“Chcieliśmy pokazać, jak wygląda życie w przyczepie z małym dzieckiem, ale baliśmy się, że ktoś to niewłaściwie zinterpretuje”
– Pamiętam moment wizyty pielęgniarki środowiskowej. To była zima, więc to też wyglądało inaczej niż latem, gdy mieliśmy jeszcze przedsionek i większą przestrzeń do życia. Ona weszła i była absolutnie zachwycona. Powiedziała, że miała być 15 minut, ale zostanie dłużej, bo jest tak zafascynowana naszą historią. Nie było żadnych problemów. Ani jednej uwagi. (…) tutaj naprawdę nikt nas nie ocenia – wspomina Daria Kister, instruktorka pilatesu, która porzuciła pracę w medialnej korporacji, by zamieszkać w Norwegii.
Magdalena Tereszczuk-Brach: Dario, wiele lat temu nasze drogi przecięły się w jednej z redakcji internetowych, pamiętam cię z czasów jak byłaś dziennikarką. Co się stało, że pisanie zamieniłaś na pilates, a Kraków na mieszkanie w vanie w Norwegii?
Daria Kister: O rany, dużo! Zacznę może od tego, że zawsze lubiłam aktywność fizyczną, ale na początku nie była ona dla mnie priorytetem. Najpierw byłam zachłyśnięta studiami podyplomowymi, potem pracą w public relations, później w dużej firmie medialnej, wtedy wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Nie żałuję tego czasu, bo poznałam fantastycznych ludzi. To było dla mnie bardzo ważne. I właśnie dzięki tamtej pracy miałam kartę Multisport i zaczęłam chodzić na pilates, body art, spinning, siłownię. I pamiętam, że pilates najbardziej mi „siadł”. Pomyślałam wtedy, że to jest coś, co mogę robić przez całe życie, że to nie jest skakanie, jak crossfit czy treningi, na których prędzej czy później można rozwalić sobie kolano, tylko coś bezpiecznego, w czym ciało pracuje mądrze. I chyba to jest właśnie klucz, trafiasz na dobrego instruktora, dobre zajęcia, i nagle czujesz, że to jest coś twojego. I ja właśnie trafiłam na instruktorkę, która totalnie mnie wciągnęła w pilates. Później zawsze byłam na jej zajęciach w pierwszym rzędzie, zawsze punktualnie, zawsze gotowa, bo chciałam chłonąć wszystko, co się da, dosłownie „wyssać” z tych zajęć każdą minutę.
Wyobrażam to sobie doskonale.
I to właśnie ta nauczycielka zaproponowała mi, abym zaczęła uczyć się pilatesu. Powiedziała: „Pracujesz dalej jako dziennikarka, prawda? A może chciałabyś spróbować czegoś innego? Ty tak ładnie ćwiczysz. Może spróbowałabyś czegoś więcej?”. To były inne czasy, ponad 15 lat temu. Nie było jeszcze tylu kursów pilatesu i całej tej dostępności, jaką mamy teraz. Ona powiedziała mi wtedy: „Jest taki krótki kurs, niezbyt drogi. Zobaczysz, czy w ogóle czujesz w sobie nauczyciela. Bo ćwiczyć na macie to jedno, a uczyć kogoś to jest zupełnie coś innego.” Poszłam więc na ten kurs, ale nadal pracowałam w mediach. W grupie było około 15 osób, większość dziewczyn z fitnessowego świata. Ja jedna, dziennikarka, która przyszła na pilates. Zajęcia prowadziła Ania Lazarowicz ze studia The One Pilates Studio w Krakowie, jedno z pierwszych takich miejsc w mieście. Zrobiłam ten kurs, zdałam egzamin. I pamiętam, jak siedziałam z koleżanką na kawie i mówiłam: „Fajnie było, ale pewnie i tak nie będę prowadzić żadnych zajęć”. Minęło kilka dni i nagle dostaję telefon od Ani Lazarowicz: „Czy chciałabyś poprowadzić zajęcia?”. Byłam w totalnym szoku. Jak to ja? Przecież było tam 15 dziewczyn, wszystkie z doświadczeniem fitnessowym, a ja jedna świeżynka! Ale Ania powiedziała mi później, że to kwestia osobowości. Praktykę można doszlifować, techniki się nauczyć, ale pewne cechy charakteru są kluczowe, podejście do ludzi, sposób komunikacji, uważność. Zgodziłam się i całkowicie oszalałam. A jednocześnie w redakcji zaczęło mnie męczyć to siedzenie za biurkiem, comiesięczne wyniki, raporty, statystyki. A na sali widzisz prawdziwy postęp. Widzisz, komu pomagasz, czy ktoś jest zadowolony, czy coś mu się poprawia. To zupełnie inny kontakt z człowiekiem. I ja się w tym poczułam taka sprawcza.
