„Krótki lont to nie jest coś, z czym się rodzimy”. O złości rozmawiamy z Oliwią Ziębińską
– Nie jesteśmy przyzwyczajeni, by ze złością rozmawiać. Nie traktujemy jej jak emocji, która zaprasza do dialogu. Raczej od razu chcemy się jej pozbyć. Właściwie w każdym wywiadzie słyszę pytanie: jak szybko się od niej uwolnić? To dużo mówi o tym, jak ją przeżywamy – mówi Oliwia Ziębińska, psychoterapeutka, autorka książki „Po co ci złość? Rozmowa z trudną emocją”. Pytamy, jak reagować na złość dziecka, jak mądrze złościć się w jego obecności, skąd bierze się „krótki lont” i jaką cenę płacimy za tłumienie tej emocji.
Marta Dragan: „Żadne dziecko nie rodzi się wku*wione. Małe dziecko krzyczy, gdy czegoś potrzebuje” – piszesz już w pierwszym zdaniu swojej książki. To mocne otwarcie, bo od razu ustawia złość nie jako skazę charakteru, tylko naturalną reakcję, która niesie informację. Co więc dzieje się później, że tak wielu z nas zaczyna traktować złość jak coś niepożądanego? Jaką rolę odgrywa w tym wychowanie?
Oliwia Ziębińska: Bardzo dużą. Złość dziecka rodzice znacznie częściej łączą z porażką wychowawczą niż z informacją o potrzebie. Nie doceniamy złości, a wręcz mamy tendencję do tego, żeby ją tłumić. Nie pozwalamy dzieciom na złość, bo ona budzi naszą niecierpliwość, bo sami często nie mamy kontaktu z własnymi potrzebami, więc nie umiemy też rozpoznawać potrzeb dziecka. Widzimy tylko zachowanie, że się zezłościło, że jest tzw. niegrzeczne.
Tymczasem dziecko wyraża złością bardzo różne stany, szczególnie na tym pierwszym etapie rozwojowym, kiedy nie ma wykształconej ekspresji językowej, a więc nie potrafi wprost powiedzieć, co mu jest. Dlatego całe napięcie dziecko próbuje z siebie wyrzucić poprzez krzyk, płacz czy bunt. Taki wybuch złości nie jest więc wybuchem przeciwko rodzicowi, tylko sygnałem bezradności czy nieumiejętności poradzenia sobie z czymś.
Co następuje po płaczu z powodu mokrej pieluchy, czyli jak ewoluuje ekspresja złości u dziecka?
Później pojawia się często to, co potocznie nazywamy buntem dwulatka. Dziecko zaczyna bardzo intensywnie mówić „nie”. Czasem tak często, że rodzic ma poczucie, że maluch sprzeciwia się właściwie wszystkiemu. To bywa irytujące, ale warto spojrzeć na ten moment jak na etap uczenia się czegoś nowego. Na początku dziecko z tej nowej umiejętności korzysta trochę nadmiarowo, ale później to wszystko się wyrównuje.
Od tego „nie” zaczyna się nauka wzajemnego szacunku między rodzicem a dzieckiem. I są osoby, które respektują sprzeciw dziecka i próbują rozwiązywać sprawę poprzez dialog, a są tacy, którzy uważają, że dziecko to dziecko – jest za małe, żeby z nim cokolwiek negocjować. I zwykle decydują się po prostu na przeforsowanie swojej racji na zasadzie: twoje nie, kontra moje tak. Co bardzo często kończy się płaczem i takim doświadczeniem, z którego dziecko otrzymuje komunikat, że to, co czuje i mówi, się nie liczy.
Jakie konsekwencje w dłuższej perspektywie może mieć dla dziecka taka reakcja rodzica na złość?
Jeśli nie mówimy o pojedynczej sytuacji, w której rodzic po prostu stawia granicę – co oczywiście bywa zdrowe i potrzebne – tylko o pewnym powtarzalnym schemacie, to konsekwencje mogą być różne. Dużo zależy od dziecka i od jego temperamentu.
