Przejdź do treści

„Korzystają z komunikatorów zupełnie inaczej niż dorośli”. O tym, jak WhatsApp i Messenger psują nam dzieci, rozmawiamy z Edytą Daszkowską

Nastolatka siedzi na podłodze z telefonem w ręce - Hello Zdrowie
Fot. Getty Images
Podoba Ci
się ten artykuł?

Jeśli myślicie, że komunikatory, takie jak WhatsApp czy Messenger służą naszym dzieciom tylko do wymiany wiadomości ze znajomymi z klasy, to jesteście w dużym błędzie. O tym, jakie treści przesyłają sobie najmłodsi i dlaczego nie warto za wcześniej dawać dzieciom telefonów, opowiada Edyta Daszkowska, edukatorka higieny cyfrowej, ekspertka merytoryczna programów edukacyjnych w Instytucie Cyfrowego Obywatelstwa.

 

Magdalena Tereszczuk-Brach: Żyjemy w świecie, w którym po smartfony sięgają coraz młodsze dzieci. Przyznam się, że jeszcze do niedawna myślałam, że największym zagrożeniem, w kontekście mediów społecznościowych, są Facebook, Instagram czy Tik-Tok. Okazuje się jednak, że aplikacją, po którą najchętniej sięgają ci najmłodsi, jest Whatsapp, pozornie niewinny komunikator. Dlaczego?

Edyta Daszkowska: Prawdopodobnie wynika to z tego, że dzieci nas obserwują i widzą, że WhatsApp czy Messenger stały się dziś podstawowymi narzędziami komunikacji dorosłych. Dla nas to odpowiednik dawnych, zwykłych rozmów czy krótkich wiadomości, korzystamy z nich na co dzień, szybko i bez zastanowienia. Co ciekawe, SMS zaczyna być odbierany jako forma bardziej formalna i jeśli dostajemy SMS, mamy poczucie, że to coś ważnego, oficjalnego. Natomiast cała codzienna komunikacja przeniosła się właśnie do komunikatorów. Dzieci naturalnie ten model przejmują. Widać to już bardzo wyraźnie w trzeciej-czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy zaczynają powstawać grupy klasowe i pierwszym narzędziem, które przychodzi do głowy są właśnie WhatsApp albo Messenger. To rozwiązanie wydaje się najprostsze, najbardziej oczywiste. Trzeba jednak zauważyć, że te aplikacje dawno przestały być wyłącznie komunikatorami. Nie służą już tylko do wymiany wiadomości, coraz bardziej przypominają media społecznościowe. Można tam tworzyć grupy, dołączać do kanałów, udostępniać materiały, przesyłać różnego rodzaju treści czy angażować się w zjawiska znane z sieci społecznościowych, jak choćby łańcuszki. Z prostych narzędzi komunikacji stały się platformami budującymi całe mikrospołeczności.

Czyli okazuje się, że WhatsApp wcale nie jest taką niewinną aplikacją, bo do naszych dzieci może tam napisać każdy.

To bardzo mocno wybrzmiało w raporcie „Internet dzieci. Raport z monitoringu obecności dzieci i młodzieży w internecie.” Drugi rozdział napisany przez dr Konrada Ciesiołkiewicza został poświęcony zagrożeniom związanym z przestępstwami seksualnymi wobec dzieci i młodzieży w internecie. Dla wielu dorosłych zaskoczeniem był wniosek, że to właśnie komunikatory, takie jak WhatsApp są dziś miejscem, w którym najczęściej dochodzi do tego typu sytuacji przemocowych. To szokujące przede wszystkim dlatego, że my, jako dorośli, nie postrzegamy tych aplikacji jako przestrzeni, w której może wydarzyć się coś niebezpiecznego. Kojarzymy je z codzienną, praktyczną komunikacją. Tymczasem dzieci korzystają z nich inaczej, znacznie szerzej, a wielu rodziców nie ma świadomości funkcji takich jak kanały, otwarte grupy, czy możliwość zapraszania przez osoby spoza kręgu znajomych. W praktyce oznacza to, że dziecko może zostać dodane do jakiejś przestrzeni komunikacyjnej lub otrzymać zaproszenie od obcej osoby,często bez pełnego zrozumienia, czym ta przestrzeń jest i jakie mogą się z tym wiązać konsekwencje.

Jak to może wyglądać w praktyce?

