Przejdź do treści

Hanka Grupińska: wydaje się, że świat ultraortodoksji żydowskiej jest bardziej otwarty i respektujący prawa kobiet niż polski kościół katolicki

kobieta w świecie ortodoksyjnych Żydów
"Wydaje się, że świat ultraortodoksji żydowskiej jest bardziej otwarty i respektujący prawa kobiet niż polski kościół katolicki"/ Pexels
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Kobiety na Strajku Kobiet w Polsce
Uzasadnienie wyroku TK odnośnie aborcji opublikowane!
Kobieta w maseczce ochronnej
Francja i Austria zakazują noszenia maseczek materiałowych w miejscach publicznych!
Nastolatka siedzi na rampie
„Jedna placówka na ponad 27 tys. pacjentek”. Martyna Jałoszyńska o dostępie nastolatek do ginekologa
Ludzie na koncercie
Lek. Bartosz Fiałek wzburzony weekendowymi imprezami: ludzie, których ignorancja przekracza „dach świata”
Genogram – do czego służy, jak zrobić, symbole genogramu

„Żadna chasydka, pewnie jak żadna kobieta, nie chce usuwać ciąży. Dzieci są w tamtej tradycji błogosławieństwem. Ale – każda chasydka, jeśli z jakichś przyczyn uważa, że musi ciążę usunąć, ma takie prawo”mówi Hanka Grupińska, autorka książek „Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydzkich kobiet” i „Dalekowysoko. Tybetańczycy bez ziemi”.

 

Marta Krupińska: Mieszkając w Izraelu, pracowała pani nad książką o chasydzkich kobietach. Jak to się stało, że zmieniła pani kierunek i pojechała do Indii?

Hanka Grupińska: Książka o chasydzkich kobietach powstawała w czasie, kiedy przede wszystkim zajmowałam się Zagładą, co trwało 25 lat. W międzyczasie pracowałam też nad książką o opozycji w PRL „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.” Opowieść o chasydzkich kobietach pisałam, gdy mieszkałam w Izraelu, a potem książkę kończyłam już w Polsce.

Do Indii pierwszy raz pojechałam w 2009 roku, dwa razy tamtego roku byłam w Indiach. Najpierw jeździłam i się gapiłam, a potem pojechałam na miesiąc, do szkoły jogi. I wtedy właśnie, dość nagle coś mnie  złapało tam za rękaw: przydrożny stolik, przy którym siedzieli starsi ludzie, mężczyźni w kapeluszach, kobiety w pasiastych fartuchach. Nie do końca wiedziałam, kim oni są, ale wyglądali bardzo ciepło, łagodnie. Przysiadłam się , zaczęłam pić, jak oni, herbatę, i dowiedziałam się, że to  Tybetańczycy, uciekinierzy, wygnańcy. Nie miałam wtedy pojęcia, że właśnie zaczynam długą podróż, z której wyniknie książka. W życiu takich rzeczy, które chwytają za rękaw jest przecież mnóstwo, ale niektóre łatwo rękaw puszczają. Tamto, to nie puściło mojego rękawa do dziś. Czekam, aż będę mogła znowu  pojechać do Indii.

Przez ostatnie 10 lat wracałam.  Raz, czasem dwa razy w roku. Do osiedli tybetańskich, klasztorów, małych hotelików tybetańskich. Jeździłam  głównie do północnych Indii, do stanu Himaćal Pradesz. Tam, w pobliżu miasta Dharamsala, znajduje się siedziba Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy. I tam też w 1959 roku premier Indii Jawaharlal Nehru ofiarował Jego Świątobliwości Dalajlamie i uciekinierom z Tybetu kawałek ziemi. Zbudowano pałac Dalajlamy, który pałacu w ogóle nie przypomina – to bardzo skromny budynek, położony naprzeciwko głównej świątyni  w McLeod Gandż. To najważniejsze w Indiach miejsce dla Tybetańczyków, dokąd przybywają z różnych stron, kiedy tylko mogą – aby słuchać nauk Dalajlamy i być razem, blisko.

Co panią tak urzekło, jak to pani określiła, „ciągnęło za rękaw”, że wracała tam pani przez 10 lat i postanowiła napisać książkę o tybetańskich uchodźcach?

