Mikrowyprawami „oswoili” Mazowsze. „Nie potrafimy żyć od wakacji do wakacji” – tłumaczy Monika Masalska

– Jesteśmy wierni idei mikrowypraw. Czyli odkrywamy. W dużym stopniu jest to kwestia optyki. Trochę otwieramy oczy, a wraz z nimi głowę, i budujemy w sobie taką ciekawość – mówi Monika Masalska, która wraz z mężem Sewerynem jest autorką bloga „Mikrowyprawy z Warszawy” i książek pod tym samym tytułem – z dopiskiem „57 nieoczywistych wycieczek, które uratują twój weekend” oraz najnowszej „Nad wodę”.
Klaudia Kierzkowska: Jesteście 5-osobową, żądną przygód rodziną. Uwielbiacie mikrowyprawy. Jak zaczęła się wasza przygoda?
Monika Masalska: Ciężko powiedzieć, bo mikrowyprawy to coś, co oboje praktykowaliśmy jeszcze z rodzicami, będąc dziećmi. Ten rodzaj ciekawości trochę wynieśliśmy z domu. Chociaż nigdy oczywiście nie robiliśmy tego na taką skalę, jak teraz.
Zostaliśmy parą w liceum, więc nasze pierwsze wspólne mikrowyprawy odbywały się w Kielcach, które są naszym rodzinnym miastem. I to nasze takie nastoletnie „chodzenie” rzeczywiście polegało głównie na chodzeniu. Wychodziliśmy z domu i szwendaliśmy się najpierw po mieście, później coraz dalej. Województwo świętokrzyskie to w ogóle świetny teren do odkrywania, ma wielki mikrowyprawowy potencjał, tak więc mieliśmy w czym wybierać.
A pamiętasz waszą pierwszą poważniejszą mikrowyprawę?
Oczywiście. To było w trakcie pandemii – wiadomo, że nie można było wtedy w wiele miejsc chodzić. Nasi znajomi wiedzieli, że my jeździmy bardzo dużo, więc zaczęli pisać, odzywać się do nas z pytaniami, gdzie by się tu wybrać, skoro place zabaw i centra handlowe są pozamykane. Pewnego dnia napisało do nas chyba pięcioro znajomych z pytaniem, gdzie jest ta kładka, o której kiedyś tam w rozmowie wspominaliśmy. Przy odpisywaniu bodajże na trzecią wiadomość z instrukcjami, Seweryn się zdenerwował i stwierdził, że musimy stworzyć jakieś miejsce online, do którego będziemy po prostu wszystkich tych petentów odsyłać. I tak zaczęły się nasze mikrowyprawy, można powiedzieć bardziej oficjalnie.

