Przejdź do treści

„Im bliżej jesteśmy polityków, tym bardziej oni udają, że nas nie widzą. To zabawne”

na zdjęciu: Aborcyjny Dream Team - Hello Zdrowie
Przedstawicielki Aborcyjnego Dream Teamu w przychodni ABOTAK /fot. johnbob sophie
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Z jednej strony są protesty, ten brak zmiany prawa, brak zmiany polityki, takie tkwienie w miejscu, jeżeli chodzi o naszą sytuację. Jednak z drugiej strony codziennie jesteśmy w kontakcie z osobami, które tej aborcji potrzebują, dostajemy mnóstwo dowodów na to, że ta praca ma sens – mówi Natalia Broniarczyk. Z członkinią Aborcyjnego Dream Teamu rozmawiamy o prawie aborcyjnym i działaniu przychodni ABOTAK, od uruchomienia której mija już prawie rok.

 

Gabi Krysiak: Zdarza wam się pytać kobiety, które przychodzą do ABOTAK, o poglądy polityczne?

Natalia Broniarczyk: Nie, absolutnie nie. Ale około 30 procent dziewczyn, które do nas trafiają, mówi o tym, że nigdy nie sądziły, iż będą rozważać usunięcie ciąży. Padają nawet wprost wyznania “jestem przeciwniczką aborcji”. Kilka razy w tygodniu zdarza się usłyszeć bardzo mocne zdanie typu: „Uważam, że prawo powinno pozostać takie, jakie jest, bo jak ktoś potrzebuje, to sobie po prostu załatwi”. Zdaniem niektórych nie należy aborcji legalizować. Mówią, że zdecydowanie nie są z siebie dumne, ale muszą to zrobić. Odpowiadam wtedy: „Nikt od ciebie nie oczekuje, żebyś cokolwiek na ten temat mówiła. Naprawdę, to jest twoja sprawa.”

Sprawdzacie, skąd kobiety, które do was przychodzą, mają do was kontakt?

Bardzo często słyszymy od osób, że znalazły nasz numer na Tik Toku albo zapisały sobie jakiś filmik na zaś, na wszelki wypadek. Uważam, że ten protest w 2020 roku i w ogóle wszelkie akcje, które nagłaśniają sprawę aborcji, bardzo pomogły w dotarciu do rzetelnych informacji. Chociaż te wielkie protesty, koniec końców, prawnie nic nie dały, przyniosły ogromną zmianę społeczną. Zaczęłyśmy mówić o swoich doświadczeniach, o tym, że aborcja dotyczy nas, naszych córek, naszych sióstr. Zaczęłyśmy, przede wszystkim, zdawać sobie sprawę z tego, że to jest o nas, o naszych ciałach, a nie o jakimś abstrakcie.

Jak wygląda działanie przychodni ABOTAK?

Przychodnia jest podzielona na dwie części. W ogólnodostępnej strefie można pogadać, zakupić “aborcyjny starter pack” do przeprowadzania aborcji w domu lub akcesoria wspierające Aborcyjny Dream Team. Mamy też kotarkę, a za kotarką “część aborcyjną”. To, co się dzieje za kotarką, zostaje za kotarką.

Zawsze zachęcamy też do zamówienia leków samodzielnie i należy powiedzieć to wprost: zamówienie własnych leków do aborcji farmakologicznej do domu jest w pełni legalne.

Czy przekazanie komuś tabletek z ręki do ręki lub zakupienie ich dla kogoś innego jest przestępstwem?

Mówiąc “przyjdź, damy ci tabletki”, mogłybyśmy na siebie ściągnąć policję i utrudnić dostęp do aborcji. Każdy proces karny, każde przesłuchanie, każda sprawa policyjna to jest zagrożenie dla całego ruchu, zagrożenie dla grupy, zagrożenie dla danych i tak dalej. Dlatego staramy tego ryzyka nie ponosić, także po to, żeby chronić siebie.