Wspólny mianownik dla tych wszystkich ludzi, których tam poznałam, to buddyzm, który jest nie tylko systemem religijnym, ale też filozoficznym – sposobem życia, rozumienia świata, odnoszenia się do niego. To ich zresztą łączy z wyznawcami judaizmu. System filozoficzny jest dla jednych i drugich  tożsamy z systemem religijnym, jest sposobem, drogą życia. To inne, tybetańskie czy raczej buddyjskie widzenie, rozumienie świata manifestuje się w takich postawach, jakich ja tutaj, w naszym zachodnim świecie, nie znam.

W przybliżonych słowach określiłabym to jako otwartość na świat, na drugiego człowieka i nieroszczeniowość wobec świata i ludzi. Po angielsku tę postawę nazywa się  „compassion”. Po polsku to pojęcie tłumaczy się jako współczucie, ale to nie do końca o to chodzi. To jest bardziej współodczuwanie, współistnienie obok, z drugim, w takiej symbiozie: wzajemnej, pomocnej, otwartej. Dużo się na to napatrzyłam i sama tego doświadczałam wielokrotnie, choćby ze strony mniszek, między którymi mieszkałam  w ich klasztorach. Nie byłam tam obcą, inną.

Oczywiście, byłam obca w sensie pochodzenia, języka, ale byłam takim samym człowiekiem, jak one i to było pierwsze i najbardziej zasadnicze. Mój kolor skóry, język, pochodzenie, wychowanie nie miały dla nich żadnego znaczenia. I w tym samym mianowniku, który buddyzmem nazwałam, mieści się cierpienie, które całkiem inaczej jest wyrażane niż cierpienie w zachodnim świecie. Jest ciche, pokorne, ale odważne i pełne mocy wewnętrznej.

Hanka Grupińska

Hanka Grupińska, autorka książek „Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydzkich kobiet” i „Dalekowysoko. Tybetańczycy bez ziemi”/ Archiwum prywatne

Jedna z pani bohaterek, Mariko, mówi o sobie: jestem buddystką i wiem dwie rzeczy: że najważniejsze to pomagać innym i żyć w zgodzie ze sobą. Mariko jest pierwszą transpłciową kobietą w społeczności tybetańskiej w Indiach. 

Powiedziałabym, że Mariko jest papierkiem lakmusowym dla tej społeczności. Dziś ma 22 lata. Jej rodzice byli uciekinierami z Tybetu, ona się urodziła już w Indiach. Warto dodać, że nie wszyscy tybetańscy uciekinierzy to uchodźcy polityczni, wielu z nich, większość uciekała przed opresją chińską, ale zdarzali się też uciekinierzy ekonomiczni. Mariko tak właśnie mówi o swoich rodzicach, że uciekli z Tybetu, bo mieli trudne sytuacje ekonomiczne i rodzinne. Kiedyś była 8-letnim chłopcem i ten chłopiec został  oddany do klasztoru.

Poznałam ją jako młodego, 11-letniego mnicha w Dharamsali. W kolejnych latach spotykałam wysokiego młodzieńca o bardzo pięknej twarzy, który często kręcił się między zachodnimi turystami. Widywałam go co roku: najpierw jako mnicha, parę lat później jako chłopca bez szat mnisich, potem jako młodą dziewczynę, a z czasem zaczęłam spotykać niezwykłą  kobietę. Któregoś razu zobaczyłam, jak idzie w długim płaszczu, na wysokich obcasach, z grubym czarnym węzłem włosów. Wyglądała tak zjawiskowo, że wszyscy się za nią oglądali. To była Mariko. Jest dziś performerką, tancerką, sama mówi, że  wykonuje taniec nowoczesny. I to bardzo ciekawe. Ona  żyje w  skoncentrowanej społeczności,  wszyscy mieszkają razem, blisko, znają się i wiedzą o sobie. Więc kiedy zrobiła coming out, wszyscy o tym natychmiast wiedzieli.  Ale nie została odrzucona. Jej przemiana wywołała tylko… ogromne zdziwienie, również u jej ojca. On się złościł na nią, bo po prostu nie rozumiał. Tamten świat nie doświadcza takich manifestacji genderowych jak nasz zachodni, jest dużo mniejszy i wywodzi się z innego pieca kulturowego. Choć gdy spytałam Mariko, jak to jest z innymi dziewczynami, chłopakami, mówiła, że jest w tej społeczności trochę osób LGBT, ale oni raczej nie chcą się ujawniać.