Jedna możliwość jest taka, że dziecko może pójść w stronę zadowalania rodzica. Choć wewnętrznie nie będzie zgadzało się na to, czego rodzic wymaga, to przestanie to swoje „nie” wyrażać. Będzie je połykać, tłumić, a przez to gromadzić w sobie bardzo dużo napięcia. Wraz z tym napięciem może rosnąć też poczucie niesprawiedliwości. Takie dziecko później może nie umieć wyrażać swoich potrzeb czy stawiać granic.
Drugi scenariusz jest taki, że dziecko może reagować na przekór. Złość znajduje wówczas ujście w buncie, w zachowaniach, które dorosłym wydają się trudne, a są po prostu skutkiem tego, że wcześniej nie było przestrzeni na bezpieczne wyrażenie emocji. Dziecko próbuje w ten sposób wydrapać sobie swoją sprawczość i zaznaczyć, że jest ważne. My, dorośli często nie zdajemy sobie sprawy, jak istotne jest pozwolenie dziecku na odrobinę decyzyjności. To nie znaczy, że zawsze mamy ustąpić. Absolutnie nie. Granice trzeba stawiać, ale w poszanowaniu emocji dziecka.
”Jeśli ktoś mówi, że w ogóle nie czuje złości, to też jest czerwona flaga. Bo co to właściwie znaczy? Że nigdy nikomu się nie sprzeciwia, nie mówi „nie”? Nie denerwuje go, że ktoś zjadł mu kanapkę w pracy, że rozpędzony samochód przejechał, kiedy to on miał zielone światło? To niemożliwe. Taka osoba nie tyle się nie złości, co w ogóle nie ma kontaktu ze swoją złością, bo ta została zepchnięta do środka.”
Jak mądrze powiedzieć „nie”, kiedy dziecko reaguje złością albo rozpaczą?
Klasyczna sytuacja w supermarkecie: dziecko krzykiem naciska na zakup kolejnej zbędnej zabawki. Zamiast „nie złość się”, „uspokój się”, „przestań”, lepiej powiedzieć „słyszę, że chcesz to mieć, ale nie mogę tego kupić, bo podobną mamy w domu/bo oszczędzamy na wakacje/bo nasz budżet nie przewiduje dziś zakupu zabawek”. Jeśli od początku nawiązujemy z dzieckiem dialog, a nie traktujemy jak kogoś, do kogo mówi się gugu i gaga, to ono dość szybko uczy się, że jest rozmowa i że wszystko może być negocjowalne.
Jeśli mimo naszych starań dziecko wpada w rozpacz, to trzeba to przeczekać. Bo z emocjami jest tak, że jak je uwolnimy, to one miną, a kiedy próbujemy je stłumić, one będą się w nas kumulować. Dlatego dużo zdrowiej jest pozwolić na tę dramę w supermarkecie. Wiem, że kiedy dziecko zaczyna płakać w miejscu publicznym, to rodzic zaczyna myśleć o tym, co powiedzą inni, czy nie zostanie uznany za złego rodzica. Ale umówmy się, to my jesteśmy dorośli i to my mamy wytrzymać to napięcie i pomieścić różne stany dziecka. To jest nasz obowiązek, a nie dziecka, że ma być wiecznie „grzeczne”.
Czy dzieci szybko uczą się, które emocje są mile widziane, a które nie?
Dzieci są świetnymi obserwatorami, a my, dorośli często to bagatelizujemy. Zapominamy, że sami jako dzieci też widzieliśmy i czuliśmy znacznie więcej, niż dorośli chcieli wyrazić. Nawet jeśli nie umieliśmy czegoś nazwać, to wyczuwaliśmy, że coś jest nie tak, że między rodzicami coś się dzieje, że mama płacze, że jest jakieś napięcie.
W domu, który jest w miarę bezpieczny i przyjazny, dziecko uczy się, że świat jest miejscem, w którym można wyrażać emocje, eksperymentować, próbować różnych rzeczy i nie zostać za to odrzuconym. Ma przestrzeń na własną ekspresję i to jest mu potrzebne do rozwoju.
