Przejdź do treści

„Kogo nie kangurujecie? 11-letniego Wojtka, 9-letniego Bartka, 12-letniej Sandry….” Internautka napisała gorzką prawdę o tuleniu maluchów w ośrodkach preadopcyjnych

istockphoto.com
istockphoto.com
Podoba Ci
się ten artykuł?
Podoba Ci
się ten artykuł?

„Małe dzieci są słodkie. Nawet te z niepełnosprawnościami, z FASem, z rozszczepem podniebienia. Szczenięta są słodkie, kocięta są słodkie i ludzkie dzieci też są słodkie, dopóki są małe” – pisze Anna Krawczak. To kontra do jednego z ostatnich postów Szymona Hołowni. I nie sposób się z nią nie zgodzić. 

Sytuacja dzieci z polskich domów dziecka

Szymon Hołownia, dziennikarz, pisarz i publicysta, po raz kolejny zachęcił internautów do wsparcia akcji związanej z tuleniem dzieci w ośrodkach preadopcyjnych. Dziennikarz w poście na Facebooku napisał, jak wygląda życie maluchów z okien życia, tych pozostawionych po porodzie oraz dzieci z FAS.

„Proszę. Poświęćcie KWADRANS (tyle to zajmie) na osobiste zapoznanie się z ośrodkiem w Otwocku i z Gajuszem. Jeśli możecie – dajcie im lajka. Wpłaćcie. Kupcie słoiczki czy inne rzeczy, których potrzebują (piszą o tym na profilach). Udostępnijcie, powiedzcie o nich innym. DZISIAJ. Takich miejsc jest w Polsce jeszcze trochę.

One bardzo potrzebują wsparcia. I ludzi, którzy wiedzą, że ze złem walczy się nie tylko pisząc gniewne komentarze, jak ktoś coś zrobi źle, ale przede wszystkim realnie dodając siły tym, co robią coś dobrze. Zostańcie z nimi nie tylko na piąteczek. Na dłużej” – pisze Szymon Hołownia na Facebooku.

W odpowiedzi na post Hołowni w mediach społecznościowych pojawił się apel Anny Krawczak. Badaczka pisze w nim, że pomoc proponowana przez dziennikarza jest tzw. pomocą „instant”.

„Pomoc, którą proponuje Hołownia, i która jest tak chętnie podejmowana przez Jego followersów, to pomoc instant.
Możesz pić w spokoju swoje prosecco, ale za zgrzewkę Gerberów przekazanych do domu dziecka kupisz sobie spokojne sumienie.
Możesz wyjechać na urlop, bo ratujesz dzieci darowizną wpłaconą na utrzymanie takiego ośrodka (rodziny zastępcze niezawodowe nie pojadą na urlop, nam nie przysługują urlopy od pracy; pracujemy 24/7. Nie, nie dostajemy za to pensji).
Możesz iść tulić niemowlaki, co jest przecież bardzo przyjemne, i poczuć się później jakbyś przewaliła łopatą trzy tony Dobra i Miłości” – pisze Anna Krawczak.

Kim jest Anna Krawczak? To badaczka i członkini Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW, wieloletnia przewodnicząca Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”, konsultantka społeczna WHO w dziedzinie niepłodności i autorka wielu książek oraz artykułów.

Do wyświetlenia tego materiału z zewnętrznego serwisu (Instagram, Facebook, YouTube, itp.) wymagana jest zgoda na pliki cookie.Zmień ustawieniaRozwiń

„Kogo nie kangurujecie?”

„Małe dzieci są słodkie. Nawet te z niepełnosprawnościami, z FASem, z rozszczepem podniebienia. Szczenięta są słodkie, kocięta są słodkie i ludzkie dzieci też są słodkie, dopóki są małe.
Nie wątpię, że chętni wolontariusze do kangurowania ustawiają się w kolejce. Kto by nie chciał potulić takiego maleńtasa, cztery godziny dziennie, nasycenie własnego ego osobistą dobrocią rozsadza skalę. Do prywatnego domu i spokoju wracacie pijani endorfinami, możecie strzelić selfie.
Kogo nie kangurujecie?

Jedenastoletniego Wojtka, szósty rok w rodzinie zastępczej mojej koleżanki. Dla Wojtka pracownicy lokalnego dyskontu otwierają osobną kasę, bo wiedzą, że Wojtek nie może poczekać. Wojtek ma tak poważne zaburzenia i zespół stresu pourazowego, że jeśli tej kasy nie otworzą, to Wojtek rozwali im sklep i rzuci kilka czułych chuj** do klientów.

Dziewięcioletniego Bartka, autysty, trzeci rok w rodzinie zastępczej kolejnej mojej koleżanki. Bartek nazwie was 'piz**’ jeśli podacie mu czerwony klocek zamiast zielonego. Bartek nie jest słodki.

