Przejdź do treści

Sabina Jakubowska: „Jeśli położna jest wystarczająco silna i wierzy w rodzącą, bezpieczny poród jest możliwy nawet na górce węgla w piwnicy”

Rok 1934, Uczennice Szkoły Położnych podczas mycia i ważenia noworodków - Hello Zdrowie
Rok 1934, Uczennice Szkoły Położnych podczas mycia i ważenia noworodków / Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Powojenne akuszerki i współczesne położne łączy odpowiedzialność i empatia. To zawód, w którym odpowiada się za dwa życia. Jeśli rodząca jest „zobaczona”, poród przyjęty, a nie „odebrany”, to całe macierzyństwo staje się łatwiejsze – mówi Sabina Jakubowska, autorka książki „Położne”.

 

Monika Głuska-Durenkamp, Hello Zdrowie: Najpierw pani „Akuszerki”, teraz „Położne”, podobnie jak reportażowa opowieść „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak podejmują temat ciężkich losów kobiet – naszych babek, prababek, patriarchatu, ale i konieczności podejmowania trudnych wyborów, by zachować godność…  

Sabina Jakubowska: Tak, „Chłopki” są trudne, momentami bolesne, ale dla wielu wyzwalające, bo pozwalają zrozumieć mechanizmy generacyjne, psychologiczne, społeczne. Umożliwiają spojrzenie na przeszłość własnej rodziny i zrozumienie uwarunkowań poprzednich pokoleń. Moje powieści opowiadają o tych pokoleniowych doświadczeniach poprzez losy fikcyjnych bohaterek. W „Położnych” rzeczywistość jest nam bliższa w perspektywie czasowej niż ta z „Akuszerek”, które dzieją się w XIX i na początku XX wieku. Wiele z nas zna historię wojny i powojnia, jeśli nie z własnego doświadczenia, to z opowieści mam, babć. Czasem wplatam postaci historyczne.

Na przykład jakie?

Doktor Ada Markowa-Rutkowska, przewodnicząca Krakowskiego Towarzystwa Ginekologicznego, organizatorka Związku Zawodowego Położnych, a także profesor Franciszek Bujak, historyk i społecznik, czy profesor Władysław Szafer, botanik, dyrektor krakowskiego Ogrodu Botanicznego. Jeszcze nim zaczęłam pisać „Położne”, podczas rozmów z moją wydawczynią Anną Zdrojewską-Żywiecką opowiadałam o tych postaciach, fascynowały mnie one. Niemal żałowałam, że wydałam już „Akuszerki”, bo chciałam te osoby pokazać światu. Nie czułabym się jednak dobrze w pisaniu biografii. Wydawczyni z błyskiem w oku powiedziała: „To napisz o tym wszystkim. I opisz też powojenne izby porodowe”. I to był moment przełomowy.

Sabina Jakubowska - Hello Zdrowie

Sabina Jakubowska / Fot. Katarzyna Dróżdż

Wiem z innych wywiadów, że na początku nie chciała pani pisać tej książki. Co sprawiło, że zmieniła pani zdanie?

Nie planowałam kontynuacji. Premiera „Akuszerek” w Brzesku była dla mnie wieczorem pełnym satysfakcji, radości i spełnienia, ale na drugi dzień wybuchła wojna w Ukrainie. Jechałam do Warszawy na promocję, a na dworcach koczowali uchodźcy, głównie matki z dziećmi. Już nie umiałam się cieszyć, skoro tyle osób obok cierpiało. Przyjaciółka przekonała mnie, że lektura „Akuszerek” pomaga radzić sobie z lękiem, że jest to opowieść, jak radzić sobie, aby przetrwać, także wojnę – i umieć wzajemnie się wspierać. Kluczowe dla mojej decyzji były jednak spotkania autorskie. Odbyłam ich mnóstwo i wszędzie padało to samo, bolesne pytanie.

O co pytały kobiety?

