Przejdź do treści

Izabela Brzychcy, koordynatorka transplantacyjna: „Jak przestanę po nich płakać, stracę resztki człowieczeństwa i będzie czas odejść z zawodu”

Izabela Brzychcy - Hello Zdrowie
Izabela Brzychcy /fot. archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?

Najtrudniejszy jest moment pożegnania, gdy mówi rodzinie: „Jedziemy na blok, pora się pożegnać”. Wtedy widzi matki całujące swoje dzieci po raz ostatni. Ojców, którzy nie potrafią wypuścić ręki syna. Izabela Brzychcy koordynuje pobieranie narządów od zmarłych dawców.

 


„Była kołyska, musi być i trumna” – powtarza Izabela Brzychcy. W tym zdaniu, jak mówi, jest ogromna życiowa mądrość. I właśnie ta mądrość prowadzi ją przez lata pracy na stanowisku koordynatorki transplantacyjnej.

To praca, którą niewielu widzi. Wykonywana w nocy, za zamkniętymi drzwiami bloków operacyjnych, w szpitalnych korytarzach pełnych rozpaczy. Brzychcy przychodzi do rodzin tuż po tym, jak straciły dziecko. Składa kondolencje. A potem pyta: „Czy mogę państwu w czymś pomóc?”. I w końcu mówi: „Serce pani syna już nie bije. Ale może bić w kimś innym. Czy państwo się zgadzają?”

Pytanie, którego nikt nie chce usłyszeć. I które ona, sama matka dwójki dzieci, musi zadawać. „Ciężko nie myśleć, że taka sytuacja mogłaby spotkać i moje dziecko” – mówi wprost. Że w każdej sekundzie może znaleźć się po drugiej stronie. Że wystarczy moment: wypadek, upadek, pęknięte naczynie w głowie.

Przez lata skoordynowała kilkaset pobrań narządów. Uratowała setki istnień. A jej dzieci nauczyły się: jak mama płacze, trzeba ją przytulić. Bo pewnie jakieś dziecko umarło.


 

Agata Źrałko: Od ilu lat pracuje pani jako koordynatorka transplantacyjna?

Izabela Brzychcy: Dokładnie 16 lat. Wróciłam do pracy po urodzeniu swojego drugiego dziecka. Doktor Czyżewski, ówczesny ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w gorzowskim szpitalu, dowiedział się o studiach podyplomowych „Koordynator przeszczepiania narządów” na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i zapytał, czy byłabym chętna zrobić takie studia. Długo się zastanawiałam, bo miałam maleńkiego synka w domu, ale w końcu się zdecydowałam.

Co sprawiło, że wybrała pani tę właśnie specjalizację?

Zawsze interesowałam się urazami czaszkowo-mózgowymi, śmiercią pnia mózgu. Pisałam na ten temat pracę magisterską.

Jak wygląda pani typowy dzień pracy? Czy w ogóle można mówić o „typowym”?

W koordynacji przeszczepiania narządów nic nie jest typowe, standardowe. To praca, którą wykonuje się wtedy, kiedy na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii pojawia się potencjalny dawca narządów.

To nie jest praca od poniedziałku do piątku do godziny 15:00, tylko najczęściej dzieje się w godzinach niestandardowych, jest bardzo wydłużona w czasie.

To nie jest też tak, że zamknę się w 2-3 godzinach i po robocie. Procesy koordynacji trwają czasem dobę, czasem dwie, zanim uda nam się doprowadzić do pobrania narządów. A czasem jest tak, że pracujemy z zespołem dobę lub dwie i musimy zrezygnować w ostatnim momencie. Nie zawsze wszystko kończy się sukcesem.

Mówiąc w dużym skrócie: gdy tylko pojawia się pacjent ze śmiercią mózgu, przyjeżdżam do pracy na wezwanie ordynatora oddziału, kierownika oddziału anestezjologii bądź lekarza dyżurnego. I wtedy rozpoczyna się cały proces.

Izabela Brzychcy - Hello Zdrowie

Izabela Brzychcy /fot. archiwum prywatne

Często mówi pani „my” lub „w zespole”. Kto stanowi ten zespół?

