Kto to widział z wypadającymi włosami chodzić po ginekologach? O to zapytał cię lekarz, u którego byłaś, a ja pytam cię o to samo.
To fryzjerka zwróciła mi uwagę, że bardzo wypadają mi włosy, więc pomyślałam, że pójdę to zbadać u trychologa. I słyszałam od niego, że w moim wypadku powód nie jest związany z brakiem witamin, tylko z hormonami i może sygnalizować Hashimoto albo inną chorobę. Od razu zlecił mi badania hormonalne i gdyby wyszły nieprawidłowe, zasugerował, żebym udała się do lekarza odpowiedniej specjalizacji. Nie mógł mi jednak wypisać skierowania, bo trycholog nie ma ukończonych studiów medycznych, więc nie ma do tego uprawnień.
A czemu nie poszłaś po skierowanie do endokrynologa?
Bo miałam też sporo symptomów, które pojawiły się kilka miesięcy wcześniej, a z którymi i tak udałabym się do ginekologa. Wystąpiło plamienie między miesiączkami, skrócony z 7 do 3 dni okres, wydłużony cykl, bardzo bolesne piersi. Tłumaczyłam sobie to tym, że cykl bywa zmienny, a okres po 30-tce nie jest taki, jak po 20-tce, ale w „Cipkonotesie” trafiłam na informację, że te wszystkie objawy, które mam, mogą świadczyć o niewłaściwym poziomie estrogenów. Potraktowałam to bardzo poważnie, bo uważam, że profilaktyka to podstawa i warto sprawdzać i wykluczać różne ewentualności, zanim rzeczy przybiorą poważny obrót. Zdecydowałam, że zamiast doktoryzować się u doktora Googla, postanowiłam pójść do kogoś kompetentnego.
I trafiłaś do ginekologa w państwowej przychodni.
Tak. Ale najpierw powiem, dlaczego nie poszłam do swojej zaufanej, zawsze, wszystko, precyzyjnie tłumaczącej pani doktor. Wizyta u niej kosztuje 200 zł, a cytologia 150 zł. Nie stać mnie, żeby za badanie profilaktyczne zapłacić w sumie 350 zł, a potem jeszcze kolejne 200 zł za wizytę, w czasie której zostanie zinterpretowany wynik. To by było w sumie 550 zł. Stwierdziłam, że jeśli wyniki będą złe, to wtedy przyjdę do niej. Zarejestrowałam się więc w nowej przychodni, zapytałam o najbliższy termin u ginekologa i okazało się, że mogę przyjść za niespełna tydzień. 3 dni przed wizytą zaczęłam się zastanawiać, jak powiedzieć lekarzowi, z czym przychodzę i o co go proszę, żeby tylko nie zostać opieprzoną.
A skąd ta obawa?
Z moich wcześniejszych doświadczeń. Lekarze nie lubią pacjentów, którzy część odpowiedzialności chcą brać w swoje ręce. Odnoszę wrażenie, że czują się pokrzywdzeni, gdy się jest żywo zainteresowanym swoim zdrowiem. Są poirytowani, kiedy pacjent chce wiedzieć co, z czego wynika i zadaje im pytania, nie mówiąc o stawianiu hipotez. Nie po to, żeby udowadniać lekarzowi, że wie się lepiej, ale człowiek ma prawo czytać o chorobach i łączyć różne fakty, a następnie sprawdzać, czy rzeczywiście istnieje zależność. Zdarzyło mi się usłyszeć od doktora, że skoro tak się naczytałam, to może sama wyleczę się w Googlu.
Wróćmy do twojej wizyty.
Problem zaczął się już na etapie proszenia o skierowanie. Lekarz nie ustosunkował się do żadnego z objawów, o których mu opowiedziałam. Nie zapytał, kiedy miałam ostatnią miesiączkę, ani kiedy robiłam ostatnią cytologię. Jedynie, czy rodziłam, jaką stosuję antykoncepcję i czy miesiączkuję regularnie. W ogóle mnie nie słuchał, tylko powtarzał, że powinnam iść do dermatologa, bo on się włosami nie zajmuje, a na dodatek nie mi jednej włosy wypadają, więc czemu się przejmuję i przychodzę do niego z taką błahostką. Próbowałam mu bezradnie tłumaczyć, że mam też inne objawy, które chyba się ze sobą łączą, ale ja nie wiem jak i dlatego przychodzę do niego po pomoc. Zaatakował mnie, czemu trycholog nie dał mi skierowania, a przecież trycholog nie jest lekarzem, on tylko podesłał trop. Doktor był bardzo oburzony.