Korzystanie z komunikatorów bardzo często łączy się z obecnością dzieci w mediach społecznościowych i na platformach, z których na co dzień korzystają, takich jak Roblox, Discord, Instagram czy TikTok. Osoba o złych intencjach zwykle nie zaczyna od komunikatora. Najpierw obserwuje dziecko w przestrzeni bardziej otwartej, nawiązuje tam pierwszy kontakt, buduje relację, zdobywa zaufanie. Dopiero później ta znajomość bywa przenoszona do komunikatorów, takich jak WhatsApp czy Messenger. To przeniesienie nie jest przypadkowe. Komunikatory oferują większe poczucie prywatności, rozmowy są szyfrowane, a kontakt mniej widoczny dla otoczenia. W efekcie taka relacja staje się trudniejsza do zauważenia przez rodziców czy moderatorów platform społecznościowych, gdzie interakcje są jednak bardziej publiczne i łatwiej podlegają kontroli. Właśnie w tym powiązaniu między mediami społecznościowymi a komunikatorami kryje się dziś jedno z istotnych wyzwań dla bezpieczeństwa dzieci w sieci.

Bardzo często rodzice koncentrują się wyłącznie na czasie ekranowym, a to nie rozwiązuje problemu. Możemy przecież ograniczyć korzystanie z telefonu do godzin 7:00–20:00 i chronić w ten sposób sen dziecka, ale w tym czasie ono nadal może natrafić na nieodpowiednie treści czy niebezpieczne kontakty. Dlatego pierwszy krok to odpowiednie skonfigurowanie samej aplikacji, tak aby była możliwie najbezpieczniejsza.

Nie wiedziałam, że na przykład na Robloxie może napisać do nas ktoś obcy.

Wiele gier online tego typu ma wbudowane czaty. Jeśli nie są one odpowiednio ustawione, dzieci mogą rozmawiać właściwie z każdą osobą. To tworzy bardzo łatwą przestrzeń do nawiązywania kontaktu i niestety jest dziś jednym z typowych mechanizmów wzbudzania zaufania dziecka w sieci. Mówimy tu o zjawisku groomingu, czyli uwodzenia dziecka w internecie. Taki proces najczęściej zaczyna się w miejscach pozornie neutralnych i bezpiecznych, właśnie w grach czy na otwartych czatach. Osoba o złych intencjach może podszyć się pod rówieśnika, na przykład „12-letniego Antka”, zaproponować wspólną grę, zapytać o imię, zainteresowania, opowiedzieć coś o sobie. W ten sposób stopniowo buduje relację i zaufanie. Po pewnym czasie pojawia się sugestia przeniesienia rozmowy na komunikator, „może porozmawiamy na WhatsAppie?”. Tam kontakt staje się bardziej prywatny i trudniejszy do zauważenia. To właśnie w tej przestrzeni relacja może zacząć przybierać niebezpieczny charakter, np. poprzez prośby o przesyłanie zdjęć. Gdy dziecko wyśle pierwsze kompromitujące materiały, mogą one zostać wykorzystane do szantażu i dalszego wywierania presji. Dlatego tak ważne jest, by patrzeć na bezpieczeństwo dzieci w sieci nie tylko przez pryzmat mediów społecznościowych, ale także gier online i komunikatorów, bo to właśnie między tymi środowiskami bardzo często przenosi się kontakt, który początkowo wydaje się zupełnie niewinny. Każde miejsce w sieci, które daje dzieciom możliwość swobodnej rozmowy z nieznajomymi, staje się potencjalnie przestrzenią ryzyka.

Edyta Daszkowska - Hello Zdrowie

Edyta Daszkowska, Instytut Cyfrowego Obywatelstwa /fot. archiwum prywatne

Czy to oznacza, że granie w gry online nigdy nie jest w pełni bezpieczne?

Możemy ograniczyć ryzyko, poprzez odpowiednie skonfigurowanie ustawień bezpieczeństwa i włączenie kontroli rodzicielskiej. Problem polega na tym, że wielu rodziców nie zna tych ustawień, nie wie, że można je zmienić, albo w ogóle nie przychodzi im do głowy, że taka konfiguracja jest potrzebna. Dzieci również same z siebie rzadko mają świadomość, że powinny zadbać o prywatność, zwłaszcza jeśli nikt im tego wcześniej nie wytłumaczył. W pewnym wieku pojawia się też naturalna ciekawość i dreszczyk emocji związany z rozmową z kimś nowym, z poznawaniem osób spoza własnego otoczenia. Zdarza się, że dziecko chce po prostu z kimś pograć, a czasem nie odnajduje się w swojej grupie rówieśniczej i szuka kontaktu z kimś, kto ma podobne zainteresowania, nawet jeśli mieszka na drugim końcu Polski. To pokazuje, że te relacje nie zawsze zaczynają się od złych intencji, często wyrastają z bardzo zwyczajnych potrzeb społecznych dzieci. Dlatego tak ważna jest obecność dorosłych, rozmowa i świadome ustawienie narzędzi, z których dzieci korzystają, a nie tylko zakazy czy ograniczenia.