„Dlaczego nie miałyśmy takich porodów, jak są opisane w tej powieści?”, „Dlaczego nie mogłyśmy urodzić w domu, jak pani bohaterki?”, „Dlaczego nasze mamy tak nie miały?”.  Pytały o to zarówno kobiety z mojego pokolenia, jak i te starsze, rówieśnice mojej mamy, czy jeszcze starsze, rodzące w czasach powojennych.  Były to bardzo emocjonalne rozmowy, czasem pełne łez i bólu.

na zdjęciu: Alexander Fleming w swoim laboratorium - Hello Zdrowie

Poczuła pani, że ma zadanie do wykonania…

Ponieważ mam zasoby, by odpowiedzieć na te pytania. Wcześniej, pisząc doktorat, badałam imiona nadawane noworodkom przez ostatnie 200 lat. Zgłębiałam temat z punktu widzenia antropologiczno-kulturowego, socjologicznego, demograficznego, a przy okazji zagłębiłam się w historię porodu, jego uwarunkowań. Rozmawiałam też z wieloma położnymi. Wszystkie opowiadały mi, jak bardzo kochały swoją pracę. To mną wstrząsnęło, bo z jednej strony były położne pełne pasji, a z drugiej – ta ogromna trauma pokoleniowa rodzących kobiet. Gdzieś pośrodku musiało być jakieś zerwane połączenie, które chciałam odnaleźć.

Sama jest pani doświadczoną doulą i od 14 lat towarzyszy kobietom przy porodach. Jak to wpłynęło na pani książkę?

Towarzyszę kobietom w porodach, znam ból rodzącej, fizjologię, zapachy, krzyk, emocje… Wiem też, że poród może iść z „duchem procedury”, ale bez patrzenia na kobietę. Może też wyglądać zupełnie inaczej. Poród jest dobry, gdy „zaopiekowane” jest nie tylko ciało kobiety, ale i jej emocje. Jeśli rodząca jest „zobaczona”, poród przyjęty, a nie „odebrany”, to całe macierzyństwo staje się łatwiejsze. Badania wskazują, że kobieta ma także mniejsze ryzyko depresji poporodowej. Poza tym, gdy matka podczas porodu poczuje swoją moc, siłę, będzie czuła się kompetentna w macierzyństwie. Nie szuka odpowiedzi u innych, bo ufa sobie. I właśnie o tym chciałam napisać.

Rok 1963, Oddział położniczy w szpitalu / Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Rok 1934, Uczennice Szkoły Położnych podczas mycia i ważenia noworodków / Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Rok 1934, Klinika Położnicza i Chorób Kobiecych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie / Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Rok 1943, Budynek mieszkalny, na laubie (ganku) szyld "Hebamme" (pol. akuszerka) /Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Rok 1963, Oddział położniczy w szpitalu / Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Co jeszcze pani zauważa podczas takich „dobrych” porodów?

Widzę ogromną różnicę, gdy kobieta czuje się widziana. Nawet jeśli poród kończy się cesarskim cięciem, matka, która miała wsparcie, nie wychodzi z niego z poczuciem porażki. Wie, że zrobiła wszystko, co mogła.

Co łączy dawne akuszerki, te powojenne, i współczesne położne?

Odpowiedzialność i empatia. To zawód, w którym odpowiada się za dwa życia. W jednym z międzywojennych numerów miesięcznika „Położna” pisano, że akuszerka odpowiada za to życie, które dopiero nadchodzi, i za życie kobiety. Trzeba umieć szybko rozeznać się w sytuacji, szacować ryzyko, podejmować decyzje. Dawniej akuszerki szły do porodu z kuferkiem, albo i bez niego, wezwane z pola czy z drogi do sklepu. Musiały rozejrzeć się, zrozumieć, czy większym problemem jest lęk, brak współpracy, a może komplikacja medyczna. Ich rola nie polegała tylko na ocenie rozwarcia czy ułożenia dziecka, ale na umiejętności zobaczenia bieżącej potrzeby konkretnej kobiety. Najważniejszym zadaniem akuszerki czy położnej jest to, aby pokazać rodzącej, że wierzy się w jej poród. Jednocześnie z tyłu głowy przewidywać możliwe zagrożenia.

Postać Stanisławy Leszczyńskiej była dla mnie inspiracją przy konstruowaniu scen porodów w nieludzkich warunkach. W jej biografiach uderza jedno: w Auschwitz, gdzie panował brud, głód i permanentny strach, żadna z jej podopiecznych ani żadne dziecko nie umarło przy porodzie

A co odróżnia światy pani dwóch bohaterek – matki i córki: Franciszki Diabelec i Reginy Zdzieńskiej?