Współpracuję z koordynatorami z ośrodków przeszczepiających, z koordynatorami centralnymi z Poltransplantu (Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do Spraw Transplantacji w Warszawie) oraz z całą siecią koordynatorów centralnych, regionalnych i szpitalnych, takich jak ja, pracujących u podstaw.

Ale oprócz tej sieci jest jeszcze masa ludzi: zespół pielęgniarski, zespół lekarski, personel bloku operacyjnego, technicy, radiolodzy, laboranci, diagności, pracownicy echokardiologii, którzy po nocach robią badania… Pracuję w szpitalu w Gorzowie od 25 lat, więc opowiadam o tych wszystkich ludziach z rozrzewnieniem. Bez nich nic bym nie zrobiła. Wystarczy tylko spojrzeć na rolę ordynatora. Gdy ordynator nie ma protransplantacyjnego podejścia, to najlepszy koordynator transplantacyjny nic nie zrobi.

Dlatego gdy przeszczep się uda, zawsze mówię swojemu zespołowi: „Dziękuję wam, zrobiliśmy wielką rzecz, kogoś uratowaliśmy”. Czasem mam ochotę, idąc na blok o drugiej w nocy, od razu do kogoś napisać i mu podziękować. Ale muszę się pilnować, bo to, że ja nie śpię, nie znaczy, że inni też nie śpią (śmiech).

Pamiętam jedną mamę, której syn, chłopiec w wieku szkolnym, został potrącony przez auto. Rodzice zgodzili się na pobranie organów. Po jakimś czasie mama dostała list od rodziców małej dziewczynki, która otrzymała wątrobę. List oprawiła w ramkę i postawiła na komodzie, tuż obok zdjęcia synka. Gdy to się stało, jej mąż zadzwonił do mnie i powiedział: żona zaczyna wracać do życia.

Skoro na jeden przeszczep przypadają dziesiątki telefonów, to zakładam, że w całą procedurę jest zaangażowanych kilkadziesiąt osób.

I dlatego jest potrzebny koordynator. Aby spiąć wszystkie zadania. W szpitalu w Gorzowie identyfikujemy potencjalnych dawców, orzekamy śmierć mózgową, prowadzimy pacjentów, rozmawiamy z rodziną, otaczamy ich wsparciem – i finalnie doprowadzamy do pobrania organów.

Drugi etap to transport organów do ośrodków przeszczepiających. Tam pracuje kolejna grupa: instrumentariusze, operatorzy, zespoły pobierające i wszczepiające, zespoły intensywnej terapii prowadzące biorców po przeszczepieniu. Potem są poradnie transplantacyjne, które opiekują się biorcami długoterminowo. A sam Poltransplant koordynuje krajową listę oczekujących i cały system kolejkowania.

Zawsze, gdy opowiadam o swojej pracy, powtarzam jedno: za moją pracą stoi mnóstwo ludzi, którzy są współautorami tego sukcesu.

Jak wiele się zmieniło przez tych 16 lat?

Oj, bardzo wiele. Proszę sobie wyobrazić, że przed uruchomieniem całego programu, proces koordynacji był scedowany na lekarza dyżurnego. A jak już zostali powołani pierwsi koordynatorzy, w tym ja, to wyniki trzeba było wysyłać faksem do ośrodka transplantacyjnego.

Całe szczęście w Polsce wzorujemy się na modelu hiszpańskim, który od lat działa z sukcesem – tam sieć koordynatorów jest bardzo dobrze rozwinięta. Chciałabym, abyśmy doszli kiedyś to takiego poziomu w Polsce.

Zatem ile pobrań udało się pani do tej pory skoordynować?

Nigdy nie liczyłam, ale pewnie kilkaset. I były to w większości pobrania wielonarządowe, więc jeśli chodzi o uratowane życia – naprawdę sporo.

Były różne lata. W pandemii miałam kilka pobrań rocznie. W latach stabilniejszych – dwanaście, trzynaście w roku, średnio jedno na miesiąc. Dla naszego dwunastołóżkowego OIT-u to była dostępna norma. Mniej więcej tak to się liczy: ile łóżek na intensywnej terapii, tyle pobrań rocznie.

