Charanjit, Priya, Joanna: „Mamy zasadę, że nikt nie może być głodny. Głodnych trzeba nakarmić. To nie jest bohaterstwo, to obowiązek”
Kilka składanych stołów, garnek gorącego dahl, para unosząca się nad ryżem i grupa ludzi, którzy wierzą, że głód nie jest prywatną sprawą, lecz wspólną odpowiedzialnością. Stowarzyszenie Warsaw Seva od blisko dziewięciu lat karmi w centrum Warszawy tych, którzy tego potrzebują. – Przyjechałem tu bez niczego, a dostałem dużo. Poczułem, że to moment, żeby oddać część tego dobra – mówi pomysłodawca akcji, pochodzący z Indii Charanjit Singh. Przez ponad 17 lat prowadził jedną z najlepszych indyjskich restauracji w Warszawie. W 2014 roku postanowił sprzedać lokal i zająć się pomaganiem osobom w kryzysie bezdomności.
Piątkowe popołudnie. Pod Pałacem Kultury w Warszawie zbiera się kilkuosobowa grupa wolontariuszy Warsaw Seva. Jedni przynoszą termosy z herbatą, inni ustawiają stoły i rozkładają naczynia. Ktoś sprawdza, czy wszystko jest gotowe, inna osoba wita pierwszych oczekujących. Organizują się sprawnie, bez chaosu, jak dobrze zgrany zespół. Wiedzą, co robić, robią to w końcu od lat. Punktualnie o 16 rozpoczyna się wydawka. Na talerze trafia ryż, aromatyczny dahl, warzywa. Do tego ciepła herbata, szczególnie ważna w chłodne dni. Tego dnia, kiedy rozmawialiśmy, na zewnątrz była jeszcze minusowa temperatura.
– Czasem jest 30 osób, a czasem 70. Jak jest 30, jesteśmy w stanie rozdawać dokładki. Jak jest 70, raczej bez dokładek. Jesteśmy wyczuleni na to, w jaki sposób podzielić jedzenie, żeby dla wszystkich starczyło. Wiemy też, kto je więcej, kto mniej, kto czego nie lubi. To już nie są anonimowe osoby – mówi Joanna Nowaczyk, współorganizatorka akcji. – Działamy tak długo, że znamy się po imieniu. Zwykle jest więcej panów, ale są też kobiety. Każda ma swoją historię, często bardzo trudną – podkreśla.
Wydawka trwa kilkadziesiąt minut. Nie ma pośpiechu, choć ruch bywa duży. Wolontariusze starają się zamienić z każdym kilka słów. Pytają, jak minął tydzień, czy ktoś czegoś potrzebuje, czy wszystko w porządku. Przekazują to, o co goście prosili ich tydzień wcześniej. Skarpety, rękawiczki…
Głodnych nakarmić
Stowarzyszenie Warsaw Seva działa nieprzerwanie od blisko dziewięciu lat. W piątki, soboty i niedziele w okolicach warszawskiego metra Centrum grupa wolontariuszy częstuje posiłkami osoby w potrzebie. Niezależnie od pogody, pory roku czy okoliczności.
Goście na wydawkach przeważnie są znani wolontariuszom, ale zdarza się, że pojawiają się nowe osoby. Przeważnie potem wracają. – Nie przerwaliśmy działania nawet podczas pandemii. To był trudny czas, baliśmy się o zdrowie, ale wiedzieliśmy, że nasi goście nie przestaną być głodni tylko dlatego, że świat się zatrzymał – podkreśla Joanna.
Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, Toni Walia rozszerzył działalność. – Jeździł na granicę, gotował i rozdawał jedzenie osobom uciekającym przed wojną. To było dla niego oczywiste – opowiada Joanna.
Toni Walia jest pomysłodawcą inicjatywy. Tak nazywają go znajomi, ale na imię ma Charanjit Singh. Pochodzi z Indii, dorastał w Singapurze. Do Polski przyjechał w latach dziewięćdziesiątych. – Otworzył pierwszą indyjską restaurację w Warszawie, przy Armii Krajowej. Dobrze mu się powodziło, high life jak na tamte czasy – wspomina Joanna. Restauracja szybko zdobyła renomę, a Toni stabilizację finansową. W pewnym momencie postanowił jednak sprzedać biznes. – Przyszedł czas, w którym zadałem sobie pytanie, ile pieniędzy naprawdę potrzebuję, żeby przetrwać. Udało mi się zaoszczędzić, zainwestować. Warszawa była dla mnie bardzo dobra. Przyjechałem tu bez niczego, a dostałem dużo. Poczułem, że to moment, żeby oddać część tego dobra – opowiada.
”To jedzenie mi odpowiada, ale przychodzę głównie dla towarzystwa. W domu jest cicho. Tu przynajmniej ktoś zapyta, jak się czuję”
Pewnego dnia przyjechał pod Pałac Kultury z garnkami pełnymi jedzenia. Bez banerów, bez większego przygotowania. Tylko jedzenie i on z przyjaciółmi. – Dzień, w którym pierwszy raz wydawaliśmy jedzenie, był najlepszym dniem w moim życiu. Lepszym niż urodziny. Ludzie pytali, ile mają zapłacić. Odpowiadaliśmy, że nic. Obiecałem im wtedy, że będę tu każdego tygodnia – wspomina.
