Martyna Nejman: „Praca, która jest spełnieniem marzeń, też boli. I to dosłownie”
“Gdy byłam w procesie przebranżowienia, bardzo romantyzowałam pracę ilustratora. Naoglądałam się głupot w internecie i wydawało mi się, że będę siadać w kawiarni nad puszystym latte i czekać, aż spłynie inspiracja. Wiesz, ile razy pracowałam z kawiarni?”. O zamianie pasji w pracę, nagłej chorobie i wypaleniu zawodowym oraz o tym, że Michał Anioł też brał chałtury, mówi Martyna Nejman, ilustratorka książek dla dzieci.
Jak reagują nowo poznani ludzie, gdy słyszą, że jesteś ilustratorką?
Pozytywnym zaskoczeniem. Pytają, czy pracuję tak na cały etat i czy da się z tego żyć. Nie spotkałam się jeszcze z negatywną reakcją, co jest dużą zmianą w porównaniu z czasami, gdy zarabiałam na życie w fast foodzie.
Do tego wątku jeszcze wrócimy. Lubisz swoją pracę?
Bardzo lubię, jest moją pasją. Może to nie kardiochirurgia, może nie ratuję nikomu życia, ale uważam, że moja praca jest potrzebna i ważna.
Dlaczego jest potrzebna i ważna?
Bo ilustracje i książki, z jakimi stykamy się w dzieciństwie, w dużej mierze kształtują naszą wrażliwość i emocjonalność. Spójrz na tę budowę po drugiej stronie ulicy. Stan deweloperski, jeszcze nie wstawiono okien. Ja tam widzę smutny domek z półprzymkniętymi powiekami. Albo ta pani przy ladzie w wielkim rudym futrze – inspiruje mnie ten kolor i kształt!
Wciąż pamiętam “Cudowną podróż” Selmy Lagerlöf, zresztą pierwszej kobiety nagrodzonej literacką Nagrodą Nobla. Polskie wydanie zilustrował Jan Marcin Szancer. Niedawno byłam u rodziców, wzięłam tę książę z półki i się zdziwiłam. Bo dziś już nie uważam, że te ilustracje są aż tak wyjątkowe, ale dla mnie jako dziecka stały się oknem na świat i drzwiami do krainy wyobraźni.
Gdy człowiek zaczyna pracę swoich marzeń, często się w niej spala. Pracuje non stop i czuje, że jest OK, bo przecież tego pragnął. Za wszelką cenę chce się wykazać, czasem coś sobie udowodnić. Upija się koktajlem spełnienia i niepewności. Rachunek przychodzi po czasie. Czy z tobą też tak było?
Zdecydowanie tak. Rysowanie zawsze było moją pasją, ale zajęłam się tym późno, po trzydziestce. Większość koleżanek z branży była o wiele młodsza, więc obiecałam sobie, że skoro “zmarnowałam tyle czasu”, nie zmarnuję już ani minuty więcej. Te słowa zadziałały jak zaklęcie. Cisnęłam, ile sił i nie dawałam sobie prawa do odpoczynku. Każda ilustracja musiała być arcydziełem. Oczywiście nie mogła być. Mało tego, przychodził jakiś Zenek z piwnicy i mówił, że to kicz, a ja uważałam, że ma rację.

Ilustracja autorstwa Martyny Nejman, archiwum prywatne
Aż żyłam już tylko pracą i nie pamiętałam o podstawach, jak spacer czy picie wody. To wynikało z kilku rzeczy: perfekcjonizmu, poprzeczki, którą sama zawiesiłam sobie tak wysoko, że nie potrafiłam do niej doskoczyć i ciągłego lęku o pieniądze. Zapracowywanie się, zbyt emocjonalne podchodzenie do zleceń i branie do siebie każdej uwagi klienta doprowadziło mnie do wypalenia, które trwało dwa lata i wciąż jeszcze z niego wychodzę. Ale wreszcie zrozumiałam, że ilustrator to robota, jak każda inna. Wiesz, co mam na myśli?
Że Michał Anioł też brał chałtury.
Dokładnie. Nie każde zlecenie to opus magnum. Książka żyje na rynku średnio miesiąc. Klientów traktuję na równi, ale są zlecenia mniejsze i większe, mniej i bardziej pracochłonne. W tej pracy czerpiesz z siebie, ale… to wciąż jest tylko praca. Moim zadaniem jest jak najlepiej spełnić oczekiwania klienta.
