Wakacje pod presją. Dlaczego porównujemy swój odpoczynek z cudzym? „Stał się symbolem naszego statusu. Nie tylko finansowego”
Podróże stały się dziś symbolem dobrego życia. Ten, kto dużo jeździ, wydaje się ciekawszy, szczęśliwszy i bardziej otwarty na świat. Ale co, jeśli zamiast ekscytacji czujemy presję, zazdrość albo lęk? Z psycholożką Mileną Pacudą rozmawiamy o wakacyjnym FOMO, porównywaniu się z innymi i o tym, dlaczego czasem zwykła działka, nuda i spokój mogą dać nam więcej niż kolejna „podróż życia”.
Magdalena Tereszczuk: Czy zgodzisz się ze mną, że podróże są dzisiaj uważane za symbol statusu?
Milena Pacuda: Tak, myślę, że zdecydowanie podróże stały się symbolem naszego statusu. Ale nie tylko statusu finansowego. Różne wartości, które kiedyś wyznaczały kierunek życia, jak na przykład znalezienie partnera, posiadanie dzieci, stabilna praca, dziś coraz częściej stoją pod znakiem zapytania. Pojawia się za to przekonanie, że wartościowym, a może nawet najbardziej wartościowym sposobem na życie jest właśnie podróżowanie.
Współcześnie bardzo dużo przypisujemy podróżom. Mamy takie wyobrażenie, że osoba, która dużo podróżuje, jest w jakiś sposób bardziej rozwinięta, czasem bardziej uduchowiona, czasem bardziej inteligentna, bardziej otwarta na świat. Łatwo przypisujemy jej różne pozytywne cechy tylko dlatego, że dużo podróżuje. Oczywiście podróżowanie, zwłaszcza w egzotyczne rejony, może też poświadczać nasz status finansowy. Pokazuje, że stać nas na pewien styl życia. Ale jest tu jeszcze jeden ciekawy mechanizm. Podróże często wydają się czymś bardziej szlachetnym niż np. kupowanie nowego zegarka, ubrań czy kosmetyków. Mamy poczucie, że nie konsumujemy wprost, tylko inwestujemy w doświadczenia, rozwój, wspomnienia. A jednocześnie myślę, że bardzo często nasze podróżowanie również wiąże się z konsumpcjonizmem, z dostarczaniem sobie przyjemności i miłych wrażeń. Tylko jest to konsumpcja opakowana w bardziej akceptowalną, a czasem wręcz prestiżową formę.
Lubimy się chwalić podróżami. Często jest tak, że nie jesteśmy aktywni w mediach społecznościowych, ale gdy tylko gdzieś wyjeżdżamy, zaczynamy relacjonować każdą minutę naszego życia. Dlaczego tak robimy?
To trochę kojarzy mi się z tworzeniem obrazu siebie. Myślę, że każdy z nas potrzebuje zbudować jakąś opowieść o sobie i swoim życiu. Media społecznościowe z jednej strony nam to umożliwiają, a z drugiej strony utrudniają, bo obraz, który tam tworzymy, jest tylko wycinkiem rzeczywistości. Pokazujemy raczej swoją „wystawę” niż całe „zaplecze”, a później wszyscy, jako odbiorcy, porównujemy cudze wystawy z naszym własnym zapleczem, czyli z całym życiem, z tym, co dobre i przyjemne, ale też z tym, co trudne, mozolne, bolesne czy zwyczajne.
Wydaje mi się, że publikowanie zdjęć z podróży pomaga nam tworzyć pewien wizerunek, ale działa to nie tylko na innych. My sami też możemy dzięki temu spojrzeć życzliwszym okiem na własne życie. Kiedy przeglądamy swoją galerię i widzimy siebie opalonych, uśmiechniętych, pod palmami, z egzotycznym drinkiem w ręku, może pojawić się myśl: „Kurczę, moje życie nie jest takie złe”. Do tego dochodzi aprobata społeczna. Jeśli wrzucamy piękne zdjęcia, ludzie lajkują, komentują, reagują. Dostajemy uwagę, poczucie bycia zauważonym, docenionym, może nawet rodzaj bliskości i wrażenie wspólnoty. Pokazujemy więc ten kawałek, który w naszych oczach, i w oczach innych, wydaje się najbardziej atrakcyjny.