Jak często się zdarza, że przypadkowy kontakt z dzieckiem w internecie jest powiązany ze złymi intencjami?

Nie dysponujemy w tej chwili własnymi danymi, które pozwalałyby określić skalę zjawiska w ujęciu procentowym. Istnieją jednak badania np. organizacji WeProtect, które pokazują, jak szybko relacja nawiązana przez dziecko z obcą osobą w internecie może zostać skierowana na tory seksualne. Z tych analiz wynika, że bywa to średnio kwestia 45 minut od pierwszego kontaktu, na przykład rozpoczętego podczas rozmowy w grze lub na otwartym czacie. W skrajnych przypadkach takie zachowania następowały niemal natychmiast, nawet w czasie liczonym w sekundach od rozpoczęcia rozmowy. Dla wielu dorosłych, którzy dorastali w świecie bez mediów społecznościowych i stałej łączności online, jest to trudne do wyobrażenia. Tymczasem dla współczesnych dzieci to rzeczywistość, z którą mogą zetknąć się na co dzień.

W jakim wieku dzieci zaczynają korzystać z mediów społecznościowych?

W raporcie „Internet dzieci” objęliśmy badaniem już najmłodszych użytkowników, czyli dzieci od 7. roku życia. Z danych wynika jasno, że wśród dzieci w wieku 7–12 lat, czyli takich, które regulaminowo w ogóle nie powinny jeszcze korzystać z mediów społecznościowych i komunikatorów, robi to aż 58 proc. polskich dzieci. To niemal półtora miliona młodych osób. Gdy doliczymy także YouTube, który również umożliwia kontakt z obcymi poprzez komentarze, transmisje czy aktywność influencerów, odsetek ten wzrasta do 64 proc. Oznacza to, że w tej grupie wiekowej większość dzieci regularnie korzysta już z serwisów i platform o charakterze społecznościowym. Prowadzi to do dość paradoksalnej sytuacji. Twórcy i właściciele tych aplikacji przez lata utrzymywali, że dzieci na ich platformach właściwie nie ma, ponieważ regulaminy formalnie im tego zabraniają. W związku z tym nie widzieli potrzeby wprowadzania szczególnych mechanizmów ochrony czy moderacji z myślą o najmłodszych użytkownikach. Nasz raport po raz pierwszy pokazał jednak skalę zjawiska w oparciu o twarde dane. Dziś te dane są już publiczne i stanowią punkt wyjścia do realnej, merytorycznej rozmowy o bezpieczeństwie dzieci w środowisku cyfrowym.

Domyślam się, że pandemia jeszcze pogorszyła sytuację.

To był moment przełomowy. Dzieci i młodzież zostały w ogromnym stopniu przeniesione do świata cyfrowego, a wraz z nimi szkoła, relacje rówieśnicze i codzienna komunikacja. Co ciekawe, a dziś z perspektywy można powiedzieć, że także dość paradoksalne, w czasie pandemii pojawiały się nawet rekomendacje, aby nauczyciele kontaktowali się z uczniami właśnie za pomocą komunikatorów. Panowało wtedy duże organizacyjne zamieszanie i szukano najszybszych, najbardziej dostępnych narzędzi. Uznano, że skoro dzieci są już zanurzone w świecie cyfrowym i na co dzień korzystają z WhatsAppa, Messengera czy innych aplikacji, to właśnie te kanały będą najłatwiejszym sposobem utrzymania kontaktu podczas nauki zdalnej. W efekcie bardzo szybko zaczęły powstawać grupy klasowe w komunikatorach. Miały one usprawniać wymianę informacji o zadaniach domowych, lekcjach, wzajemnej pomocy między uczniami. I faktycznie początkowo wydawało się to rozwiązaniem praktycznym. Jednak od czasu pandemii utrwalił się model, w którym taka forma komunikacji została uznana za coś całkowicie normalnego, zarówno przez szkoły, jak i przez dzieci.

Czy przy podjęciu odpowiednich kroków korzystanie przez dzieci z komunikatorów  takich jak WhatsApp może być bezpieczne?

Przy obecnym poziomie zabezpieczeń, a właściwie ich braku, trudno mówić o tym, że komunikatory czy media społecznościowe są bezpiecznym środowiskiem dla dzieci poniżej 13. roku życia. Dziś toczy się szeroka debata o ewentualnym podniesieniu minimalnego wieku dostępu do tych usług i o tym, czy powinien on obejmować również komunikatory, ponieważ wiemy już, że ich używanie wiąże się z wieloma konsekwencjami dla zdrowia psychicznego i fizycznego dzieci.