A ty?
Ja tylko próbowałam mu wytłumaczyć, dlaczego skierowanie na badania jest mi potrzebne. W pewnym momencie lekarz kazał mi się rozebrać i położyć na fotelu. Zero tłumaczenia, czemu ma służyć to badanie. Poczułam niezgodę, bo przecież przyszłam tylko po skierowanie i nie byłam gotowa na badanie ginekologiczne. Tym bardziej, że w gabinecie była jakaś kobieta, która pracowała przy komputerze, ale nie została mi przedstawiona. Nie wiem, jaka była jej rola.
Rolki
A zapytałaś?
Nie, bo kiedy lekarz zaczął na mnie pohukiwać, jakim prawem przyszłam do niego z włosami, które mogę sobie pielęgnować na 300 sposobów, zamiast zawracać głowę ginekologowi, to spuściłam z tonu. Miałam poczucie przegranej, bo pomyślałam sobie, że go nie przegadam. Czułam, że on nie chce mi pomoc i że jest zdegustowany moją obecnością w jego gabinecie.
Poddałaś się temu badaniu?
Tak i byłam zła przez to na siebie, ale naprawdę byłam zszokowana tym, jak nieprzyjemny i ostry był wobec mnie doktor. Nie miałam odwagi zadać pytania, czemu ma służyć badanie, bo bardzo zależało mi na skierowaniach i bałam się, że jak zacznę dopytywać, albo powiem, że nie chcę siadać na fotelu, to mi ich nie da. Sytuacja była bardzo upokarzająca. Kojarzyła mi się ze sztywną, szkolną hierarchią, z tym, że muszę się płaszczyć, wiedzieć kiedy się zamknąć, kiedy schylić głowę, to może uda się załatwić to, po co przyszłam.
Relacja lekarz-pacjent to wciąż bardzo często relacja władzy.
Badanie też było super nieprzyjemne. Lekarz bez uprzedzenia wepchnął mi palce w miejsce intymne. Niezbyt komfortowa i przyjemna sytuacja. Mam porównanie, jak takie badanie wygląda w prywatnych klinikach, a także w krakowskiej przychodzi, gdzie przez 10 lat byłam pacjentką. Lekarz informował, co robi, co za chwile będzie robić, czemu to służy, uprzedzał że może zaboleć i prosił żeby dać sygnał, jeśli poczuję ból. A tym razem, nie wiedziałam nawet, czy będę mieć wkładany wziernik. Sposób, w jaki ta wizyta przebiegała, pokazał mi, że nie powinnam się odzywać, wiec jak trusia leżałam i miałam żal do siebie, że dopuściłam do tej sytuacji.
Jak to, miałaś do siebie żal?
Bo nie potrafiłam o siebie zadbać i zaprotestować, kiedy moje granice były przekraczane i to wielokrotnie. Badanie było przeprowadzone niewłaściwie, w obecności innej kobiety, pozostawione bez żadnego komentarz. A ja tam przecież tylko przyszłam po skierowanie. Po tej wizycie mam dużo przemyśleń dotyczących tego, jak my, kobiety, jesteśmy wychowywane w tej strukturze. Nie możemy się odezwać, zapytać, zaprotestować.
Mamy być grzeczne.
I mamy znać swoje miejsce w szeregu. W pewnym momencie, kiedy ten lekarz ignorował moje pytanie zwróciłam się do niego i powiedziałam, że przyszłam do niego po pomoc, a on traktuje mnie bardzo protekcjonalnie. Przewalał oczami, sapał, dyszał. Był jak zirytowany ojciec nastolatki, która go ciągle o coś pyta, a on przecież nie jest od tego, żebym ja go pytała. Strasznie go te moje słowa wkurzyły. Zapytał mnie o wykonywany zawód, zasugerował mi wizytę u psychiatry, twierdząc, że mam podwyższony poziom agresji, z którą, jego zdaniem, sobie nie radzę. Aż w pewnym momencie zaczął do mnie mówić „per dziecko”. I kiedy zwrócił się do mnie w ten sposób trzeci raz, to mi się ulało i przypomniałam, że jesteśmy w gabinecie lekarskim i nie życzę sobie takiej poufałości. Przyznam, że sama siebie w tamtej chwili zaskoczyłam tą odpowiedzią. Gdyby ktoś mnie tak potraktował 5 lat temu, to w ogóle nic bym nie powiedziała.