Myślę też, że dostawanie reakcji, odpowiedzi i komentarzy jest też po prostu przyjemne. Działa na nasz układ nagrody, podbija radość i satysfakcję. Nawet jeśli wiemy, że te wakacje były udane tylko częściowo, bo przecież mogły być też trudne momenty, jak kłótnie z partnerem, płaczące albo marudzące dzieci, niewygody, zmęczenie, pogoda raz dobra, raz gorsza. Ale kiedy później patrzymy na zdjęcia i widzimy tylko te piękne fragmenty, to one zaczynają podbijać nasze wspomnienia. Trochę zmieniają nasze wyobrażenie o tych wakacjach, o naszym życiu, a nawet o nas samych. Dobrze jednak, by w realnym życiu budować relacje, gdzie można się pokazać i zostać przyjętym w całości, z tym co w nas piękne i dobre, ale też z tym co zupełnie przeciętne i trudne.
Czas wakacji to też jest bardzo specyficzny moment, w trakcie którego mogą aktywować się w nas różne, także trudne emocje. Możemy odczuwać smutek, zazdrość albo FOMO, czyli lęk przed tym, że coś fajnego nas omija. Znajomi zwiedzają Bali, a my tkwimy na działce.
Myślę, że FOMO to zjawisko, które łączy w sobie wiele różnych uczuć. I aktualnie towarzyszy nam w wielu różnych sytuacjach. Doświadczamy FOMO np. w kontekście liczby przeczytanych książek, obejrzanych filmów, odwiedzonych restauracji. W mojej branży niepokoimy się, kiedy omija nas ciekawe szkolenie lub warsztat psychoterapeutyczny. To naprawdę częste zjawisko! I warto je u siebie zauważać. W tym wakacyjnym FOMO poza lękiem, że coś istotnego nas omija, może pojawiać się też dużo innych, trudnych emocji.
Kiedy myślę o wakacjach, przypomina mi się tytuł piosenki i nazwa zjawiska pt. summertime sadness. Mowa o pewnym rodzaju smutku, który pojawia się właśnie latem, w okresie urlopu i odpoczynku. To moment, kiedy w naszym życiu robi się trochę więcej przestrzeni. Możemy się zatrzymać, skontaktować z własnymi uczuciami, objąć refleksją różne ważne tematy. I czasem właśnie wtedy, paradoksalnie, zaczyna dochodzić do głosu smutek, pustka albo poczucie niespełnienia. Myślę, że połączenie FOMO z takim letnim smutkiem, zatrzymaniem i kontaktem z własną pustką może być bardzo trudnym stanem. Z jednej strony mamy poczucie, że wszyscy inni świetnie się bawią, są na wakacjach życia, odpoczywają i czerpią z życia pełnymi garściami. A z drugiej strony my siedzimy na działce i spotykamy się z niewygodnymi pytaniami w naszej głowie „Czy coś mnie omija? Czy moje życie jest mniej ciekawe? Czego właściwie mi brakuje? Dlaczego jestem smutny?”.
”Można się bardzo zmęczyć nie tylko samą logistyką wakacji, ale też oczekiwaniem, że dzieci to docenią, że będą zachwycone, wdzięczne, radosne, że ta podróż im coś da”
To prawda.
Myślę, że różne trudne stany psychiczne często pojawiają się szczególnie wyraźnie wtedy, kiedy wychodzimy z codziennej struktury. Nagle pojawia się przestrzeń, żeby trochę zwolnić i się zatrzymać. I to jest naturalne, że nasz organizm może wtedy potrzebować chwili regeneracji. Czasem smutek może być w tym pomocny. Może nas zatrzymać, pozwolić złapać oddech, skontaktować się z ciałem i z tym, co naprawdę w nas jest. A my często mamy poczucie, że gdybyśmy byli na Teneryfie, Bali albo w jakimś innym pięknym miejscu, to nie musielibyśmy tego przeżywać. Myślę, że to jest pewna iluzja, bo na każde wakacje zabieramy też siebie. Nie zachęcałabym więc do tego, żeby uciekać od różnych stanów psychicznych, które się w nas pojawiają. Nawet jeśli początkowo wydają się bardzo trudne. Nawet jeśli mamy wrażenie, że potwierdzają nasze obawy, że źle zaplanowaliśmy wakacje, że ciągle jesteśmy w tyle za innymi, że jesteśmy „przegrywami”, bo inni są gdzieś dalej, robią coś ciekawszego, intensywniejszego. A jednak myślę, że właśnie w tym miejscu, w zatrzymaniu, kontakcie ze sobą i naszymi bliskimi, mogą się wydarzyć cenne, wartościowe i rozwojowe rzeczy. I mam poczucie, że jest na to dużo mniejsza szansa wtedy, kiedy jesteśmy na przykład na przeludnionej Ibizie, otoczeni bodźcami i goniący za nowymi, ekscytującymi doświadczeniami.

