Przejdź do treści

Katarzyna Bosacka: „Przede mną jest druga połowa życia. Aktywna, szczęśliwa, sensowna, pełna miłości”

Katarzyna Bosacka wywiad o tym, jakie drzwi otwiera przed kobietą wiek dojrzały - na zdjęciu dziennikarka w kobaltowej bluzce w tle palma i owoce Hello Zdrowie
Katarzyna Bosacka o tym, jakie drzwi otwiera przed kobietą wiek dojrzały i jakie benefity ona sama z niego czerpie / Zdjęcie: Materiały prasowe ©️CANAL+ Polska S.A. 2023
Podoba Ci
się ten artykuł?
Podoba Ci
się ten artykuł?

– My, kobiety w wieku dojrzałym, mamy tak naprawdę dwa wyjścia: siedzieć i narzekać, jakie jesteśmy stare, brzydkie i grube, że mamy uderzenia gorąca, nie możemy spać w nocy i seks już nie taki, albo działać, iść do lekarza, zrobić badania i pomóc sobie. Ja uznałam, że to może być najlepszy czas mojego życia. Chrzanię te wszystkie narzekania, po prostu idę do przodu i inwestuję w siebie – mówi Katarzyna Bosacka. Z dziennikarką rozmawiamy o tym, jakie drzwi otwiera przed kobietą wiek dojrzały i jakie benefity ona sama z niego czerpie.

 

Marta Dragan: „Ze swojego wieku jestem absolutnie dumna i nie zamieniłabym go na żaden inny” – pisze pani na swoim profilu na Instagramie. Pięćdziesiątka to ten dobry czas w życiu kobiety?

Katarzyna Bosacka: Dobry czas tak naprawdę zależy tylko i wyłącznie od nas. Jeśli mamy naturę malkontentki, to na każdym etapie coś nam nie będzie pasowało. Ja widzę świat w różowych kolorach. Niedawno byłam w Utrechcie, w Holandii. Padało poziomo przez pięć dni i w zasadzie można byłoby podsumować ten wyjazd jednym słowem „dramat”. Ja natomiast starałam się skupić nie na przeszkodach, a możliwościach, jakie stwarzała taka aura. Ta pozytywna energia jest niesłychanie ważna. Neurofizjolodzy mówią, że lepiej się cieszyć życiem niż narzekać, bo wtedy dłużej żyjemy, jesteśmy szczęśliwsi i dzięki temu chronimy się przed wieloma chorobami.

Jakie drzwi otworzył przed panią wiek dojrzały?

W dojrzałości widzę same plusy. Po pierwsze, schudłam 17 kg, co bardzo odmłodziło mój organizm i spowodowało, że mam więcej energii, żwawiej się ruszam. Po drugie, w ciążę już nie zajdę. Dla mnie i pewnie wielu kobiet w okresie menopauzy to niesamowita ulga, że nie musimy się aż tak bardzo zabezpieczać. Chociaż dla pewności powinnyśmy to konsultować z naszym ginekologiem czy ginekolożką. Po trzecie, mam już jakiś status materialny. Nie muszę gonić za kredytem, spłacać rat, bo coś zgromadziłam w tym życiu i to daje mi poczucie większej wolności. Po czwarte, ten czas dojrzały jest świetny, bo dzieci zwykle są już odchowane. Tu jestem trochę ewenementem, bo mam dziesięciolatka, którego urodziłam w wieku 41 lat. Mimo to mam i tak nieco więcej przestrzeni dla siebie, dla swoich pasji, dla osobistego rozwoju. Mogę w końcu zapisać się na zajęcia językowe, pójść na zumbę, spotkać się z przyjaciółkami, robić coś, czego pragnęłam całe życie, ale nie było na to czasu.

W dojrzałości piękna jest też ta nieskończoność możliwości. Spotkania z seniorami z całej Polski pokazują mi, że nawet w bardzo zaawansowanym wieku mogą dziać się cudowne rzeczy. To są ludzie niezwykle aktywni, uśmiechnięci, chętni do towarzyskich spotkań, do wycieczek, a nie tylko pielgrzymek, jak nam się wydaje.