Widywałam go co roku: najpierw jako mnicha, parę lat później jako chłopca bez szat mnisich, potem jako młodą dziewczynę, a z czasem zaczęłam spotykać niezwykłą  kobietę. Któregoś razu zobaczyłam, jak idzie w długim płaszczu, na wysokich obcasach, z grubym czarnym węzłem włosów. Wyglądała tak zjawiskowo, że wszyscy się za nią oglądali. To była Mariko. Jest dziś performerką, tancerką, sama mówi, że  wykonuje taniec nowoczesny

Ona sama, jak mówi, była w uprzywilejowanej sytuacji, bo ludzie patrzą na nią inaczej, jest dla nich artystką – jej wolno więcej. Ci wszyscy inni pewnie mieliby trudniej ze społecznym rozumieniem, z akceptacją. Bo zawsze trudno akceptować coś, czego się nie pojmuje. Ale brak rozumienia nie oznacza piętnowania. W żadnym razie. Opowiadam w książce o mnichu z małej wioski w Spiti. Rozmawiałam z nim o Mariko. Bardzo się dziwował. I mówił, że nigdy dotąd nie słyszał, że mężczyźni mogą lubić być z mężczyznami, a kobiety z kobietami. No a zmiany płci kompletnie nie umiał sobie wyobrazić.

Zarówno w przypadku chasydów jak i tybetańskich uchodźców miała pani do czynienia ze społecznościami, które starają się zachować swoją tożsamość kulturową. Zauważyła pani między nimi jakieś analogie?

W pewnym sensie obie te społeczności są osobne – to znaczy chasydzi mieszkają za swoim murem, oddzielającym ich od świeckich, a Tybetańczycy w swoich enklawach między Indusami (hindusami i muzułmanami). Tu jednak osobność różnie znaczy. O ile chasydzi są zamknięci, hermetyczni,  to o Tybetańczykach zupełnie nie można tego powiedzieć, oni nie budują żadnych murów. Wyróżniają się osobnością poprzez wspólne zamieszkanie,  przez język, strój, kuchnię, szkoły, klasztory – to ich tybetańskość, której nie trzeba w Indiach bronić przed wrogiem zewnętrznym, o którą jednak trzeba dbać, żeby się nie rozpłynęła.

Starsze kobiety ciągle chodzą w pasiastych fartuchach, noszą długie warkocze. Ścięcie włosów jest bardzo mocną demonstracją nowoczesności i i zaprzeczeniem potrzeby kultywowania tradycji. Na to pozwalają sobie Tybetanki w Australii czy w USA. Wiele z nich obraca w palcach koraliki mali, niektóre poruszają młynkami modlitewnymi. W Indiach większość Tybetańczyków zachowuje tradycyjne elementy ubioru, które pozwalają im się wyróżnić między  Indusami. Osiedli tybetańskich w Indiach jest dziś ponad 50. Mają całą strukturę: swoje klasztory, sklepy, restauracje, szkoły, lekarza, wzajemne wsparcie, i buddyzm, który też ich mocno różni od świata obok. Bardzo ważna jest edukacja. Rzadko który Tybetańczyk w Indiach pośle dziecko do nietybetańskiej szkoły. Mają własny system szkół, między innymi tzw. Tibetan Children’s Villages. Te szkoły powstały szybko, po pierwszej fali uchodźczej w 1959 roku, z konieczności edukacyjnej, ale i ochronnej. Wiele dzieci przybywało do Indii bez rodziców, więc należało się nimi zaopiekować.

 

Mają też swojego lekarza, z którego pomocy mogą korzystać za darmo.

Tak, Tybetańczycy leczą się u swojego lekarza, u  amczi. W każdym osiedlu tybetańskim, w takiej osadzie, w której mieszka kilkaset, kilka tysięcy ludzi znajduje się przynajmniej jedna klinika. Ta pomoc medyczna jest darmowa, tak było w Tybecie i tak jest w Indiach. Płaci się jedynie za lekarstwa robione z ziół, minerałów, kwiatów. One bardzo niewiele kosztują. Tybetańczycy mają ogromne zaufanie i szacunek do swoich lekarzy. To funkcja bardzo honorowana w ich społeczności. Lekarz widzi pacjenta, całego człowieka, jest jego opiekunem i doradcą. Medycyna tybetańska leczy holistycznie.