Franciszka odkrywa swoje powołanie i pomaga kobietom w przyjmowaniu porodów na wsi w końcu XIX wieku. Dzięki swojej determinacji rozpoczyna naukę w Szkole Położnych, mieszczącej się w Krakowie, i zostaje akuszerką. Nigdy nie wie, kiedy zostanie wezwana do rodzącej, czy zdąży zjeść, wyspać się, wyprać fartuch. Zgodnie z przysięgą ma przyjść z pomocą każdej kobiecie, niezależnie od uwarunkowań, pogody, podczas wojny czy pokoju. A Regina żyje już w innym świecie. Jej młodość przypada na czasy międzywojenne. Jej życie komplikuje się, gdy zaczyna się II wojna światowa. Regina jest wykształcona, pracuje w krakowskiej klinice, w systemie dyżurowym. Spotyka kobiety, których wcześniej nie znała, opieka jest fragmentaryczna, przerywana też w sensie emocjonalnym. To zupełnie inne doświadczenie. Franciszkę poznajemy jako młodą, nieśmiałą dziewczynę, która uczy się odwagi i pewności siebie. Zostawiamy jako dojrzałą kobietę. Regina wkracza już jako silna, doświadczona i świadoma kobieta. Czasem zazdrości matce naturalności chodzenia „po chałupach”, ale bierze na siebie odpowiedzialność świata, w którym przyszło jej pracować, i chce robić to najlepiej jak potrafi.

Niezwykle i pięknie, ale i dramatycznie opisuje pani scenę porodów w piwnicy podczas wyzwalania Krakowa, w styczniu 1945 roku…

Regina trafia do piwnicy, w której przed bombardowaniem ukrywają się lokatorzy, także kobiety rodzące. Armia Czerwona zbliża się do miasta, kobiety są na różnych etapach porodu, jedna rodzi, inna traci dziecko. Nie ma ciepłej wody, jest kawałek świeczki. Regina wie, że musi działać. Właśnie w takich momentach widać, jak wygląda ten zawód. Potrzeba odpowiedzialności, empatii i wiary w kobietę, a także w życie, które się rodzi. Nawet w najciemniejszej piwnicy w mrocznych czasach.

Na czarno-białym zdjęciu Teresa Radecka-Kozłowska leczy zęby pacjentowi w ambulansie dentystycznym, wszystkiemu przyglądają się dwie kobiety

W książce wspomina pani o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej, więźniarce Auschwitz, która w ekstremalnych warunkach przyjmowała na świat dzieci. 

Postać Stanisławy Leszczyńskiej była dla mnie inspiracją przy konstruowaniu scen porodów w nieludzkich warunkach. W jej biografiach uderza jedno: w Auschwitz, gdzie panował brud, głód i permanentny strach, żadna z jej podopiecznych ani żadne dziecko nie umarło przy porodzie. To jest niezwykłe. Przecież poziom adrenaliny u tych więźniarek musiał być olbrzymi, a wysoka adrenalina blokuje poród.

Jak to możliwe?

Stanisława, zwana Mateczką i Aniołem Życia, potrafiła dać kobietom spokój i poczucie więzi. To zaś wyzwalało naturalną oksytocynę, bo „hormonalna miłość” bierze się z zaufania. Leszczyńska nie nacinała krocza, nie szyła, bo nie miała czym, ale nie było to potrzebne. To pokazuje geniusz natury. Jeśli położna jest wystarczająco silna i wierzy w rodzącą, bezpieczny poród jest możliwy nawet na górce węgla w piwnicy. Zaufanie jest kluczowe, ważniejsze niż technologia.

Dziś położne mają do dyspozycji zaawansowaną aparaturę KTG, USG. Technologia zapewnia bezpieczniejszy poród, ale czy to wszystko, co w tym momencie jest najpotrzebniejsze?

Technologia pozwala obecnie przeżyć wcześniakom czy niemowlętom, które natura mogłaby skazać na śmierć. Dzięki medycynie przeżywają nie tylko sam poród, ale też trudny pierwszy tydzień czy rok życia. Skoro już jako ludzkość daliśmy szansę jednostkom o trudniejszym starcie, to teraz niezbędne jest korzystanie z technologii, aby wspierać kolejne pokolenia. Ale technologia nie może zastąpić człowieka. Bardzo ważne jest bowiem spojrzenie kobiecie w oczy i usłyszenie jej lęku „tu i teraz”.