Koło 17 należy wyłączyć tablet, iść na rower, na spacer z psem albo spotkać się z ludźmi, których się lubi. Inaczej wypalenie przyjdzie bardzo szybko.
”Kobieta z drugiego końca świata wysłała mi wiadomość, że uwielbia moją książkę “Tree full of wonder”, a jej dziecko się nagrało, że czeka, aż znowu coś namaluję. Wysłałam tej dziewczynce moją cyfrową kolorowankę z podziękowaniem. I to są chwile, kiedy sobie myślisz: “Dobra, może nie mam dziesiątek tysięcy obserwujących na Instagramie, ale są na tym świecie dzieci, które czekają, aż coś namaluję””
A co ze starym dobrym instagramowym, przepraszam, konfucjańskim powiedzeniem: “Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani dnia”?
To zdanie było chyba najbardziej szkodliwym ze wszystkich na mojej drodze ku przebranżowieniu się i w pracy ilustratorki. Dotarło to do mnie boleśnie w minionym roku, który – pozostając w chińskiej nomenklaturze – dla jednych był Rokiem Węża, a dla mnie Rokiem Odczarowania Mitu Freelancera.
Odczarujmy ten wielki mit.
Gdy byłam jeszcze w procesie przebranżowienia, bardzo romantyzowałam pracę ilustratora. Naoglądałam się głupot w internecie i wydawało mi się, że nadejdzie dzień, w którym pracowy kierat się skończy, a zacznie się sielanka i moje nowe cudowne życie, w którym – tak! – nie przepracuję ani jednego dnia. Że będę siadać w kawiarni nad puszystym latte i czekać, aż spłynie na mnie inspiracja. Jeździć na wakacje, kiedy mi się zamarzy. Na wakacjach nie byłam od dwóch lat. A wiesz, ile razy pracowałam z kawiarni? Może siedem w ciągu 10 lat. I nie było to efektywne.
Jesteś jednoosobową firmą Art of Martyna Nejman. Nie masz urlopów ani płatnego L4, a twój dochód jest nieregularny.
Takie życie wymaga bardzo silnej psychiki. Musisz się nauczyć oszczędzać i myśleć strategicznie. Powiem teraz coś bardzo ważnego dla kogoś, kto chciałby zostać wolnym strzelcem, w dowolnej branży: od początku musisz mieć poduszkę finansową. Ona daje względne poczucie bezpieczeństwa. Poduszka grubnie i chudnie, bo raz odkładasz oszczędności, a raz z nich żyjesz. Na tym polega jej rola. Niestety mnie ubywanie poduszki stresowało tak bardzo, że brałam każde zlecenie i pracowałam nieraz nad czterema dużymi projektami równocześnie. Wciąż goniły mnie deadliny, a nie byłam w stanie rysować szybciej. I tak straciłam radość z tego, co kocham. Miałam totalną blokadę.
Uwielbiam swoją pracę, ale gdy mam usiąść do spisania wywiadu, to wolę nawet mycie okien. Natychmiast zaczyna mnie boleć głowa. (śmiech)
Praca, która jest spełnieniem marzeń, też boli. I to dosłownie. Moja osłabia wzrok – bo godzinami maluję setki detali, np. tycie listki – powoduje zmęczenie, ból szyi, pleców, cieśń nadgarstka i zajmuje dużą część dnia. Boli też to, że bywa lekceważona i niepoważnie traktowana. Bo co ja takiego robię? “Maluję śmieszne rzeczy”. Niestety często taka opinia płynie od ludzi, którzy oczekują, że skoro lubię malować, to chętnie zrealizuję “po znajomości” ich – rzecz jasna komercyjną – wizję. Wzmianka o wynagrodzeniu ich oburza.
Wypalenie nazywasz “spadnięciem ze stołka”. Co ci pomogło wstać?