Wierzę, że ta druga część życia wcale nie musi być nudna, wręcz przeciwnie – wszystko należy do mnie

To, co pani mówi, pozostaje w kontrze do społecznego patrzenia na menopauzę przez pryzmat końca.

O menopauzie nie myślę w kategorii końca, ja w ogóle nie dzielę życia na konkretne etapy, czerpię radość z tego, co mam i co mnie spotyka. Mam zdrowe dzieci, dom, źródło dochodu, w tej chwili też więcej czasu dla siebie. To są ważne dla mnie kwestie i czuję za nie ogromną wdzięczność. Kobietom obawiającym się tego etapu w życiu warto powiedzieć, żeby nie wahały się korzystać z różnych zdobyczy nie tylko kosmetologii, ale również medycyny. Pójdźmy do ginekologa, poprośmy o HTM [hormonalna terapia menopauzalna – przyp. red.] i przedłużmy sobie trochę tę młodość. Nie w takim sensie, żeby się odmłodzić, ale żeby poprawić swoje samopoczucie, nie mieć uderzeń gorąca, problemów ze snem czy ze spadkiem aktywności seksualnej. Menopauza nie musi uprzykrzać nam życia, możemy złagodzić jej skutki. Jeśli nie HTM, to może suplementy diety, które są dostępne w aptekach.

Jest pani zdania, że świadomość tego, jakie zmiany menopauza może przynieść i jak się w tym czasie wspierać, pozwala nieco łagodniej wejść w ten etap?

Zdecydowanie, choć mówię to jako kobieta będąca w okresie premenopauzalnym. Menopauza dopiero przede mną. Kiedy? Kilka dni temu zapytałam moją cudowną ginekolożkę „i co z tą menopauzą?”, usłyszałam, że „jeszcze nie”. Na pewno mnie nie ominie, pojawi się w ciągu najbliższych lat i raczej ok. 50., a nie 70. Zakładam, że jej start trochę opóźniam swoim stylem życia. Jestem bardzo aktywna fizycznie, codziennie robię od 8 do 10 km albo idę na godzinę na siłownię. Nauczyłam się nawet czytać na orbitreku. Dużo spaceruję z psem. Dobrze się odżywiam i mam na to czas. W moim przypadku zbawienna okazała się też redukcja masy ciała – fizycznie czuję się tak, jakbym znów miała 18 czy 20 lat.

Aneta Zając o tym, jak w środowisku aktorskim traktowane są aktorki z wyższą masą ciała - na zdjęciu aktorka w czarnej koszulce z krótkim rękawem, blond włosy, delikatny uśmiech Hello Zdrowie

To bardzo zauważalna, wręcz spektakularna zmiana, która – jak zakładam – wiązała się nie tylko z wymianą garderoby, ale z pracą nad sobą, nad zaakceptowaniem nowej siebie. Co pani czuje, patrząc na swoją nową sylwetkę?

Jest mnie o kilka rozmiarów mniej. Te 17 kg, jak zwizualizuję je sobie 17 torebkami cukru na stole, to bardzo dużo. Jestem jednak dumna ze swojego obecnego wyglądu, chociaż muszę od razu zaznaczyć, że nie jest to efekt żadnej cudownej diety. W moim przypadku zadziałał bardzo mocno stres. Nigdy nie miałam czasu wyłącznie dla siebie, żeby regularnie chodzić na siłownię, zaopiekować się sobą, bo wszystko inne było ważniejsze niż ja. Teraz tak się wydarzyło, że otworzyła mi się ta przestrzeń. W nowej sylwetce czuję się dużo lepiej, dużo młodziej, dużo zdrowiej. Widzę to też po badaniach. Lepiej układają mi się profile lipidowe, cukier spadł do odpowiednich poziomów, hormony wydzielają się na inną masę ciała.

To pragnienie bycia szczuplejszą zawsze kiełkowało w pani głowie?