Milena Pacuda / Fot. Plaster Miodu
Warto też zobaczyć, jak łatwo patrząc na zdjęcia w mediach społecznościowych, przypisujemy innym ludziom określone stany psychiczne. Widzimy kogoś uśmiechniętego pod palmą i od razu wyobrażamy sobie, że ta oto osoba znalazła sposób na szczęście. Pojawia się fantazja, że gdybym ja teleportowała się w to miejsce, też czułabym spełnienie, zachwyt i wewnętrzny spokój. Tymczasem często zapominamy, że tego rodzaju doświadczenie rzadko jest bezpośrednio związane z tym, co na zewnątrz. To nie jest coś, co możemy sobie po prostu kupić, nawet jeśli pojedziemy w najpiękniejsze miejsce na ziemi. Oczywiście kontakt z naturą, cisza czy zmiana otoczenia mogą temu sprzyjać. Ale to nie działa tak, że im dalej pojedziemy, tym większa szansa, że będziemy naprawdę spokojni, wolni od trudnych uczuć albo szczęśliwi.
Jestem ciekawa, na ile ten strach przed tym, że w wakacje coś fajnego nas omija, dotyczy tylko pewnych grup ludzi czy jest to bardziej powszechne uczucie?
Myślę, że to dotyka bardzo ważnego kawałka naszego człowieczeństwa. Tego, że każdy z nas ma w sobie część, która czuje się niespełniona. I może właśnie cenne w takiej sytuacji jest zobaczenie, że ten rodzaj niespełnienia dotyczy nas wszystkich. Nie jesteśmy w stanie całkowicie poradzić sobie z tym uczuciem poprzez dostarczanie sobie kolejnych doświadczeń. Nie da się sprawić, żeby ono raz na zawsze zniknęło. Ono jest wpisane w nasze życie, niezależnie od tego, jak wiele krajów odwiedzimy, ile będziemy mieć pieniędzy, a nawet jak wiele dobrych, bliskich relacji zbudujemy.
Bliskie jest mi myślenie, że to jest jakiś rodzaj tęsknoty, jakiś rodzaj pragnienia, które w różnych momentach będzie odzywać się mocniej, a czasem będzie dawać tylko delikatne znaki o sobie. I potraktowałabym to raczej jako zaproszenie do spotkania z tym uczuciem, a nie jako sygnał, że trzeba się go natychmiast pozbyć. Chodzi o to, żeby pozwolić sobie w ogóle mieć z tym kontakt. Zauważyć: „To jest ten moment, kiedy czuję niespełnienie, tę znajomą niewygodną pustkę”. I potraktować to jako część ludzkiego doświadczenia, a nie jako dowód na to, że nasze życie się nie powiodło, że coś źle zrobiliśmy.
Czasem mamy taki pomysł, że jeśli np. znajdziemy partnera, będziemy mieć dziecko lub odwrotnie, rozwiedziemy się, zmienimy pracę albo dzieci wyprowadzą się z domu i zaczniemy podróżować, to to przykre uczucie już nigdy nam się nie przydarzy. Ale to nie jest prawda. Świadomość tego paradoksalnie może przynieść nam ulgę. Bo wtedy widzimy, że to niespełnienie nie jest potwierdzeniem naszej porażki. To raczej część naszej ludzkiej natury, przed którą nie musimy już uciekać. Oczywiście w życiu są też chwile, w których czujemy euforię i spełnienie. Możemy je docenić i się nimi ucieszyć, ale nie zakładajmy, że mają zostać z nami na zawsze. Kiedy dopuścimy też smutek związany z tym, że nie wszystko da się zaspokoić, to paradoksalnie to uczucie może przestać być tak palące, naglące i uporczywe. I wtedy może pojawić się przestrzeń na to, żeby docenić to, co jest. Nagle okazuje się, że ta działka i rozmowa z kimś bliskim czy chwila odpoczynku mogą być wystarczające. Nie dlatego, że zaspokajają wszystkie nasze pragnienia, ale dlatego, że przestajemy oczekiwać od życia, że będzie nieustannie dostarczało nam czegoś więcej.