Wycofanie się. Dystans. Chwilowe zrezygnowanie z rzeczy, które mogą zaczekać, np. tak dziś wymagana od twórców ciągła obecność na Instagramie. Wprowadzenie rutyny, bo stały rytm dnia jest jego klamrą i odskocznią od pracy. Wyłączenie dźwięku w telefonie, gdy pracuję, ogólnie zmniejszenie liczby bodźców. Regularny ruch: spacery, rower, trening siłowy, kajaki, kąpiele w rzece. Pomogło też znalezienie innej formy tworzenia – zauroczyły mnie kolaże. Bardzo mocno eksploatuję swoją energię w pracy twórczej, więc muszę mieć czas, by naładować baterie.
Chyba pora cię zapytać, kiedy i dlaczego postanowiłaś się przebranżowić.
Zacznijmy od tego, że przez 11 lat pracowałam w znanej sieci fast food, a niemal drugie tyle w równie znanej drogerii kosmetycznej.
Zaczynałaś od smażenia burgerów?
Każdy od tego zaczyna. Nie mam delikatnych dłoni artystki, tylko niejeden ślad po oparzeniach gorącym tłuszczem. Jestem z Jastrzębia-Zdroju, pięknego śląskiego miasta, do którego nie dochodzą tory kolejowe. W Jastrzębiu nie było wielu zawodowych alternatyw, a ja chciałam mieć pieniądze, być niezależną. Do pracy w fast foodzie zgłosiłam się w liceum, a gdy postanowiłam przenieść się do stolicy, kierowniczka załatwiła mi przeniesienie do jednej z tamtejszych restauracji sieci. To mi dawało poczucie bezpieczeństwa: jadę sama do dużego miasta, ale czeka tam na mnie praca.

Ilustracja autorstwa Martyny Nejman, archiwum prywatne
Trafiłam zresztą na świetnych ludzi, czułam się w tej pracy bardzo dobrze. I się zasiedziałam. Robiłam te kanapki, zaczęłam studiować politologię – bo na dzienne studia na ASP nie było mnie stać – wreszcie zostałam menedżerką zmiany. Akurat, gdy chciałam odejść. Nie rozumiałam, że zastosowano wobec mnie podstępny trik, ale moje zarobki wzrosły, a byłam wtedy osobą, która żyła w trybie przetrwania. Nie wierzyłam, że stać mnie na coś więcej niż fast food.
Co było dalej?
W końcu odeszłam z restauracji, na kierownicze stanowisko w drogerii. Znów bardzo polubiłam tę pracę. Była pełna wyzwań, wielu rzeczy się nauczyłam. Spędziłam tam wiele lat, aż przyszła choroba.
”Wciąż pamiętam “Cudowną podróż” Selmy Lagerlöf, zresztą pierwszej kobiety nagrodzonej literacką Nagrodą Nobla. Polskie wydanie zilustrował Jan Marcin Szancer. Niedawno byłam u rodziców, wzięłam tę książę z półki i się zdziwiłam. Bo dziś już nie uważam, że te ilustracje są aż tak wyjątkowe, ale dla mnie jako dziecka stały się oknem na świat i drzwiami do krainy wyobraźni.”
Autoimmunologiczna?
Chyba można tak powiedzieć. W 2014 roku z powodu silnego stresu, przepracowania i niedbania o siebie dostałam dziwnego stanu zapalnego w kolanie. Spuchło jak bania i nie byłam w stanie chodzić. Wylądowałam na rocznym L4. Po pół roku poszłam na komisję ZUS-owską, lekarka stwierdziła, że absolutnie nie nadaję się do powrotu. W szpitalu na reumatologii nie wiedzieli, co mi jest. Wpisali do karty “niereumatoidalne zapalenie stawów”. Czyli przyczyna nieznana.
Po roku kolano wciąż było niesprawne, a ja jeszcze pogorszyłam swój stan, bo od razu złapałam za kule. Zawsze silna i sprawna fizycznie, z dnia na dzień stałam się niepełnosprawna. Wystraszyłam się nie na żarty. Tym bardziej, że lekarze bardzo starali się mi pomóc, ale byli bezradni. Drażniło mnie to i zaczęłam sama szukać. Dowiedziałam się, jak wielki wpływ na zdrowie ma stres. Zmieniłam dietę. Jakoś doprowadziłam się do porządku.