Rodzina Masalskich podczas jednej ze swoich mikrowypraw / Fot. archiwum prywatne
Wiele osób uważa, że ciekawe podróże muszą wiązać się z dalekimi wyjazdami. Wy eksplorujecie Warszawę i okolice. To wam wystarcza?
Kochamy także wielkie podróże, interesuje nas też cały świat i mamy bardzo, bardzo dużo planów w tym kierunku. Ale to nam nie wystarcza. Nie potrafimy żyć od wakacji do wakacji. Ideą przewodnią mikrowypraw jest chyba próba spojrzenia na najbliższe okolice świeżym okiem, powiedzmy okiem turysty. Zresztą główna myśl, która mikroturystyce przyświeca, zawarta jest właśnie w samej nazwie. Przyrostek mikro mówi nam, że mamy do czynienia z czymś powiedzmy demokratycznym, co nie wymaga dużych pieniędzy, co jest dostępne dla każdego. Natomiast drugi człon – wyprawy – jednak wciąż ma w sobie ten pierwiastek przygody. Czyli trochę wcielamy się w rolę odkrywcy, który wyrusza na poszukiwania.
I dokładnie w ten sam sposób próbowaliśmy i udało nam się oswoić Mazowsze. To region, który ma opinię nudnego i muszę przyznać, że my na początku też w ten sposób o nim myśleliśmy. Natomiast im większe kręgi po Warszawie, a później wokół niej zaczęliśmy zataczać, tym więcej niesamowitych rzeczy, bardzo ciekawych miejsc odkrywaliśmy. I w tej chwili mogę powiedzieć, że Mazowsze wciąż nas zaskakuje i naprawdę pokazało nam swoje wielkie bogactwo. Oczywiście jeśli mamy taką możliwość, ruszamy także ciut dalej, do sąsiednich województw, dalej w Polskę i wszędzie tam jesteśmy wierni idei mikrowypraw. Czyli odkrywamy. W dużym stopniu jest to kwestia optyki. Trochę otwieramy oczy, a wraz z nimi głowę i budujemy w sobie taką ciekawość. Rozglądamy się, poznajemy historię i praktycznie zawsze okazuje się, że to miejsce, które początkowo wydawało się zwyczajne, także ma w sobie jakąś opowieść i piękno.
Zastanawiam się, czy zdarzyło wam się odkryć miejsce tuż za rogiem, o którym nie mieliście pojęcia?
Tak, wielokrotnie. Ostatnio, po prawie 20 latach mieszkania w Warszawie i jej intensywnej eksploracji, odkryliśmy na Krakowskim Przedmieściu na tyłach kościoła świętej Anny przepiękny ogród różany. A obok niego drugi – trochę bardziej dziki i tajemniczy – przy kościele sióstr wizytek. Jest to ogród, w którym kiedyś mieszkał ksiądz Jan Twardowski. To miejsce trochę wygląda, jakby ktoś do centrum Warszawy zaimplementował kawałeczek lubelskiej wsi.
Mieszkamy na Żoliborzu i tak naprawdę 10 minut piechotą od nas możemy trafić na uliczki, które wyglądają jak żywcem wyjęte z Kazimierza Dolnego. To też była dla nas niespodzianka. Zaglądamy w podwórka i odkrywamy tam pozostałości pięknych przejazdów, mozaiki, kapliczki. A z tych bardziej współczesnych – murale i inne przykłady street artu, które w Warszawie mogą spacerującemu przynieść bardzo wiele przyjemności.
Które miejsce w Warszawie lub pod Warszawą najbardziej was zaskoczyło?
Tych zaskoczeń było naprawdę bardzo dużo. Chociażby w ostatni weekend trafiliśmy na drezyny rowerowe, które jeżdżą po torach dawnej kolejki wąskotorowej. Tymi drezynami można sobie przez godzinę pojeździć. Mimo że tak bardzo intensywnie przeszukujemy Mazowsze, akurat ta atrakcja zupełnie nam umknęła.
Wielkim odkryciem, chyba bardziej dla mnie niż dla Seweryna, był też Otwock. Zawsze myślałam o nim jako o takim zadymionym, smutnym mieście. A okazał się jednym z najbardziej fascynujących miejsc na Mazowszu, z przepiękną historią. Ponad 100 lat temu było to wielokulturowe, tętniące życiem letnisko, a jego najbardziej charakterystyczną cechą były przepiękne budynki letniskowe, czyli świdermajery. To architektura unikatowa na skalę Polski, takie połączenie chaty szwajcarskiej z rosyjską daczą, pełne przepięknych zdobień, w pięknych kolorach, otoczone ogrodami. Niestety dzisiaj Otwock jest trochę cieniem tamtego miasta. Ale w zasadzie na każdym kroku można tu odkryć ślady tamtego świata, okna na zupełnie inną rzeczywistość.
Wielkim odkryciem były też dla nas mazowieckie rzeki. Kiedy przyjeżdżaliśmy tu na studia, wydawało nam się, że na pewno nie będzie gdzie latem się kąpać. A tutaj trafiliśmy w zasadzie trochę na klęskę urodzaju, bo mamy świetny Liwiec, piękną Wkrę, idealną na kajaki, świdrujący między polami Świder, a do tego Pilicę, Bug. No i oczywiście majestatyczną Wisłę, która obdarza warszawiaków pięknymi jasnymi plażami, o piasku przypominającym ten znad Bałtyku.
”Zamierzenie naszego bloga było właśnie takie, żeby ułatwić życie ludziom, rodzicom, którzy chcą się gdzieś ruszyć, ale już sam element planowania, szukania destynacji ich przeraża”
Podróżujecie z dziećmi, co jest dodatkowym „wyzwaniem”. Macie swoje sprawdzone sposoby na angażowanie dzieci w takie wyprawy, by nie marudziły, że „jest nudno”?
To temat rzeka, ale na początku chciałam zaznaczyć, że nie nakładajmy tego na siebie jako obowiązku. Nie każdy ma taką pasję czy potrzebę podróżowania i nie każdy musi mieć. Więc jeśli nie czujecie się komfortowo, podróżując z dziećmi, to naprawdę jest masa innych sposobów, żeby spędzać wspólnie czas.