Jestem bardzo szczera, więc powiem wprost: ta pani, która opowiadała o zdrowym żywieniu, a miała znaczącą nadwagę, to było rzeczywiście coś, co mnie bardzo kłuło w oczy i serce. To mi przeszkadzało. Mam niedoczynność tarczycy, która powodowała, że redukcja wagi do tej pory nie była taka łatwa. Życie na dwóch liściach sałaty w moim przypadku – kobiety bardzo aktywnej zawodowo ze sporą listą obowiązków domowych – było po prostu niemożliwe. Teraz część tych obowiązków ze mnie spadła i mam więcej przestrzeni dla siebie. Zmiany, które zadziały się w moim życiu prywatnym, kosztowały mnie sporo stresu, ale też zmotywowały do bycia bardziej aktywną fizycznie. I to był mój osobisty wkład w tę dość spektakularną, jak pani zauważyła, redukcję masy ciała.

Ta pani, która opowiadała o zdrowym żywieniu, a miała znaczącą nadwagę, to było rzeczywiście coś, co mnie bardzo kłuło w oczy i serce. To mi przeszkadzało

Gdyby miała pani tę dzisiejszą siebie opisać trzema słowami, to jakie by one były?

Silna, zadowolona z życia i mądra.

A kiedy myśli pani o upływie czasu, to bliżej pani do określania go słowem starzenie czy raczej przemijanie?

Ani jedno, ani drugie, w ogóle się nad tym nie zastanawiam. Ze starzeniem nigdy nie miałam problemu. Nie robiłam sobie operacji ani plastycznych, ani nawet zabiegów z medycyny estetycznej. Nie wstrzykiwałam sobie niczego, bo chciałabym się starzeć z godnością, co nie oznacza niedbania. Dbam o siebie. Zawsze mam wykonany manicure, pedicure, zrobione włosy, makijaż jak jest taka potrzeba. Do tego regularne badania, bo wolę wydać na zdrowie niż na drogą torebkę.

Ja się nie wadzę z czasem, może dlatego, że mam bardzo pozytywną naturę. Owszem, ostatnio znalazłam się w bardzo głębokim dołku, ale przestałam w nim w pewnym momencie kopać i zaczęłam wynurzać się na powierzchnię. Pomogłam sobie na najróżniejsze sposoby, również medyczne, farmakologiczne. Mam wrażenie, że jestem zupełnie inną osobą niż jeszcze parę miesięcy temu. Myślę pozytywnie, nie mam do nikogo urazy, nie narzekam, nie kopię się z koniem. Po prostu idę do przodu. Nie po trupach, z szacunkiem do ludzi i z całym tym bagażem doświadczeń. W tym plecaku, z którym idę, staram się trzymać tylko te pozytywne doświadczenia, negatywne wyrzucam.

Jest jak w tytule pani nowego programu „Bosacka daje radę”?

Świetny tytuł w tych okolicznościach, prawda?

O tak. Brzmi dość przekornie. Takie było założenie?

Tytuł został wymyślony rok temu. Nie jestem kukiełką, która coś odgrywa w tym okienku teatralno-telewizyjnym. To mój program autorski, do którego sama sobie piszę scenariusz. Wiem, że już bije jakieś rekordy popularności i cieszy mnie, że mam wiernych odbiorców.

Ostatnio znalazłam się w bardzo głębokim dołku, ale przestałam w nim w pewnym momencie kopać i zaczęłam wynurzać się na powierzchnię

To, co pani mówi, dowodzi tego, że ta 50. to super szansa na pełnię życia, na nowe rozdziały, nowe cele. Pamięta pani moment graniczny, który zadecydował, że na takich, a nie innych zasadach chce pani wejść w tę dojrzałość?

Czasem jest to po prostu silne doświadczenie życiowe, czasem to moment, kiedy patrzymy, że ten nasz związek z wieloletnim partnerem nie jest już tak fajny jak był i zawsze chciałyśmy to zmienić. To zmieniamy teraz, bo przed nami jeszcze prawie połowa życia.

My, kobiety w wieku dojrzałym, mamy tak naprawdę dwa wyjścia: siedzieć i narzekać, jakie jesteśmy stare, brzydkie i grube, że mamy uderzenia gorąca, nie możemy spać w nocy i seks już nie taki i olaboga, olaboga, albo działać, iść do lekarza, zrobić badania i pomóc sobie. Ja uznałam, że to może być najlepszy czas mojego życia. Chrzanię te wszystkie narzekania, po prostu idę do przodu i inwestuję w siebie.