Dlaczego?
Po pierwsze, to jest sytuacja dużej nierównowagi. Przychodzisz do lekarza z problemem, wiec jesteś niekompetentna. Po drugiej stronie biurka siedzi osoba w białym fartuchu, która ma wiedzę, ale to od jej dobrej woli zależy, czy da ci to skierowanie, czy ci pomorze, czy cię spuści na bambus. Po drugie, jestem wychowana w ten sposób, że starsze osoby się szanuje, a ten lekarz miał na oko 65 lat, więc był ode mnie 2 razy starszy. 5 lat temu, opór przed zwróceniem komuś starszemu uwagi czy postawieniem granicy, był we mnie bardzo duży. Teraz jest lepiej, ale i tak, po wyjściu z gabinetu zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem nie przesadziłam, że może za dużo chcę i faktycznie jestem głupią hipochondryczką. A potem pomyślałam, że gdyby mój facet albo tata, czy kolega poszedł do proktologa, to ten bez uprzedzenia nie włożyłby mu palca w tyłek, a potem nie mówił do niego per synku. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Dlatego powiedziałam, że sobie nie życzę takiego traktowania i to sprawiło, że ginekolog spuścił z tonu.
Twój kolega doradził ci, że trzeba było odpowiedzieć lekarzowi per dziadku.
Nie wyobrażałam sobie być tak chamska, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że facet powiedziałby „spier***aj dziadku”, wyszedłby wkurzony i od razu złożył skargę. Wydaje mi się, że kobiety maja dużo mniejsze przyzwolenie kulturowe na tego typu zachowania. Samo to, że po wyjściu z gabinetu pomyślałam przez chwilę, że gdybym inaczej poprowadziła rozmowę z lekarzem, to on by mnie inaczej potraktował, wiele mówi o pewności siebie. Ale to jest myślenie ofiary. „Gdyby zupa nie była za słona”, to bym nie dostała po gębie. Zauważam wciąż w sobie takie mechanizmy, ale jednocześnie zdrowsza cześć mnie mówi, że tak to nie powinno wyglądać i nie muszę tego rozkminiać. To po prostu nie powinno mieć miejsca.
Zamierzasz coś zrobić z tą sytuacją?
Tak. Kiedy rejestrowałam się na badania, pani z recepcji zauważyła, że jestem zapłakana i zapytała, czy doktor był dla mnie niemiły. To mi dało do myślenia, bo przecież mogłam płakać z powodu fatalnej diagnozy i problemów zdrowotnych. Pomyślałam, że skoro ona sama tak sformułowała pytanie, to znaczy, że prawdopodobnie nie byłam jedyną osobą. I może to nie był przypadek, że wolny termin był tak szybko, tylko nikt nie chce chodzić do tego lekarza. Jestem mega wkurzona, bo to jest praca tego człowieka, a temu lekarzowi wydawało się, że może traktować kobiety z pozycji władzy, jak mu się żywnie podoba. Dla mnie, to nie jest ok. W prywatnej klinice, to nie miałoby racji bytu. Taki lekarz zostałby natychmiast zwolniony. Nie ma miejsca na takie zachowania także w publicznej służbie zdrowia. I zamierzam złożyć skargę na tego doktora. Cieszę się też, że mam 32 lata i nie była to moja pierwsza wizyta u ginekologa. Gdyby była, to mogłabym prze kolejne 5 lat nie widywać lekarza tej specjalizacji, narażając w ten sposób swoje zdrowie, żeby tylko uniknąć ponownego wystawiania się na takie upokorzenia. A tak, wiem, że są też wspaniali lekarze i można być traktowanym po ludzku.