Jednak zamierzenie naszego bloga było właśnie takie, żeby ułatwić życie ludziom, rodzicom, którzy chcą się gdzieś ruszyć, ale już sam element planowania, szukania destynacji ich przeraża. Staramy się szukać takich miejsc, które będą jakimś kompromisem pomiędzy potrzebami rodziców i dzieci. Ja na przykład bardzo nie lubię placów zabaw i nie czuję się dobrze w miejscach, które są właśnie takie stricte dziecięce. Zawsze jednak przy planowaniu naszych podróży szukamy na trasie albo dodajemy do trasy coś takiego, co będzie przyjemnością także dla dziecka. Co będzie dla niego motywacją – plac zabaw, lodziarnia, zagroda ze zwierzątkami, piknik w lesie, wydma do kopania i turlania się, rzeka do puszczania łódeczek z kory albo przypadkowego wpadania. Bo wiadomo, że takie rzeczy też się zawsze na wycieczkach z dziećmi zdarzają.
RozwińJednak rzeczą, którą bym przede wszystkim zabrała na wyprawę z dziećmi, jest brak oczekiwań. Jeśli ściśle przywiążemy się do jakiegoś scenariusza i planu, to rzeczywiście będziemy przeżywać bardzo dużą frustrację. Natomiast wycieczki z dziećmi mają to do siebie, że przeważnie toczą się przeróżnie i kończą czasami dobrze, a czasami gorzej. I musimy być na to mentalnie przygotowani.
”Ideą przewodnią mikrowypraw jest chyba próba spojrzenia na najbliższe okolice świeżym okiem, powiedzmy okiem turysty. Zresztą główna myśl, która mikroturystyce przyświeca, zawarta jest właśnie w samej nazwie. Przyrostek mikro mówi nam, że mamy do czynienia z czymś powiedzmy demokratycznym, co nie wymaga dużych pieniędzy, co jest dostępne dla każdego. Natomiast drugi człon – wyprawy – jednak wciąż ma w sobie ten pierwiastek przygody”
W jaki sposób wybieracie kolejne miejsca do odwiedzenia?
W tej chwili mamy już wypróbowanych naprawdę wiele sposobów na poszukiwanie nowych miejsc. Po pierwsze są to oczywiście mapy – papierowe i elektroniczne. Seweryn jeździ po nich palcem, trafia na coś ciekawego i później po prostu staramy się sprawdzić tę lokalizację na przykład w internecie. Mamy też sporą kolekcję przeróżnych lokalnych przewodników, albumów o dworach Mazowsza, o przyrodzie tego regionu. Do tego obserwujemy media społecznościowe różnych instytucji lokalnych, miejskich, dzielnicowych, ale także wojewódzkich. Tam przeważnie pojawiają się informacje o planowanych inwestycjach. Podobnie z muzeami czy galeriami sztuki, które nas interesują. Mamy także ten przywilej, że nasi obserwujący po prostu podsyłają nam różne atrakcje ze swojego najbliższego otoczenia. Tak więc mamy informacje z pierwszej ręki i wiele z nich naprawdę okazuje się wielkimi hitami.
Wydaliście książkę „Mikrowyprawy z Warszawy”. Z myślą o kim ją pisaliście?
Mikrowyprawy pisaliśmy w zasadzie z myślą o wszystkich. Nie jest to książka tylko dla rodzin z dziećmi, chociaż w ich przypadku naprawdę bardzo się sprawdzi – każdą z wycieczek przetestowaliśmy w końcu na swoich dzieciach. Wszystkie pomysły są jednak w gruncie rzeczy uniwersalne, bo pisaliśmy także trochę dla samych siebie. Czasami po prostu wystarczy dodać do trasy albo odjąć od niej jakieś elementy. Możemy na przykład dłużej posiedzieć na plaży albo dłużej przejść się szlakiem. Możemy skręcić w stronę zagrody ze zwierzętami albo zupełnie ją ominąć. Wiem, że nasi obserwujący to – poza rodzinami z dziećmi – single, czasami nawet seniorzy, studenci, często właściciele psów. Odnoszę wrażenie, że mikrowyprawy są odpowiedzią naprawdę dla wszystkich, którzy pragną odkryć Mazowsze, poznać lepiej swoje najbliższe otoczenie.
Jakie miejsce w okolicach Warszawy polecilibyście komuś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z mikrowyprawami?
Tutaj naprawdę bardzo ciężko wybrać jedno miejsce. Pomysłów w głowie kłębi nam się masa, ale myślę, że tak z miłości to wybralibyśmy którąś z podwarszawskich kładek. W internecie mamy opinię kładkowych psychofanów i rzeczywiście nimi jesteśmy. A na Mazowszu jest tych kładek wiele, bo mamy dużo bagien. Mazowsze w gruncie rzeczy składa się z układających się na przemian wydm i bagien. Być może macie takie stereotypowe wyobrażenia o bagnie jako o miejscu brunatnym, lepkim, nieciekawym. Natomiast nie może być ono dalsze od prawdy – bagna to niesamowite ekosystemy, pełne przepięknych, przeróżnych roślin, a także dom dla wielu zwierząt. Bujnością potrafią przypominać dżunglę, zmieniają się w zależności od pory roku. A dzięki kładkom ponad bagnami możemy w tę zwykle niedostępną krainę zajrzeć trochę do środka.
I tutaj tych kładek wymieniłabym kilka, to są te nasze ukochane: najdłuższą z kampinoskich kładek w Zaborowie Leśnym, znajdującą się tuż nad Liwcem kładkę nad starorzeczem w Kaliskach, na tyłach Pałacyku Paderewskich czy stosunkowo młodą na tle tych pozostałych, kładkę wzdłuż rozlewisk Pisi Gągoliny w Żyrardowie. I jeszcze Zamczysko, także w Kampinosie, czyli kładki rozpięte nad niegdyś istniejącym średniowiecznym grodziskiem.