Przerażały cię zbliżające się zmiany życiowe?
Oczywiście, że tak. Ale chyba jestem tym typem człowieka, który mimo wszystko lubi ryzyko. Może nie w takim sensie, że jestem „niebieskim ptakiem”, który beztrosko leci w nieznane. Jestem bardziej w stylu: boję się, ale i tak to robię. Teraz z perspektywy wieku, doświadczenia, czasu, widzę, że to ma sens.
No i zrezygnowałaś ze swojej stałej pracy…
Raczej podjęłam taką próbę, ale firma nie chciała mnie wypuścić. Zmienili mi stanowisko, zatrudnili jako specjalistkę ds. kontentu. Pomyślałam wtedy: „OK”, zwłaszcza że zaproponowali mi dużo wyższe wynagrodzenie. Postanowiłam więc, że dam sobie jeszcze trochę czasu w tej firmie, ale jednocześnie będę odkładać pieniądze na dalsze szkolenia. W tamtym okresie wszystkie szkolenia były dostępne głównie w Warszawie, do tego dochodziły koszty dojazdów i inne wydatki. Stabilna praca dawała mi jednak możliwość inwestowania w rozwój. W ciągu dwóch-trzech lat zrobiłam ogromny postęp, bo cały czas intensywnie się dokształcałam. Pracowałam więc w mojej regularnej pracy, a popołudniami prowadziłam zajęcia pilatesu, do tego ciągle coś robiłam, żeby się rozwijać. Potem wciągnęłam się jeszcze w GTX, takie crossfitowe treningi. To był wtedy mój świat. I później zwolniłam się drugi raz. Tym razem już mnie nie zatrzymywali, bo wiedzieli, że to naprawdę nie jest dla mnie miejsce. I wtedy podjęłam decyzję, że zakładam działalność i zostaję freelancerką. Z jednej strony trochę się bałam, a z drugiej nie – miałam już bazę klientów, wiedziałam, że dam radę. Ale było ciężko, bo pracowałam nie w jednym studiu, a w trzech. Momentami czułam się naprawdę zmęczona ciągłym przemieszczaniem się między różnymi miejscami. Nadszedł w końcu moment, kiedy powiedziałam sobie dość i założyłam w Krakowie własne studio. No i jakiś czas później wydarzył się wypadek.
Poważna kontuzja.
Stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Przyszłam na swój codzienny trening, zawsze miałam zajęcia o 7:30. Tym razem był to trening crossfitowy, GTX. Wskoczyłam na tak zwanego boxa, a on wyślizgnął mi się spod nóg i spadłam z całym impetem na twardą podłogę, prosto na kość ogonową. To był moment, kiedy dosłownie mnie “ścięło”. Leżałam przez 40 minut nieruchomo na podłodze, przerażona, że uszkodziłam kręgosłup. Ten wypadek był trochę symboliczny i wynikający z przeciążenia organizmu. Już wcześniej pojawiały się w moim ciele sygnały, że powinnam odpocząć, zwolnić lub pójść na urlop. Ale nie, ja jestem typem pracoholiczki. Poświęcę się, zrobię wszystko sama, dam radę. To był czas, kiedy pracowałam codziennie od 7:30 do 22:00. W soboty też. Zero regeneracji. Kompletnie niepoważne podejście do własnego zdrowia. I pamiętam, że jak przyszłam wtedy na trening, byłam tak wkurzona i zmęczona, że powiedziałam mojej trenerce, aby dała mi większy wycisk niż zwykle. Dziesięć minut później leżałam już na podłodze. Okazało się, że kość ogonowa była cała obtłuczona, a kręgosłup od tego czasu ciągle mnie bolał. Nie mogłam spać, nie mogłam normalnie funkcjonować. Byłam przez długi czas na silnych lekach przeciwbólowych, mimo że nigdy wcześniej ich nie brałam. Ale oczywiście kilka dni po wypadku wróciłam do pracy, jakby nigdy nic.
RozwińI co było dalej?
Zapisałam się na survivalową wycieczkę po Bałkanach. Dwa tygodnie, z kompletnie nieznaną mi ekipą. I właśnie tam, w takim zupełnie przypadkowym momencie, poznałam mojego przyszłego męża Marcina. A jego historia, w bardzo dużym skrócie jest taka, że pracował w Warszawie jako menedżer w banku. Odpowiadał za jedną czwartą Polski. Spoczywała na nim ogromna odpowiedzialność. Presja, ciągły stres, czyli klasyczna korporacja. Do tego dochodziły jego osobiste przeżycia, śmierć mamy, śmierć ojca. To wszystko go przeciążało. Stwierdził, że nie chce tak dalej żyć. Zbudował więc własnego kampera pod blokiem i wyruszył w świat. Przez rok mieszkał w Hiszpanii, a tam poznał Sławka, organizatora wyprawy survivalowej, na którą ja później pojechałam. Sławek potrzebował wtedy kierowcy, bo zbierała się duża ekipa, dwa busy. Poprosił więc Marcina, by prowadził i Marcin się zgodził. I tak się złożyło, że ja akurat wsiadłam do busa Sławka, ale Marcin gdzieś mnie wypatrzył i już na pierwszym przystanku, w Serbii, zaczęliśmy rozmawiać. I tak zostaliśmy razem. A co najlepsze, ja w ogóle miałam nie jechać na tę wyprawę, bo mój kręgosłup był w fatalnym stanie. Ale pierwsze tabletki przeciwbólowe zaczęły działać, więc pojechałam. I tam na Bałkanach spotkały się dwie osoby w biegu, zestresowane, przemęczone, każda w jakimś swoim kryzysie. I na tym survivalowym wyjeździe, paradoksalnie, znaleźliśmy siebie.