Kto najczęściej trafia do pani jako potencjalny dawca? Czy da się nakreślić jakiś profil?

Rozpiętość jest bardzo duża. W szpitalu w Gorzowie zdarzali się i dawcy pediatryczni, i senioralni. Kobiety i mężczyźni.

Statystycznie największa grupa to osoby po katastrofach naczyniowych, z pękniętymi tętniakami, wylewami, krwawieniami śródmózgowymi. Ale zdarzają się też wypadki komunikacyjne, upadki z wysokości, próby samobójcze, długotrwałe zatrzymania krążenia…

Statystycznie dawcami są częściej mężczyźni w wieku 50-60 lat, po katastrofie naczyniowej, z chorobami współistniejącymi.

Sporo jest dyskwalifikacji?

Do każdego potencjalnego dawcy podchodzimy indywidualnie. Oczywiście mamy bezwzględne przeciwwskazania, np. aktywną chorobę nowotworową, niektóre zakażenia wirusowe. Wtedy ryzyko przeniesienia choroby na biorcę jest zbyt duże.

Ale w innych przypadkach zbieramy dokładny wywiad, grzebiemy w dokumentacji, oceniamy parametry i podejmujemy decyzję w porozumieniu z Poltransplantem i ośrodkami przeszczepiającymi. Czasem jeden ośrodek nie zakwalifikuje organu, a drugi tak, bo ma pilnego biorcę. Sytuacje są różne. Opieramy się na doświadczeniu, na wynikach medycznych.

Moją rolą jest przygotować dawcę, zrobić badania, utrzymać go w jak najlepszej formie. Ale ostateczną decyzję podejmują ośrodki przeszczepiające.

Dyskwalifikacja może nastąpić na każdym etapie. Zdarza się, że dochodzimy do pobrania, operator otwiera dawcę na bloku i widzi coś podejrzanego, czego nie wykazały badania obrazowe – i wtedy odstępujemy od pobrania. Zawsze musimy być przygotowani, że nie wszystko pójdzie po naszej myśli. Nic nie jest zero-jedynkowe.

Kiedy pacjent zostaje zdiagnozowany jako potencjalny dawca, rozmawia pani z jego rodziną. Od czego pani zaczyna?

Z rodziną spotykam się najczęściej, gdy proces orzekania śmierci mózgu jest zaawansowany albo po komisyjnym orzeczeniu śmierci mózgu. Rodzina jest już po rozmowach z lekarzami, wie, w jakim kierunku to zmierza.

Wchodzę na salę, przedstawiam się, mówię, kim jestem i że będę opiekować się ich synem, mężem, córką przez cały proces koordynacji. Daję możliwość zadawania pytań: jeśli mogę w czymś pomóc, służę. I składam kondolencje, bo data i godzina orzeczenia śmierci mózgowej to śmierć pacjenta. To właśnie ta data zostanie wpisana do aktu zgonu.

Ale zanim pojawię się na sali, sprawdzam Centralny Rejestr Sprzeciwów przy Poltransplancie. Gdy jest w nim sprzeciw, to odstępujemy od pobrania. Nie ma sprzeciwu? To znaczy, że jesteś za transplantacją.

Zawsze więc podkreślam na szkoleniach: jeśli nie chcesz być dawcą, zgłoś sprzeciw w CRS. To twoje prawo. Porozmawiaj więc z najbliższymi, rodziną. Noś przy sobie oświadczenie woli.

Jak przebiega pierwsza rozmowa?

Różnie. Niektóre rodziny są rzeczowe i spokojne, inne bardzo emocjonalne. Trzeba to uszanować. Po prostu tracą kogoś bliskiego.

Najczęściej rodziny pytają mnie: ile to będzie trwało? Kiedy możemy przyjść się pożegnać? Czy zdąży ktoś z rodziny dojechać? Nie zawsze wszyscy są na miejscu.

Ma pani kontakt z rodzinami po tym, jak proces koordynacji się zakończy?

Czasami tak, jeżeli sobie życzą. Chcą wiedzieć, czy pobranie przebiegło dobrze, czy organy zostały przeszczepione.