”Dla mnie w podróży ilość bodźców, zmian, decyzji do podjęcia utrudnia odpoczywanie i zatrzymywanie się. Moje doświadczenie jest takie, że prawdziwy odpoczynek przynosi mi cisza, spokój, mało bodźców, kontakt z naturą, z bliskimi ludźmi i z moim psem, który może pojechać z nami na działkę, a na Bali już niekoniecznie”
Czy myślisz, że zaczęliśmy bardziej porównywać się i przeżywać, że nasze wakacje są gorsze niż wakacje znajomych dopiero teraz, kiedy mamy media społecznościowe?
Porównywanie się z innymi zawsze było częścią naszej natury. Różnica polega na skali. Kiedyś porównywaliśmy się głównie z ludźmi, którzy mieszkali obok nas, z sąsiadami, znajomymi. Dzisiaj, przez media społecznościowe, porównujemy się właściwie z całym światem. I to bardzo zmienia perspektywę. Tak jak wspomniałam, w internecie ludzie pokazują najczęściej swoją „wystawę”, a my porównujemy ją z własnym „zapleczem”. Nawet jeśli wiemy, że to nie jest pełny obraz czyjegoś życia, nasz umysł i tak często kupuje tę narrację. Zaczynamy myśleć, że inni mają wspaniałe życie, piękne podróże, idealne rodziny, nieograniczone możliwości, a u nas jest po prostu normalnie, zwyczajnie, przeciętnie. Dlatego myślę, że bardzo ważna jest uważność na to, czym karmimy się w internecie. Ile obserwujemy kont pokazujących luksusowe podróże, idealne domy czy rodziny, które wyglądają jak z reklamy. Bo nawet jeśli racjonalnie wiemy, że jesteśmy w innym momencie życia, w innej sytuacji finansowej czy w zupełnie innej części świata, nasz mózg nadal może odczytywać to jako potwierdzenie, że mamy kiepskie i nudne życie.
Ostatnio moja córka wróciła ze szkoły i zapytała czy możemy jechać na wakacje do Tokio, ponieważ, jedna z jej koleżanek tam była. Gdy powiedziałam jej, że planujemy raczej coś innego w Europie i że podróż do Tokio całą rodziną to spory wydatek, zmartwiła się.
Wszystko się zgadza. Ona zobaczyła coś atrakcyjnego u swoich koleżanek i pojawiło się w niej wyobrażenie, że „super wakacje” to nie Włochy, tylko Tokio albo Miami. To jest bardzo zrozumiałe, zwłaszcza u dziecka. Cenne wydaje mi się to, że ona przyszła do ciebie i powiedziała, że też by tak chciała. A ty zareagowałaś życzliwie, ale jednocześnie sprowadziłaś ją na ziemię. W takich sytuacjach widzimy coś, co uruchamia w nas tęsknotę albo pragnienie. A potem pojawia się smutek, bo nie możemy tego mieć. To jest doświadczenie wpisane w życie i ono będzie jej towarzyszyć właściwie na każdym etapie. Dlatego dobrze, żeby dziecko stopniowo oswajało się z tym, że nie wszystko zawsze jest dostępne. Nie zawsze możemy sobie na wszystko pozwolić. Różnimy się między sobą, także możliwościami finansowymi. Dużo trudniejsze byłoby, moim zdaniem, gdyby rodzic w takiej sytuacji zaczął tworzyć iluzję. Na przykład powiedział: „Ojej, faktycznie, to straszne, że nie jedziemy do Tokio. Porozmawiam z tatą, może weźmiemy kredyt” albo: „Obiecuję ci, że za rok na pewno pojedziemy”. Wtedy bardzo łatwo wejść w wyścig, kto gdzie był, kto co widział, kto ma więcej.
