Coraz młodsi ludzie przychodzą na terapie par. Psychoterapeutka: „Nie da się na siłę zmienić partnera pod swoje potrzeby”
– Czasem słyszę w gabinecie, że ludzie nie wiedzą, czy chcą już składać pozew rozwodowy, czy dać sobie jeszcze jedną szansę. Wtedy mówią: „Jak zdecydujemy w gabinecie, że to jednak koniec, chcemy poprosić, by pomogła nam pani przejść przez ten trudny etap wyprowadzki i rozwodu. Żebyśmy mieli poczucie, że zrobiliśmy wszystko dla naszej relacji i że nie rozstajemy się w ogromnych emocjach i gniewie” – opowiada psychoterapeutka Iwona Zgliczyńska.
Klaudia Kierzkowska, Hello Zdrowie: Coraz więcej i częściej mówi się o terapii par. Zastanawiam się, dla kogo jest ona przeznaczona?
Iwona Zgliczyńska: Generalnie dla takich par, które chcą przyjrzeć się swojej relacji – w szerokim rozumieniu tego słowa. To nie musi być para małżeńska. To może być związek partnerski, a także związek jednopłciowy. Nawet niekoniecznie z długi stażem. Słyszałam nawet, że zdarza się terapeutom pracować z trzema osobami, które są w związku poliamorycznym, a nawet z dwoma parami w tzw. związku otwartym. Ale oczywiście to są wyjątki.
Dziś moi koledzy terapeuci dzielą się między sobą takimi spostrzeżeniami, że coraz młodsi ludzie przychodzą do gabinetu. Kiedyś zazwyczaj były to osoby partnerskie w różnych kryzysach, czyli w momentach: narodzin dziecka, wypalenia zawodowego, przepracowani z nadmiarem obowiązków wobec powiększającej się rodziny czy w tzw. kryzysie pustego gniazda, gdy dzieci wyprowadziły się z domu i na nowo trzeba odnaleźć siebie.
I od razu nasuwa mi się pytanie, jak młodzi ludzie trafiają do gabinetu na terapię par?
Zauważmy, ile złego mówi się o Tik-Toku czy o Instagramie, a prawda jest taka, że wiele młodych właśnie tam ogląda różne rolki nagrane na temat np. stylów przywiązania czy ADHD. Tam dwudziestolatkowie słyszą, że jak nie zajmą się powtarzającymi się problemami w związkach, to one będą do nich wracać w różnych odsłonach. Przychodzą więc do gabinetu, mówiąc na przykład tak: „W poprzedniej relacji zamykałam się i uciekałam w milczenie. Teraz z nowym chłopakiem dzieje się to samo. Nie chcę stracić tego uczucia. Chcemy dowiedzieć się, co robić”. Mam też poczucie, że młodzi ludzie, ale nie tylko młodzi, zanim wejdą w związek, zupełnie nie rozmawiają o przyszłości. Nie wiedzą, czy chcą mieć dzieci czy zamierzają podróżować czy raczej spędzać czas w domu w towarzystwie rodziny. Kiedy stają przed kluczową decyzją – zaczyna się konflikt.

Iwona Zgliczyńska / Fot. archiwum prywatne
Zatem w jakich problemach lub sytuacjach warto rozważyć terapię par?
Czytałam kiedyś badania, z których wynikało, że statystycznie para zanim trafi na terapię, przez dwa lata negocjuje między sobą pójście po pomoc do specjalisty. To wydaje się długo, bo często przez ten czas ludzie po prostu upewniają się, że sami nie potrafią dojść do porozumienia, pokonać kłopotów, które się pojawiają.
Uogólniając, terapia par jest dla osób, które czują, że często się kłócą, mają trudności w komunikacji, oddalają się emocjonalnie, doświadczają kryzysu lub zdrady i utraty zaufania, są na jakimś trudnym etapie zmiany, np. po narodzinach dziecka, albo po prostu pragną wzmocnić swoją relację lub zastanawiają się nawet, czy chcą się dobrze rozstać, czy iść dalej razem przez życie.
W jakim sensie dobrze rozstać?