Domyślam się w takim razie, że idea, abyście mieszkali w vanie była pomysłem Marcina.
Na pewnym etapie znajomości zaczęliśmy ze sobą rozmawiać na temat planów na przyszłość. Marcin powiedział, że on cały czas żyje w trybie “van life” i chciałby pracować w Norwegii, ale tylko latem, a w trakcie zimy wyjeżdżać do Hiszpanii i tam mieszkać. Ja z kolei odpowiedziałam, że już kilka razy miałam propozycję przeprowadzki do Norwegii, bo tam mieszka mój kuzyn. I tak zaczęliśmy łączyć te nasze historie, pomysły, plany i wszystko zaczęło się składać w jedną całość. I zdecydowaliśmy wspólnie: „No to zróbmy to.” Ale Marcin powiedział też mądrze, że najpierw powinniśmy się pobrać, żeby to wszystko miało swoją kolejność, żeby budować życie na czymś stabilnym. I miał rację. Ja też podjęłam tę decyzję, bo miałam już za sobą „przechodzone” relacje i nie chciałam powtarzać tamtych schematów.
I jaki był pierwotny plan?
Pomyśleliśmy, że jedziemy do Norwegii tylko na pięć lat. Zarobimy pieniądze, odłożymy część i wrócimy, a potem przeprowadzimy się do Hiszpanii, gdzie otworzymy camping z naszym klimatem, gdzie organizowalibyśmy wydarzenia związane z pilatesem, takie „pilates campy” w hiszpańskim słońcu. I wiesz, pięć lat jeszcze nie minęło, więc zobaczymy co będzie za chwilę, czy Norwegia faktycznie okaże się miejscem na stałe, czy tylko naszym przystankiem.
Jak odnaleźliście się w Norwegii, nie mając zbyt wielu kontaktów, ani nie znając języka?
Przyjechaliśmy do Tønsberg, najstarszego miasta w Norwegii. To tak naprawdę taka sypialnia Oslo, bo wiele osób pracuje w Oslo, a mieszka tutaj, bo jest taniej. W sezonie letnim miasto tętni życiem, pełno jest ludzi. To jedno z najbardziej znanych miasteczek na południu Norwegii. Ale w zimie praktycznie nic tu się nie dzieje. Jest 35 tysięcy mieszkańców, niby nie tak mało, ale jednak cicho, spokojnie, pusto. Przyjechaliśmy tu kamperem, w styczniu, zaraz po ślubie. Ślub mieliśmy 8 stycznia, a do Norwegii dotarliśmy 29 stycznia, bo podróżowaliśmy powoli, etapami, przez Szwecję. No i wiesz zima, prawie nikogo nie ma na ulicach, restauracje pozamykane, cisza. A my pukamy od drzwi do drzwi, szukając pracy i jakiegoś zaczepienia. Chodziliśmy dosłownie od drzwi do drzwi. Pukaliśmy do sklepów, restauracji, cokolwiek było otwarte. Mówiłam: „Cześć, jestem Daria, to Marcin. Jesteśmy z Polski. Nie potrzebujecie kogoś do pracy?” Prosto, bez kombinowania. Ja oczywiście od razu zaczęłam googlować pilates studia, fitness kluby, siłownie, cokolwiek, żeby wejść tutaj zawodowo w to, co umiem. W Tønsbergu są dwa studia pilatesu, takie prawdziwe studia z reformerami, bo tutaj głównie ćwiczy się na reformerach. I robiłam dokładnie to samo co w sklepach, czyli wchodziłam i pytałam: „Cześć, jestem Daria. Mogę poprowadzić zajęcia? Miałam swoje studio w Krakowie, mam doświadczenie, pracowałam wiele lat.” I jedna dziewczyna, Kikan, która prowadzi swoje studio, powiedziała:
„Super! Chodź, zapraszam cię.” I tak to się zaczęło.
Czyli działałaś zgodnie z twoją ulubioną zasadą, bój się i rób.