Osobiście nie widzę przekonujących powodów, aby młodsze dzieci zakładały konta na WhatsAppie czy Messengerze. Problem polega na tym, że bardzo często dajemy dzieciom narzędzie, ale nie uczymy ich, jak z niego korzystać. Sami rzadko komunikujemy się z dziećmi przez te aplikacje, więc nie pokazujemy im w praktyce, czym jest odpowiedzialna komunikacja w sieci. Zanim dziecko zacznie korzystać z komunikatora, potrzebuje zrozumieć podstawowe zasady, że to, co napisze w internecie, jest trwałe, że wiadomości mogą zostać zapisane lub udostępnione dalej, nawet jeśli zostaną skasowane, i że komunikacja cyfrowa również buduje nasz wizerunek i relacje z innymi.

Tyle że takiej wiedzy nie da się przekazać jednorazowym „wykładem” przy wręczaniu telefonu, każdy z nas pamięta ze swoich nastoletnich lat, że to po prostu nie działa. Kluczowe jest modelowanie zachowań, czyli pokazywanie dzieciom na co dzień, jak sami korzystamy z tych narzędzi. Dobrym rozwiązaniem bywa na przykład stworzenie rodzinnej grupy komunikacyjnej, w której uczestniczą bliscy, dziadkowie, kuzyni, rodzice. To bezpieczna przestrzeń, gdzie dziecko może obserwować styl rozmowy, zasady kontaktu i stopniowo uczyć się odpowiedzialnego korzystania z technologii w sposób naturalny, a nie poprzez zakazy czy jednorazowe instrukcje.

Zdarza się, że dzieci zakładają czaty o nazwach w rodzaju „grupa bez Michała” czy „bez Anki”, które służą właśnie obgadywaniu lub wyśmiewaniu danej osoby. Inną formą jest celowe pomijanie kogoś przy zaproszeniach, a potem publikowanie w grupie zdjęć z wydarzenia z komentarzami pokazującymi, jak dobrze wszyscy się bawią. W komunikatorach grupowych pozwalają sobie też na znacznie ostrzejszy, bardziej wulgarny język niż w bezpośrednim kontakcie.

Jestem mamą 10-latki i muszę przyznać, że temat mediów społecznościowych czy komunikatorów jest dla nas rodziców bardzo trudny. Moja córka nie ma swojego telefonu, bo uważam, że to nie jest odpowiedni czas na to i nie chce jej eksponować na treści typu “My morning routine”, ale rozumiem jej chęć kontaktu z koleżankami poza szkołą. W związku z tym ustaliłyśmy, że może korzystać z mojego telefonu i z WhatsAppa. Wydawało mi się początkowo, że to jest optymalne rozwiązanie, ale szybko okazało się, że nie do końca. Dzięki mojej 10-latce odkryłam, że na WhatsAppie można tworzyć kanały i szczerze mówiąc zamarłam, gdy zobaczyłam co tam wrzucają jej koleżanki: Get Ready With Me, Haul, Testingi podkładów do twarzy albo prezentacje, jak dwuetapowo zmyć sobie makijaż…

To jest w ogóle bardzo ciekawy przypadek. Z jednej strony ograniczyłaś córce dostęp do mediów społecznościowych, żeby nie miała styczności z treściami nieodpowiednimi dla 10-latki, a okazuje się, że one i tak docierają do niej inną drogą, właśnie przez komunikator, przez WhatsAppa, bo tam funkcjonują już jej rówieśnicy. I to pokazuje, jak trudny jest to dziś temat dla rodziców. Społeczna świadomość tego, że dzieci nie powinny jeszcze korzystać z komunikatorów czy mediów społecznościowych, jest wciąż bardzo niska. Z badań wiemy, że większość rówieśników naszych dzieci już z tych narzędzi korzysta. Z jednej strony jako rodzice chcemy wprowadzać dzieci w świat cyfrowy bezpiecznie i stopniowo, z drugiej  dzieci mierzą się z ogromną presją rówieśniczą. To rodzi naturalne napięcie. Warto wtedy zadać sobie podstawowe pytanie, jaka jest nasza rola jako rodziców? Czy przede wszystkim mamy zapewnić dziecku bezpieczeństwo, korzystając z wiedzy, której ono jeszcze nie ma, czy raczej całkowicie znieść granice, żeby nie czuło się wykluczone? Zdarza się też, że dzieci mówią: „wszyscy w klasie już to mają”, a kiedy dopytamy, okazuje się, że to wcale nie wszyscy, tylko kilka najbardziej widocznych osób. Dlatego tak ważna jest rozmowa i weryfikowanie tych przekonań. Jeżeli jednak nasze dziecko realnie zaczyna odczuwać wykluczenie z codziennych relacji rówieśniczych, można szukać rozwiązań pośrednich, na przykład umożliwiać korzystanie z komunikatora na telefonie rodzica, zamiast kupować osobne urządzenie tylko dlatego, że „wszyscy mają”. To pozwala zmniejszyć ryzyko, a jednocześnie nie odcina dziecka całkowicie od kontaktu z grupą. Kluczowe jest wtedy odpowiednie skonfigurowanie aplikacji.