Nie lubię o tym mówić głośno, bo etos artysty jest taki, że jesteś nim niemalże z boskiego nadania, niemożności robienia czegoś innego. A ja pomyślałam, że skoro w każdej chwili mogę znów przestać chodzić, to potrzebuję pracy siedzącej. No dobrze, tylko co ty Martyna możesz robić? Co ty w ogóle lubisz? I tą jedną rzeczą, którą lubiłam i mi wychodziła, było rysowanie.
Opowiedz jeszcze historię o fartuszkach.
W mojej drogerii personel nosił dwa kolory fartuszków: zespół białe, a kierowniczki – czerwone. Miałam wtedy świetną pracownicę, bardzo ją ceniłam. Była w moim wieku, a w drogerii zarabiała na to, by zrealizować swój życiowy plan. Któregoś dnia zaproponowałam jej awans. Odparła: “Martynka, bardzo ci dziękuję, ale nie obraź się, ja sobie nie wyobrażam siebie za 10 lat w tym czerwonym fartuszku”.
Zatkało mnie. Podziękowałam za szczerość, a w głowie słyszałam tylko: “Martyna, a czy ty sobie siebie wyobrażasz za 10 lat w tym fartuszku?”. Potem jeszcze dobry kolega Marek powiedział, że moje rysunki są świetne i nadają się do gier, tylko musiałabym się nauczyć rysować cyfrowo. Nie miałam o tym pojęcia, rysowałam ołówkiem na kartce. Chciałabym dziś za to Markowi oficjalnie podziękować, bo nigdy tego nie zrobiłam. Oni dwoje zasiali ziarno.
Nie rzuciłaś pracy w drogerii od razu.
Absolutnie nie. Najpierw kupiłam komputer i wieczorami tłukłam tutoriale z You Tube’a. Siedziałam nad nimi do nocy, a bladym świtem szłam do drogerii. To trwało kilka lat. Dołączyłam też do grup na Facebooku, gdzie tworzyły się społeczności twórców i ludzie bardzo sobie pomagali, nawzajem oceniając swoje prace. Pewnie dziś trudno w to uwierzyć, ale zaczynałam od mrocznego fantasy. Moje pierwsze opublikowane ilustracje to był husarz na raptorze z wpatrzoną w niego kobietą z obnażoną piersią i krasnal na obcej planecie. Dopiero z czasem okazało się, że Martyna nie ma czarnego serca. (śmiech)
Dziś masz swoją markę i niepodrabialny, ciepły i uroczy styl. Które zlecenie wspominasz najmilej?
Wszystkie były wspaniałe i wszystkie lubię, a najlepsze dopiero przede mną. Ale jako osoba zakochana w Parku Jurajskim od chwili, gdy powstał, czyli od 1993 roku, i dziecko, które wciąż we mnie mieszka, a kiedyś umiało wymówić na jednym wdechu Epidexipteryx i Micropachycephalosaurus (śmiech), nigdy nie powiem “nie” dinozaurom. Mała Martynka chciała być paleontologiem, a przy drugiej książce o dinozaurach miałam przyjemność z paleontologiem współpracować. Ilustracje musiały być bezbłędne merytorycznie: tyle i tyle palców, tyle i tyle zębów. Tak więc proszę przynosić mi dinozaury! (śmiech)
Umiesz już odmawiać zbyt wielu zleceń?
To wciąż trudne, bo patrz: lęk przed brakiem pieniędzy. Praca na swoim jest dla mnie ciągłą pracą nad sobą. Nad swoim talentem – bo talent to nie złoty pyłek, którym mnie obsypano, cały czas mozolnie podnoszę swoje umiejętności – i pracą nad charakterem. Nauczyłam się już mówić krótkie “Dziękuję”, gdy ktoś chwali moje ilustracje, bo tak jest zdrowiej dla wszystkich. Ale w głowie nadal myślę: “Nieprawda”. Bo widzę swoje błędy i porównuję się do lepszych. Bardzo dużo energii wkładam w zaakceptowanie tego, że etap, na którym dziś jestem, to najlepsze, co w tej chwili potrafię, że jestem lepsza od siebie z wczoraj i sprzed roku. I że nie ma nic złego w tym, że chcę być jeszcze lepsza, ale trzeba się od siebie odwalić i dać sobie czas.
Czy gdybym 10 lat temu pokazała ci książki, które zilustrowałaś, i powiedziała: “Martyna, to twoja przyszłość”, uwierzyłabyś mi?
