z tym, jakbyśmy zawiesili sobie na szyi komodę o wadze 27 kg.
Tak, to bardzo trafne porównanie. Nasze ciała są bardzo elastyczne i potrafią kompensować wiele przeciążeń, ale warto zastanowić się, jakie będą długofalowe skutki takiego funkcjonowania, zwłaszcza u dzieci i młodzieży. Już dziś głośno mówi się, że rehabilitant to zawód przyszłości, bo zapotrzebowanie na takie usługi za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będzie znacznie częstsze niż obecnie. Ciało potrzebuje naturalnej aktywności. Kiedy biegamy, budujemy coś, jeździmy na rowerze, zjeżdżamy z górki czy po prostu bawimy się na świeżym powietrzu, to angażujemy różne grupy mięśni.
Jeśli w porę się nie otrząśniemy, to jako społeczeństwo możemy w przyszłości mierzyć się nie tylko z problemami zdrowotnymi wynikającymi z siedzącego trybu życia, ale również z pewnym deficytem bliskości i empatii.
Co to znaczy? Co tracą dzieci, kiedy z ich codzienności znikają takie spontaniczne zabawy podwórkowe?
Wspólne granie, budowanie, zabawa terenowa uczą współpracy, radzenia sobie z emocjami, rywalizacją i konfliktami. To właśnie podczas takich codziennych kontaktów rozwijamy empatię i uczymy się rozumieć innych ludzi poprzez obserwację ich reakcji, mimiki, tonu głosu i sposobu zachowania. To ważny trening kompetencji społecznych, emocjonalnych i poznawczych.
Kiedy dzieci same ustalają zasady, uczą się inicjatywy, negocjowania, wyrażania własnego zdania, ale też reagowania na pomysły innych. Takie zabawy rozwijają kreatywność, umiejętność samodzielnego myślenia i odwagę do proponowania własnych rozwiązań. Dają też przestrzeń do sprawdzania siebie w różnych rolach społecznych. Jedno dziecko może odkryć, że dobrze czuje się jako lider, inne zauważy, że lepiej odnajduje się we współpracy i podążaniu za grupą. To cenna wiedza o sobie. Po to właśnie jest dzieciństwo, żeby eksplorować, próbować różnych rzeczy i stopniowo uczyć się świata.
”Jeśli sami spędzamy każdą wolną chwilę ze smartfonem w ręku, trudno oczekiwać, że dziecko wybierze rower, planszówki czy zabawę na podwórku. Dlatego zamiast obwiniać młodych za ich wybory, warto zastanowić się, czy mają wystarczająco dużo wsparcia ze strony nas, dorosłych”
Czy zauważa pani w trendzie nostalgicznego rodzicielstwa jakieś wyzwania? Czy rozrywki z lat 90. mają szansę podobać się obecnemu pokoleniu?
Rodzice chcą przekazać dzieciom coś, co było dla nich ważne. I nie zawsze chodzi o konkretną zabawę, raczej o emocje, poczucie wspólnoty, radość. O pokazanie kawałka własnej historii. Jednocześnie warto zadać sobie pytanie: czym ta nostalgia jest dla mnie? Czy chcę coś dziecku podarować, czy raczej próbuję odtworzyć własne dzieciństwo? Czy chcę je czegoś nauczyć, czy sprawdzić, czy moje dziecko będzie cieszyło się tym samym, czym ja kiedyś?
Nostalgia może być pięknym pomostem między pokoleniami, ale musimy mieć na uwadze, że nasze dziecko jest odrębnym człowiekiem i że wychowuje się w zupełnie innym świecie niż ten, w którym sami dorastaliśmy.
Sama bardzo lubiłam skakać przez gumę. W niektórych konfiguracjach wcale nie była to łatwa gra – było w niej coś z wyzwania, sprawdzania możliwości własnego ciała. Dzisiaj jednak dzieci mają do dyspozycji znacznie więcej form spędzania czasu. To nie jest tak, że po jednej stronie mamy tylko media społecznościowe i gry online, a po drugiej nasze dawne podwórkowe aktywności. Współczesne dzieci również się bawią, tylko w innym tempie, z wykorzystaniem innych rekwizytów i możliwości niż te, które miały nasze pokolenia. Dlatego nie warto zakładać, że zabawy, które zachwycały nas, automatycznie zachwycą również nasze dzieci.