Wtedy – chroniąc dane biorców – mówię, w jakim szpitalu organy zostały przeszczepione i czy organ podjął pracę. Czy nerki produkują mocz, serce bije, płuca oddychają. Dla wielu rodzin to ważna informacja.

Mam też dostęp do ustawowych rejestrów transplantacyjnych prowadzonych przez Poltransplant. Każdy koordynator wprowadza tam potencjalnego dawcę, a ośrodki przeszczepiające podglądają wyniki, dopasowują, akceptują organy. Potem ośrodki umieszczają tam biorców – więc widzę, że dany organ pobrany u mnie został wszczepiony danego dnia i o danej godzinie.

Ale zespoły transplantacyjne często dzwonią same na drugi dzień – dziękują i informują, co się działo. Przy pobraniu wielonarządowym każda ekipa dzwoni osobno. „Pobraliśmy serce, wszczepiliśmy płuca, wątrobę, nerki. Dziękujemy, proszę przekazać podziękowania zespołowi”. Niektóre kliniki przysyłają pisemne podziękowania.

Nie śmiałabym powiedzieć, że tego typu informacje ułatwiają rodzinom żałobę. Strata boli. Ale jeśli mogę jakoś pomóc, dlaczego nie?

Co się dzieje, gdy przeszczep w końcu dochodzi do skutku, ale się nie udaje?

Na każdym etapie transplantacji może się tak zdarzyć, że pobranie lub wszczepienie nie zakończy się pełnym sukcesem. Zwłaszcza podczas przeszczepów wielonarządowych. Może być tak, że jeden organ zostanie zdyskwalifikowany albo wystąpią powikłania, a w tym samym czasie inne organy od tego samego dawcy będą działać.

Informując rodzinę, staram się więc powiedzieć to jak najdelikatniej. Wiem, że to dla nich ważne. Nigdy nic nie ukrywam. Staram się pokazywać, że nie wszystko poszło na marne, że inne organy żyją w innych ludziach.

Gdy przeszczep się uda, zawsze mówię swojemu zespołowi: „Dziękuję wam, zrobiliśmy wielką rzecz, kogoś uratowaliśmy”. Czasem mam ochotę, idąc na blok o drugiej w nocy, od razu do kogoś napisać i mu podziękować. Ale muszę się pilnować, bo to, że ja nie śpię, nie znaczy, że inni też nie śpią (śmiech).

Śmierć mózgowa może dotknąć też dzieci. Jak prowadzi się taką rozmowę?

Te rozmowy są wyjątkowo trudne. Śmierć kogoś bliskiego zawsze jest ciężka, ale jak umiera dziecko – bez względu na to, ile miało lat – to dla rodziców trauma.

Sama jestem mamą, więc pamiętam wszystkie koordynacje przeszczepów od dawców-dzieci. Ciężko mi powstrzymać emocje, mimo że w pracy jestem profesjonalistką. Zdarza mi się płakać. Nie wstydzę się tego. Jak stracę te resztki człowieczeństwa, to wtedy będzie dla mnie czas odejść z zawodu.

Łzy i wsparcie dla rodzin to taki odruch. Ciężko nie myśleć – mnie jako mamie – że taka sytuacja mogłaby spotkać i moje dziecko. Że w każdej chwili mogę znaleźć się po ich stronie. Mam więc jeszcze więcej współczucia i bardziej doceniam to, co mam.

Pamiętam jedną mamę, której syn, chłopiec w wieku szkolnym, został potrącony przez auto. Rodzice zgodzili się na pobranie organów. Po jakimś czasie mama dostała list od rodziców małej dziewczynki, która otrzymała wątrobę. List oprawiła w ramkę i postawiła na komodzie, tuż obok zdjęcia synka. Gdy to się stało, jej mąż zadzwonił do mnie i powiedział: żona zaczyna wracać do życia.

Ta historia to dla mnie znak, że proces żałoby pomaga przetrwać. Czas nie leczy ran, ale pomaga oswajać ból.

Jak pani radzi sobie z żałobą rodzin, którą obserwuje niemal codziennie?

Nie da się zupełnie odciąć emocji. Wejść do szpitala, zająć się pracą i działać jak maszyna. To nie jestem ja. Pobrania, szczególnie te emocjonale, odchorowuję potem w domu.