Kiedy już przeżyjemy żal i smutek że czegoś nie robimy, robi się więcej miejsca na zobaczenie dobrego i cennego w tym co mamy. Na przykład to, co może być fajnego we Włoszech, mimo że to nie jest Tokio. Myślę, że to jest praca nie tylko dla dzieci, ale też dla nas, dorosłych, uznać, że i my i świat mamy swoje ograniczenia. Ale jednocześnie zobaczyć, że nie jadąc do Tokio, nie tylko coś tracimy. My też coś wybieramy i dbamy o jakieś potrzeby. Możemy wybierać troskę o naszą sytuację finansową, o spokój, o komfort dzieci. Czasem wiemy, że dane miejsce, z ogromem ludzi, bodźców, smaków i intensywności, mogłoby być dla nich po prostu za dużo. I to też jest ważna perspektywa, że ograniczenie nie zawsze oznacza tylko stratę.
”Mamy takie wyobrażenie, że osoba, która dużo podróżuje, jest w jakiś sposób bardziej rozwinięta, czasem bardziej uduchowiona, czasem bardziej inteligentna, bardziej otwarta na świat. Łatwo przypisujemy jej różne pozytywne cechy tylko dlatego, że dużo podróżuje”
No właśnie.
Możemy mieć świadomość, że jakaś podróż byłaby dla dziecka zbyt przebodźcowująca, zbyt męcząca, za intensywna. Innym razem zostajemy na wakacje w kraju, bo potrzebują nas bliscy, rodzice lub dziadkowie, którym pomagamy. I wtedy warto zobaczyć, że w tej rezygnacji nie ma wyłącznie straty. Jest też wybór. Jeśli nie wydajemy pieniędzy na daleką podróż, może odkładamy je na remont. Dbamy o to, żeby przez kolejne lata żyć w większym komforcie, w odmalowanym mieszkaniu, zamiast mieć jedną chwilową przyjemność, która szybko minie. Tu też jest nasza decyzja. Próba zadbania o jakieś ważne potrzeby, takie jak bezpieczeństwo, spokój, relacje, stabilność finansową, komfort codziennego życia. To nie znaczy, że jednocześnie nie możemy przeżywać smutku. Możemy, ale pomocne może być widzenie, że rezygnacja nie musi być porażką, może być wyborem najlepszej opcji z tych, które realnie są dostępne.
Czyli ten smuteczek wakacyjny jest nam trochę potrzebny…
Smutek ma to do siebie, że trochę nas wycofuje. Przestaje nam się chcieć różnych rzeczy. O ile złość często pcha nas do działania, walki albo konfrontacji, o tyle smutek robi coś odwrotnego, zatrzymuje nas. Ale to zatrzymanie nie musi być czymś złym. Czasem może być sposobem na to, żeby zwolnić i odpocząć. Można potraktować smutek jako sygnał życzliwości ze strony naszego ciała. Jakby ciało mówiło: „Hej, zatrzymaj się. Odpocznij. Jest ci smutno, więc może potrzebujesz poleżeć, poprzewalać się na leżaku, nie organizować od razu imprez, zwiedzania i wielkich atrakcji”.
Myślę, że żyjemy w bardzo szybkich czasach. Dużo pracujemy, dużo planujemy, dużo od siebie wymagamy. Często jeszcze przed urlopem jesteśmy w ogromnym spięciu, trzeba wszystko podomykać w pracy, spakować się, o wszystkim pamiętać, wszystko zorganizować. I kiedy w końcu się zatrzymujemy, to czasem najpierw spotykamy się właśnie ze smutkiem, zmęczeniem, markotnością albo znudzeniem. To może być zupełnie naturalne. Organizm schodzi z bardzo wysokiego tempa i dopiero zaczyna czuć, jak bardzo jest zmęczony. W tym sensie smutek może pomóc nam odpocząć, pod warunkiem, że nie będziemy od razu próbować go zagłuszyć kolejnymi atrakcjami.
Osobną sprawą jest też to, czy my w ogóle umiemy odpoczywać. Co to dla nas znaczy? Czy wiemy, jaki odpoczynek naprawdę nas regeneruje? Myślę, że dzisiaj to wcale nie są oczywiste pytania. Często słyszę od ludzi, i sama też chyba kiedyś tak mówiłam, że po intensywnym urlopie zagranicznym przydałyby im się jeszcze dwa tygodnie urlopu od tego urlopu.