Jedno z pięknych miejsc odkrytych przez Masalskich podczas ich mikrowypraw / Fot. archiwum prywatne
Macie marzenie związane z mikrowyprawami? Jakie miejsce w najbliższej okolicy jeszcze czeka na wasze odkrycie?
Pierwsze z marzeń jest chyba takie, żeby nie kończyły się nam pomysły, czyli żeby Mazowsze, tak jak to robi teraz, nieustannie wyciągało jakieś asy z rękawa. A druga rzecz, która od bardzo dawna nam chodzi po głowie – ale obawiam się, że pozostanie niezrealizowana przynajmniej do naszej emerytury – to urządzenie takiej serii mikrowypraw z innych miast Polski. Czasami jeździmy na przykład do Poznania albo Gdańska i bardzo chcielibyśmy ruszyć gdzieś poza utarte szlaki, dalej od oglądanych już wielokrotnie miejsc. Bardzo brakuje nam właśnie takiej bazy. Marzy nam się, żeby spędzić pół roku we Wrocławiu, Gdańsku, Gdyni, Poznaniu, Krakowie czy Szczecinie. Wydaje mi się, że to jest najlepszy sposób, żeby tak naprawdę poznać dane miejsce, zobaczyć, jak ono żyje, co jest dla niego charakterystyczne, jaką ma osobowość. Bo właśnie takie drążenie tuneli wokół jakiegoś miejsca, dokopywanie się do drobiazgów, ukrytych atrakcji, do pamiątek po zapomnianym świecie to jest naprawdę niesamowita przygoda.
Zobacz także

„Jeśli chcemy wychować dziecko na pewnego siebie człowieka, nie wymagajmy od niego, żeby było zawsze posłuszne” – mówi Katarzyna Kamionka

Kobiety o podróżach solo: „To okazja, by swoje potrzeby uznać za najważniejsze”

Monika Pastuszko, autorka książki „Matka Polka sika w krzakach”: „Kiedy zaczęłam wychodzić na spacery z dzieckiem, szybko się zorientowałam, że brakuje toalet”
Polecamy

Wyprosili Polkę ze spotkania twórców filmów dla dzieci, bo… przyszła z dzieckiem. Skandaliczna sytuacja na konferencji w Szwecji

Olga Bończyk o bezdzietności: „Kiedyś usłyszałam, że jestem egoistką, bo żyję dla siebie”

Serial, który jest na ustach wszystkich. Dyskutują o nim rodzice, politycy, eksperci. „Smutna opowieść o tym, że dzieci nie mają dzieciństwa”

Zamień pączka na ciepły posiłek! Kampania społeczna ma nam przypomnieć o problemie głodnych dzieci
się ten artykuł?