Gdy moje dzieci były małe, wiedziały: jak mama przychodzi z pracy i płacze, trzeba ją przytulić, bo pewnie jakieś dziecko umarło. Tak sobie tłumaczyły. Teraz są duże, więcej rozumieją. Ale sytuacja się nie zmienia – mama nadal czasem wraca i płacze.

Niektóre pobrania są naprawdę dramatyczne. Pamiętam wiele tych dzieci. Najtrudniejszy jest moment pożegnania, gdy mówimy rodzinom: teraz jedziemy na blok, pora się pożegnać…

Śnią się pani te historie?

Śnią. I nie tylko te z koordynacji – też historie pacjentów, którzy umierali w przebiegu mojej kariery jako pielęgniarki na oddziale intensywnej terapii. To w ogóle bardzo obciążająca praca. Każdy z nas wytwarza sobie jakieś mechanizmy radzenia sobie z tym.

Ma pani jakieś sposoby na regenerację?

Biegam po lesie ze swoimi psami ze schroniska – to mój reset. Chodzę na jogę, na siłownię, lubię wieczór z książką, spotkania z przyjaciółkami, wyjazdy z dziećmi nad morze. Mam szczęście, że mam przyjaciół, którzy ze mną stoją: przyjaciółki od czasów szkoły, grono ludzi w pracy. Ta równowaga pomaga. Tu ratuję życie, a tu mam normalne życie. Staram się też pamiętać, że nie na wszystko mam wpływ. Nie jestem w stanie uratować całego świata. Ludzie umierali, umierają i będą umierać w przebiegu śmierci mózgowej. Ale jeżeli mogę zrobić coś profesjonalnie, z zaangażowaniem i uratować komuś życie – zrobię wszystko, co w mojej mocy. Póki będę mogła, póki będę potrzebna, będę to robiła.

Rozmawiamy o emocjach, ale one nie powstają w próżni. Jak ocenia pani system, w którym pracuje? Co go najbardziej obciąża?

Wiecznie borykamy się z brakami personelu. Trudno wymagać od oddziału intensywnej terapii, gdzie jest jeden lekarz na dyżur, że poświęci cały czas jednemu pacjentowi, mając jeszcze iluś innych. Będzie tak obciążony pracą, że nie zostawi całego oddziału żyjących pacjentów, żeby skupić się na tym, któremu trzeba orzec śmierć mózgową. A to mnóstwo badań, mnóstwo pracy.

Tak samo jest z personelem pielęgniarskim. Najlepszy lekarz nic nie zrobi bez przeszkolonego zespołu pielęgniarek, które wiedzą, że brak odruchu rogówkowego trzeba zgłosić, zaprotokołować, że to może być pierwszy objaw śmierci mózgu.

Drugą sprawą jest współpraca między zespołami. W wielu szpitalach nie ma koordynatorów, a to osoba kluczowa – usprawnia proces, wie, gdzie zadzwonić, co zrobić, jak rozwiązać problemy z orzeczeniem, prokuratorem. Ma doświadczenie, wiedzę, może współpracować z lekarzami.

Julia Kowalska - Hello Zdrowie

Według statystyk najtrudniej jest znaleźć dziecięcych dawców. Dlaczego?

Odpowiem krótką historią. Mam koleżankę-koordynatorkę z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie – jest dla mnie guru w temacie dawców pediatrycznych. Na szkoleniu w Warszawie opowiadała kiedyś, że są miesiące, kiedy nie ma w Polsce żadnego zgłoszenia dawcy pediatrycznego. Żadnego, od żadnego szpitala. I pytała nas, koordynatorów szpitalnych: czy to oznacza, że dzieci nie umierają w wyniku śmierci mózgowej?

Nie. Dzieci umierają. W wyniku urazów czaszkowo-mózgowych, krwawień do głowy, upadków z wysokości. A dlaczego nie są zgłaszane? Bo nie są identyfikowane jako potencjalni dawcy.

To co jest największą barierą?