Jeśli jednak w domu są ograniczenia związane z emocjami dorosłych, na przykład rodzic nie chce, żeby ktoś się złościł, albo sam reaguje lękowo, to dziecko zaczyna podpatrywać, jak ma przetrwać w takim układzie. I wykształca cechy, które mają mu w tym pomóc. Jeżeli mama obraża się na złość dziecka, karze je milczeniem albo się odwraca, to dziecko dostaje komunikat, że nie może się złościć, bo wtedy straci kontakt. I takie przekonanie bardzo głęboko się koduje. Z automatu staje się takim modus operandi na życie.
A jak dorosły może złościć się w obecności dziecka tak, żeby go nie przerazić, ale jednocześnie pokazać mu, że złość jest naturalną emocją?
Świetnie, że o tym rozmawiamy, bo ostatnio odnoszę wrażenie, że trochę za bardzo weszliśmy w taki parasolowy model rodzicielstwa. Chcemy za wszelką cenę ochronić dziecko przed tym, co trudne, tylko przecież nie o to chodzi. Bo właśnie dobrze jest pokazywać dziecku, że trudność jest częścią życia i że my, dorośli czasem też sobie nie radzimy.
Przesadne próby chronienia dziecka przed każdym dyskomfortem skutkują tym, że potem ono bardzo źle znosi pierwsze sytuacje, w których coś nie idzie po jego myśli. Dzieje się tak, bo właśnie nie miało okazji nauczyć się, że czasem trzeba coś przeczekać, czegoś ustąpić, być cierpliwym. Rozsądna ekspozycja na trudność uczy dziecko, jak sobie radzić ze złością, ze stresem, z dyskomfortem.
To trochę jak z odpornością: nie buduje się jej, zamykając dziecko w sterylnym domu i próbując ograniczyć kontakt z patogenami. Układ odpornościowy potrzebuje styczności z nimi, oczywiście w bezpiecznych proporcjach, żeby stopniowo uczyć się na nie reagować. Podobnie jest z emocjami i napięciem. Jeśli ta ekspozycja na trudniejsze sytuacje nie jest skrajna, tylko mieści się w zdrowych granicach, czyli dorośli czasem się pokłócą, zdenerwują, będą innego zdania, to dziecko może się z tego wiele nauczyć. Pod warunkiem, że rodzice potem siadają z dzieckiem i mówią: „słuchaj, czasem się kłócimy, czasem jesteśmy innego zdania i przeżywamy różne emocje, ale to nie jest twoja wina, to nie dotyczy ciebie, to jest między nami”. Napięcie oczywiście całkiem nie zniknie, ale ono przestanie być tak przerażające.
Najgorsze dla dziecka jest nie wiedzieć, co się dzieje, bo wtedy uruchamiają się katastroficzne myśli. Dziecko niemal automatycznie zaczyna projektować sobie w głowie, że rodzice kłócą się z jego powodu i zastanawia się, co może zrobić, żeby to nie miało miejsca, żeby mama nie była smutna albo żeby tata nie krzyczał. Jednym z największych lęków dzieci jest przecież to, że jeśli rodzice się kłócą, to zaraz się rozstaną.
Krótko mówiąc, wyjaśnienie kontekstu sytuacji pozwala dziecku zrozumieć, że trudne emocje nie są same w sobie czymś niebezpiecznym.
Dokładnie tak, a kiedy nie ma tego wyjaśnienia, w dziecku rośnie lęk, który potem może zamieniać się w wybuchy złości czy agresję. Dlatego nawet jeśli wydarzyło się coś trudnego, to i tak lepiej to nazwać i wyjaśnić, bo wszystko, co jest wyjaśnione, jest dla dziecka wielokrotnie mniej obciążające niż milczenie.
„Złość to jedyna emocja z patentem na męskość” – piszesz w swojej książce. Czego zatem o złości uczą się dziewczynki a czego chłopcy?