Czasem słyszę w gabinecie, że ludzie nie wiedzą, czy chcą już składać pozew rozwodowy czy dać sobie jeszcze jedną szansę. Wtedy mówią: „Jak zdecydujemy w gabinecie, że to jednak koniec, chcemy poprosić, by pomogła nam pani przejść przez ten trudny etap wyprowadzki i rozwodu. Żebyśmy mieli poczucie, że zrobiliśmy wszystko dla naszej relacji i że nie rozstajemy się w ogromnych emocjach i gniewie”.
Co jeszcze mówią ludzie, przychodząc do gabinetu?
Czasem mówią, że nie potrafią się dogadać, że już nie czerpią z seksu przyjemności, że są bardzo o siebie zazdrośni, że czują się zaniedbywani, niewysłuchani, niewidoczni, że się nudzą w tej relacji.
Kiedy terapia par może nie przynieść oczekiwanych efektów?
Kiedy konflikt jest wielopiętrowy i bardzo nasilony. Zdarza się, że terapeuci par sugerują osobom, żeby na jakiś czas spróbowały rozłączyć się i skupić raczej na terapii indywidualnej. A po jakimś czasie, kiedy już będą wiedzieć więcej o sobie, mogą wrócić na terapię par.
Ważne, że każda z tych trzech sesji powinna być prowadzona przez innego terapeutę. Nie może być tak, że jeden terapeuta czasem spotyka się z jedną osobą partnerską w gabinecie, a czasem z drugą lub z obiema naraz. To prowadziłoby do chaosu. Konieczna jest rozdzielność, aby specjalista mógł być idealnie pośrodku podczas terapii par.
”Uczę pary komunikowania się, by zamiast oskarżać się wzajemnie, zaczęli się słuchać. By zamiast snuć domysły na temat motywacji drugiej osoby, zaczęli sobie zadawać pytania wprost”
Co to oznacza… „pośrodku”?
Psychoterapeuta powinien siedzieć idealnie pośrodku nie tylko w sensie fizycznym, że jego krzesło musi stać idealnie naprzeciwko krzeseł pary, ani bardziej na lewo, ani na prawo. Przede wszystkim chodzi o możliwość bycia jak najbardziej bezstronnym. Jeśli psychoterapeuta czuje, że jego empatia i zrozumienie jest choć odrobinę bardziej po stronie jednego partnera i jeśli nie potrafi tego przepracować np. podczas swojej superwizji, to powinien zrezygnować z prowadzenia psychoterapii.
Zastanawiam się, czy są przypadki, w których terapia par jest wręcz niewskazana?
Na przykład kiedy jedna z osób jest uzależniona. W takiej sytuacji terapeuta proponuje, by partner uzależniony najpierw poszedł na terapię uzależnień. Widzę to w taki sposób, że alkohol czy jakakolwiek inna używka staje się zbyt dużą konkurencją w parze. Brak trzeźwości uniemożliwia głębokie omawianie ważnych spraw relacyjnych i uczuć. Natomiast na terapię par przyjęłabym osobę uzależnioną, która przynajmniej od kilku miesięcy zachowuje trzeźwość. Dopiero wtedy jest szansa na szczere przyglądanie się potrzebom, oczekiwaniom, sposobowi komunikacji w relacji.
Co można zrobić, jeśli jedno z partnerów nie jest przekonane do terapii, a drugie chciałoby spróbować?
Tak dzieje się zazwyczaj. Dlatego ja nie oczekuję tego, że zadzwonią do mnie dwie osoby i przez telefon niezależnie od siebie wyrażą wolę uczestniczenia w terapii. Zazwyczaj jest tak, że jedna z nich chce bardziej, natomiast druga waha się. Terapeuta proponuje wtedy zazwyczaj trzy sesje konsultacyjne, podczas których partnerzy zastanawiają się, czy chcą uczestniczyć w takiej formie pomocy. Często osoba mniej przekonana szybko zaczyna widzieć plusy. Widzi inaczej wątki relacyjne, które jakoś otwierają jej nowe patrzenie na konflikt. Dostrzega, że coś poprawia się w komunikacji i zmienia na korzyść w relacjach. Natomiast po trzech spotkaniach, kiedy następuje tzw. kontraktowanie się z terapeutą, obie osoby z pary powinny już wyrazić swoją zgodę i chęć. W przeciwnym razie terapia nie ma sensu.