Słowa dotrzymał. – I tak od dziewięciu lat jestem. Zmieniały się miejsca, zmieniała częstotliwość. Zaczynaliśmy od jednego dnia w tygodniu, ale szybko zrozumieliśmy, że ludzie nie są głodni tylko raz w tygodniu. W pandemii byliśmy nawet sześć razy dziennie. Gotowaliśmy niemal bez przerwy – mówi. Sam ciężko przeszedł COVID-19. – Walczyłem o życie. Przez miesiąc nie mogłem brać udziału w wydawkach. To doświadczenie uświadomiło mi, jak bardzo jest to część mojego życia. Utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę to robić tak długo, jak będę mógł – dodaje.
Dziś nie wyobraża sobie bez tego codzienności. – To uzależnienie. Nie wiem, czy robię to bardziej dla innych, czy dla siebie. To daje mi szczęście i spokój. Kiedy widzę, że ktoś odchodzi najedzony i choć trochę spokojniejszy, wiem, że to ma sens – podkreśla.
Podobnie Joanna. – Spędziłam pięć lat w Indiach. Tam pomaganie jest czymś naturalnym, wpisanym w codzienność. Za namową przyjaciela przyszłam tu na wolontariat i zostałam. To dla mnie ogromny zastrzyk endorfin, ale też lekcja pokory. Uczymy się od naszych gości uważności i cierpliwości – mówi.
Być dla drugiego człowieka
Na cotygodniowe spotkania z Warsaw Seva przychodzą bardzo różne osoby. W kryzysie bezdomności, ubogie, samotne, chore. – Mamy gości zagranicznych – Irlandczyka, Holendra, Chorwata, Białorusinów, Ukraińców. Zaglądają do nas Hindusi i uchodźcy z Afryki – opowiada Joanna. Nowo przybyłym wskazują często miejsca wsparcia dostępne w stolicy. – Jest też pani, która musi wyjść z domu syna o siódmej rano i może wrócić dopiero o 20. Większość dnia spędza w Złotych Tarasach. Przychodzi tutaj, żeby zjeść i przez chwilę nie być sama. Dla niej to nie tylko posiłek, to spotkanie – opowiada Joanna. Jedną ze stałych bywalczyń jest pani Maria*. – Przypadkowo dowiedziałam się o tej akcji. Jestem sama, zobaczyłam, że rozdają jedzenie. Pomyślałam: przyjdę, zjem, może kogoś poznam. To jedzenie mi odpowiada, ale przychodzę głównie dla towarzystwa. W domu jest cicho. Tu przynajmniej ktoś zapyta, jak się czuję – przyznaje.

„Czasem jest 30 osób, a czasem 70. Jak jest 30, jesteśmy w stanie rozdawać dokładki” / Fot. Stowarzyszenia Warsaw Seva
Na wydawkach obowiązują jasne zasady. – Dobre zachowanie i wzajemny szacunek to podstawa. Bez tego nie da się budować wspólnoty. Toni był w swoim życiu wielokrotnie pobity, nawet tutaj, rozdając jedzenie. Zdarzały się trudne sytuacje. Dlatego zapraszamy osoby trzeźwe. To kwestia bezpieczeństwa wszystkich – zapewnia Joanna.
Nazwa Warsaw Seva nie jest przypadkowa. „Seva” oznacza służbę innym, bezinteresowną pomoc. To jeden z filarów religii Sikhów, którzy wierzą, że wszyscy ludzie są równi i każdemu potrzebującemu należy pomóc. – Nasza religia wyznacza nam drogę. Mamy pomagać biednym, modlić się, odwiedzać świątynie, ale przede wszystkim być dla drugiego człowieka – wyjaśnia Toni.
Od lat w działania stowarzyszenia zaangażowana jest też Priya. Na co dzień pracuje w korporacji, ale pomaganie traktuje jako ważną część swojego życia. – W mojej kulturze to naturalne. Mamy zasadę, że nikt nie może być głodny. Głodnych trzeba nakarmić. To nie jest bohaterstwo, to obowiązek. A przy okazji ogromna radość – podkreśla.
*Imię zostało zmienione.
Zobacz także
„Kawa to owoc bardzo podobny do wiśni”. O tym, jak w jej życiu pojawiły się kolejno: Indonezja, miłość i kawa, opowiada Kinga Wojtczak
Roksana Góral: „Mój mąż mówi, że to dobrze, że zajęłam się starszymi osobami, bo nie mamy tak dużego domu, żeby stworzyć rodzinny dom dziecka”
„Samotność to problem, który dopiero się zaczyna”. Rozmawiamy z Zośką Papużanką, autorką książki „Solo”
Polecamy
Bezdomność ma wiele twarzy: czasem mężczyzny z dworca, czasem nastolatki w modnej fryzurze
Dorota Bugajska: „W Wolontariacie odzyskałam poczucie wpływu, że to, co robię, naprawdę ma znaczenie”
Ane Piżl: „Różnorodność to nie mniejszość. Wykluczenie prędzej czy później dotknie każdego z nas”
Już w niedzielę pobiegnij ulicami Zakopanego w 10. Biegu po Oddech
się ten artykuł?