Nie. Pewnie zrobiłoby mi się przykro i poprosiłabym, żebyś ze mnie nie żartowała. Nie uwierzyłabym ci, bo w ogóle nie wierzyłam wtedy w siebie.

Ilustracja autorstwa Martyny Nejman, archiwum prywatne
Dużo rozmawiamy tu o dobrostanie. I obie wiemy, kto go nie potrzebuje: sztuczna inteligencja. Stresuje cię to, że ilustracje, nad którymi siedzisz godzinami, AI generuje dziś w ciągu kilkudziesięciu sekund?
AI na pewno jest nowym zagrożeniem w świecie ilustratorów i wiele osób się go obawia. Ja przepracowałam w sobie już to przekonanie, że się nie nadaję i trzeba było zostać w fast foodzie. Wiem, że się nadaję, a teraz trzeba się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Na szczęście wciąż zgłaszają się do mnie klienci, którzy mają pełną świadomość tego, że wystarczyłoby wpisać prompta, by mieć gotowe ilustracje, ale wolą pracować ze mną. Z żywym człowiekiem.
W świecie AI nie można już konkurować ceną. AI zawsze będzie dla wydawnictwa tańsze, a jeśli zaczniesz ścinać ceny w nieskończoność, to nie zamkniesz miesiąca. Stałe obniżanie cen nie jest nawet psuciem rynku, jest raczej psuciem własnej pracy. Prowadzi do tego, że przestajesz wierzyć w to, że twoja praca ma sens i ja to widzę na forach: na grupach dla ilustratorów, często anonimowo, ludzie piszą, że nie widzą już sensu, nie potrafią się utrzymać, AI wchodzi i co oni mają robić, muszą walczyć o zlecenia. Mnóstwo świetnych ilustratorów nie jest w stanie utrzymać się ze swojej pracy.
To wieloczynnikowy problem. Ja miałam szczęście do wspaniałych klientów. Szanują moją pracę, wiedzą, że jest pracą, płacą dobrze i w terminie. Bo ciężka praca jest ważna, ale bez odrobiny szczęścia się nie obejdzie.
”Nie lubię o tym mówić głośno, bo etos artysty jest taki, że jesteś nim niemalże z boskiego nadania, niemożności robienia czegoś innego. A ja pomyślałam, że skoro w każdej chwili mogę znów przestać chodzić, to potrzebuję pracy siedzącej. No dobrze, tylko co ty Martyna możesz robić? Co ty w ogóle lubisz? I tą jedną rzeczą, którą lubiłam i mi wychodziła, było rysowanie.”
Czy AI jest dziś największą bolączką w twojej branży?
Raczej największą niewiadomą. Na pewno AI wymaga uregulowania prawnego, bo kradnie naszą twórczość. Naprawdę rozpoznawalni twórcy bardzo na tym cierpią. Ja też znalazłam w sieci sporo ilustracji “w stylu Martyny Nejman”.
A czy poza tym widzisz coś złego w fakcie, że dziecko ma kontakt z ilustracjami AI?
Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rodzic wie, co kupuje. Niewprawne oko nie jest w stanie odróżnić prac wygenerowanych przez sztuczną inteligencję od prac człowieka. A ilustracja zrobiona przez człowieka ma w sobie coś, czego AI nigdy nie zaoferuje: wrażliwość oraz wszystkie przeżycia i emocje, które ten człowiek w sobie nosi. To właśnie tę naszą wrażliwość przelewamy na ilustrację i przekazujemy dzieciom, stwarzając dla nich nowe światy.
Nie tak dawno rozpętała się awantura: pewne duże wydawnictwo dla dzieci wypuściło książkę, która w oczach wielu ilustratorów była dziełem AI. Rodzice i twórcy zaczęli o to dopytywać, a tłumaczenia były mętne. I ok, wydawnictwo może ilustrować swoje produkty czym i kim tylko chce, ale ważna jest transparentność. Tylko pewnie, gdyby napisać na książce wprost: “Tę książkę zilustrowało AI”, sprzedaż byłaby mniejsza. Znam wiele osób, które świadomie nie kupiłyby takiej pozycji swojemu dziecku.
Dostajesz czasem wiadomości od dziecięcych odbiorców swoich ilustracji?