Jak terapeuta reaguje, gdy jedno z partnerów przychodzi „naprawiać” drugie według własnego pomysłu?
Przypomina mi się taka metafora, którą opowiadał mi kiedyś psycholog Piotr Mosak. Czy pamiętasz taką zabawkę z dzieciństwa w kształcie wielościanu z wyciętymi kształtami – prostokąta, koła, trójkąta? A do tego były jeszcze klocki, które wkładało się w te wycięte dziurki wielościanu. Czasem, kiedy ktoś usilnie mówi, że chce, by jego partner zmienił się z człowieka wycofanego w duszę towarzystwa albo z nauczyciela w biznesmena, opowiadam tę anegdotę, dodając puentę: „To tak jakby pan / pani na siłę próbował/a za pomocą młotka wbić kwadratowy klocek w okrągły otwór”. Nie da się na siłę zmienić partnera pod swoje potrzeby.
Czy terapia par może pomóc w sytuacjach, gdy różnice między ludźmi dotyczą głęboko zakorzenionych wartości lub przekonań?
Tak. Nawet jeśli ty wierzysz w Boga, a on nie, nawet jeśli ty jesteś wegetarianką, a on nie wyobraża sobie obiadu bez schabowego – jest możliwość stworzenia satysfakcjonującej relacji. Pod warunkiem, że łączą was inne ważne wartości. Takie jak: czułość, lojalność, prawdomówność, wzajemna opieka. Może on je mięso, ale dba o rodzinę. Może ona nie chodzi z tobą do kościoła, ale szanuje twoją odrębność i przekonania. Słynna para amerykańskich psychoterapeutów Bob i Rita Resnick twierdzą, że prawdziwie gorące relacje mogą tworzyć tylko autonomiczni ludzie.
Co ma pani konkretnie na myśli?
Jeśli człowiek nie czuje się osobny, niezależny w swoich emocjach, motywacjach, pasjach, to nie umie być otwarty na odrębność drugiego człowieka. Paradoksalnie zlanie się z partnerem, takie bycie bardzo blisko, nie służy relacji.
Jakie są najczęstsze błędy popełniane przez pary podczas terapii i jak ich unikać?
Nie umiem niczego takiego znaleźć. Chyba najważniejsze jest to, by para przyszła z otwartością, prawdziwa. Błąd – to nie jest coś, czym zajmuje się terapeuta. Jeśli nawet para klnie, głośno krzyczy, jeśli ktoś nagle wstanie i wyjdzie z gabinetu, trzaskając drzwiami, to ja nie traktuję tego jako… błąd. Raczej przyglądam się tym zachowaniom i próbuję wyczuć klimat relacji. To wszystko staje się dla mnie materiałem do pracy z parą. Im większa autentyczność, otwartość – tym szansa na zmianę rośnie.
”Paradoksalnie zlanie się z partnerem, takie bycie bardzo blisko, nie służy relacji”
Jak długo zazwyczaj trwa terapia par i jak często odbywają się sesje, aby były skuteczne?
To zależy od osób. Ale najczęściej terapia trwa długo, ponad rok. Ja zazwyczaj przyjmuję w gabinecie pary dwa razy w miesiącu po 80 minut. Jednak znam też wielu terapeutów, którzy twierdzą, że ten sposób pracy ze związkami im się nie sprawdza i wolą, by sesje były krótsze i odbywały się co tydzień. Nie ma więc jednej metody.
Ważne jeszcze, by wiedzieć, że czasem nie warto iść na terapię par. Czasem wystarczy kilka sesji mediacyjnych. Ja się tym nie zajmuję, ale w gabinecie, w którym pracuję, jest osoba, która ma w mediacjach osobne przeszkolenie. Trafiają do niej na sesje osoby, które chcą np. dogadać się w sprawie wysokości alimentów lub omówić podział opieki nad dziećmi. Konflikty nie zawsze muszą dotyczyć rozwodu, można poddać się mediacji w zakresie każdego tematu spornego, np. wspólnego konta czy częstotliwości odwiedzin u teściowej.
Jak terapeuta buduje poczucie bezpieczeństwa i zaufania w parze, zwłaszcza gdy między partnerami są zranienia lub duża frustracja?