Z jednej strony mogą liczyć na wzajemne wsparcie, z drugiej są w Indiach traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Jakie są tego konsekwencje?

Wielu Tybetańczyków opuszcza Indie, wyjeżdża do Australii, Ameryki. Bo tam mają większe poczucie bezpieczeństwa, które wynika z możliwości lepszej pracy, zarobku, edukacji dla dzieci. Osiedla tybetańskie kurczą się, ostatnio dwa zostały zamknięte. Negatywną konsekwencją bycia nie u siebie był i jest, choć w mniejszej skali,  problem uzależnienia od narkotyków i alkoholu. W latach 60., 70., 80. niewielu Tybetańczyków w Indiach szło na studia, niewielu kształciło się poza tybetańskimi szkołami średnimi. Żyli więc w swojej dojmującej osobności, ekonomicznej i kulturowej, która nie dawała dość możliwości  młodym  ludziom. Niektórzy zaczęli więc uciekać w alkohol, brali narkotyki z fajnymi kolegami turystami, którzy wpadali na odjechane wakacje do Indii. Ale bardzo chcę podkreślić, że problem uzależnień się szczęśliwie skurczył w ostatniej dekadzie. Może to dzięki możliwości wyjazdu z Indii… a może także dzięki silniejszemu poczuciu bycia trochę u siebie, po tylu dziesiątkach lat?

Moje chasydki czuły się bezpieczne z tym, że mogą  zapytać męża, a on, gdy tego nie wie, zapyta rabina. Zawsze jest ktoś, kto wie. W naszym świecie ja często nie wiedziałam, kogo mogę zapytać. Świat bez zasad nie istnieje, choć nam się często marzy

Sytuacja w Tybecie od lat jest dramatyczna. Chińska opresja dotyczy praktycznie wszystkich dziedzin życia. Za posiadanie w telefonie nagrania video, uznanego za „politycznie wrażliwe”, grożą tortury i kara więzienia. Najwyższym, ale i najbardziej tragicznym przejawem oporu Tybetańczyków są samospalenia, którym poświęca Pani sporo miejsca w książce. Czy osoby, które dokonują tego aktu są we własnej społeczności uważane  za bohaterów?

Samospalenie to dla Tybetańczyków jedna z manifestacji bycia w tym życiu, która jest konsekwencją kompletnie innego myślenia niż nasze zachodnie. Bardzo podkreślam, że samospalenie nie jest rozumiane jak samobójstwo. Przeciwnie. Jest to akt odwagi, wynikający z determinacji i niezgody na to, co dzieje się w Tybecie w związku z opresją chińską, którą nazywa się w świecie, niestety zasadnie, zagładą kulturową. Samospalenie to największe poświęcenie, jakiego można dokonać, oddając  ciało w płomieniach w imię wolności Tybetu, obrony własnej kultury, tożsamości narodowej. Ale ten, kto się na nie decyduje nie jest nazywany bohaterem, choć oczywiście wzbudza ogromny szacunek. Powszechny stosunek Tybetańczyków do ofiar tych czynów z jednej strony jest pełen cierpienia, bólu – że znowu ktoś odebrał sobie życie. Z drugiej strony jest to krzyk do świata – patrzcie, pomóżcie, my nie mamy innych możliwości, żeby protestować. To nie jest samobójstwo, tylko oddanie swojego życia w imię wspólnej, najważniejszej sprawy.

W „Dalekowysoko” pisze pani: „Tak zwany westerner w nie swojej przestrzeni kulturowej cofa się w kąt udomowiony (najczęściej specjalnie dla niego przygotowany) i chyłkiem, z niepewnością, podpatruje; albo unosi się obok i protekcjonalnym okiem wyraża opinię”. Nawołuje pani też: „Czyż nie nadszedł już czas, żebyśmy swoje istnienie na Ziemi pojmowali jako wspólne, równoległe, tak samo uprawnione?”. Stereotypy, etykietki dają nam poczucie bezpieczeństwa. A co możemy zyskać, odrzucając je?

Każdy świat ma swoje etykiety, to prawda. Nie mam pewności, czy dają one poczucie bezpieczeństwa. My, ludzie Zachodu, rozmawiając o światach innych niż nasz, przystawiamy własne miarki, kleimy swoje etykiety, które tam kompletnie się nie trzymają, zwyczajnie odpadają – nie pasują. Często czynimy karkołomne interpretacje. Odwołam się do mojej książki „Najtrudniej jest spotkać Lilit: opowieści chasydzkich kobiet”. Teraz ukazało się jej czwarte wydanie. Gdy wyszła po raz pierwszy, w 1999 roku, bardzo pobudziła niektóre kobiety, zwłaszcza te z kręgów feministycznych.  Łapały się  one za głowę:  jak strasznie ciemiężone są te biedne chasydki, rozpaczały. A ja uparcie powtarzałam, że spotkałam bardzo wiele wspaniałych, szczęśliwych, spełnionych kobiet wśród chasydek. Warto pamiętać, że ludzie żyją w różnych społecznościach, które mają swoje, różne od naszych zasady. To, co nam się wydaje najistotniejsze na świecie, tam ludziom może się nie wydawać tak bardzo istotne. Oni, one mają inne swoje istotności. Nasze miarki stosujmy do świata, z którego te miarki wyrastają. Ale w świecie, który wyrósł na innej glebie, szukajmy lokalnych miarek i etykiet. Ale, i to najważniejsze, pod spodem, albo – w istocie rzeczy jesteśmy jednym. Jesteśmy podobni, dokładnie tego samego potrzebujemy: my wszystkie i my wszyscy – dobra wzajemnego, miłości, zdrowia, pokoju, człowieczego bezpieczeństwa.

Zatrzymując się przy temacie zasad. W społeczności chasydzkiej regulują one nawet życie seksualne. A jak wygląda kwestia zdrowia intymnego ortodoksyjnych Żydówek? Czy chodzą tylko do lekarza kobiety? Czy dozwolona jest antykoncepcja, gdy wymaga tego zdrowie kobiety i aborcja w przypadku ciąży zagrożonej?

Ultraortodoksja nie ma swoich wykształconych. Chasydzi nie studiują na świeckich uczelniach. Ale – świat religijny judaizmu jest różnorodny. Jeśli ultraortodoksja jest skrajnością, to po przeciwnej stronie jest judaizm reformowany – religijni Żydzi. I one, oni bywają lekarzami, dentystami, architektami, itd. Więc jeśli chasydka ma potrzebę lekarskiej wizyty, znajdzie na pewno przyzwoitą, skromną religijną lekarkę, która może pracować w szpitalu prowadzonym przez i dla religijnych. Aborcja… Cóż, dość niewiarygodne, ale wydaje się, że świat ultraortodoksji żydowskiej jest bardziej otwarty i respektujący prawa kobiet niż polski kościół katolicki i partia w tym kraju tymczasem rządząca. Żadna chasydka, pewnie jak żadna kobieta, nie chce usuwać ciąży. Dzieci są w tamtej tradycji błogosławieństwem. Ale – każda chasydka, jeśli z jakichś przyczyn uważa, że musi ciążę usunąć, ma takie prawo.

Hanka Grupińska

Okładka książki Hanki Grupińskiej „Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydzkich kobiet”

Jaka przyszłość czeka pani zdaniem społeczność ultraortodoksyjną? Dla osób, które nie miały z nią styczności, głównym źródłem wiedzy są współczesne reprezentacje tej społeczności w filmach i serialach, np. głośnym ostatnio „Unorthodox” o ortodoksyjnej Żydówce, która decyduje się opuścić swój świat.

Świat chasydzki nie jest w żaden sposób zagrożony. Oczywiście, inaczej to wygląda w Izraelu, a inaczej w diasporze. Poza Izraelem te społeczności żyją w kontraście do tych, którzy są „za murem”, do nie-Żydów. Z kolei społeczeństwo izraelskie, które w dużej mierze jest świeckie, patrzy na „chałaciarzy”, „czarnych’, jak ich nazywają, z poczuciem wyższości, pogardy, nieakceptacji.  Ale oni wszyscy są Żydami, którzy mówią po hebrajsku, mają tę samą Torę. To jest jeden naród. Jakby Żyd nie był świecki, tak szacunek wobec religii zawsze będzie miał. Rozmawiam w książce z lewicową, świecką pisarką Aloną Frenkel, która mówi, że ma zawsze poczucie, że oni, religijni, trochę za nią się modlą. Mimo tych animozji po obu stronach muru, jest to więc symbiotyczny twór.