Ja się śmieję, że moje prawdziwe wakacje rozgrywają się w ciągu tygodnia, kiedy dziadkowie zabierają nasze dzieci na wyjazd.
Szczególną uwagą możemy w tej rozmowie objąć rodziców małych dzieci. Mam poczucie, że wielu rodziców nosi dziś w sobie ogromne napięcie związane z tym, żeby „zapewnić dziecku rozwijające doświadczenia”. Żeby ono zwiedzało świat, miało różnorodne wrażenia, poznawało nowe miejsca, języki, smaki, kultury. To oczywiście może być piękne, ale bardzo łatwo zamienia się też w presję. Rodzic zaczyna czuć niemal moralny obowiązek organizowania dziecku wyjątkowego życia. Zwłaszcza kiedy słyszy, że jedna koleżanka była w Tokio, druga w Miami, ktoś inny leciał na Bali albo spędzał wakacje w miejscu, które wygląda jak z reklamy. Wtedy łatwo uruchamia się myśl: „Czy ja daję mojemu dziecku wystarczająco dużo?”. A przecież małe dzieci często potrzebują nie tyle spektakularnych podróży, ile obecności, bezpieczeństwa, spokoju i rodzica, który sam nie jest na granicy wyczerpania. Czasem naprawdę ważniejszy od dalekiego wyjazdu może być czas, w którym rodzic ma przestrzeń, żeby być z dzieckiem uważnie, bez ciągłego planowania, porównywania i poczucia winy.
Dzięki, że to mówisz.
Można się bardzo zmęczyć nie tylko samą logistyką wakacji, ale też oczekiwaniem, że dzieci to docenią, że będą zachwycone, wdzięczne, radosne, że ta podróż im coś da. Dlatego warto się zatrzymać i uczciwie sprawdzić, w jakim momencie życia jesteśmy jako rodzina. Czego w tym wieku najbardziej potrzebują nasze dzieci? Jaki mają temperament, potrzeby, odporność na bodźce? Czy ten konkretny wyjazd zagraniczny rzeczywiście przyniesie nam odpoczynek, bliskość i dobry kontakt, czy raczej dołoży nam stresu? Bo być może w tym momencie najlepsza będzie działka, spokojne wakacje w kraju albo taki wyjazd, który bywa czasem niesłusznie wyśmiewany, na przykład all inclusive. Może właśnie tego potrzebujemy, żeby ktoś podał nam jedzenie, żeby był basen, żeby nie trzeba było codziennie wymyślać planu, gotować, organizować i negocjować atrakcji. I to może być zupełnie wystarczające. Na rozwój, wielkie doświadczenia, poznawanie kultur i intensywne zwiedzanie też przyjdzie czas. Nie wszystko musi wydarzyć się od razu. Czasem najbardziej rozwojowe jest to, że rodzina naprawdę odpoczywa w taki sposób, który jest możliwy i dobry dla niej na danym etapie życia.
”Podróże często wydają się czymś bardziej szlachetnym niż np. kupowanie nowego zegarka, ubrań czy kosmetyków. Mamy poczucie, że nie konsumujemy wprost, tylko inwestujemy w doświadczenia, rozwój, wspomnienia”
All inclusive to również ciekawy wątek. Myślę, że dla wielu osób wyjazd na takie wakacje może być traktowany jako coś „gorszego” niż wyjazd z plecakiem, bo przecież tylko na takich wyjazdach w terenie, z dala od zgiełku hoteli „poznaje się życie”.
To bardzo dobrze pokazuje naturę naszego umysłu. Porównywanie się właściwie nie ma końca. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi coś dalej, drożej, piękniej, bardziej spektakularnie. Jeśli zaczniemy organizować życie albo wakacje po to, żeby zrobić dobre wrażenie na innych, to naprawdę możemy zaprowadzić siebie w ślepą uliczkę. Może się wtedy okazać, że wrócimy z urlopu jeszcze bardziej zmęczeni i sfrustrowani. Z poczuciem, że miało być pięknie, wyjątkowo i „jak u innych”, a coś poszło bardzo nie tak. Bo zamiast sprawdzać, czego naprawdę potrzebujemy jako rodzina, zaczęliśmy realizować cudze wyobrażenie o udanym odpoczynku.