Widzę dwa problemy. Pierwszy to brak identyfikacji, prowadzenia i orzekania śmierci u dawców dziecięcych. Ta procedura różni się od orzekania dorosłych, jest bardziej wydłużona w czasie, bardziej skomplikowana, wymaga więcej zaangażowania.

Drugi – trudno jest rozmawiać z rodziną. To rozmowy nacechowane dużą dawką emocji. Wielu z nas nie umie rozmawiać na tematy trudne. Jeśli się czegoś boimy, podświadomie unikamy i wydaje nam się, że tematu nie ma. A w przypadku dawców pediatrycznych zgodę musi wyrazić oboje rodziców. Jeśli jeden się zgadza, drugi nie – nie możemy wykonać transplantacji.

Sytuacje rodzinne są różne: separacje, rozwody, ale jeśli rodzice nie zostali pozbawieni praw rodzicielskich, to oboje muszą wyrazić zgodę. I mamy tego dramatyczną konsekwencję: jest grupa potencjalnych biorców, którzy czekają na przykład na serce. I nie doczekawszy przeszczepu, umierają. Nie mamy w medycynie leku, środka, procedury, maszyny, która mogłaby ich uratować.

Zdarza się, że w rodzinie są różne zdania na temat dawstwa? Że ktoś się waha, ktoś jest przeciwny?

Jeżeli dawca jest dorosły, lekarze i ordynatorzy nie pytają rodzin o zgodę. Bardziej informują, jakie procedury dalej będą wdrażane, jak to będzie wyglądać. Na tej płaszczyźnie nigdy nie spotkałam się z oporem rodziny.

W mojej szesnastoletniej karierze tylko raz zdarzyło się, że potencjalny dawca zastrzegł sprzeciw w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów. Odstąpiliśmy więc od pobrania. Zaskoczyło mnie to, ale jak wspomniałam, każdy ma wolną wolę.

To w przypadku dorosłych, ale jak jest w przypadku dzieci? Gdy jeden rodzic się zgadza, a drugi nie. Próbuje pani z nimi rozmawiać, przekonywać?

Zdarzył mi się taki przypadek – rodzice malucha byli po rozwodzie, na początku panował rozłam. Tato nie zgadzał się na oddanie narządów syna. Jechał z daleka, by być blisko chłopca. Ale gdy przyjechał, porozmawiał z ordynatorem, z nami, zmienił zdanie.

Czasem rodziny potrzebują czasu. Na początku jest żal, dramat. A po rozmowie, po czasie, po wizycie księdza, po posłuchaniu kogoś bliskiego – zmieniają zdanie.

Ale jeżeli rodzina jest definitywnie na „nie”? To sprawa prosta. Odstępujemy. Daleka jestem od nakłaniania na siłę. Raczej dopytuję: „Może potrzebują państwo czasu? Coś jest niejasne? Mogę wyjaśnić? Poczekam”. To nie moment, żeby naciskać.

Łzy i wsparcie dla rodzin to taki odruch. Ciężko nie myśleć – mnie jako mamie – że taka sytuacja mogłaby spotkać i moje dziecko. Że w każdej chwili mogę znaleźć się po ich stronie. Mam więc jeszcze więcej współczucia i bardziej doceniam to, co mam.

Jak często zdarza się, że dziecko-biorca umiera w oczekiwaniu na narząd od dziecka-dawcy?

Im mniejsze dziecko, im więcej chorób współistniejących – tym trudniej znaleźć dawcę. Musimy bardzo dokładnie dopasować parametry dawcy do biorcy.

Mierzymy wzrost dawcy, wagę, obwód klatki piersiowej, brzucha, punkty na wysokości wyrostka mieczykowatego, pępka – obrazujemy, dopasowujemy… W końcu serca czterdziestokilogramowego dorosłego nie wszczepimy do klatki pacjenta, który waży sto dwadzieścia kilogramów. I odwrotnie też nie.

Z dziećmi jest tak samo. Niemowlakowi nie wszczepimy serca z klatki kilkulatka. A dawcy niemowlęcy są pojedynczymi przypadkami. Nastolatek może być wychudzony, wyniszczony, ważyć czterdzieści kilogramów. Albo mieć nadwagę i ważyć osiemdziesiąt kilogramów, jak zdrowy dorosły. A przecież serca muszą być do siebie dopasowane. Naczynia muszą się zespolić, klatka musi się zamknąć.