Co jeszcze jako rodzice możemy robić?

Warto korzystać z aplikacji do kontroli rodzicielskiej i odpowiednio ją skonfigurować, w tym także limity czasu. Bardzo często rodzice koncentrują się wyłącznie na czasie ekranowym, a to nie rozwiązuje problemu. Możemy przecież ograniczyć korzystanie z telefonu do godzin 7:00–20:00 i chronić w ten sposób sen dziecka, ale w tym czasie ono nadal może natrafić na nieodpowiednie treści czy niebezpieczne kontakty. Dlatego pierwszy krok to odpowiednie skonfigurowanie samej aplikacji, tak aby była możliwie najbezpieczniejsza. Drugi, włączenie kontroli rodzicielskiej i zablokowanie określonych funkcji, treści czy możliwości kontaktu z nieznajomymi. Jest jednak jeszcze trzeci element, chyba najważniejszy, a bardzo często pomijany, rozmowa i zainteresowanie tym, co dziecko robi w sieci. Nie chodzi o potajemne sprawdzanie telefonu, tylko o jasne ustalenie zasad. Na przykład już w momencie zgody na korzystanie z komunikatora można powiedzieć: „zgadzam się, ale umawiamy się, że od czasu do czasu pokażesz mi, jak z tego korzystasz i co się tam dzieje, będziemy na to patrzeć razem”. To ma być działanie oparte na zaufaniu i obecności, a nie na kontroli za plecami dziecka. Ważne jest też wytłumaczenie, dlaczego to robimy, że wynika to z troski i chęci zapewnienia bezpieczeństwa, a nie z chęci śledzenia każdego kroku. Dziecko powinno wiedzieć, że komunikatory i media społecznościowe są narzędziami zaprojektowanymi raczej dla dorosłych, a my jako rodzice jesteśmy po to, żeby pomóc mu się w tym świecie odnaleźć, zrozumieć trudne sytuacje i reagować, jeśli wydarzy się coś niepokojącego.

Pomówmy jeszcze o tym, co ci najmłodsi robią na komunikatorach takich jak WhatsApp, bo myślę, że większość rodziców naprawdę tego nie wie.

W tym temacie odsyłam do bardzo ciekawego opracowania Fundacji Kosmos dla Dziewczynek pt. „Dziewczynki i komunikatory”, oparte na jakościowych rozmowach z grupą młodych użytkowniczek, mniej więcej w wieku 10–11 lat. To niewielka próba, ale daje bardzo obrazowy wgląd w to, jak dzieci rzeczywiście korzystają z komunikatorów, i robią to zupełnie inaczej niż dorośli. Dla nich to nie jest tylko narzędzie do przekazywania informacji, ale przede wszystkim sposób bycia w relacji, wyrażania siebie, nadążania za tym, co dzieje się w grupie, dzielenia się tym, co jest aktualnie „na czasie”.

Dzieci funkcjonują równocześnie w wielu grupach, klasowych, mniejszych grupach koleżeńskich, tematycznych, a do tego bywają zapraszane do kolejnych, często bardzo licznych, tworzonych spontanicznie. Skala tych grup i liczba wiadomości potrafią być ogromne, co wywołuje presję ciągłego sprawdzania i reagowania, żeby „nie wypaść z obiegu”. Dzieci boją się, że coś je ominie albo że staną się obiektem żartów czy wykluczenia, więc czują potrzebę stałej obecności. Mogą też trafiać do przestrzeni zupełnie dla nich nieprzeznaczonych przypadkowo lub z ciekawości, bo zaproszenia do grup często przyjmują bez refleksji, chcąc po prostu zobaczyć, „co tam jest”.

Halszka Witkowska trzyma w dłoni Nokię 3310, z której korzysta na co dzień

Świadomość rodziców dotycząca zasad działań komunikatorów jest niewielka, a jak to wygląda w przypadku samych dzieci? Czy one wiedzą, co jest bezpieczne, a co nie?

