Anna Korytowska, Hello Zdrowie: Pierwsza podróż, piętnaście lat temu, była przełomowa.
Paweł Król: Polecieliśmy z dwoma kolegami do Ameryki Południowej. Byliśmy w Peru, potem w Boliwii, Chile i Argentynie. Mój kolega Karol, z którym trenowałem karate, od zawsze był zapalonym podróżnikiem. Kiedyś po treningu zapytał mnie, czy nie chciałbym z nim i jeszcze jednym kolegą gdzieś wyruszyć. A konkretnie – wspiąć się na jakąś wysoką górę.
Jaka była pana reakcja?
Powiedziałem: stary, nie wiem, przecież nie widzę, będzie ci ze mną trudno. A Karol odpowiedział, że damy radę. Wzięliśmy jeszcze jednego kolegę i ruszyliśmy. Postanowiliśmy zdobyć Aucanquilchę w Chile. Górę, którą wcześniej zdobyło na rowerach dwóch Polaków. To najwyższa góra na świecie z drogą rowerową prowadzącą na szczyt. Ma ponad sześć tysięcy metrów wysokości.
Były obawy?
Tak. Nigdy wcześniej nie byłem za granicą. A tu jeszcze jazda rowerem po wysokich górach. Co więcej, od dawna nie miałem nawet własnego roweru. Karol z Szymkiem przygotowali plan wyprawy. Ja studiowałem filologię hiszpańską, Szymon mówił po hiszpańsku, więc uznaliśmy, że Ameryka Południowa będzie dobrym kierunkiem, bez bariery językowej. O pomoc w zdobyciu odpowiedniego roweru zwróciliśmy się do fundacji Anny Dymnej i ruszyliśmy. Nasza wyprawa miała takie hasło: „Przekraczamy bariery, trzech kozaków, dwa rowery”.
Po tym, jak dolecieliśmy na miejsce, przez wiele dni codziennie wsiadaliśmy na rowery i jechaliśmy pod górę w trudnych warunkach. Spaliśmy stłoczeni w namiocie, jedliśmy kabanosy przywiezione z Polski i dania w proszku przygotowywane na turystycznej kuchence. Zawsze lubiłem sport. Byłem w formie, bo trenowałem nawet dziesięć razy w tygodniu. Uwielbiałem wysiłek fizyczny, ale wcześniej wyglądało to tak, że po treningu brałem prysznic, zakładałem czyste ubrania i wracałem do wygodnego łóżka. Tym razem nie było wygodnego łóżka. Byliśmy brudni, zmęczeni, niewyspani. Ale to też miało swój urok.
I takie doświadczenie też czegoś uczy.
To był test szorstkiej, męskiej przyjaźni. Oczywiście czasem się posprzeczaliśmy, powiedzieliśmy sobie kilka niemiłych rzeczy, ale potem podawaliśmy sobie ręce i szliśmy dalej. I to nas wzmacniało.

Paweł Król / fot. archiwum prywatne
Rolki
Dla wielu niewidomych największym problemem jest przełamanie wstydu przed chodzeniem z laską. Część ludzi patrzy z litością, a tego nikt nie chce doświadczać. Ja całkowicie przełamałem się dopiero około 24. roku życia
Podczas takiej podróży można poczuć, że żyje się pełnią życia?
Tak, bo wychodzi się poza strefę komfortu. To bywa niewygodne i nieprzyjemne, ale jednocześnie pozwala doświadczać czegoś nowego. A kiedy wraca się do codzienności, jeszcze bardziej docenia się komfort.
Pamięta pan pierwszy moment takiego prawdziwego wyjścia poza strefę komfortu?
W wieku nastoletnim przeżyłem kryzys. Chciałem podróżować, odkrywać świat, poruszać się bez laski. Rozpierała mnie energia, ale z powodu swojej niepełnosprawności nie mogłem być w pełni samodzielny. Wtedy pomogła mi siostra, która krótką rozmową postawiła mnie na nogi. Negatywne emocje postanowiłem przekuć w motywację do treningów. Dzięki temu pokochałem sport.
Zaczęło się od karate, potem było jiu-jitsu brazylijskie, jest pewna różnica. Sens i szczęście odnalazłem właśnie w aktywności fizycznej. Przebiegłem cztery maratony, wiele półmaratonów i innych biegów długodystansowych. Ukończyłem połowę Ironmana w Malborku. Rozwijam się też na innych płaszczyznach. Mówię płynnie po francusku, hiszpańsku i angielsku, a uczę się kolejnych języków. Od pierwszej wyprawy regularnie podróżuję. Zwiedziłem niemal wszystkie kraje Europy i kilka państw Ameryki Południowej. Prowadzę spotkania w firmach i szkołach, opowiadając o swojej historii, osiągnięciach i niepełnosprawności. Pracuję również jako przewodnik w krakowskim WOMAI. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że jestem samodzielny i staram się wnosić wartość do życia innych ludzi.
Jak przebiegała droga do samodzielności?