No właśnie. Czasami jest też tak, że jak już gdzieś dalej wyjedziemy, to nie potrafimy odpoczywać, ponieważ mamy poczucie, że skoro już wydaliśmy pieniądze, to powinniśmy zaliczyć wszystkie punkty na naszej liście.
Tak, kiedy już jesteśmy na wakacjach, to pojawia się presja, żeby zobaczyć jak najwięcej, najlepiej wszystko co się da. I właśnie to może być moment na zatrzymanie i sprawdzenie, po co właściwie biegniemy. O co chcemy zadbać? O co nam tutaj naprawdę chodzi? Oczywiście wyobrażam sobie, że są osoby, które świadomie chcą tworzyć taki content. Może robią to zawodowo, może na tym zarabiają, więc dla nich priorytetem będzie zobaczyć jak najwięcej, zrobić dużo zdjęć, nagrań, relacji. I to jest w porządku, jeśli to jest naprawdę ich wybór. Ale każdy z nas powinien sam sobie zadać pytanie, czy ja chcę brać udział w tym wyścigu na więcej, lepiej, bardziej spektakularnie. Czy może jednak chcę odpocząć? Poczytać książkę, pobyć w ciszy, porozmawiać z mężem albo partnerką nie tylko o tych bieżących, organizacyjnych sprawach, które przewijają się w codzienności, ale o czymś bardziej żywym, głębszym, naprawdę ważnym.
Spotykasz u siebie w gabinecie osoby, które mają z tym problem?
Przychodzą ludzie z pytaniami, które moim zdaniem są z tym bardzo powiązane. To są osoby, które mówią na przykład, że straciły poczucie sensu w życiu, nie bardzo wiedzą, co chcą robić, nie rozumieją własnych potrzeb albo przeżywają stany psychiczne, których nie potrafią nazwać. I mam poczucie, że pod spodem często są bardzo podobne wątpliwości: czy ja prowadzę swoje życie tak, jak naprawdę chcę? Co mnie naprawdę karmi? Czy to, co wybieram, jest moje? W tym sensie wakacyjne FOMO jest częścią szerszego tematu. Nie chodzi tylko o to, że ktoś tylko zazdrości innym pięknych wyjazdów. Chodzi raczej o porównywanie własnego życia z życiem innych i o pytanie, czy moje życie jest wystarczająco dobre, ciekawe, spełnione. Myślę też, że nie zawsze łatwo się do tego przyznać. Powiedzenie: „zazdroszczę innym, że tak wyjeżdżają na wakacje” może być dla wielu osób zawstydzające. Dlatego często ten temat pojawia się w towarzystwie napięcia, smutku, poczucia braku sensu, przytłoczenia lub wypalenia.
Przyznanie się do zazdrości jest trudne.
Warto umieć zobaczyć w sobie zazdrość i powiedzieć: „Okej, ja chyba komuś zazdroszczę”. Zazdrość ma bardzo zły PR. Często mamy wobec siebie oczekiwanie, że nie będziemy zazdrościć, że będziemy ponad to, że będziemy dojrzali, wdzięczni i spokojni. A przecież zazdrość jest po prostu jednym ze stanów psychicznych, które mogą się w nas pojawić. Jeśli potraktujemy ją nie jak dowód naszej słabości, tylko jako informację, to ona traci część swojego ciężaru. Może mówić o tęsknocie za jakimś doświadczeniem. O wyobrażeniu życia, którego pragniemy. O potrzebach, które są dla nas ważne, ale z jakiegoś powodu niezaspokojone. Wtedy zazdrość nie musi nas zawstydzać ani podkręcać porównywania się z innymi. Może stać się punktem wyjścia do pytania, czego ja właściwie potrzebuję. Za czym tęsknię? Co w tym cudzym obrazie tak mnie porusza? Co chciałabym zmienić w swoim życiu, a co warto spróbować uznać i zaakceptować?
”To nie działa tak, że im dalej pojedziemy, tym większa szansa, że będziemy naprawdę spokojni, wolni od trudnych uczuć albo szczęśliwi”
Czy podróżujemy dzisiaj za dużo?