Choć niektóre z nich okazują się zaskakująco uniwersalne i potrafią wracać mimo upływu lat. Dobrym przykładem jest choćby Tamagotchi – prosta zabawka, która uczy odpowiedzialności, systematyczności i troski o coś poza samym sobą. Może ona też dawać poczucie wspólnoty i stawać się pretekstem do budowania relacji z innymi. Jej powrót pokazuje, że pewne formy rozrywki niosą ze sobą wartości, które nie zmieniają się wraz z kolejnymi pokoleniami.

dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł, psycholożka z Uniwersytetu SWPS w Sopocie / Zdjęcie: Archiwum prywatne
Gdzie przebiega granica między inspirowaniem a narzucaniem własnych wspomnień i oczekiwaniem, że dziecko się tym zachwyci?
Kluczowa jest tutaj uważność i gotowość na to, że dziecko nie musi lubić tego samego co my. Właśnie dlatego warto traktować takie aktywności nie jako próbę odtworzenia własnego dzieciństwa, lecz jako zaproszenie dziecka do wspólnego doświadczenia.
Możemy powiedzieć: „Zobacz, kiedy mama była mała, bawiła się właśnie tak” i po prostu zademonstrować, na czym polegała zabawa. Dla dziecka to może być ogromna frajda zobaczyć rodzica z zupełnie innej strony – nieporadnie wykonującego skoki przez gumę, śmiejącego się z własnych potknięć. Dzieci zwykle bardzo interesują się tym, jacy byli ich rodzice, kiedy dorastali. Takie wspólne odkrywanie rodzinnych historii pozwala im lepiej nas poznać.
Nie traktujmy jednak tych zabaw jak prawdy objawionej. Możemy zaproponować gumę, podchody, Mario czy Tamagotchi, ale dziecko ma prawo powiedzieć: „To nie dla mnie”. I to też jest w porządku. Może za to pokaże nam coś ze swojej bańki. I naszym zadaniem jako rodziców jest właśnie poznawanie tego świata młodego człowieka. Dobrze, żebyśmy byli zorientowani, czym jest TikTok, Instagram, jakie gry są dziś popularne, co dziecko ogląda, czym żyje jego grupa rówieśnicza. Nie po to, żeby wszystko akceptować bezkrytycznie, ale żeby móc rozmawiać i rozumieć kontekst, w którym ono dorasta. Chodzi raczej o ciekawość i rozmowę. O pytanie nie tylko: „Co robiłeś dziś w szkole?”, ale też: „Jak się czułeś?”, „Co było dla ciebie ważne?”, „Co cię martwi?”.
I jeszcze jedna rzecz: dzieci znacznie bardziej obserwują nasze zachowania, niż słuchają naszych deklaracji. Jeśli sami spędzamy każdą wolną chwilę ze smartfonem w ręku, trudno oczekiwać, że dziecko wybierze rower, planszówki czy zabawę na podwórku. Dlatego zamiast obwiniać młodych za ich wybory, warto zastanowić się, czy mają wystarczająco dużo wsparcia ze strony nas, dorosłych, czy pokazujemy im atrakcyjne alternatywy. Jeśli chcemy nauczyć je bardziej świadomego korzystania z technologii, musimy najpierw sami pokazać, jak to robić. To właśnie od nas zaczyna się modelowanie takich nawyków.
W ostatnim czasie popularne stały się też tzw. analogowe torby – z książką, krzyżówką, notesem, czymś do zajęcia rąk zamiast telefonu. Czy można traktować ten trend jako próbę odzyskania kontroli nad własną uwagą?
To bardzo ciekawy trend, który pokazuje, że coraz więcej osób dostrzega własne nawyki związane z technologią i próbuje świadomie je kształtować. Taka analogowa torba jest w pewnym sensie narzędziem, które ma nam w tym pomóc. Chodzi o to, żeby mieć pod ręką coś, co zastąpi automatyczne sięganie po telefon podczas podróży czy oczekiwania w kolejce.
I choć znajdą się tacy, którzy będą ironizować, że oto w 2026 roku młodzi odkryli książki i krzyżówki, to w rzeczywistości stoi za tym całkiem dojrzała potrzeba odzyskania kontroli nad własną uwagą i znalezienia chwili wytchnienia od nadmiaru bodźców.
Polecamy
Trend „wakacji bez zdjęć” zyskuje na popularności. Ale czy to zawsze dobry pomysł, tłumaczy psycholożka
Z kamerą w Domu Ronalda McDonalda. „Fenomenalny i wyjątkowy w skali świata projekt”
„Nie sama nagość jest problemem tylko brak granic”. Psycholożka o tym, kiedy domowa nagość przestaje służyć dziecku i całej rodzinie
Sztuczne rzęsy, tipsy i retinol na twarz. Tak „dbają” o siebie współczesne 10-latki
się ten artykuł?