Jestem przekonana, że przede mną jest druga połowa życia. Aktywna, szczęśliwa, sensowna, pełna radości. Będę spotykać jeszcze mnóstwo ciekawych ludzi, na pewno spotkam miłość, jestem o tym przekonana. I wierzę, że tak będzie, a jak wierzymy i nie jesteśmy wampirami energetycznymi, tylko wręcz przeciwnie – dajemy innym ludziom energię, to ta energia, to dobro do nas wraca.

Przypominają mi się słowa Helen Mirren, która mówiła: „Albo umierasz młodo, albo się starzejesz. Nie ma innego wyjścia, chyba lepiej się tym cieszyć”. Czyli bierzemy ten etap z całym dobrodziejstwem, a jak trzeba, to sobie dosładzamy?

Właśnie tak, wykorzystajmy to, że mamy czas dla siebie. Jest mnóstwo zajęć językowych, gimnastycznych od zumby po latanie na szarfach. Spotykajmy się z przyjaciółkami, wychodźmy na randki. To jest ten moment, kiedy rzeczywiście możemy coś z tym życiem pozytywnego zrobić. Tę całą energię, którą spalamy na narzekanie, lepiej przekierować w coś, co nas zbuduje. Wepchnąć ją w działanie. Róbmy sobie małe przyjemności. To życie jest też po to, a nie żeby zasuwać i jak męczennica zawzięcie ogarniać tylko tę domową kuwetę.

Co najlepiej widać w okolicy świąt wszelakich.

I te memy z mamusiami, które siedzą jak zombie przy świątecznych stołach, bo musi być wszystko wyczyszczone włącznie z widelczykami do deserów, prawda? A po co? Wtłaczamy się w rolę matki-Polki-pielęgniarki-ogarniaczki, co wszystko musi załatwić, bo to jest ważniejsze. Właśnie nie, to nie jest ważniejsze na żadnym etapie życia.

Nigdy nie zgadzałam się z przesłaniem programu "Perfekcyjna Pani Domu", bo naprawdę okna mogą być brudne, kurz na białej rękawiczce też nie jest powodem do wstydu, naczynia mogą poczekać

Najważniejsze w domu jest to, żeby były prawdziwe relacje. Od naczyń ważniejsza jestem ja.

Kiedy przekraczała pani kolejną dekadę, obawiała się pani tej przezroczystości, która martwi sporo kobiet?

Właśnie nie, wręcz przeciwnie. Teraz uważam, że to jest świetny czas w moim życiu. Oczywiście bywa, że dopada mnie „peselioza”. Na przykład bardzo nie znoszę okularów do czytania i robię wszystko, żeby udawać, że nadal są mi niepotrzebne. Biorę już jakieś tabletki, bo mam od 10 lat niedoczynność tarczycy. Z kolei moja mama ma lat 83 i poza witaminą D3 nie bierze żadnych leków, pielęgniarki patrzą na nią jak na zjawisko.

Jakieś 10 lat temu odwiedziłam moją przyjaciółkę Irenkę w Kanadzie. Ona miała na ścianie zegar, który zwrócił moją uwagę. Na jego tarczy zaznaczone były godziny, a dwie wskazówki zwisały jak flaki. Pod zegarem było napisane „whatever”. I tak żyje moja mama. Ma 12 lat młodszego partnera, jest bardzo aktywna. Jeszcze przed pandemią było tak, że cały weekend nie mogłam się do niej dodzwonić. Oddzwoniła do mnie dopiero w poniedziałek, na co ja: „Mamo, gdzie ty byłaś? Martwiłam się!”. A ona: „W piątek byliśmy na fajfach, czyli tańcach, w sobotę poszliśmy na koncert, a w niedzielę spotkałam się z przyjaciółkami na winku”. Ona miała wtedy 78 lat.

To pokazuje, że w życiu można być 17-letnim staruchem i nudziarzem, ale można też być 86- czy 90-latką pełną życia, tryskającą humorem, dla której PESEL to tylko ciąg cyfr. Nie chodzi więc o to, na którym etapie życia jesteśmy, tylko jakimi jesteśmy ludźmi. Ja chcę żyć dokładnie jak moja mama.

Czego mogę pani życzyć na ten nowy rok?

Miłości oczywiście.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy: