Gosia ma 72 lata i jest stałą bywalczynią siłowni: „Sport dał mi zdrowie. Lata temu usłyszałam diagnozę nowotworu złośliwego”
Ma 72 lata, dwa złote, jeden srebrny i jeden brązowy medal Mistrzostw Polski Masters w lekkiej atletyce, a do tego energię, którą mogłaby obdzielić kilka pokoleń. Prowadzi autorskie zajęcia „Siła pokoleń”, motywuje kobiety, inspiruje setki osób w social mediach. Potrafi skrócić dystans w sekundę, od razu proponuje, żebyśmy mówiły sobie po imieniu. Jej śmiech i otwartość sprawiają, że ludzie lgną do niej od pierwszego spotkania. Poznajcie Małgorzatę Soniewicką, autorkę profilu Fit Gocha, kobietę, która udowadnia, że wiek nie ma żadnego znaczenia, jeśli ma się apetyt na życie.
Anna Korytowska: Gosiu, skąd w tobie tyle energii?
Małgorzata Soniewicka: Rzeczywiście słyszę to od ludzi ciągle, że bije ode mnie radość życia i energia. Ale to jest po prostu naturalne. Ja taka jestem. Od października prowadzę zajęcia „Siła pokoleń” dla kobiet w różnym wieku, podczas których pracujemy z ciężarem własnego ciała. I powiem ci szczerze, że tam dzieją się rzeczy nie z tej ziemi. Przychodzą kobiety w każdym wieku, w różnej formie. Chichramy się, wygłupiamy, a jednocześnie naprawdę ciężko pracujemy. One odpalają się ode mnie, ja od nich, ta energia krąży. A wszystko w atmosferze pełnej akceptacji. Nikt się nie wstydzi, nawet jeśli ma za sobą lata bez aktywności, nawet jeśli trudno komuś podnieść nogę czy zrobić pierwszy przysiad. Kobiety mówią mi, że przychodzą na zajęcia dla atmosfery i dlatego, że u mnie czują się bezpiecznie, komfortowo, bez oceniania. I to jest dla mnie niezwykle ważne. Jeśli jesteś z Bytomia lub okolic, serdecznie zapraszam do dołączenia.
Zawsze byłaś tak otwarta na ludzi?
Tak. Zawsze do mnie lgnęli. Koleżanki przychodziły, zwierzały się ze wszystkiego. Dopiero z czasem zrozumiałam, że brały ode mnie dużo, wsparcie, uwagę, energię, a niewiele wracało w drugą stronę. Dziś, po różnych kursach, po latach pracy jako pedagog, widzę to inaczej. Wiem, że do dobrych relacji potrzeba wymiany. Czerpie jedna i druga strona. Mam taki charakter, że skracam dystans. Czy to z kulturystą na siłowni, czy młodymi osobami. Na siłowni spotykam fantastycznych ludzi. Potrafię zauważyć coś zabawnego, rozładować napięcie, wtrącić żart. To jest szczere i prawdziwe. I właśnie to sprawia, że kobiety na moich zajęciach się otwierają i chętnie ćwiczą. Nie mają poczucia, że są oceniane. Przychodzą, bo chcą być częścią społeczności, w której mogą odetchnąć i pozbyć się stresu. Miejsca, w którym poczują się akceptowane.
A co tobie dają te zajęcia?
Ogrom radości. Wracam do mieszkania zmęczona fizycznie, ale psychicznie naładowana jak bateria. Te spotkania są dla mnie szalenie ważne, wręcz priorytetowe. Ponad 13 lat trenowałam dla siebie. Ćwiczyłam, budowałam sprawność, walczyłam o zdrowie. A teraz mam potrzebę przekazywania tej wiedzy dalej. Pomyślałam: jak nie teraz, to kiedy? Mam 72 lata. Czuję, że to jest moment, żeby działać. Te zajęcia to moja pasja, czysta radość. Kocham to, co robię i to jest piękne. Oczywiście, czasami pojawia się niepewność. Staram się jednak, żeby mnie nie paraliżowała, a motywowała.

Małgorzata Soniewicka / Fot. archiwum prywatne
Trochę w myśl zasady: bój się i rób?
Dokładnie. Czasem czuję lęk przed nowymi wyzwaniami, przed zawodami, przed nieznanym. Ale mimo to działam. Do Mistrzostw Polski Masters podchodziłam z ogromnym stresem. Bo wiesz, ja nigdy wcześniej nie startowałam w zawodach. Skończyłam AWF, byłam nauczycielem, trenerem, pracowałam 20 lat na uczelni i z osobami z niepełnosprawnościami, ale sama zawodniczką nigdy nie byłam. A tu nagle w wieku ponad 70 lat biegnę na 100 metrów i skaczę w dal. I zdobywam za to medale oraz zostaję mistrzynią Polski Masters.
Trenuję jak „mały samochodzik”, nie ukrywam jestem bardzo zmęczona, ale mam poczucie ogromnej satysfakcji i radości. I robię to, mimo że od roku mam kontuzję barku. Oczywiście jestem pod kontrolą fizjoterapeutów. Tegoroczny start w mistrzostwach był dla mnie tak ważny, bo pokazał, że mimo ograniczeń potrafię realizować swoje marzenia, nawet kiedy jest ciężko. Przede mną w marcu Halowe Mistrzostwa Europy. To jest hardcorowe wyzwanie, którego chcę się podjąć. Sam start będzie dla mnie zwycięstwem, będę miała wtedy 73 lata.
Opowiedz proszę trochę o kulisach zawodów.
Najpierw trzeba się zapisać i wybrać konkurencje. Płaci się za pakiet startowy, odbiera numery, koszulkę, listy startowe. Potem wszystko toczy się według rozpiski. Czasem obie konkurencje masz jednego dnia, czasem dzień po dniu. Nie ukrywam, na początku byłam kompletnie zagubiona: który tor, gdzie się zgłosić, gdzie rozgrzewka, gdzie strefa startowa. Serce w gardle. Ogromnym wsparciem jest dla mnie mój trener. Ale później, jak wszędzie, człowiek się oswaja. A jak stanęłam na podium, ogarnęło mnie ogromne wzruszenie.
Mówisz, że trenujesz jak mały samochodzik. Jak to wygląda na co dzień?
Trenuję trzy razy w tygodniu sama, prowadzę też dwa razy w tygodniu zajęcia dla kobiet, na których również jestem aktywna. Dbam o to, żeby się rozciągać, żeby robić cardio. Nie zapominam też o regeneracji, to kluczowy element. Przeszłam wszystkie etapy, od dwóch treningów w tygodniu 13 lat temu, przez cztery, pięć, aż do momentu, że ćwiczyłam praktycznie codziennie. Teraz zmniejszyłam liczbę swoich treningów na rzecz zajęć z kobietami. Zaczynałam, mając 59 lat, to był mój pierwszy kontakt z siłownią. I widzę różnicę między tamtą mną a obecną. Ciało się zmienia, ale można je wzmacniać, wspierać, budować i znacznie spowalniać zmiany w organizmie.
”Straciłam oboje rodziców nagle, z dnia na dzień. Mój partner zmarł w sile wieku z powodu choroby nowotworowej. Widziałam, jak przyjaciółki odchodzą po wznowach nowotworów. To uczy pokory i tego, że naprawdę trzeba żyć „tu i teraz””
Jak zmieniło cię te 13 lat ćwiczenia na siłowni?
Ogromnie. Sport dał mi zdrowie, dla mnie zdrowie jest absolutną podstawą. Lata temu usłyszałam diagnozę nowotworu złośliwego. Dwie poważne operacje jamy brzusznej, naświetlania. Potem jeszcze guzy na tarczycy i śliniance, na szczęście niezłośliwe. Do tego Hashimoto, problemy ze stawami.
Mam świadomość, że nie będę 40-latką już nigdy. Ale mogę być zdrową i radosną 72-latką. Kiedy lekarz robił mi spirometrię, powiedział, że będzie pokazywał ten wynik innym, tak był dobry. Nie mam osteoporozy. Wchodzę na czwarte piętro z torbami. Jestem sprawna. A to daje mi wolność. I psychicznie też jestem silniejsza. Sport to endorfiny, ale też odwaga. Że potrafię. Że należę do tego małego procenta ludzi, którzy robią, a nie tylko mówią, że kiedyś zaczną. Relacje, które buduję, są dla mnie bezcenne. Ludzie mnie niosą, kocham kontakt z ludźmi.
Dzielisz się swoim doświadczeniem – na sali i w social mediach. Z jakimi reakcjami się spotykasz?
Facebooka założyłam w pandemii, żeby mieć kontakt ze światem. Instagram – kiedy wróciłam na siłownię. Trener powiedział: „Pokaż, że można być sprawną po siedemdziesiątce, bądź motywacją i inspiracją dla innych kobiet”. No to założyłam konto FitGocha i to stało się strzałem w dziesiątkę.
Największym przełomem było to, kiedy odważyłam się opowiedzieć o chorobie nowotworowej w programie „Pytanie na Śniadanie”. Dostałam lawinę wiadomości. Dziewczyna napisała: „Myślałam, że to koniec mojego życia. A ty dałaś mi nadzieję”. Często słyszę: „Jak widzę twoją energię, uśmiech, to idę na trening”. Albo: „Chcę być taka jak ty za 20, 30, 40 lat”. I to jest piękne. Bo to pokazuje, że jedna osoba może naprawdę wpłynąć na drugą. Kobiety mówią: „Jak ta kobieta zapieprza, to ja też mogę”. I mnie to i bawi, i wzrusza jednocześnie.
”Nie mam osteoporozy. Wchodzę na czwarte piętro z torbami. Jestem sprawna. A to daje mi wolność. I psychicznie też jestem silniejsza”
Słyszę o akceptacji. Jak do niej doszłaś?
Akceptuję siebie i wiem, że uśmiech potrafi zdziałać cuda, ludzie widzą wtedy coś zupełnie innego niż zmarszczki na twarzy. Dużo dała mi wiara, która pojawiła się późno, bo po 50. roku życia, po wypadku samochodowym. Praktykuję wdzięczność. Cieszę się z drobiazgów: słońca na balkonie, kawy, muzyki. Nie byłam w tym roku na wakacjach. Trudno, nadrobię. Leżałam na balkonie w moim Bytomiu, piłam kawkę i byłam szczęśliwa. To, w jaki sposób patrzymy na świat, ma ogromne znaczenie.
Wiem też, jak życie jest kruche. Straciłam oboje rodziców nagle, z dnia na dzień. Mój partner zmarł w sile wieku z powodu choroby nowotworowej. Widziałam, jak przyjaciółki odchodzą po wznowach nowotworów. To uczy pokory i tego, że naprawdę trzeba żyć „tu i teraz” i cieszyć się każdą chwilą życia.

Małgorzata Soniewicka / Fot. archiwum prywatne
Co ci pomaga, kiedy przychodzą gorsze dni?
Mam momenty załamania, kryzysy, zniechęcenia. Ważne jest jednak, że potrafię się po nich szybko podnieść i w tym między innymi pomaga mi sport. Wiem, że motywacja jest ulotna i trzeba mieć nawyki. Nawyki ratują. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nawyk kształtuje się 28 dni. I faktycznie, to u mnie działa. Wieczorem pakuję torbę. Ustawiam budzik. Rano wszystko jest gotowe. Trening po prostu się wydarza, bez dyskusji. A po nim wydzielają się endorfiny i znowu pojawia się uśmiech i apetyt na życie, czego i tobie życzę.
A czego ja mogę ci życzyć?
Zdrowia i tylko zdrowia.
Korzystasz z siłowni?
Polecamy
„Samotność to problem, który dopiero się zaczyna”. Rozmawiamy z Zośką Papużanką, autorką książki „Solo”
Mózg dojrzewa do trzydziestki? Nowe badania zmieniają to, co wiedzieliśmy o dorosłości
Katarzyna Tubylewicz: „Świat bardzo by zyskał, gdyby dzieci rodziły się tylko tym, którzy naprawdę ich pragną”
Maria Peszek: „Z najczarniejszego momentu można wyjść”
się ten artykuł?