Dwunastoletniej Sandry, czwarty rok w rodzinie zastępczej innej mojej koleżanki, masywne wykorzystywanie seksualne, wciąż w terapii, ale jest progres. Rodzina zastępcza Sandry opłaca tę terapię z własnej kieszeni. Powiat rodziny zastępczej Sandry płaci ponad sześć tysięcy za jedno dziecko w domu dziecka na swoim terenie, ale opiekunowie Sandry dostają niespełna 1000 zł na pokrycie kosztów opieki, bo są rodziną zastępczą, a nie ośrodkiem. W ubiegłym miesiącu Sandra trzeci raz rozwaliła drzwi od pokoju” – pisze Anna Krawczak.

Anna Krawczak dodaje, że „dzieci tracące swoje biologiczne domy czasem są słodkie, a czasem zupełnie niesłodkie”.

„Żadnemu z nich nie da się jednak wyprostować ścieżek i życia w trybie doraźnym, nieangażującym, zdalnym. Dzieci wymagają miłości, pracy i czasu.

Zagryzania zębów przez dorosłych, bezsilnego płaczu w klopie (żeby nie widziały, że ryczysz i że czujesz, że już nie dasz rady), spędzonego wspólnie czasu jeden na jeden, całkowita wyłączność, jestem przy tobie choćby świat się walił. Możesz mi zaufać, możesz zbudować ze mną więź. Nie skrzywdzę cię, nie oddam następnej osobie ze zmiany i będę przy tobie, gdy obudzisz się w nocy z krzykiem. Będę twoim opiekunem spolegliwym” – czytamy w poście.

Badaczka wskazuje także wielką przepaść finansową, która dzieli ośrodki preadopcyjne od rodzin zastępczych. Anna Krawczak zdaje sobie także sprawę z tego, że nie każda z nas może pozwolić sobie na stworzenie rodziny zastępczej. Proponuje jednak inne wyjście – wolontariat.

„Nie da się tego robić na pół gwizdka. Przykro mi, ale nie.
Nie da się tego zrobić w żadnym domu małego dziecka i nie ma znaczenia, jak piękne będzie mieć ten dom tapety, ilu wolontariuszy i jak oddany personel.

W Polsce nie ma miejsca dla domów dziecka dla dzieci poniżej 10. roku życia. Nie ma.
Miejsce dziecka jest w rodzinie.
Zakładajcie rodziny zastępcze.
To najgorsza praca na świecie. To najlepsza praca na świecie” – dodaje.

Para przytulająca się

„Miejscem dla dziecka jest rodzina”

Nie da się przejść obojętnie wobec tych wzruszających słów. Nie tylko mi, ale wielu innym internautom. Post Anny Krawczak stał się prawdziwym viralem. W 16 godzin udostępniono go ponad 540 razy i skomentowano ponad 140. Kilka godzin temu post dotarł także do Szymona Hołowni. Dziennikarz nie kazał długo czekać na swoją odpowiedź.

Do wyświetlenia tego materiału z zewnętrznego serwisu (Instagram, Facebook, YouTube, itp.) wymagana jest zgoda na pliki cookie.Zmień ustawieniaRozwiń

„Nie jest to post przyjemny dla mnie osobiście, robi ze mnie naiwnego idiotę. Ale uważam, że powinienem go udostępnić, że Państwo powinniście go przeczytać, bo jest w nim mnóstwo ważnej prawdy. Tak – miejscem dla dziecka nie jest dom dziecka (czy Interwencyjny Ośrodek, taki jak otwocki, czy łódzkie Tuli Luli).

Miejscem dla dziecka jest rodzina, bo to rodzina najlepiej uczy relacji, miłości, odpowiedzialności, nie dom dziecka, a i utrzymanie takiego dziecka w rodzinie zastępczej jest kilkakrotnie tańsze.

Poza tym – dzieci, zwłaszcza te które już niemowlakami nie są, też potrzebują, bardzo potrzebują ludzi… Co można zrobić? Założyć rodzinę zastępczą – to wyzwanie, to jasne. Ale w poście pani Anny jest jedna WSPANIAŁA myśl: można rozejrzeć się, czy w okolicy ma się taką rodzinę i zgłosić się do niej jako wolontariusz. Odciążyć rodziców choć na chwilę, pomóc tym czym, co się umie w codzienności. To naprawdę może pomóc uratować kolejne dziecko (niemowlaka czy nie), i kolejne…. – przecież każde zasługuje na wszystko” – pisze Szymon Hołownia.

Chcesz zrobić coś dobrego? Czujesz, że potrafiłabyś pomóc wybranej rodzinie wielodzietnej? Poszukaj, czy w twojej okolicy nie ma rodzinnych domów dziecka. Pomożesz nie tylko dzieciom, ale – co najważniejsze – osobom, które poświęciły całe swoje życie, by je wychować.

Przytulanie maluchów, do którego coraz częściej zgłaszają się wolontariusze, oczywiście też jest ważne. Ale godzinne trzymanie dziecka w ramionach nie może równać się stworzeniu prawdziwego domu zastępczego. Porzucone dzieci potrzebują miłości przez całą dobę. I nie możemy o tym zapominać.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?