Jolanta Pawnik: „Ja też chcę!” – to żądanie Mani brzmi bardzo znajomo. To dziś jeden z głównych punktów zapalnych między dziećmi a rodzicami. Zawsze tak było, ale teraz to „chcenie” coraz częściej dotyczy gadżetów technologicznych. Jak pani na nie odpowiada swoim dzieciom?
Joanna Marcinkiewicz: Tak, to zdanie rzeczywiście bardzo często się pojawia. Zwłaszcza kiedy nasze dzieci widzą inne dzieci, które mają nieograniczony dostęp do telefonu, konsoli czy telewizji. Nie rozumieją, dlaczego same tak nie mają. To jest chyba moment, kiedy zaczyna się problem, ale też moment, w którym rodzic musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jak w ogóle chce z dzieckiem o tym rozmawiać i jakie zasady mają obowiązywać w domu.
My przyjęliśmy zasadę, by dzieci jak najdłużej nie miały dostępu do technologii, a zwłaszcza do telefonu, bo mam poczucie, że bardzo szybko staje się on towarzyszem do wszystkiego i receptą na wszystko. Dziecko się nudzi: dam mu telefon. Dziecko nie chce jeść, nie potrafi się skupić: włączę bajkę, niech ogląda, a przy okazji jakoś wcisnę w nie jedzenie.

Joanna Marcinkiewicz /fot. archiwum prywatne
My mamy akurat taką sytuację, że nasze starsze dziecko chodzi do szkoły, w której w ogóle nie ma dostępu do telefonów. Grupa rodziców umówiła się, że ani w szkole, ani w domu nie damy dzieciom telefonów. To naprawdę bardzo dużo daje i ma sens, choć oczywiście nie da się wszystkiego odciąć. Kiedy jednak patrzę na moje dzieci, na to, jak one się bawią, że potrafią się zorganizować, że nie wołają co chwilę o telefon, zwłaszcza starszy syn, to wiem, że to jest warte wysiłku.
Z drugiej strony mam też mocne przeświadczenie, że jeśli dzieci nie są akurat w tej grupie dzieci, które mają dostęp do technologii, to one o tym naprawdę zapominają. Same z siebie prosić, bo nagle okazuje się, że mają wiele innych rzeczy do robienia. Mój syn zajmuje się piłką nożną, córka Mania ma swój świat lalek i bujną wyobraźnię. Ostatnio chodziła po podwórku z milionem gepardów, które ją chroniły i było to dla niej całkowicie realne. To pokazuje, że dzieci naprawdę potrafią rewelacyjnie radzić sobie bez technologii, tylko trzeba dać im na to przestrzeń.
To bardzo wybrzmiewa w książce o Mani: dzieci przy stoliku obok, które początkowo siedzą z nosami w telefonach, kiedy widzą zabawę obok, dołączają do niej i zupełnie o ekranach zapominają.
Widzimy to, kiedy wyjeżdżamy z grupą znajomych, którzy mają dzieci w podobnym wieku. Czasem trafiamy do miejsca, gdzie nawet my, dorośli, nie mamy dostępu do telefonu, bo po prostu nie ma zasięgu. Okazuje się, że dzieci błyskawicznie się organizują, cieszą się sobą, widzą, że mogą być razem, wymyślają sto tysięcy różnych zabaw, biegają, są w ciągłym ruchu. Właśnie to jest dla nich najważniejsze: ruch, bycie ze sobą, nawiązywanie relacji, rozwijanie się w kontakcie z drugim dzieckiem i z rzeczywistością, a nie z ekranem.
W książce mama Mani mówi bardzo stanowczo, że telefon jest dla dorosłych. Co jest trudniejsze: powiedzieć dziecku „nie” czy samej odłożyć telefon i dać przykład?
Nie mam złudzeń, że my, dorośli, jesteśmy związani z telefonami pracą, wiadomościami, mediami społecznościowymi. Często słyszę od swoich dzieci: „nie patrz w telefon, pobaw się z nami”. To jest moment, kiedy trzeba się zatrzymać i pomyśleć: „co ja im pokazuję”, bo dzieci uczą się przez obserwację. Chłoną to, jak rozmawiamy, czy jesteśmy obecni, czy patrzymy w ekran.
Mówi się, że technologia to „okno na świat”, ale pytanie, czy dla małego dziecka rzeczywiście nim jest, czy nie jest wręcz odwrotnie.
Nowe technologie stwarzają ogromne możliwości i nikt tego nie neguje. Jednak moje pytanie brzmi: czy w wieku trzech, czterech czy pięciu lat to naprawdę jest okno na świat? A może raczej coś, co dziecko ogranicza, zamyka w jakimś gotowym świecie, odciąga od tego, co jest istotne na tym etapie?