Myślę, że warto zadać sobie to pytanie. Mam wrażenie, że dla części osób podróże stały się pewnego rodzaju strategią na to, żeby się nie zatrzymywać i nie kontaktować ze sobą. Podróże kojarzą się bardzo pozytywnie. Mamy przekonanie, że właściwie mają same plusy, bo według popularnej narracji rozwijają, poszerzają horyzonty, dają odpoczynek, inspirują. I oczywiście często tak jest. Ale myślę, że czasem mogą też być strategią na to, żeby nie zajmować się trudnymi, niewygodnymi albo ważnymi tematami, które są w naszym życiu. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że u niektórych osób podróżowanie może przypominać uzależnienie. Od intensywnych bodźców, zmiany i nowości. Ciągle trzeba gdzieś jechać, coś zobaczyć, coś przeżyć, bo kiedy tego nie robię to czuję niezrozumiały niepokój, napięcie, smutek. Cenne może być zadanie sobie pytania, „po co podróżujemy?”. Jakie potrzeby chcemy w ten sposób zaspokoić? Czy taki rodzaj podróżowania rzeczywiście nam służy?
A ty zazdrościsz ludziom podróżowania?
Pamiętam, że kiedy byłam młodą dziewczyną i nie było mnie stać na podróże, miałam poczucie, że podróżowanie jest jakimś Świętym Graalem. Nie podróżowałam też z rodzicami, więc wydawało mi się, że to jest coś, do czego powinnam dążyć. Że to wręcz mój moralny obowiązek, zobaczyć różne zakątki świata, żeby mieć spełnione życie i dobrze o sobie myśleć. Potem przyszedł taki moment, kiedy rzeczywiście mogłam trochę podróżowania doświadczyć. I dzisiaj, mówię to z lekkim zawstydzeniem, bo wiem, że nie jest to szczególnie modne, odkryłam, że ja właściwie nie jestem wielką fanką podróżowania. To było dla mnie ważne odkrycie, bo zdjęło ze mnie pewną presję.
Co za niepopularna opinia.
Dla mnie w podróży ilość bodźców, zmian, decyzji do podjęcia utrudnia odpoczywanie i zatrzymywanie się. Moje doświadczenie jest takie, że prawdziwy odpoczynek przynosi mi cisza, spokój, mało bodźców, kontakt z naturą, z bliskimi ludźmi i z moim psem, który może pojechać z nami na działkę, a na Bali już niekoniecznie. Oczywiście raz na kilka lat chętnie coś zwiedzę, czegoś doświadczę, zobaczę nowe miejsce. Ale większość wakacji spędzam w Polsce i to jest dla mnie naprawdę w porządku. Mówię o tym tutaj, bo mam poczucie, że to może być dla kogoś ważne, że może to nazywać i odzwierciedlać poczucie wielu osób.
Podróżowanie nie zawsze przynosi nam to, co obiecuje. Mam poczucie, że jeden z ważniejszych momentów rozwojowych przeżyłam wtedy, kiedy przez miesiąc nudziłam się na działce na Mazurach. To nie wydarzyło się w Paryżu ani w Tajlandii, tylko właśnie na mazurskiej działce, gdzie zdążyłam się najpierw wynudzić jak mops, a później naprawdę spotkać ze sobą. I to było dla mnie niezwykle transformujące doświadczenie. Ale żeby mogło się to zadziać, najpierw musiałam spotkałam się z dyskomfortem w ciele, trudnymi emocjami i ogromnym natłokiem myśli. Teraz już nie zazdroszczę innym podróży tak jak kiedyś, choć i zazdrość, i FOMO w różnych odsłonach nie są mi obce. Jestem wdzięczna, że mogłam trochę podróżowania doświadczyć, ale też dzięki temu przekonałam się, że podróże bardzo dużo obiecują, a wcale nie muszą tych obietnic spełniać.
Polecamy
Trend „wakacji bez zdjęć” zyskuje na popularności. Ale czy to zawsze dobry pomysł, tłumaczy psycholożka
„Sen to fundament regulacji hormonalnej.” O tym, jak stres, zmęczenie i zła dieta niszczą nam organizm, opowiada dr n. med. Katarzyna Romanek-Piva
W pułapce perfekcyjnego odpoczynku. Dr Merijn van der Laar: „To starania o idealną noc kradną nam spokój”
Dobry związek w trybie przetrwania. Jak poznać, czy warto o niego walczyć, mówi Jagoda Bzowy
się ten artykuł?