Myślę, że przełom nastąpił wtedy, gdy naprawdę nauczyłem się poruszać z białą laską. Tak, żeby móc pójść wszędzie i nie wstydzić się prosić ludzi o pomoc. Osoba niewidoma nie może bać się zadawania pytań, chociaż przełamanie się jest wyzwaniem. Można nauczyć się kilku tras na pamięć: do pracy, do szkoły, do ulubionej kawiarni czy klubu sportowego. Na początku zwykle potrzebny jest instruktor, który pokaże podstawy techniki poruszania się. Potem można już uczyć rodziców czy znajomych, jak opisywać drogę. Ale czasem trzeba wyjść poza znany teren. Wtedy trzeba zapytać drugiego człowieka. Dla wielu niewidomych największym problemem jest przełamanie wstydu przed chodzeniem z laską. Część ludzi patrzy z litością, a tego nikt nie chce doświadczać. Ja całkowicie przełamałem się dopiero około 24. roku życia. Wcześniej poruszałem się samodzielnie, ale tylko po kilku dobrze znanych trasach.

Paweł Król / fot. archiwum prywatne
W wieku nastoletnim przeżyłem kryzys. Chciałem podróżować, odkrywać świat, poruszać się bez laski (...) ale z powodu swojej niepełnosprawności nie mogłem być w pełni samodzielny. Wtedy pomogła mi siostra, która krótką rozmową postawiła mnie na nogi
Co się wtedy wydarzyło?
Chyba bardzo poczułem, że potrzebuję być samodzielny. W tamtym czasie chodziłem do szkoły masażu, a po zajęciach trenowałem karate. Mama woziła mnie na treningi. W końcu poprosiłem ją, żeby nauczyła mnie drogi do klubu. Kiedy ją opanowałem, zacząłem sam chodzić na zajęcia i wracać do domu.
Poprosiłem też mamę, żeby nauczyła mnie gotować. Miałem już ponad dwadzieścia lat. Potrafiłem zrobić kanapki czy ugotować jajka, ale chciałem więcej. Mama początkowo protestowała. Bała się, że się skaleczę albo poparzę. Zapytałem ją wtedy, czy chce mieć syna, przy którym zawsze ktoś będzie musiał wszystko robić, czy takiego, który będzie sobie radził sam. Na początku wykonywałem wszystkie czynności bardzo wolno, dlatego praktycznie się nie kaleczyłem i nie parzyłem. Zawsze miałem dobrą koordynację ruchową. Potrzebowałem jedynie czasu, żeby nabrać wprawy.
Jak dziś wygląda pana codzienność?
Pracuję na pełen etat jako przewodnik na wystawie „W stronę ciemności” w Krakowie. Pokazuję osobom widzącym, jak wygląda życie bez wzroku. To całkowicie zaciemniona przestrzeń, w której nie widać absolutnie nic. Moją rolą jest przeprowadzenie ludzi przez tę rzeczywistość i pokazanie, jak funkcjonuje się na co dzień bez wzroku. Ja nie widzę ani światła, ani ciemności. Kolory nie mają dla mnie znaczenia. Wiem, że istnieją, bo mi o nich opowiedziano, ale to wyłącznie teoria. Świat odbieram za pomocą dźwięków, zapachów, smaków i dotyku i tak też doświadczają świata osoby, które przychodzą na wystawę.
Kolory nie mają dla mnie znaczenia. Wiem, że istnieją, bo mi o nich opowiedziano, ale to wyłącznie teoria
Jakie są reakcje ludzi?
Najczęściej są wzruszeni. Wielu z nich zaczyna bardziej doceniać to, że widzi. Dla innych jest to po prostu niezwykła przygoda. Prowadzę też profil w mediach społecznościowych „Cztery Zmysły”, gdzie staram się edukować. Wciąż brakuje wiedzy o tym, jak funkcjonują osoby niewidome. Ludzie często mówią na przykład: „to jest tutaj” albo „proszę usiąść tam”, jednocześnie pokazując ręką kierunek. Tylko że my tego gestu nie zobaczymy. Znacznie lepiej powiedzieć: „Przejdź około pięćdziesięciu metrów, a po prawej stronie będzie trzecia alejka”. Podobnie w autobusie czy tramwaju. Zamiast wskazywać miejsce palcem, warto położyć rękę osoby niewidomej na oparciu siedzenia. Wiele osób sądzi też, że należy chwycić niewidomego pod ramię i prowadzić go przed sobą. Tymczasem wygodniej i bezpieczniej jest, gdy to osoba niewidoma trzyma przewodnika za ramię i idzie pół kroku za nim.
Ważne jest również komunikowanie, co się robi. Jeśli podajemy komuś kubek herbaty, warto powiedzieć, że jest gorący, a następnie postawić go przed tą osobą i lekko stuknąć kubkiem o blat. Można też opisać położenie metodą tarczy zegara, na przykład: „kubek stoi na godzinie dwunastej”. To drobiazgi, z których ludzie często nie zdają sobie sprawy. I to naturalne, bo są przyzwyczajeni do świata widzianego oczami.
Na koniec naszej rozmowy spytam o pana dalsze plany.
Chcę rozwijać działalność „Czterech Zmysłów”. Wkrótce planuję nagranie audiobooka. Będzie to książka autobiograficzna z elementami motywacyjnymi i inspiracyjnymi. Chcę opowiedzieć nie tylko moją historię, ale także historie innych osób z niepełnosprawnościami, zarówno niewidomych, jak i widzących. Chodzi o to, by pokazać, że mimo różnych ograniczeń można realizować swoje cele i prowadzić satysfakcjonujące życie. Bo naprawdę można.
Rozwiń