Najważniejsze jest, by dziecko rozwijało się fizycznie i żeby za tym szedł rozwój myślenia, emocji, relacji. Żeby budowało przyjaźnie i uczyło się bycia z innymi. Zwłaszcza teraz, kiedy nawet my, dorośli coraz bardziej zamykamy się w telefonach i w mediach społecznościowych, a relacje z innymi są inne niż kiedyś. Oczywiście czasy też są inne. Kiedy byłam dzieckiem, wychodziliśmy gromadą na podwórko i po prostu się bawiliśmy. Dziś rodzice dużo bardziej boją się o bezpieczeństwo dzieci. Nie ma wątpliwości, że świat się zmienił, ale mam mimo wszystko poczucie, że potrzeby dzieci wcale się tak bardzo nie zmieniły. One nadal potrzebują ruchu, wspólnej zabawy, obecności drugiego człowieka.
Pewnie nie brakuje też głosów, że przesadzacie, że dzieci bez technologii będą wykluczone albo „dzikie”.
Oczywiście, że takie głosy się pojawiają. Niejednokrotnie słyszeliśmy: „co ci szkodzi, daj telefon”, „co ci szkodzi, niech pogra”, „przecież to tylko chwila”. Bycie konsekwentnym w tej sprawie wcale nie jest łatwe, bo czasem staje się trochę wbrew wszystkim i wszystkiemu. Niestety konsekwencja często wiąże się z emocjami, z awanturą i buntem.
Moje dzieci są bardzo ekspresyjne, były więc u nas sytuacje trudne. Ale to była też kwestia rozmowy i dawania alternatywy. Nie wystarczy powiedzieć „nie, bo nie”. Trzeba powiedzieć: „nie, ale chodź, zagramy w grę, wyjdźmy na podwórko, poodbijamy piłkę”. Mam poczucie, że dla małych dzieci najlepszą alternatywą jest wspólne spędzenie czasu z rodzicami lub rówieśnikami.
To bywa trudne, zwłaszcza kiedy wracasz z pracy po wielu godzinach, jesteś zmęczona, dziecko już rozkręciło awanturę, zjadło makaron z solą i nic więcej, a ty marzysz tylko o kanapie. Ale czasami naprawdę warto pójść do tego pokoju, nawet poudawać, że zabawa lalkami jest wspaniała. Dziecko to doceni.
Rolki
W książce pojawia się bardzo konkretna scena: restauracja, czekanie na posiłek, nuda i telefon „dla świętego spokoju”. To sytuacja, którą także zna pani z własnych obserwacji?
Pamiętam taką sytuację z wakacji. Nasze dzieci były mniejsze, miały wtedy 2 i 4 lata. Byliśmy w pensjonacie i naprawdę byliśmy w szoku. Były może trzy stoliki, w tym dwa duże, dziesięcioosobowe, i przy tych stolikach wszystkie dzieci – dosłownie wszystkie, łącznie z niemowlakami – siedziały z bajkami i grami na telefonach. Miałam takie wrażenie, że one może i jedzą, ale tak naprawdę nie czują, co jedzą. Nie widzą, że ktoś im każe otworzyć buzię, tylko odruchowo ją otwierają, a ktoś wkłada im do ust łyżkę z rosołem czy ziemniakami.

Okładka książki „Po prostu Mania. Chcę telefon” /materiały prasowe
To było dla mnie bardzo mocne i przerażające jednocześnie, bo te dzieci siedziały obok siebie i w ogóle ze sobą nie rozmawiały. Tak jakby były tylko one i świat na ekranie, nie było obok nich kolegów i koleżanek. Nasze dzieci próbowały do nich podejść, zagadać, zaprosić do zabawy, a tamte właściwie nie reagowały, bo były nieobecne. To była jedna z takich sytuacji, po których człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, co my właściwie robimy dzieciom i co one przez to tracą.
No tak, ekran może i daje rodzicom chwilę spokoju, ale może też odbierać dzieciom coś bardzo ważnego.
Nie chodzi tylko o to, że dziecko patrzy w ekran, ale o to, że siedzi obok innych dzieci i nie nawiązuje z nimi żadnego kontaktu. Nie ćwiczy cierpliwości, nie doświadcza nudy, która wyzwala kreatywność, nie uczy się bycia przy stole, rozmowy czy obserwowania innych. W swojej książce chciałam pokazać, że dziecko w trudniejszych momentach potrzebuje czasem pomocy w przetrwaniu nudy, ale niekoniecznie natychmiastowego zapełnienia jej ekranem.
