Urodziła się 14 października 1880 roku w majątku ziemskim pod Kielcami. Po ukończeniu pensji w Krakowie spędziła rok w Warszawie, gdzie zaliczyła kurs Klasy Dramatycznej przy Warszawskim Towarzystwie Muzycznym. W tym czasie była to jedna z najlepszych szkół aktorskich na ziemiach polskich. W 1900 roku zadebiutowała w teatrze lwowskim. Trafiła tam z polecenia młodopolskiego poety Kazimierza Przerwy-Tetmajera, który był w niej ponoć bez wzajemności zakochany. Wyjazd do Lwowa i utrzymanie się tam stały się pierwszą lekcją samodzielności: „Rodziło się przeczucie, że tam wszystko będzie inaczej, niż sobie wyobrażam, że tam stanie się coś, co się stać… nie powinno. Co mnie pcha w objęcia tak niepewnej przyszłości? Bladły mi w oczach te urojone sukcesy… Boże miłosierny! Jak mojej matki, tak i moje miejsce jest tutaj, na tej ziemi ukochanej, którą dziś opuszczam” – wspominała swoje rozterki związane z wyjazdem.
Choć we Lwowie przez długi czas dostawała tylko niewielkie, drugoplanowe role, zauważył ją dyrektor krakowskiego Teatru Miejskiego. „Wybierając tani narybek aktorski, zwrócił uwagę także na mnie i zaproponował engagement. Podskoczyłam z radości, bo sama myśl powrotu w krakowskie mury napełniła mnie wielką radością” – opisywała w swoich wspomnieniach.
W ciągu trzech lat w Teatrze Miejskim w Krakowie zagrała około sześćdziesięciu ról, stając się jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek krakowskiej sceny. W tym czasie wyszła też po raz pierwszy za mąż, rozwiodła się i miała krótki romans z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim.
W 1907 roku wyjechała do Rzymu, by pobierać tam lekcje śpiewu. Z czasem Włochy stały się jej drugą ojczyzną, choć role operowe nie przyniosły jej takiej sławy, jak polskie teatry. Wiele czasu i uwagi poświęciła na uzupełnianie edukacji i planowanie podróży. „Zawsze wiedziałam, co robić z pieniędzmi, czy ich miałam dużo, czy mało, jak również co robić z czasem, który uciekał tak szybko, że ledwie mu nadążałam, świadoma, że jest on moim największym życiowym kapitałem, o który zawsze byłam i jestem zazdrosna, jak kochanka” – pisała.
Prawdziwe podróże pojawiły się w jej życiu po ślubie z Józefem Toeplitzem, bardzo zamożnym dyrektorem włoskiego banku. Na początek wybrała Indie: „Stawiając pierwsze kroki w porcie w Bombaju, poczułam się niemowlęciem na rozstajach nieznanego świata” – wspominała pierwszą wyprawę. Później przyszedł czas na Cejlon i Birmę, a w kolejnej wyprawie – na Mezopotamię i Persję w dolinie Eufratu i Tygrysu. Kilka lat później ponownie odwiedziła Indie, by stamtąd dotrzeć do Kaszmiru i Tybetu.

Pocztówka z Jadwigą Toeplitz-Mrozowską z 1903 roku / Źródło: Bliblioteka Narodowa, domena publiczna
Choć na początku traktowała podróże wyłącznie turystycznie, z czasem zaczęła studiować geografię i historię odwiedzanych miejsc, robić notatki, mapy i kupować cenne pamiątki. Po II wojnie światowej przekazała swoje zbiory Muzeum Narodowemu w Warszawie. „Mam wrażenie, że urodziłam się podróżniczką, więc radość życia rozbudzały we mnie dalekie morskie podróże, pustynie, skaliste zręby, bagniste i złowrogie” – pisała po latach.