Dokładnie tak. Chyba mam w sobie coś takiego, że nie wstydzę się zapytać. Nawet kiedy idziemy odebrać naszą córkę Marleen z przedszkola i idzie jakaś dziewczyna z wózkiem, a ja mam przy sobie swoje ulotki, to po prostu podchodzę i mówię: „Cześć! Słuchaj, mam tutaj swoje studio. Prowadzę też zajęcia dla kobiet w ciąży.” I tyle. Naturalnie, z serca, bez skrępowania. Myślę też, że start w Norwegii ułatwiło nam to, że tutaj wszyscy mówią po angielsku, w przeciwieństwie do Hiszpanii, gdzie byłoby dużo trudniej się dogadać, więc uznaliśmy, że tu łatwiej znajdziemy pracę, a norweskiego nauczymy się „po drodze”. To też był ważny argument, dlaczego Norwegia, a nie Hiszpania od razu. No i tak pukaliśmy od drzwi do drzwi. A potem Marcin znalazł stałą pracę, zupełnie inną niż wcześniej w banku. Zajął się logistyką i magazynem w dużej firmie, która zatrudnia hydraulików. Dzięki tej pracy przejechaliśmy prawie pół Norwegii, zwiedzając i ucząc się kraju „od środka”. Marleen jeszcze wtedy nie było, ale po około pół roku mieszkania tutaj w naszym kamperze, który nazywaliśmy Coca Cabaną, okazało się, że jestem w ciąży. Kupiliśmy więc przyczepę, bo była większa, wygodniejsza, miała wodę, lepszy układ i była bardziej praktyczna dla przyszłych rodziców. A ja w międzyczasie cały czas prowadziłam zajęcia, również online dla moich podopiecznych z Polski i Hiszpanii.
A norwescy podopieczni?
Też, ale było ich wtedy mniej.
Dlaczego? Norwegowie nie są otwarci?
Na pozór są. Otwarci, uśmiechnięci, mili. Ale to nie jest ta nasza „wschodnia” mentalność, gdzie ludzie szybko się zaprzyjaźniają, od razu łapią kontakt, są serdeczni i naturalnie bliscy. Norwegowie są mili, ale inaczej mili. Grzeczni, życzliwi, ale zachowują dystans. I żeby zbliżyć się do nich potrzeba czasu.
U nas to normalne, idziesz do kogoś, to nigdy nie idziesz z pustymi rękami. A jak ktoś przychodzi do ciebie, to zastawiasz cały stół. Z Norwegami tak nie ma. Oni cię będą witać w progu i będą cię tak witać przez dziesięć lat. Dystans, uprzejmość, ale bez tej naszej wschodniej serdeczności. Ale kiedy już naprawdę zdobędziesz ich zaufanie, to są bardzo w porządku. Jedne z moich najwierniejszych klientek, które są ze mną od początku istnienia studia Lans Balans, są właśnie Norweżkami.
Czyli masz własne studio pilatesu w Tonsberg.
Tak, działa od roku. Mam bardzo różnych klientów: Norwegów, Serbów, Litwinów, Chorwatów i Polaków. Mam nawet zawodników MMA. Trenuje też u mnie Ivana Petrovic, zawodniczka UFC, totalny pro-level. Natomiast jeśli chodzi o Norweżki, to one faktycznie przychodzą na regularne zajęcia, ale kiedy organizuję eventy, zwłaszcza latem, jak Pilates & Breakfast, Pilates & Sound Bath czy Pilates Therapy, to nie są skłonne, przyjść i spróbować czegoś nowego. Dlatego na moich eventach jest zdecydowanie więcej Polek, Litwinek, Serbek czy Chorwatek.
No tak, ale z drugiej strony, jak przyjechałaś do Tonsberg, to Norweżka dała ci pracę, a przecież kompletnie cię nie znała.
To prawda, ale faktem jest, że pod względem doświadczenia i edukacji byłam po prostu na wyższym poziomie niż większość instruktorek, które miała w swoim studio. I Norwegowie, nie mówię, że wszyscy, ale często nie mają takiej potrzeby, żeby się dokształcać, doskonalić, robić kolejne szkolenia.

Mąż Darii Kister z córką w ich kamperze /fot. archiwum prywatne
Naprawdę?
Tak. Poza tym pilates tutaj wciąż nie jest tak dobrze rozwinięty. Jest coraz bardziej popularny, ale to wciąż nie jest ten poziom, który znam z Polski. Dlatego zależy mi na tym, żeby organizować swoje warsztaty, rozwijać się i cały czas pogłębiać wiedzę.
To jakie sporty są szczególnie lubiane w Norwegii?
Tutaj popularna jest joga i crossfit, plus aktywności na zewnątrz. Jak tylko zaczyna się lato i sezon na golfa, oni praktycznie niczego innego już nie robią. Do tego muszę powiedzieć, chociaż nie chcę, aby to złośliwie zabrzmiało, że Norwegowie są dość skąpi. Nie lubią wydawać pieniędzy, mimo że je mają. W Polsce miałam prawie same treningi personalne i tylko trochę zajęć grupowych, a tutaj jest odwrotnie – wolą chodzić na zajęcia grupowe, bo są tańsze. I nawet wtedy często uważają, że to już „za drogo”. Ale jednocześnie taki ktoś pójdzie do sklepu i wyda krocie na niezdrowe jedzenie, na rzeczy, które kosztują tyle samo albo więcej niż abonament na zajęcia. Oczywiście, każdy jest inny, ale tutaj ta grupa ludzi, która naprawdę rozumie wartość inwestowania w zdrowie, jest po prostu mniejsza. Ci, którzy mówią, że abonament na sport to inwestycja w ciało, a nie koszt, są w mniejszości.
Wróćmy do tego czasu, kiedy pojawiła się na świecie twoja córka.
Kiedyś zastanawiałam się, co było moim największym życiowym osiągnięciem i myślę, że właśnie poród w obcym kraju, po zaledwie roku, może półtora roku mieszkania w Norwegii. To było niezwykłe doświadczenie. Mój mąż był ze mną cały czas, wspierał mnie dosłownie w każdej sekundzie. Bałam się, że w bólu nagle zapomnę angielskiego albo nie będę umiała czegoś wytłumaczyć lekarzom, ale wszystko przebiegło pięknie. A po porodzie, już po dwóch tygodniach, wróciłam do zajęć online. Tylko to nie była fizyczna praca, tylko prowadzenie zajęć głosem, instruowanie, więc mogłam to robić spokojnie, siedząc z Marleen u oboku.
Zaczęłam też organizować “Pilates na trawie” i Pilates Camp na wyspie Husøy, który w czerwcu 2026 będzie miał już swoją czwartą edycję. A do studia pilates wróciłam wtedy tylko na dwie godziny tygodniowo. Niewiele, ale na tamten moment tyle mogłam. Tym bardziej, że Marleen była przy mnie, bo Marcin pracował i nie mógł jej ze sobą zabierać. I wiesz co? Tutaj to nikomu nie przeszkadzało, że dziecko leżało obok. Może to różnica kulturowa, może się mylę, ale mam wrażenie, że w Norwegii to całkowicie normalne, że dziecko jest obok mamy, że jest częścią codzienności.
Marleen rosła, a ja cały czas prowadziłam zajęcia. Aż w końcu pewnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta, była klientka z zajęć pilatesu, i powiedziała, że ma dla idealny lokal i czy nie chciałabym otworzyć własnego studio. Miejsce bardzo mi się spodobało, ale Marleen była wtedy w takim wieku, że zaczynała raczkować i chodzić i ja wiedziałam, że nie dam rady prowadzić studia z tak małym dzieckiem u boku. Po prostu nie czułam, że to bezpieczne, szczególnie przy sprzętach i maszynach. Dlatego wtedy zwolniłam tempo, ale czekałam na moment, w którym córka pójdzie do przedszkola. W Norwegii dzieci zaczynają je po ukończeniu roku, więc kiedy Marleen miała rok i cztery miesiące, pojawiła się przestrzeń na kolejny krok. Tuż przed rozpoczęciem przedszkola zadzwoniłam ponownie do właścicielki lokalu. Minęło pół roku od naszej pierwszej rozmowy, a ona odpowiedziała, że lokal wciąż czeka. I tak powstało moje studio. W październiku minął już rok od jego otwarcia.
Czy tempo życia w Norwegii różni się od tego, jakie mamy w Polsce?
Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej zauważam, jak bardzo Norwegia różni się od Polski pod względem tempa życia. W Polsce wszystko dzieje się szybko, wręcz błyskawicznie. Często trzeba zrobić coś na teraz, a najlepiej na wczoraj. Ciągle tysiące bodźców, informacji, natłok ludzi. Kiedy jadę do Krakowa, jestem zmęczona już po pierwszym dniu. Wszędzie coś się dzieje, hałas, ruch, energia i ja naprawdę czuję, jak mnie to obciąża. Tutaj jest zupełnie inaczej.