Na pewno ultraortodoksyjni Żydzi w jakimś stopniu czują się zagrożeni świeckością i obawiają się, że ich dzieci będą odchodziły od ultraortodoksji. I czasem tak się dzieje. Choć w 1999 roku, gdy kończyłam pisać tę książkę, to się niezwykle rzadko zdarzało. Z czasem takich przypadków, jak ten, który znamy z serialu „Unorthodox”, było więcej. W Ameryce jest łatwiej odejść niż w Izraelu, bo się przeskakuje przez mur i już jest się w całkiem innym świecie, można wyjechać do Berlina i gdzieś się zgubić. W Izraelu te linki są krótsze, ciaśniejsze. Ale nie wyobrażajmy sobie, że oni wszyscy marzą, aby to zrobić. Oni żyją według swojego prawa, niezależnie od tego, jak nam ono się wydaje opresyjne. Życie według Tory w ich rozumieniu jest sposobem porządkowania, naprawiania świata. Każdy porządkuje, jak umie. Moje chasydki czuły się bezpieczne z tym, że mogą  zapytać męża, a on, gdy tego nie wie, zapyta rabina. Zawsze jest ktoś, kto wie. W naszym świecie ja często nie wiedziałam, kogo mogę zapytać. Świat bez zasad nie istnieje, choć nam się często marzy. Oczywiście, można się zastanawiać, czy te zasady nie odbierają im/nam wolności. A czymże jest wolność? Różnie można ją rozumieć. Jeśli wolność mamy w środku, w sobie, nawet więzienie chińskie jej nam nie zabierze.

 

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy:

Zainteresują cię również:

Nudesy to nie wstyd

„Sama sobie winna”, bo wysyłała nagie zdjęcia? Sara Tylka: Wciąż żyjemy w kulturze gwałtu. Odpowiedzialność składa się na barki poszkodowanej

aborcja w Polsce, wyrok TK

Natalia Broniarczyk: Najczęstsze pytanie, jakie się pojawia, to: ‚czy jesteś pewna, że nie będziesz później żałować?’. Nie zadawajmy go

Melinda Gates: Na specjalne okazje dostaję od męża sweter albo piżamę. Zazwyczaj zapomina schować torbę z prezentem

Agnieszka Woźniak-Starak

Agnieszka Woźniak-Starak opowiedziała o swoich poronieniach. „Nie musiałam podejmować decyzji o aborcji, bo życie zadecydowało za mnie”

Moriah Woods i Anita Lipnicka

Anita Lipnicka i Moriah Woods: obie czułyśmy, że musimy artystycznie wyrazić się w sprawie, w której nasza wolność jest zagrożona

Blisko 80 proc. kobiet niepełnosprawnych doświadcza przemocy. „Czują się uwięzione, bez wsparcia, boją się ubezwłasnowolnienia”

Blisko 80 proc. kobiet niepełnosprawnych doświadcza przemocy. „Czują się uwięzione, bez wsparcia, boją się ubezwłasnowolnienia”

Olivia Colman: Ci, którzy nie lubią mnie z powodu rozmiaru mojego tyłka, mogą się odp…lić. Jestem całkiem miłą osobą!

niepełnosprawni w Polsce

Fabian Puchalski: Polska nie jest w żaden sposób przygotowana na wspieranie niepełnosprawnych. A rzadko zdarza się, że osoba z niepełnosprawnością jest milionerem

„Przestańmy mówić w imieniu kobiet, nie zabierajmy im głosu”. Znani mężczyźni radzą, jak wspierać kobiety w walce o ich prawa

Julia Maciocha

„Jeśli chcemy coś zmienić, to nie emocjami, a ciężką pracą” – zauważa aktywistka Julia Maciocha

Anja Rubik

Anja Rubik o okładce „Vogue Polska”: chciałam, aby sesja oddała nasz bunt i naszą siłę

Ciałobrazy - Natalia Miedziak-Skonieczna

Natalia Miedziak-Skonieczna: „Potrzebujemy innych kobiet, bo one pokazują nam prawdę o nas”

seniorki, przyjaciółki

„Mężów mogę mieć kilku, a na przyjaźń trzeba sobie zasłużyć”. Czyli kiedy przyjaźnisz się 57 lat

Ashley Biden: zawsze byłam mediatorką i nie mogłam znieść, gdy ktoś był wyśmiewany lub prześladowany

Ashley Biden: zawsze byłam mediatorką i nie mogłam znieść, gdy ktoś był wyśmiewany lub prześladowany

Patti Smith: Ty decydujesz o swoim przeznaczeniu. Zamierzasz się rozpaść czy walczyć?