Powiem z dużym uproszczeniem: jako terapeutka staram się być bardzo delikatna i ostrożna, a jednocześnie czasem czuję się jak pilot śmigłowca. Muszę stawiać wyraźne granice, np. gdy jedna z osób obraża w trakcie sesji partnera. Czasem swoim oddechem i tonem głosu staram się modelować rozmowę tak, by zejść o kilka poziomów… głębiej, cieplej, bliżej. Uczę pary komunikowania się, by zamiast oskarżać się wzajemnie, zaczęli się słuchać. By zamiast snuć domysły na temat motywacji drugiej osoby, zaczęli sobie zadawać pytania wprost.
Jeśli jest dużo frustracji i zranienia, to nie zagłębiam się szybko w temat pochodzenia rodziny. Robię to dopiero, kiedy w parze ugruntuje się poczucie bezpieczeństwa. Ten etap jest ważny, bo jak mówi słynna terapeutka Esther Perel: „Powiedz mi, jak byłeś kochany, a powiem ci, jak teraz kochasz”. Warto więc przyjrzeć się temu, co działo się w naszym dzieciństwie, czy mieliśmy choć jedną bliską osobę, może rodzica, który dawał nam poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową miłość. Warto też wiedzieć, że różnice w podejściu do pieniędzy, do spędzania wolnego czasu itp. często wynikają z różnego wychowania i z tego, co obserwowaliśmy w dzieciństwie w naszych rodzinach pochodzenia i dziś automatycznie uważamy za powszechnie obowiązujące.
Po jakim czasie lub według jakich sygnałów można ocenić, że terapia przynosi efekty?
W tym zakresie mam zaufanie do mądrości pacjenta, klienta. Para sama mówi, że coś zaczyna między nimi działać, że nauczyli się inaczej rozmawiać, że nie czują już takiej złości wobec siebie, że odpuścili, wybaczyli, że jest między nimi spokojniej, lepiej, miło. Wtedy razem zastanawiamy się, czy jest jeszcze coś, w czym mogę im pomóc, czy czegoś potrzebują od terapeuty jako para. Jeśli chcą iść dalej bez mojej pomocy, robimy dwa spotkania domykające i cieszę się z nimi, że odchodzą. Żegnamy się i wtedy w gabinecie robi się miejsce dla nowej pary.
Iwona Zgliczyńska – psychoterapeutka osób dorosłych, młodzieży i par pracująca w nurcie Gestalt, psychodietetyczka. Kończy 4-letnie całościowe szkolenie w Szkole Psychoterapii Gestalt w Warszawie, posiadającej akredytację EAGT. Jest absolwentką studium psychoterapii par w Centrum Edukacji i Psychoterapii Razem i Osobno oraz psychodietetykiem (studia podyplomowe na Uniwersytecie SWPS w Warszawie) oraz historykiem sztuki (studia magisterskie na UKSW w Warszawie). Doświadczenie zawodowe zdobyła, stażując w Instytucie Psychiatrii i Neurologii na oddziale Nerwic Zaburzeń Osobowości i Odżywiania oraz w Towarzystwie Pomocy Młodzieży w Warszawie.
Zobacz także
Randki i związki według pokolenia Z. „To wybór, a nie presja. Wolność jest ważniejsza niż status” – mówi Paulina Jęczmień, psycholożka, seksuolożka
Jaki był seks naszych babć? Prof. Izdebski: „To czas, kiedy kobiety uświadomiły sobie, że mają prawo do przyjemności”
Jest pięć języków miłości, każdy z nas ma jeden dominujący. „Porozumiewanie się w nim daje satysfakcję w związku” – mówi Paulina Wojkiewicz
Polecamy
„Nie jestem już tą samą córką”. O relacjach dorosłych dzieci z osobami parentalnymi mówi Magdalena Sękowska, psychoterapeutka
DARVO, czyli jak sprawca robi z siebie ofiarę. Poznaj mechanizm i naucz się bronić
„Samotność to problem, który dopiero się zaczyna”. Rozmawiamy z Zośką Papużanką, autorką książki „Solo”
Magdalena Wiatrowska: „Myśl ‘nie lubię swojego dziecka’ nie czyni z nikogo złego rodzica”
się ten artykuł?