Chłopcy często uczą się, że złość jest atrybutem przynależnym do męskości, że towarzyszy rywalizacji, walce o pozycję i sięganiu po swoje. W takim modelu złość nie tylko jest dozwolona, ale bywa wręcz wspierana, szczególnie wtedy, gdy prowadzi do wygranej czy dominacji. Pojawia się przekonanie, że chłopiec może się zezłościć, może być szorstki, może coś sobie wyszarpać, że to mieści się w granicach normy.
Dziewczynki uczą się czegoś zupełnie innego, że lepiej się nie złościć, bo „złość piękności szkodzi”, że dziewczynka powinna być miła i grzeczna. Bardzo wcześnie dostają sygnał, że złość nie pasuje do obrazu kobiecości. I myślę, że od tej złości kobiety są systemowo odcinane. Kiedy stawiają granice, są konsekwentne, to często słyszą, że są niemiłe i trudne.
Albo że za bardzo emocjonalnie do czegoś podchodzą…
O właśnie! Co jest o tyle ciekawe, że mężczyźni też bywają bardzo emocjonalni, tylko ich emocjonalność uznaje się za dopuszczalną. Są premiowani za stanowczość, pewność siebie i twarde stawianie granic, a u kobiet takie same zachowania się deprecjonuje, uznając, że są nie na miejscu, nieprzystające, przesadne. Mężczyzna, który jasno coś komunikuje, jest zdecydowany. Kobieta, która robi to samo, bywa uznawana za problematyczną. I to bardzo dużo mówi o tym, czego od początku uczymy dziewczynki, a czego chłopców w kontekście złości.
Czy my w ogóle potrafimy właściwie odczytywać złość? Czy wiemy, czym ona jest, do czego nas popycha, co ma nam zasygnalizować?
Myślę, że mamy z tym duży problem. Emocje, a w szczególności złość, traktujemy trochę jak powierzchnię jeziora. Patrzymy na taflę, a nie dostrzegamy całego życia, które toczy się w głębi, Tymczasem to właśnie tam tkwi cała wiedza o nas samych. Jeśli zaczynamy się przyglądać temu, co nas złości – na przykład czyjeś chrupanie w kinie czy to, że ktoś siedzi w telefonie podczas rozmowy z nami – to nagle dużo lepiej jesteśmy w stanie zrozumieć, jakie mamy wartości, czego potrzebujemy, gdzie przebiegają nasze granice. Złość kieruje naszą uwagę na rzeczy, których inne emocje nie pokażą nam tak wyraźnie.
O złości piszesz, że „kiedyś polowała na mamuty, a dziś pilnuje naszej godności w open space”. Czy wraz ze zmieniającymi się okolicznościami rola złości także ewoluowała?
Można powiedzieć, że złość stała w miejscu, a wokół niej zmieniała się scenografia. Bo złość wciąż służy temu samemu: obronie nas samych.
Nie znamy dokładnej genezy emocji ani tego, jak kształtowały się one na kolejnych etapach rozwoju, ale warto zaufać temu, że były potrzebne. Gdybyśmy mieli tylko lęk, pewnie przez cały czas uciekalibyśmy przed wrogiem, a to nie dawałoby szans na ewolucję. Musieliśmy czasem poczuć złość, żeby obronić swoje terytorium, które kiedyś było bardzo konkretne – bo był to kawałek ziemi, który dawał schronienie.
Dziś częściej mówimy o terytorium psychicznym, którego składową jest nasza godność, czas i energia. Złość nadal pomaga nam tego bronić, tylko w innych warunkach.
Co dzieje się w ciele, kiedy pojawia się złość? I czy ten mechanizm działa inaczej u dzieci, a inaczej u dorosłych?
Sam mechanizm nie różni się aż tak bardzo. Różnica polega raczej na tym, że dzieci szybciej pokazują emocje, a dorośli szybciej je maskują. U dziecka od razu widać napięcie, rozdrażnienie, zmianę w ciele. U dorosłych włącza się już więcej społecznych hamulców, bo intelektualność dość mocno kontroluje nasze zachowania. I dlatego często potrafimy zrobić dobrą minę do złej gry.