Rolki
Podróżą jej życia stała się eksploracja Pamiru w 1929 roku. Jako członkini Włoskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego Toeplitz-Mrozowska dostała misję zorganizowania ekspedycji na całkowicie jeszcze wówczas nieznane tereny na pograniczu obecnego Tadżykistanu, Kirgistanu, Afganistanu i Chin. Dzięki finansom męża Jadwiga skompletowała ekipę składającą się z profesora uniwersytetu, przedstawiciela ambasady, operatora kamery i sześciu tragarzy. W ciągu dwóch miesięcy podróżnicy przejechali konno i przeszli blisko 1800 kilometrów. Uczestnicy wyprawy nie mieli doświadczenia przebywania na wysokości kilku tysięcy metrów n.p.m., dokuczało im zimno, brakowało pożywienia, bronili się przed bandytami.
Cel wyprawy, czyli rozrysowanie mapy tego rejonu świata, został jednak zrealizowany, a organizatorka otrzymała za to, jako pierwsza kobieta w historii, złoty medal Włoskiego Towarzystwa Geograficznego. Na jej cześć jedna z odkrytych przełęczy została nazwana jej imieniem i nazwiskiem. Jadwiga Toeplitz-Mrozowska, wówczas prawie pięćdziesięcioletnia, podróż tę przypłaciła jednak zdrowiem. „Po powrocie do domu ważyłam czterdzieści kilogramów. Za mało. Toteż dla odpoczynku leżałam w ogrodzie, na trawie, w towarzystwie moich psów, które znosiły przy mnie obecność tylko mojej matki i męża” – pisała.
W kolejnych latach jej twórczość artystyczna powoli wygasała, była za to coraz bardziej ceniona jako popularyzatorka wiedzy o świecie. Uważano ją za autorytet w tej dziedzinie, wygłaszała wykłady, udzielała wywiadów. W 1930 roku w języku włoskim wydana została jej książka poświęcona wyprawie do Pamiru, którą kilka lat później przetłumaczono na język polski. Po niej powstały dwie kolejne książki podróżnicze i powieść obyczajowa, także po włosku. „Nie zapomnę nigdy podziękowania robotników mediolańskich, wyrażonego chórami i orkiestrą siarczyście rżnącą na moją cześć… mazurki i krakowiaki!” – wspominała sławę, jaką przyniosła jej nowa aktywność. Z wykładami i odczytami jeździła po Europie prawie do 80. roku życia.

Jadwiga Toeplitz-Mrozowska podczas odczytu na temat swojej wyprawy w gmachu Towarzystwa Higienicznego w Warszawie / Źródło zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe
W latach 30. Toeplitzowie osiedlili się w willi w Varese w Lombardii. Miejsce to szybko stało się ulubionym celem turystów, ceniono aranżację otoczenia willi, a szczególnie ogromny, zaprojektowany przez Toeplitz-Mrozowską park przypominający ogrody na Bliskim Wschodzie. Podróżniczka pozostała już we Włoszech na stałe, oddając się swojej kolejnej pasji, czyli ogrodnictwu. „Przeglądając pewnego dnia lokalną gazetę, znajduję zaproszenie naszego burmistrza, wystosowane do wszystkich właścicieli sadów w prowincji, by wzięli udział w mającej się odbyć wystawie owoców w Varese. Świetnie! Muszę wziąć pierwszą nagrodę!” – pisała po latach.
Po jej śmierci w 1966 roku Villa Toeplitz została uznana za zabytek, obecnie jest jedną z ciekawszych atrakcji turystycznych tego rejonu Włoch, zwłaszcza wodne, tarasowe ogrody, które wymienia się wśród dziesięciu najpiękniejszych parków w tym kraju.
W ostatnich latach podróżniczka piękną, staranną polszczyzną spisała swoje wspomnienia. „Dziś, kiedy mój koniec się zbliża, poprzedzony odejściem mojego męża, wyznaję: Z miłości się urodziłam, miłością żyłam, kochając umrę wpatrzona w słońce miłości” – zakończyła swoją książkę pt. „Słoneczne życie”, z której pochodzą wykorzystane w artykule wypowiedzi bohaterki.