Z drugiej strony, Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że zgodnie z definicją, zdrowie to nie tylko brak choroby, ale całkowity dobrostan. Na zdrowie należy patrzeć holistycznie, zarówno pod kątem fizycznym, psychicznym, jak i też – coraz częściej formułuje się taki postulat – pod kątem społecznym. Polska ustawa antyaborcyjna mówi, że jeżeli zdrowie kobiety w ciąży jest zagrożone, aborcja jest legalna. Jeżeli my w przychodni uznamy, że życie danej osoby jest zagrożone – przykładowo będzie mówić, że już nie może wytrzymać, że sobie coś zrobi – to wtedy nie ponosimy ryzyka, moim zdaniem. Ale co powie na to sąd, co powie policja? To już jest zupełnie inna kwestia.

Jak dotychczas kończyły się tego typu sprawy?

Tych spraw jest de facto w Polsce bardzo mało. Mamy z jednej strony bardzo restrykcyjne prawo, a z drugiej strony ono jest trochę takim symbolicznym grożeniem paluszkiem. “Nie wolno”, ale nie ma wielu wyroków skazujących, dlatego że te sprawy nie trafiają zbyt często na policję czy do sądu. Osoba, która potrzebuje aborcji, i ta, która pomaga, są w sojuszu.

Nadal prowadzicie też ogólnopolską infolinię aborcyjną?

Tak. Na infolinię dzwonią osoby w bardzo różnych sytuacjach. Zrobiły właśnie test ciążowy, wynik jest pozytywny i często nie wiedzą w ogóle, od czego zacząć.

Dzwoni też dużo kobiet, które w teorii mogłyby mieć legalną aborcję w polskim szpitalu. Mają wskazania, spełniają warunki ustawy, ale czują, że to się nie uda. Lekarz utrudnia cały proces, wymaga dostarczenia kolejnego dokumentu czy wykonania kolejnych badań. Musimy takiej osobie wytłumaczyć, że w tym szpitalu najprawdopodobniej ta aborcja się nie odbędzie. Następnie pomagamy jej wyjechać do innego szpitala w Polsce, w którym istnieje szansa na zabieg. Tych szpitali jest pięć, w porywach do sześciu w całym kraju.

Lekarzy chyba czasem oburza, że to nie ich decyzja jest najważniejsza.

Tak, to jest też o władzy. Jak pracujesz jako ginekolog w Polsce, gdzie od 33 lat nie ma legalnej aborcji, aborcja się de facto w szpitalach nie dzieje albo dzieje się w bardzo ograniczonych przypadkach, to kobieta w niechcianej ciąży jest trochę takim “słoniem w pokoju”. Nikt nie wie za bardzo, jak się z nią obchodzić, ale wszyscy mają sprecyzowane poglądy, że należy ją od tej aborcji odwieść.

Nic tak nie zmienia nastawienia do aborcji, jak pomaganie osobom, które jej potrzebują. Widzę to po lekarzach w Polsce, którzy odważyli się wykonać zabieg po raz pierwszy, po raz drugi. Porozmawiali z tymi kobietami, stali się osobami, do których kolejne pacjentki zaczęły dzwonić, prosić o pomoc. W końcu zobaczyli w nich ludzi.

Kobieta

Jaki powinien być twoim zdaniem pierwszy najważniejszy krok w zmianach prawa dotyczącego aborcji?

Dla mnie bardzo ważne jest usunięcie aborcji z kodeksu karnego. Zmieniłoby to bardzo dużo, zwłaszcza wśród kobiet biednych, które są najczęściej skazywane i ciągane po komisariatach. W biedniejszych domach o wiele trudniej jest aborcję utrzymać w tajemnicy. Zazwyczaj procesy karne dotyczą sytuacji, w której ktoś z bliskich – szwagierka, mąż, brat, ojciec – dowiedział się, że dwie osoby wspólnie podjęły działania, aby usunąć ciążę. Koniec końców idą z tym na policję, często wcale nie dlatego, że są przeciwko aborcji, ale z powodu jakichś konfliktów rodzinnych.