Strajk kobiet w Polsce po wyroku TK

„To jest rewolucja młodych, która pewnie będzie z czasem zawłaszczona przez starszych”. Tomasz Sobierajski o protestach po wyroku TK

Po wyroku TK: rekordowa liczba Polek prosi o pomoc w aborcji

Rekordowa liczba Polek prosi o pomoc w aborcji. „To jest ogromne zwycięstwo tego protestu”

Isabelle Rossellini, Milla Jovovich i Jameela Jamil

Kolejne zagraniczne gwiazdy wspierają protesty Polek. Wśród nich Milla Jovovich, Isabelle Rossellini i Jameela Jamil

Strajk kobiet w Chile, marzec 2020

„Mojej siostry będę bronić”. To hasło zawdzięczamy dziewczynom z Chile, które pokazały światu, jak się robi rewolucję

Niepełnosprawny Fabian Puchalski apeluje: jeśli państwa nie stać na pomoc dla nas, niech nie zrzuca wszystkiego na i tak obciążone barki kobiet

Niepełnosprawny Fabian Puchalski apeluje: jeśli państwa nie stać na pomoc dla nas, niech nie zrzuca wszystkiego na i tak obciążone barki kobiet

Miley Cyrus, Patti Smith, Juliette Binoche

Zagraniczne gwiazdy wspierają protest kobiet w Polsce. Wśród nich Patti Smith, Miley Cyrus czy Juliette Binoche

Barbara Kędzior

„Jeżeli uważamy, że zmienimy decyzje rządzących, to dlaczego nie możemy zawalczyć też o to, by niepełnosprawni mieli godne życie?” – mówi Barbara Kędzior, autorka bloga „Rybia łuska – mój świat”

Ola Petrus

Ola Petrus o wyroku TK: Nie udawajcie, że wiecie lepiej od nas, jak to jest żyć z czymś, czego być może można było uniknąć! Bo nie macie bladego pojęcia

Anna Lewandowska

Anna Lewandowska: „Wierzę, że są obszary życia, które powinny być rozstrzygane w sumieniach”

Najpopularniejsze

Choroby mają zapach – wiedziałaś o tym?

Ćwiczenia na biust. 6 sposobów na ujędrnienie i podniesienie piersi

Twój kręgosłup potrzebuje wsparcia? Oto kilka ćwiczeń, które go wzmocnią

Jak pozbyć się oponki z brzucha

4 sposoby na pozbycie się oponki z brzucha. I nie chodzi wcale o robienie brzuszków

10 niezdrowych wieczornych nawyków

Ubrania, które nas trują. Sprawdź, dlaczego mogą być niebezpieczne

Stanie na rękach – krok po kroku

Stanie na rękach – krok po kroku

Zimno jest zdrowe! Nie wierzysz? Oto 5 pożytków z niskich temperatur

kobieta na wydmach

„Odpuszczanie” jest dobre dla ambitnych i konsekwentnych kobiet – podpowiada nam psycholożka Anita Kruszewska

Gdy kobieta staje się przedmiotem, a gwałt wydaje się romantyczny

„365 dni”: gdy kobieta staje się przedmiotem, a gwałt wydaje się romantyczny

Smartfon a dolegliwości / istock

Smartfon a dolegliwości, które może wywołać. To nie tylko bezsenność

poranne wstawanie

7 rzeczy, które ułatwią poranne wstawanie

Ćwiczenia na rozciąganie barków

Rozciąganie stawów barkowych – te ćwiczenia na pewno ci się przydadzą

Fit Matka Wariatka / Facebook

Agresja i fałszywa troska na profilu „Fit Matki Wariatki”. Przyszedł czas na pato-fitness. Hello Zdrowie mówi temu nie!

Anja Rubik: nastolatki uczą się, że macica nie jest śmietnikiem na sprężynki

Kasia Bigos trenerka

Ćwiczenia na ramiona z hantlami – wypracuj smukłe ramiona