Raz dostałam coś tak wspaniałego, że aż się popłakałam. Kobieta z drugiego końca świata wysłała mi wiadomość, że uwielbia moją książkę “Tree full of wonder”, a jej dziecko się nagrało, że czeka, aż znowu coś namaluję. Wysłałam tej dziewczynce moją cyfrową kolorowankę z podziękowaniem. I to są chwile, kiedy sobie myślisz: “Dobra, może nie mam dziesiątek tysięcy obserwujących na Instagramie, ale są na tym świecie dzieci, które czekają, aż coś namaluję”. I to jest w tej pracy najlepsze.

Ilustracja autorstwa Martyny Nejman, archiwum prywatne
Czasem na ilustracjach umieszczasz siebie. Panią ze srebrnymi włosami, w okularach i z piórkiem do tabletu.
To takie moje easter-egg [“jajo wielkanocne”, ukryta treść dla użytkowników – przyp. red.]. Raz w rozmowie z koleżankami ilustratorkami wyszło, że wiele z nas mniej lub bardziej świadomie rysuje postacie do siebie podobne. Obecnie z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jeśli tylko klient nie ma nic przeciwko, robię to z premedytacją. (śmiech)
Robię też inne rzeczy. Gdy malowałam dla Michele Halpern książkę “The Wounded Turtle”, zapytałam, czy w domku żółwia mogą wisieć prace moich siostrzeńców. Spodobało jej się to, dała mi nawet obrazek swojego wnuka, który też trafił do książki. Rysunki dinozaurów, które namalowały dzieci mojej siostry, są też w książce z dinozaurami, wiszą nad łóżkiem dzieci. A jeśli kiedyś będę miała namalować kundelka, będzie czarny i będzie moją Furią.
Masz ilustratorskie marzenie?
Mam. Bardzo chciałabym zilustrować grę karcianą Dixit. Gdy zdmuchuje się świeczki na urodzinowym torcie, wszyscy mówią: “Pomyśl życzenie, ale nie na głos, bo się nie spełni!”. A ja uważam, że marzenia należy puszczać w świat.
Martyna Nejman – ilustratorka urodzona w Jastrzębiu Zdroju, z sercem rozdartym między Śląsk a Warszawę, gdzie mieszka i pracuje. Od sześciu lat ilustruje na pełen etat. Zaczynała od tworzenia concept artów i ilustracji fantastycznych, by ostatecznie skupić się na ilustracji dziecięcej. Poza pracami dla najmłodszych tworzy: plakaty, portrety, okładki książek, wzory na tekstylia, storyboardy i ilustracje do animacji 2D. Jej prace są opisywane jako magiczne, nastrojowe i ciepłe. Inspiruje ją natura, zwierzęta oraz ludzie ihistorie opowiadane przy dobrym jedzeniu. Prowadzi stronę i sklep internetowy: Art of Martyna Nejman
Zobacz także
Anna Szwiec: „Gdy programowanie stało się prestiżowe i dochodowe, weszli w tę dziedzinę mężczyźni i całkowicie ją zdominowali”
„To nie jest zmęczenie, które minie po weekendzie, pysznej kawusi i trzech afirmacjach. To emocjonalne wyczerpanie i poczucie, że nic nie zależy ode mnie” – mówi Marta Młyńska o wypaleniu zawodowym
Pokolenie Z nie zrewolucjonizuje rynku pracy. „Dwadzieścia lat temu podobnie mówiono o milenialsach – że są roszczeniowi i nie chcą pracować” – przekonuje Zofia Smełka-Leszczyńska
Polecamy
„Kawa to owoc bardzo podobny do wiśni”. O tym, jak w jej życiu pojawiły się kolejno: Indonezja, miłość i kawa, opowiada Kinga Wojtczak
„Onkolog też może zachorować na raka, a ksiądz grzeszy” – mówi Maja Rosińska, psycholożka z zespołem Tourette’a i ADHD
Izabela Brzychcy, koordynatorka transplantacyjna: „Jak przestanę po nich płakać, stracę resztki człowieczeństwa i będzie czas odejść z zawodu”
Nie żyje Brigitte Bardot. Legendarna aktorka mówiła: „Nie obchodzi mnie starość! Nie wiem nawet, jak nadeszła. Jej tu nie ma”
się ten artykuł?