Ale niezależnie od wieku złość jest reakcją organizmu. Wraz ze złością pojawia się pobudzenie, energia, napięcie, gotowość do działania. I to nie jest przypadek, bo pierwotnie organizm dostosowywał się do emocji po to, żeby pomóc nam przetrwać. Tak jak przy lęku ciało przygotowuje się do ucieczki, tak przy złości jest w gotowości do obrony, a dawniej także do ataku. Problem w tym, że dziś ta energia często nie ma ujścia.
Co to znaczy?
Kiedy złościmy się na szefa, nasze ciało reaguje tak, jakby miało zaraz wejść do walki, ale przecież nie możemy tego zrobić. Nie możemy po prostu ot tak wejść z szefem w otwarty konflikt, więc cała ta energia zostaje zawieszona w ciele. Często mówi się, że choroby autoimmunologiczne są skutkiem tej niewyzwolonej energii z ciała.
Co możemy zrobić z tą nagromadzoną energią?
Doraźnie można zrobić rzeczy bardzo proste: wyjść na chwilę, obmyć twarz zimną wodą, spróbować ochłonąć, dać ciału sygnał, że zagrożenie minęło. To może pomóc tu i teraz, ale jeśli mówimy o sytuacji, która się powtarza, to samo rozładowywanie napięcia nie wystarczy. Jeśli będziemy tylko wychodzić na papierosa, na siłownię albo odreagowywać inną aktywnością fizyczną, a nic nie zrobimy z samym źródłem problemu, to złość będzie wracać. I będzie się tak działo dopóki nie spróbujemy czegoś z tą sytuacją zrobić: porozmawiać, postawić granicę, zmienić pracę, albo przynajmniej uczciwie nazwać, co się w nas dzieje. Bo samo rozładowanie daje ulgę, ale nie rozwiązuje problemu.
Skąd wiedzieć, że tej złości zebrało się już za dużo i co taka skumulowana złość możne nam robić?
Jednym z sygnałów jest to, że zaczynamy reagować nieadekwatnie do sytuacji. Jeśli kłócimy się o to, kto ma umyć jeden talerz w zlewie, to prawdopodobnie nie chodzi tylko o ten talerz.
W książce piszę, że są osoby, które zapalają się bardzo szybko, i takie, które w ogóle nie mają kontaktu ze swoją złością. Jeśli ktoś mówi, że ma krótki lont, to warto się zastanowić, co właściwie za tym stoi. Krótki lont to nie jest coś, z czym się rodzimy. Owszem, możemy mieć bardziej ekspresyjny temperament, ale jeśli szybko reagujemy złością, jeśli non stop się zagrzewamy, to najpewniej coś jest pod spodem na rzeczy.
Z kolei jeśli ktoś mówi, że w ogóle nie czuje złości, to też jest czerwona flaga. Bo co to właściwie znaczy? Że nigdy nikomu się nie sprzeciwia, nie mówi „nie”? Nie denerwuje go, że ktoś zjadł mu kanapkę w pracy, że rozpędzony samochód przejechał, kiedy to on miał zielone światło? To niemożliwe. Taka osoba nie tyle się nie złości, co w ogóle nie ma kontaktu ze swoją złością, bo ta została zepchnięta do środka.
”Złość dziecka rodzice znacznie częściej łączą z porażką wychowawczą niż z informacją o potrzebie. Nie doceniamy złości, a wręcz mamy tendencję do tego, żeby ją tłumić. Nie pozwalamy dzieciom na złość, bo ona budzi naszą niecierpliwość, bo sami często nie mamy kontaktu z własnymi potrzebami, więc nie umiemy też rozpoznawać potrzeb dziecka.”
Złość daje nam impuls, żeby się zatrzymać, przyjrzeć sytuacji, coś przemyśleć. Dobrze, że mamy wbudowany w sobie taki czujnik. Dlaczego więc złość jest określana jako „trudna emocja”? Na czym polega ta trudność?