Pamiętam, jak przyjechałam do Norwegii i byłam w szoku, że w połowie listopada wiele rzeczy praktycznie nie da się już załatwić, bo wszyscy szykują się do świąt, mimo że święta są dopiero 24 grudnia. Tutaj obowiązuje inne podejście, “Ikke stress”, czyli „bez stresu”. To zdanie słyszy się naprawdę często. Jeśli nie odpiszesz na maila przez kilka dni, nikt nie robi z tego problemu. To zupełnie inny świat pod kątem tempa i oczekiwań. I człowiek po jakimś czasie naprawdę się do tego przyzwyczaja. Tu nie ma tak, że wszystko da się załatwić od ręki. Jeśli nie dziś, to jutro. Jeśli nie jutro to pojutrze. Nikt nie robi z tego dramatu. Nawet wizyta u lekarza wygląda inaczej. W Polsce często czujesz się jeszcze bardziej chora już po samej wizycie, bo dostajesz listę badań, leków, zaleceń. A tutaj lekarz potrafi spojrzeć na ciebie i powiedzieć: „Musi pani odpocząć. Proszę poczytać książkę. Proszę pójść na spacer do lasu.” I nagle czujesz się mniej chora. To jest zupełnie inne podejście do zdrowia i codzienności. Tempo życia jest tu po prostu wolniejsze, zwłaszcza w mieście, w którym mieszkam. I naprawdę czuję się z tym lepiej. Mam nieustanny kontakt z naturą. Wychodzę z domu i mam morze, kawałek dalej las. Cały czas jestem w otoczeniu przyrody i to robi ogromną różnicę. Tutaj mam poczucie, że jeśli jakieś zajęcia się nie odbędą, to świat się nie zawali.
A jak wyglądały reakcje ludzi, gdy orientowali się, że mieszkacie z małym dzieckiem w przyczepie?
W Norwegii raczej nie spotkałam się z oceną, ale z ludźmi Polski bywało różnie. Czasem słyszałam komentarze typu: „Jezu, w przyczepie? Gdzie wy będziecie to dziecko kąpać? Gdzie będziesz je przewijać? Przecież nie ma przewijaka! Dziecko potrzebuje przestrzeni!” To były reakcje raczej pełne lęku i niepokoju niż ciekawości. Norwegowie też potrafią zapytać: „Ojej, w przyczepie?”, ale to jest zupełnie inny ton. Bardziej zaciekawienie niż ocenianie. Nigdy nie czułam, żeby ktokolwiek mnie tutaj krytykował. Zresztą nasi znajomi, a mamy przyjaciół z wielu krajów, Australii, Hiszpanii, Holandii, Serbii, absolutnie nigdy nas nie oceniali. Każdy z nich przyjmował nasze decyzje jako coś naturalnego, jako część naszego stylu życia.Tutaj naprawdę nie ma znaczenia, czy mieszkasz w przyczepie, w kamperze, w szałasie czy w apartamencie.
Reakcje Polaków może wynikały też stąd, że docierają do nas historie ludzi, którym zabrano w Norwegii dzieci, ponieważ rodzice nie dopilnowali swoich obowiązków.
Tak, wiem o czym mówisz. W pewnym momencie złapałam paranoję, że ktoś przyjdzie i zabierze mi dziecko, bo mieszkamy w przyczepie. Zwłaszcza że faktycznie słyszałam historie o tym, jak odbierano ludziom dzieci. W Norwegii działa organizacja Barnevernet i były okresy, kiedy faktycznie zdarzało się, że pozwalali sobie na zbyt wiele. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że Barnevernet to państwowa instytucja, a w Norwegii istnieje bardzo konkretne podejście do dzieci. Kiedy dziecko się tu rodzi, traktuje się je bardziej jako „należące do państwa” niż wyłącznie do rodziców. Na przykład obowiązek szkolny jest absolutnie nienaruszalny. Nie ma możliwości nauczania domowego czy edukacji online. Dziecko może opuścić zaledwie dwa dni szkoły w ciągu całego roku i to już jest traktowane bardzo poważnie. Natomiast muszę przyznać, że największy nasz lęk na początku nakręcili nam Polacy. Do tego stopnia, że wstrzymaliśmy się z prowadzeniem naszego profilu vanlife’owego na Instagramie. Chcieliśmy pokazać, jak wygląda życie w przyczepie w ciąży, z małym dzieckiem, ale przez te reakcje naprawdę baliśmy się, że ktoś to niewłaściwie zinterpretuje. Pamiętam moment wizyty pielęgniarki środowiskowej. To była zima, więc to też wyglądało inaczej niż latem, gdy mieliśmy jeszcze przedsionek i większą przestrzeń do życia. Ona weszła i była absolutnie zachwycona. Powiedziała, że miała być 15 minut, ale zostanie dłużej, bo jest tak zafascynowana naszą historią. Nie było żadnych problemów. Ani jednej uwagi.
Oczywiście, może kiedy dziecko zaczyna chodzić do szkoły, potrzebuje większej przestrzeni, własnego pokoju, ale w naszej przyczepie Marleen miała miejsce dla siebie. A latem to dziecko właściwie żyje na zewnątrz, więc to zupełnie inna jakość życia. Na początku czuliśmy napięcie i niepewność, a potem przyszła ulga, bo okazało się, że tutaj naprawdę nikt nas nie ocenia.
Co najbardziej zaskoczyło cię w życiu w Norwegii?