Najważniejszym zadaniem akuszerki czy położnej jest to, aby pokazać rodzącej, że wierzy się w jej poród. Jednocześnie z tyłu głowy przewidywać możliwe zagrożenia

Czym różniły się wspomniane już izby porodowe od porodówek w dużych szpitalach?

Szpitale bywały molochami, a dzieci z powojennego wyżu demograficznego rodziły się niemal jak na taśmie produkcyjnej. Kobiety traktowano przedmiotowo: wejść, nie przeszkadzać, szybko urodzić. Rodzące przebywały po pięć, dziesięć na jednej sali, rodziły na łóżkach, leżąc obok siebie, czasem nawet bez zasłonek, nie miały żadnej prywatności i były uciszane. Czuły się tylko pionkami systemu. Być może podobnie czuły się też położne i lekarze, którzy byli tylko trybikami całego mechanizmu. W socjalizmie liczyła się realizacja planu i wysoka liczba przyszłych obywateli. W tym kontekście izby porodowe były takim jasnym promieniem tej szpitalnej rzeczywistości. Tam też oczywiście obowiązywały procedury, ale położne miały poczucie sprawczości. Ich kompetencje i doświadczenie pozwalały im czuć się samodzielnymi pracownikami. A przede wszystkim w takich małych społecznościach kobiety nie były anonimowe, miały większe poczucie więzi. Znały się i wspierały.

Co panią wciąż najbardziej wzrusza podczas porodów?

Za każdym razem czuję wielką wdzięczność za możliwość uczestniczenia w cudzie. Choć ten cud bywa męczący i długotrwały, to moment, w którym dziecko się nam „objawia”, jest niesamowity. Rodzi się dziecko i rodzi się matka, jej moc. Bycie doulą bardzo ustawiło moje priorytety, wiem, że w życiu najważniejsze jest życie. Wszystkie inne problemy bledną w tej skali.

Tę miłość, piękno, sensualność bardzo czuje się, czytając pani książki. Wiem, że budzą one emocje nie tylko w Polsce…

Są czytanie, przekazywane międzypokoleniowo, budzą emocje. Bardzo się z tego cieszę. „Akuszerki” są tłumaczone i wkrótce ukażą się we Włoszech, Niemczech i USA. Chociaż to fikcja literacka, na spotkaniach autorskich inspirują do opowiadania o lokalnych zasłużonych akuszerkach czy położnych, i tak jest nie tylko w Polsce. W tamtym roku odwiedziłam Irlandię, miałam wiele spotkań i rozmów. Kobiety, ale i mężczyźni, z wielką wdzięcznością opowiadali o „swoich” położnych.

Moje książki opowiadają o wsparciu i przyczyniają się do wyrażania wdzięczności. Żartuję czasami, że dlatego są takie grube, ponieważ tworzą postument pod pomnik dla prawdziwych Akuszerek i Położnych.

W Anglii, Irlandii coraz częściej wraca się do tradycji porodów domowych, rodzinnych, kameralnych, przebiegających w intymności i miłości.

W Polsce też to staje się coraz powszechniejsze i bardzo mnie to cieszy. Choć sama częściej towarzyszę kobietom w szpitalach, to staram się stworzyć atmosferę prawie jak w domu. Jeśli udaje mi się sprawić, że kobieta poczuje tę moc i zaufa samej sobie, to czuję się spełniona. Kiedy spotykam „moje” doulowe dzieci, nawet po latach, to one się do mnie uśmiechają. Mam poczucie, że rozpoznają mnie sercem. I jest to wielki dar!

 

Sabina Jakubowska – pisarka, badaczka, doula i nauczycielka. Z wykształcenia jest archeolożką, doktorem nauk humanistycznych Wydziału Filozoficznego UJ. Jako certyfikowana doula należy do Stowarzyszenia Doula w Polsce i współpracuje z Fundacją Rodzić po Ludzku.  Od 14 lat asystuje kobietom przy porodach, zapewnia fizyczne i emocjonalne wsparcie matkom i ich rodzinom w okresie wczesnego macierzyństwa. Autorka powieści: „Dom na Wschodniej” (2015), „Akuszerki” (2022) i „Położne”(2026 – wszystkie książki wydane przez wydawnictwo Relacja). Mieszka w Jadownikach w Małopolsce. 

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?