Z raportu „Dziewczynki i komunikatory” wynika, że młode użytkowniczki, korzystając z WhatsAppa czy Messengera, bardzo szybko orientują się w mechanizmach tych narzędzi  właśnie dlatego, że używają ich inaczej niż my, dorośli. Wiedzą, że istnieją różnego rodzaju łańcuszki, zaproszenia do grup, wyzwania czy akcje organizowane w tych przestrzeniach, i uczą się tego wszystkiego na bieżąco, obserwując rówieśników. To nie jest wiedza przekazywana przez dorosłych w uporządkowany sposób, dzieci po prostu wchodzą w ten świat i uczą się „na żywym organizmie”, naśladując innych. Skoro ktoś zaprasza do grupy, to znaczy, że tak się robi. Skoro inni dodają kolejne osoby, to też zaczynają tak działać. Nie ma na starcie żadnej wspólnej netykiety ani zasad, które porządkowałyby takie funkcjonowanie, więc normy kształtują się oddolnie w grupie rówieśniczej.

Zagrożenie związane z używaniem komunikatorów przez dzieci wiąże się też z możliwą agresją ze strony rówieśników.

Jeśli mówimy o kontaktach z rówieśnikami, czyli z dziećmi, które nasze dziecko zna z klasy czy z najbliższego otoczenia, to najczęściej pojawia się problem hejtu i przemocy rówieśniczej. Chodzi na przykład o wyśmiewanie, wyzywanie, przerabianie czyichś zdjęć bez zgody, robienie memów z wizerunkiem kolegi czy koleżanki, ale też o wykluczanie z grup. Zdarza się, że dzieci zakładają czaty o nazwach w rodzaju „grupa bez Michała” czy „bez Anki”, które służą właśnie obgadywaniu lub wyśmiewaniu danej osoby. Inną formą jest celowe pomijanie kogoś przy zaproszeniach, a potem publikowanie w grupie zdjęć z wydarzenia z komentarzami pokazującymi, jak dobrze wszyscy się bawią. W komunikatorach grupowych pozwalają sobie też na znacznie ostrzejszy, bardziej wulgarny język niż w bezpośrednim kontakcie. To środowisko jest dla młodego człowieka bardzo obciążające. Stałe czytanie agresywnych, obraźliwych komunikatów wywołuje napięcie, poczucie zagrożenia, stres i lęk, a więc realnie oddziałuje nie tylko na psychikę, ale i na fizjologię dziecka.

Jak komunikatory wpływają na rozwój kompetencji społecznych u dzieci?

Z jednej strony stopniowo przyzwyczajają się do wulgarnego i agresywnego języka, a jednocześnie zaczynają odczuwać coraz większy lęk w relacjach społecznych. W raporcie „Dziewczynki i komunikatory” bardzo mocno wybrzmiał dysonans, który dzieci odczuwają między tym, jak rówieśnicy zachowują się wobec nich w szkole, a tym, jak komunikują się później w komunikatorach. Dla wielu z nich to są jakby dwie różne osoby – ktoś, z kim rozmawiają na przerwie, z kim się lubią i dobrze dogadują, po powrocie do domu w przestrzeni online potrafi nagle wyzywać, wyśmiewać albo ignorować. To jest tak zwany ghosting, czyli udawanie, że druga osoba nie istnieje. Taki rozdźwięk jest dla dzieci bardzo trudny do zrozumienia i stanowi duże obciążenie emocjonalne, bo nie wiedzą, z czego wynikają te zmiany zachowania i jak je interpretować. To poczucie nieprzewidywalności relacji jest dla młodych osób szczególnie stresujące.

W trzeciej-czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy zaczynają powstawać grupy klasowe i pierwszym narzędziem, które przychodzi do głowy są właśnie WhatsApp albo Messenger. To rozwiązanie wydaje się najprostsze, najbardziej oczywiste. Trzeba jednak zauważyć, że te aplikacje dawno przestały być wyłącznie komunikatorami. Nie służą już tylko do wymiany wiadomości, coraz bardziej przypominają media społecznościowe.

Mam też takie spostrzeżenie, że dzisiejsze dzieci i młodzież mają mniejszą radość z przeżywania danej chwili, bo bardziej wartościowe staje się dla nich przeżywanie tego, jak na ich zdjęcie w mediach społecznościowych zareagują rówieśnicy. Podam przykład. Jakiś czas temu poszłam z dziećmi na sanki i podeszły do mnie dwie na oko 12-latki i poprosiły, abym zrobiła im kilka zdjęć z ich telefonów, jak one będą zjeżdżać na sankach, do których przyczepiły zimne ognie. Widziałam, że sam zjazd był dla nich mniej emocjonujący niż późniejsze oglądanie zdjęć z całej akcji. To strasznie smutne.