Dopasowanie narządów do drugiego człowieka to naprawdę artyzm medycyny. Olbrzymie przedsięwzięcie.

To na pewno trudne – radzić sobie z tymi emocjami samemu.

Mamy bardzo mało wsparcia psychologicznego. Rozpaczam nad brakiem szkoleń dla zespołów intensywnej terapii. Nic tak nie łączy zespołu jak wspólne szkolenie z psychologiem, który omawia mechanizmy radzenia sobie ze śmiercią.

Marzyłabym, żeby raz na pół roku, raz na rok było szkolenie dla szpitali aktywnych, w którym udział brałby cały personel. Omawialibyśmy procedurę orzekania, etapy koordynacji, co się zmieniło w medycynie transplantacyjnej, mielibyśmy możliwość zadawania pytań. I sesje z psychologiem. Jak sobie radzić, żeby nie zwariować.

Czy często dzielicie się emocjami z innymi koordynatorami? Macie swoje grupy wsparcia?

Tak, na przykład Polskie Stowarzyszenie Koordynatorów Transplantacyjnych i spotkania z ramienia Poltransplantu. Mam szczęście znać tych koordynatorów, którzy byli prekursorami sieci koordynacji w Polsce. Czerpię od nich wiedzę, są dla mnie autorytetami.

W Poltransplancie 24 godziny na dobę jest też dostępny koordynator – jeśli coś niejasne, zawsze mogę zadzwonić. To ważne, bo ta praca wypala, jest ciężka. Bez wsparcia po drodze wielu koordynatorów po prostu odchodzi z zawodu.

Fakt, 16 lat w tym zawodzie brzmi na bardzo długi okres.

Aktywnych zawodowo koordynatorów, którzy pracują w szpitalach w Polsce 10 lat i więcej, jest naprawdę niewielu.

Masa szpitali w ogóle nie jest aktywnych, a mają potencjał donacyjny – mogłyby wyszukiwać, identyfikować potencjalnych dawców. A pacjenci umierają bez orzeczenia śmierci mózgowej, bo nie ma personelu, lekarza, ordynatora, ktoś jest obciążony obowiązkami… Różne problemy się na to składają.

Czego nauczyła panią ta praca?

Pokory. Bo jeśli dzisiaj jestem zdrowa, to nie znaczy, że tak będzie zawsze.

Wdzięczności. Uważam, że jestem bogata, bo mam zdrowe dzieci, bliskich przyjaciół, sama jestem zdrowa, mogę rozmawiać, pojechać na dyżur. Nie jestem od nikogo zależna.

Rozmowy na trudne tematy. Śmierć jest nieodłącznym elementem życia, każdego z nas to czeka. To nieuniknione. Starsi mówili kiedyś: była kołyska, musi być i trumna. I w tym zdaniu jest ogromna życiowa mądrość.

Dlatego tak cieszy mnie, gdy osoby po przeszczepie wracają do społeczeństwa, do pracy zawodowej, są aktywne społecznie. Kobiety zachodzą w ciążę, rodzą dzieci. Dzieci po przeszczepie dorastają, robią fantastyczne rzeczy.

W naszym szpitalu dzieją się cuda – pod osłoną nocy, za zamkniętymi drzwiami. To naprawdę wielka rzecz.

 


Izabela Brzychcy – koordynatorka transplantacyjna w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim. Od 16 lat zajmuje się koordynacją przeszczepiania narządów. Jest absolwentką studiów podyplomowych „Koordynator przeszczepiania narządów” na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Swoją pracę magisterską poświęciła ciężkim urazom czaszkowo-mózgowym i śmierci pnia mózgu u pacjentów oddziałów intensywnej terapii. W ciągu swojej kariery skoordynowała kilkaset pobrań, w większości wielonarządowych. Współpracuje z Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnym do Spraw Transplantacji Poltransplant oraz z całą siecią koordynatorów w Polsce. Członkini Polskiego Stowarzyszenia Koordynatorów Transplantacyjnych. Mama dwójki dzieci i oficer SW.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?