Na pewno inaczej wyobrażałam sobie Norwegię. Nie mówię o krajobrazach, bo te są dokładnie takie, jak się je opisuje, piękne, surowe, zachwycające. Bardziej chodziło mi o kulturę i ludzi. Myślałam, że będą bardziej otwarci, bardziej bezpośredni. A jednak okazali się dość zamknięci, zdystansowani. Co mnie jeszcze zaskoczyło? Podam ci przykład. My, Polacy, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że rzeczy najpierw próbujemy naprawić, wykorzystać ponownie, dać im drugie życie. A tutaj jest inaczej. Wystarczy, że nie działa przycisk od telewizora czy innego urządzenia i oni od razu to wyrzucają. Nawet nie podejmują próby naprawy. To też pokazuje różnicę kulturową i podejście do rzeczy, do codzienności, do wygody. Tu naprawdę wiele spraw załatwia się prościej, czasem aż zbyt prosto.
Wyobrażałam sobie, że Norwegowie są jednak bardziej ekologiczni.
Właśnie to mnie też zaskoczyło. Norwegia uchodzi za kraj niezwykle ekologiczny, a w praktyce bywa różnie. Na przykład światła potrafią być zapalone cały czas. My, Polacy, mamy w głowie odruch, aby wyłączyć światło, oszczędzać wodę, bo tak nas uczono, również ze względów finansowych. Tutaj natomiast woda potrafi lecieć z kranu bez końca i nikogo to specjalnie nie rusza. Zaskoczyło mnie też to, że ogromna część produktów, zwłaszcza warzyw, jest importowana. I prawie wszystko jest zapakowane w folię – papryka, ogórki, jabłka. Mimo że mówimy o kraju, który bardzo stawia na ekologię, wiele takich codziennych zachowań wcale nie jest tak „eko”, jak można by się spodziewać. To był dla mnie jeden z „minusów”, na przykład fakt, że w sklepach praktycznie każdy za każdym razem kupuje nową foliową siatkę. Nikt nie przynosi swojej torby, jak to już stało się normą w Polsce. Tutaj foliówek zużywa się naprawdę ogromne ilości.

Daria Kister z córką /fot. archiwum prywatne
Ale są też rzeczy, które zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie, na przykład ogromne zaufanie społeczne. Kiedy organizowałam pierwszy obóz pilatesowy w hotelu, właścicielka po zakończeniu wystawiła mi fakturę, a ja powiedziałam, że przeleję środki później, bo w tym momencie nie mam jak. I usłyszałam tylko, że nie ma problemu. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z taką sytuacją – obca osoba, duża kwota, zero zabezpieczeń, a jednak pełne zaufanie. Albo ostatnio poszliśmy na zajęcia i przez przypadek zostawiliśmy samochód z otwartymi drzwiami. Dosłownie na oścież. Wróciliśmy po godzinie i oczywiście nic się nie stało. Nikt nawet nie zajrzał do środka. To jest coś, co naprawdę mnie tu zaskakuje. Norwegowie nie są przyzwyczajeni do kradzieży. To po prostu nie jest część ich kultury. Dzieciaki zostawiają rowery w lesie, na parkingu, pod szkołą, bez żadnego zabezpieczenia, i te rowery potrafią stać tak przez tydzień, nietknięte, jakby to było coś zupełnie normalnego. W Polsce taki rower zniknąłby w pięć minut. Tutaj nikt nawet nie zwróci na niego uwagi. Oczywiście, odkąd pojawiło się więcej emigrantów, również Polaków czy Litwinów, trzeba mieć trochę większą czujność. Ale prawda jest taka, że norweskie społeczeństwo wciąż opiera się na zaufaniu i braku podejrzliwości. I to naprawdę czuć na każdym kroku.
A jak wygląda przedszkole?
Są tu rzeczy, które naprawdę uwielbiam. Jedną z nich jest właśnie przedszkole. Bardzo podoba mi się to, że dzieci wychowują się głównie na zewnątrz. Nieważne, czy pada, czy wieje, dzieci taplają się w błocie, bawią, eksplorują. To jest część filozofii norweskiej edukacji i uważam, że to coś fantastycznego. I co ważne, dopóki dziecko nie ma gorączki, może chodzić do przedszkola. Katar czy lekki kaszel nie stanowią przeszkody. W Polsce często jest tak, że przy najmniejszym katarze już trzeba zostawiać dziecko w domu, co bywa frustrujące dla rodziców. Tymczasem Marleen jest już drugi rok w przedszkolu i przez ten czas może trzy razy zdarzyło się, że musieliśmy ją odebrać wcześniej z powodu gorączki. To jest dla mnie ogromny plus.
Czego nauczyło cię życie w przyczepie?