Takie zachowania dzieci bardzo często wynikają z tego, czego same nauczyły się od nas, dorosłych. To my w mediach społecznościowych pokazujemy wybrane fragmenty swojego życia, te najładniejsze, najciekawsze, którymi chcemy się pochwalić. W wielu domach od pierwszych chwil życia dziecka robimy mu zdjęcia, publikujemy je, wysyłamy rodzinie, zachęcamy: „uśmiechnij się”, „stań tutaj, zrobię zdjęcie”. Dzieci od początku obserwują, że dzielenie się wizerunkiem i codziennością w internecie jest czymś naturalnym. W pewnym sensie naśladują więc model, który same dostały od dorosłych. To dla nich nie jest coś nadzwyczajnego, tylko norma, w której dorastają. Dlatego ta rozmowa o bezpieczeństwie dzieci w sieci jest także momentem na refleksję po stronie dorosłych nad tym, jak sami korzystamy z mediów społecznościowych i jaki przykład dajemy. Dzieci nie robią niczego „znikąd”; one po prostu uczą się żyć tak, jak widzą, że żyją dorośli.

Czy w Polsce istnieją jakieś programy dla najmłodszych dotyczące cyberbezpieczeństwa?

W Polsce wciąż nie mamy spójnej, systemowej edukacji na ten temat. W praktyce próbujemy jedynie łatać pojedyncze luki, coś pojawia się na lekcjach informatyki, w tym roku wprowadzono nieobowiązkowy przedmiot edukacja zdrowotna, w ramach którego mówi się także o higienie cyfrowej. Widać więc pierwsze próby działania, ale to nadal nie jest całościowy system przygotowujący dzieci i rodziców do funkcjonowania w świecie cyfrowym. Brakuje też szerokiej komunikacji skierowanej do rodziców, która w przystępny sposób uczyłaby nasze pokolenie, jak wprowadzać dzieci w internet. Jako rodzice weszliśmy w tę rzeczywistość trochę po omacku. Jeszcze kilkanaście lat temu rodzice słyszeli skrajnie sprzeczne komunikaty. Z jednej strony „nie dawaj dziecku ekranu, bo mu zaszkodzisz”, z drugiej, „jeśli nie dasz, zostanie w tyle”. Funkcjonowaliśmy więc w pewnym rozdarciu, bez realnego wsparcia i wskazówek. Dziś, pracując edukacyjnie w szkołach, widzimy, jak bardzo potrzebna jest współpraca z rodzicami. Zawsze zapraszamy ich na spotkania i wykłady, bo sama rozmowa z dziećmi nie wystarczy, jeśli w domu nie ma kontynuacji. Żyjemy szybko i wszyscy mamy mało czasu, ale w tym obszarze warto zatrzymać się i uświadomić sobie, że to jest luka w wiedzy, którą musimy jako dorośli świadomie uzupełnić, szukając informacji, ucząc się i przede wszystkim, towarzysząc dzieciom w świecie cyfrowym

Jakie działania edukacyjne podejmuje Instytut Cyfrowego Obywatelstwa?

Jako fundacja działamy w terenie. Nasze edukatorki jeżdżą ze szkoleniami po całej Polsce do szkół, instytucji i wszędzie tam, gdzie jesteśmy zapraszani. Wychodzimy z założenia, że higieny cyfrowej nie da się skutecznie wdrażać tylko z dziećmi. Żeby zmiana miała sens, musi zaangażować całą społeczność. Dlatego obowiązkowym elementem naszych wizyt jest także wykład dla dorosłych, podczas którego pokazujemy, dlaczego higiena cyfrowa jest kluczem do zdrowego funkcjonowania dzieci i młodzieży w świecie pełnym ekranów. Zawsze prosimy szkołę i instytucje o wsparcie w dotarciu do rodziców, bo bez ich udziału trudno mówić o realnej, trwałej zmianie. Mamy świadomość, że ogólna wiedza społeczna na temat bezpieczeństwa dzieci w sieci jest wciąż bardzo niewielka. Czasem, pracując na co dzień w tym obszarze, można mieć wrażenie, że wszyscy już to wiedzą, ale kiedy jedziemy w teren, okazuje się, że dla wielu osób to zupełnie nowe informacje, choćby to, że większość platform społecznościowych ma regulaminowe ograniczenie wieku od 13 lat. Dlatego tak ważne jest ciągłe mówienie o tym, tłumaczenie i wracanie do tych tematów, nawet jeśli mamy wrażenie, że powtarzamy je po raz kolejny. W tej sprawie naprawdę potrzebna jest konsekwentna edukacja i rozmowa.