Przeraża mnie też, że telefon i inne technologiczne zabawki bardzo szybko zwalniają dzieci z myślenia i dochodzenia do czegoś samemu. Kiedyś widziałam dwóch chłopców jadących na rowerach. Jeden jechał na nawigacji, sprawdzał trasę, a drugi mówił: „Ja wiem, jak dotrzeć, nie musimy na to patrzeć”. Pomyślałam sobie, że właśnie o to chodzi: żeby dzieci, zanim dostaną gotowe narzędzia, nauczyły się same trochę myśleć, kombinować, szukać drogi. Technologie są bardzo przydatne, jasne, ale dobrze, żeby nie odbierały dziecku tej podstawowej sprawczości.
Rodzice są tu absolutnie kluczowi. Jeśli pokazujemy, że rozmawiamy ze sobą, pytamy się nawzajem, jak minął dzień, słuchamy siebie, to dzieci naturalnie się tego uczą. Widzę to u swoich dzieci. One potrafią prowadzić dialog, który wydaje się bardzo dorosły. Jeśli jednak rodzic siedzi cały czas w telefonie, to dziecko też dostaje bardzo konkretny komunikat. Dlatego dla mnie ważne jest, żeby moje dzieci czuły, że jesteśmy tu i teraz, że są dla mnie ważne, że znajdujemy czas, żeby po prostu ze sobą pobyć.
Do książki dołączone są zalecenia dotyczące higieny cyfrowej. Jak to w praktyce wdrożyć w domu z małymi dziećmi?
To jest prostsze, niż się wydaje, trzeba tylko tego naprawdę chcieć i podjąć decyzję. Rodzic musi sam zdecydować, że chce żyć w taki sposób i że to nie będzie to najłatwiejsza droga, bo świat dookoła proponuje coś odwrotnego.
W naszym domu obowiązują umowy. Razem rozmawiamy i ustalamy zasady, których staramy się przestrzegać. Syn może czasami obejrzeć kawałek meczu, bo kocha piłkę. Każde z dzieci może obejrzeć w weekend po dwie krótkie bajki, które sobie wybierze. One czekają na ten moment, wiedzą, że to jest ten ich czas. To naprawdę działa. Kiedy dziecko współuczestniczy w tworzeniu umowy, samo traktuje ją poważnie i szanuje. Nasze umowy dotyczą także innych codziennych spraw. Mamy ustalone, o której godzinie chodzimy spać i dzieci tego pilnują. Same też egzekwują od nas to, na co się umówiliśmy, przypominają, że przecież była umowa, że czytamy np. jedną książkę jednej osobie i jedną drugiej, że później słuchamy relaksacji albo słuchowiska. One naprawdę bardzo mocno się tych umów trzymają. Oczywiście takie kontrakty trzeba modyfikować, bo nie działają raz na zawsze, ale mam poczucie, że to naprawdę pomaga.
Wszystko, co pani mówi, zbudowane jest na konsekwencji nas, dorosłych.
Niekarmienie dziecka ekranem, nieusypianie go w ten sposób, niedawanie telefonu przy każdym trudniejszym momencie – to wszystko jest decyzją dorosłego. Dlatego naprawdę trzeba zacząć od siebie i nie uciekać od odpowiedzialności za obecność naszych dzieci w cyfrowym świecie.
W zaleceniach pojawia się także kwestia prywatności dzieci w sieci. To temat, który coraz częściej wraca.
Dzieci nie mają świadomości, co się dzieje z ich zdjęciami. My, dorośli, często wrzucamy je bez zastanowienia, a przecież sami nie lubimy, kiedy ktoś robi nam zdjęcia bez zgody. Dziecko często nie ma nawet możliwości, by powiedzieć „nie”
Książka „Po prostu Mania. Chcę telefon!” to już kolejny tytuł w serii „Po prostu Mania” z tą bohaterką. Co jest wspólnym mianownikiem tych historii?
Moim celem jest towarzyszenie dziecku w rozwoju emocjonalnym. Chcę wspierać jego emocje, pokazywać różne trudne sytuacje i mówić: to jest normalne, można sobie z tym poradzić, nie jesteś z tym sam.
Zależy mi, by dziecko znalazło w tych historiach wsparcie i zobaczyło, że z różnymi trudnymi rzeczami można sobie poradzić, ale chciałabym też wesprzeć rodziców, bo mam świadomość, że emocje dzieci potrafią być bardzo trudne dla dorosłego. Moim celem jest, by też rodzic znalazł w tych książkach trochę otuchy i narzędzi do wspierania swojej pociechy, a dziecko zobaczyło, że jego emocje są ważne, że można o nich rozmawiać i że warto.
Joanna Marcinkiewicz – mama, redaktorka, psycholożka. Od wielu lat związana z książką dziecięcą, pracuje jako redaktorka prowadząca w wydawnictwie dziecięcym. Poza pracą ogarnia chaos wytwarzany przez dwójkę rezolutnych i żywiołowych dzieci: Mariannę i Stanisława. Nie jest to proste, dlatego postanowiła podzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim i psychologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. W wolnych chwilach: czyta, podróżuje, czasem żegluje.