Przez to, że wybrałam taki, a nie inny model życia, zaczęłam się zastanawiać, co właściwie jest standardem. Czy naprawdę muszę mieć mieszkanie, kredyt, psa i kota, żeby wpisywać się w oczekiwania społeczne? Czy to jest jakiś obowiązek? Dlaczego życie w przyczepie ma być dziwne? Jest po prostu inne.
Życie w przyczepie nauczyło mnie przede wszystkim oszczędności. Kiedy mieszkasz w takich warunkach, nie możesz sobie pozwolić na marnowanie choćby wody. Prysznic nie trwa godzinę, ciepła woda się nie leje bez końca. To automatycznie wiąże się z ekologią. Nauczyło mnie też minimalizmu. Nie mam piętnastu par butów, nie mam pełnej szafy kurtek i rzeczy, których nie noszę. I kiedy widzę ten poziom konsumpcjonizmu u innych, mam poczucie, że my jako ludzie naprawdę się tym zadławimy. Zamiast uprościć sobie życie, produkujemy coraz więcej rzeczy, które później tylko nas obciążają. Mieszkanie w przyczepie czy w kamperze daje też poczucie wolności, którego nie da się porównać z niczym innym. To jest taka wolność, że trudno ją nawet opisać słowami. Kamperowe życie jest piękne, ale nie zwalnia z codziennych obowiązków. Natomiast to, co w tym stylu życia jest absolutnie niezwykłe, to ludzie, których spotykasz po drodze. Ich historie. Ich doświadczenia. Każdy niesie ze sobą coś wyjątkowego. Czasem siadasz z kimś przy kawie, ktoś opowie ci dwie rzeczy o swoim życiu i nagle masz wrażenie, że słuchasz gotowego scenariusza filmowego.
Od niedawna mieszkacie w apartamencie, ale jestem ciekawa czy wciąż macie z Marcinem mentalność kamperowców?
Życie w przyczepie czy kamperze naprawdę zmienia sposób myślenia. Kiedy się przeprowadziliśmy do mieszkania, nie mieliśmy absolutnie żadnych mebli, ani jednej kupionej rzeczy. I wiesz co? Wcale nie musieliśmy kupować. W Norwegii działa taka aplikacja sprzedażowa, tylko że tutaj ogromna część ogłoszeń to rzeczy za darmo. Ludzie się przeprowadzają, wymieniają kanapę na nową, pozbywają się stołu czy fotela i po prostu wystawiają to „do wzięcia”. Tak naprawdę całe nasze mieszkanie jest urządzone w stu procentach z rzeczy z drugiej ręki. Mam też wrażenie, że mamy z Marcinem jakąś magię przyciągania. Szczególnie on. Kiedy Marleen miała się urodzić, powiedział, że chciałby dla niej znaleźć taką vintage’ową kołyskę. Tu takie rzeczy są bardzo modne, a jednocześnie wciąż można je trafić w świetnej cenie. Norwegia pod tym względem jest jak skansen, dużo drewna, stare domy, domki zamiast wieżowców, klimat bardziej rustykalny niż nowoczesny. I wyobraź sobie, że wracamy któregoś dnia ze sklepu i pod jednym z kontenerów na rzeczy używane stoi idealna kołyska. Dosłownie taka, jaką Marcin sobie wyobraził. Wzięliśmy ją. Później Marleen z niej wyrosła i przekazaliśmy ją dalej znajomym, którzy spodziewali się dziecka. I tak właśnie te rzeczy tu krążą, od rodziny do rodziny. I to właśnie zostaje z życia w przyczepie, uważność. Nie chodzi tylko o oszczędność, ale o świadomość. Woda nie leje się bez końca. Rzeczy nie gromadzi się w nieskończoność. Jedzenia się nie marnuje, kupujesz tyle, ile zjesz tu i teraz. I to jest chyba największa lekcja, która z nami została.
Zobacz także
„Presję na szczęście tworzą trendy. Ich popularność wynika z potrzeb rynku – ktoś na tym zarabia” – mówi psycholog Sławomir Prusakowski
Dr Olga Czeranowska: „Myśląc o sukcesie wyłącznie w kontekście sławy, majątku i pozycji, okradamy się z poczucia, że go osiągnęłyśmy”
Magdalena Walaszek: „Osoby, które potrafią skutecznie zarządzać lękiem, często są bardziej skłonne do podejmowania odważnych działań”
Podoba Ci się ten artykuł?
Powiązane tematy:
Polecamy
Gosia ma 72 lata i jest stałą bywalczynią siłowni: „Sport dał mi zdrowie. Lata temu usłyszałam diagnozę nowotworu złośliwego”
Maria Peszek: „Z najczarniejszego momentu można wyjść”
Magdalena Wiatrowska: „Myśl ‘nie lubię swojego dziecka’ nie czyni z nikogo złego rodzica”
Bycie macochą to jedna z najtrudniejszych ról społecznych. „To są takie czarne charaktery współczesnej kultury”
się ten artykuł?