Chłopiec pije napój, stojąc tyłem nad wodą - Hello Zdrowie

Nie uważasz, że powinniśmy także naciskać na rząd, aby wprowadził pewne odgórne ograniczenia? Dlaczego nie możemy być np. jak Australia, która zabroniła dzieciom poniżej 16. roku życia korzystania z mediów społecznościowych? Domyślam się, że dzieciaki i tak będą próbowały jakoś obejść te ograniczenia, ale jeśli będzie odgórny przekaz mówiący o tym, że jak masz 10 lat czy 12 i nie możesz korzystać z Facebooka, to mimo wszystko da to do myślenia i dzieciom i rodzicom?

Myślę, że to jest bardzo dobry kierunek, bo samą edukacją nie jesteśmy w stanie wszystkiego naprawić. Budowanie świadomości społecznej trwa latami, a w kontekście bezpieczeństwa dzieci nie mamy aż tyle czasu. Dlatego ważne jest działanie równolegle na kilku poziomach. Widzimy dziś, że kolejne państwa, jak Australia, Francja czy Dania, zaczynają podejmować konkretne kroki regulacyjne. W Polsce również pojawiają się pierwsze sygnały takich działań. To bardzo istotne, bo potrzebujemy działać na wielu frontach jednocześnie. Można to porównać do zasad dotyczących alkoholu, z jednej strony jest edukacja i odpowiedzialność rodziców, a z drugiej, jasne przepisy, które wyznaczają granice i zdejmują część ciężaru decyzji z pojedynczych rodzin. Podobnie powinno być w przypadku środowiska cyfrowego, potrzebne są zarówno działania wychowawcze, jak i regulacje oraz wyraźna odpowiedzialność platform. Konieczna jest też większa presja na twórców serwisów, by skuteczniej weryfikowali wiek użytkowników i lepiej projektowali zabezpieczenia. Dziś w praktyce bardzo łatwo obejść ograniczenia, wystarczy zaznaczyć inną datę urodzenia.

Sama publiczna dyskusja o podniesieniu wieku dostępu już teraz przynosi efekt, bo temat zaczyna być obecny w mediach, w rozmowach społecznych, w szkołach i w domach. Wielu rodziców dopiero dzięki tej debacie dowiaduje się, że dotychczasowe ograniczenie wynosiło 13 lat. Kiedy słyszą o propozycjach podniesienia go do 15 czy 16 lat, zaczynają się nad tym w ogóle zastanawiać  i to już jest pierwszy krok do zmiany podejścia. Niezależnie od tego, jakie ostatecznie zapadną decyzje legislacyjne i kiedy to nastąpi, sama dyskusja sprawia, że świadomość społeczna rośnie.

To teraz chyba najtrudniejsze pytanie: kiedy w takim razie dać dziecku pierwszy telefon i pozwolić na korzystanie z mediów społecznościowych i komunikatorów?

To jest pytanie, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem, bo każda sytuacja jest indywidualna. Na pewno nie wprowadzałabym dziecka w media społecznościowe przed 13. rokiem życia. Na dziś jednak ta granica jest konkretnym punktem odniesienia i może być dla rodziców praktycznym argumentem w rozmowie z dzieckiem. To nie jest kwestia naszej złośliwości, tylko stosowania się do zasad i regulaminów. Wielu rodzicom taki sposób tłumaczenia pomaga zdjąć z relacji napięcie. Jeśli w przyszłości wiek ten zostanie podniesiony, będzie to dodatkowe wsparcie w ochronie młodszych dzieci. Nie ma jednego „idealnego” momentu na wejście w media społecznościowe, bo wiemy z badań, że nawet dorośli mają trudność z utrzymaniem zdrowej równowagi w ich używaniu. Kluczowe jest raczej to, czy młody człowiek osiągnął już taki poziom dojrzałości, który pozwala mu stawiać sobie granice, rozumieć ryzyka i korzystać z tych narzędzi w sposób świadomy. Bo oczywiście istnieją także korzyści, szczególnie dla osób, które w swoim najbliższym otoczeniu nie znajdują wsparcia, czy ludzi o podobnych doświadczeniach i dopiero w internecie mogą je odnaleźć. Tyle że, aby te korzyści mieć, trzeba być już na tyle dojrzałym, żeby rozumieć mechanizmy działania tych platform i umieć o siebie zadbać. Dlatego z naszej perspektywy – im później dziecko zacznie korzystać z mediów społecznościowych, tym lepiej. Każdy dodatkowy miesiąc dojrzewania bez tej presji naprawdę ma znaczenie.

 


Edyta Daszkowska – edukatorka higieny cyfrowej, ekspertka merytoryczna programów edukacyjnych. Absolwentka studiów podyplomowych z higieny cyfrowej na Uczelni Korczaka. Szkoliła się również w amerykańskim Digital Wellness InstituteTM. Twórczyni projektu „Cyfrobalans”, który skupia się na edukowaniu dorosłych na temat cyfrowego wychowania dzieci.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?