Pamiętam pewną sprawę, która niedawno się zakończyła. Kobieta w ciąży poprosiła swojego partnera o pomoc, a mieszkali z dziećmi w bardzo małym mieszkaniu podzielonym na pół – drugą połowę zajmowała siostra tego mężczyzny ze swoją rodziną. Nie dogadywali się między sobą, brakowało też pieniędzy, sytuacja była napięta. Siostra nie wiedząc, jakie jest prawo w Polsce, poinformowała o wszystkim policję. Liczyła, że uprzykrzy życie szwagierce, a uprzykrzyła jedynie własnemu bratu, ponieważ to on zdobył leki dla żony. Potem na każdej rozprawie mówiła, że gdyby wiedziała, że to on zostanie oskarżony, nigdy by tego nie zrobiła.

Pod ABOTAK od miesięcy trwają protesty. Jak sobie radzicie z tą sytuacją?

Największe wsparcie dostajemy od sąsiadów – nie tylko mieszkańców pobliskich bloków, ale też osób z okolicznych sklepów, restauracji i barów. My pracujemy kilka godzin dziennie i możemy wyjść, a osoby, które tam mieszkają, muszą z tym żyć na co dzień. Mimo to, próbują nas wspierać, także poprzez interwencje na policji. Wspólnie z mieszkańcami złożyłyśmy zawiadomienie o nękaniu. Kilkunastu sąsiadów składało wyjaśnienia, a niektóre z nich były naprawdę poruszające. Nie mam wątpliwości, że w tych protestach nawet nie chodzi o to, żebyśmy przestały robić aborcję. Oni wiedzą, że nie przestaniemy. Chodzi o to, żeby doszło do jakiejś awantury, żeby komuś puściły nerwy.

ABOTAK powstało przy ulicy Wiejskiej w Warszawie z kilku powodów. Oczywiście, chciałyśmy w ten sposób wysłać manifest do władzy, pokazać, że aborcja dzieje się tuż pod ich nosem. Jednak Wiejska to też najbardziej strzeżona ulica w Warszawie, wręcz naszpikowana kamerami. Ulica, po której non stop chodzą patrole. Naprzeciwko nas jest budka SOP-u, czyli służby ochrony państwa. Nie wiem, czy byłybyśmy gdzieś bardziej bezpieczne.

Niepełnosprawny Fabian Puchalski apeluje: jeśli państwa nie stać na pomoc dla nas, niech nie zrzuca wszystkiego na i tak obciążone barki kobiet

Nie czujecie wypalenia, zniechęcenia przez to wszystko?

Z jednej strony są protesty, ten brak zmiany prawa, brak zmiany polityki, takie tkwienie w miejscu, jeżeli chodzi o naszą sytuację. Jednak z drugiej strony codziennie jesteśmy w kontakcie z osobami, które tej aborcji potrzebują, dostajemy mnóstwo dowodów na to, że ta praca ma sens. I to jest nasza bateria ładująca.

Dla mnie to jest paradoksalna sytuacja. Kiedy kręci się ta nadęta debata o wartościach, wielka polityka, ten Tusk mówiący “chciałbym, ale nie mogę”, po drugiej stronie masz po prostu dziewczynę, która jest w niechcianej ciąży. Ona się nie zastanawia, czy można, czy nie można, co myślą politycy. Ona po prostu dzwoni i zadaje pytania. Czy będzie bolało? Czy mogę iść do szkoły lub na studia następnego dnia? Czy mogę pracować? Ile czasu będę potrzebowała, żeby dojść do siebie? Ile to kosztuje? To są rzeczy, które ją interesują.

Często, jak dziewczyny są u nas i policja się przechadza pod oknami, pytają, “oni tu nie przychodzą?”. A my odpowiadamy, zgodnie z prawdą, że policja nie wie, co z nami zrobić. Od polityków płynie przekaz, żeby udawać, że nas tu nie ma. Im bardziej się przybliżamy do tego Sejmu i z podniesioną głową pokazujemy, co robimy, tym oni bardziej udają, że nas nie widzą. To dosyć zabawne.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?