Myślę, że przede wszystkim na tym, że w ogóle nie jesteśmy przyzwyczajeni, by ze złością rozmawiać. Nie traktujemy jej jak emocji, która zaprasza do dialogu. Raczej od razu chcemy się jej pozbyć. Właściwie w każdym wywiadzie słyszę pytanie: jak szybko się od niej uwolnić? To dużo mówi o tym, jak ją przeżywamy.
Złość jest trudna także somatycznie, bo towarzyszy jej przecież napięcie, lęk, bezradność, frustracja, czasem poczucie winy. Zwłaszcza kiedy złoszczę się na bliskich i potem myślę, że powiedziałam za dużo, zachowałam się źle, zraniłam kogoś.
Podtytuł „rozmowa z trudną emocją” wziął się stąd, że sama złość w takim pierwotnym momencie próbuje nam powiedzieć: „zobacz, tu coś się dzieje”. Jeśli to zignorujemy, mówi głośniej. A jeśli wciąż jej nie słuchamy, zaczyna wręcz krzyczeć. I wtedy z rozmowy robi się kłótnia. Dlatego zachęcam do tego, żeby rozmawiać ze złością, a nie się z nią szarpać, bo ona naprawdę ma mądre rzeczy do przekazania.
Dlaczego tak niechętnie rozmawiamy o złości?
Po pierwsze dlatego, że po prostu nie umiemy. Bardzo często wydaje nam się, że rozmowa o złości musi oznaczać awanturę. Mylimy rozmowę o emocji z wybuchowym wyrażaniem tej emocji, a to są dwie zupełnie różne rzeczy.
Po drugie, my, Polacy mamy duży problem z komunikacją. Charakteryzuje nas duży stopień przewrażliwienia, takiego niskiego poczucia wartości. W związku z tym bardzo łatwo bierzemy wszystko do siebie. Jeśli ktoś mówi nam, że coś zrobiliśmy nie tak. Od razu włącza się w nas instynkt obronny, potrzeba odbicia piłeczki. Ucinamy takie rozmowy i zaczynamy ustawiać się po przeciwnych stronach obozu. Tymczasem o wiele bardziej rozwojowe byłoby usiąść obok siebie i powiedzieć: „mamy trudność, zobaczmy, co możemy z nią zrobić”.
Nie umiemy rozmawiać o złości także dlatego, że rzadko wynosimy taki model z domu. Najczęściej widzieliśmy albo milczenie, albo wybuchy. Do tego dochodzi szkoła i cały system, który od początku uczy raczej hierarchii niż komunikacji. Ktoś jest wyżej, ktoś niżej, wciąż pobrzmiewają słowa „dzieci i ryby głosu nie mają”. A przecież jeśli chcemy uczyć dzieci emocji, to musimy uczyć je także komunikacji.
To jak w takim razie rozmawiać o złości, żeby nie kończyło się to kłótnią?
Zachęcam, żeby przede wszystkim mówić o sobie i zapraszać drugą osobę do dialogu. Zamiast wyrzucać komuś, że coś robi źle, lepiej powiedzieć: „ja tak mam”, „mnie to złości”, „co możemy z tym zrobić?”.
Gdyby ktoś powiedział mi: „narasta we mnie złość, bo nie sprzątasz po sobie i nie wiem, co z tym zrobić, ale chciałabym o tym pogadać”, poczułabym, że mówi do mnie z szacunkiem. Że zaprasza mnie do wspólnego rozwiązania problemu. Natomiast kiedy ktoś zaczyna od pretensji i krzyku, bardzo łatwo uruchamia się w nas obrona albo przekora. I o konflikt nietrudno. Warto pamiętać, że rozmowa ma znacznie większe szanse ochronić relację niż krzyk.
Polecamy
„Już nie chcę być silna”. O kulturze radzenia sobie za wszelką cenę mówi psycholożka Paulina Pawlak
Polacy są zanurzeni w języku przemocy. „Takie mamy wzorce, tak zostaliśmy wychowani”
Dr Izabela Kaźmierczak: „Nie każdy smutek to depresja, ale każdy smutek coś mówi”
Magdalena Wiatrowska: „Myśl ‘nie lubię swojego dziecka’ nie czyni z nikogo złego rodzica”
się ten artykuł?