Anna Korytowska, Hello Zdrowie: Pamięta pan moment, w którym po raz pierwszy rozprawił się z jakąś ściemą w swoim życiu?
Piotr Mosak: Tego nie ma w książce, ale miałem wtedy chyba cztery lata. Brat powiedział mi, że ciemności trzeba się bać, bo w ciemności czają się jakieś straszne rzeczy. Pamiętam, że pomyślałem: „halo, ale jak to, ja nie chcę się bać”. Bałem się samego bania. I powiedziałem sobie, że nie będę się bał. Pamiętam, że to był mój pierwszy trening psychologiczny. Wchodziłem do ciemnego pokoju, robiłem trzy kółka wokół stołu i dopiero zapalałem światło. Sprawdzałem, czy jest się czego bać, i utwierdzałem się w przekonaniu, że nic złego się nie działo. I ja chyba od dziecka mam tak, że we wszystkim szukam czegoś fajnego i prawdziwego.
To chyba bardzo pomocna perspektywa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, jak wiele ściem otacza nas na co dzień.
Ściemy otaczają nas z każdej strony i naprawdę dotyczą absolutnie każdego tematu. Każdy ma na nas jakiś pomysł. Każdy chce nam doradzić. Każdy uważa, że jego racje, czyli przekonania, które dla nas mogą być właśnie ściemami, są najlepsze na świecie. Mówią to nam rodzice, telewizja, politycy, sąsiedzi, księża. Wszyscy mówią, jak mamy żyć. Ale nikt nie pyta, czego my chcemy. Czego potrzebujemy? Do czego mamy talenty? Jaka jest nasza wizja?
Czasami łatwiej po prostu pójść za tym, co mówią inni. Nie trzeba wtedy szukać odpowiedzi w sobie.
Dokładnie. Dużo trudniejsza jest ta druga droga. Zwłaszcza jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do zadowalania innych, nie mamy asertywności, a poczucie własnej wartości nie miało kiedy się zrodzić ani wzrastać. Nawet kiedy dowiadujemy się, że moglibyśmy żyć po swojemu, pojawia się myśl, że po co ta zmiana? Przecież tak jest wygodnie. Przecież tak jest bezpiecznie. A jeszcze kiedy podzielimy się tym z przyjacielem czy rodziną i usłyszymy dokładnie to samo, utwierdzamy się w przekonaniu, że zmiany nie mają sensu. Pamiętam rozmowę, której jako dziecko przysłuchiwałem się u dziadków. Babcie deliberowały o jakiejś kobiecie ze wsi, której mąż pił. Pamiętam, jak mówiły: daj spokój, no pije, każdy pije, ale przynajmniej nie bije. Już wtedy wiedziałem, że to przecież nic fajnego. Ma się cieszyć, że nie bije? To powinno być oczywiste. Od dziecka miałem silne poczucie sprawiedliwości. Nie rozumiałem, dlaczego ktoś ma się godzić na takie traktowanie. Dlaczego za tę samą pracę ktoś miałby dostawać inne pieniądze tylko dlatego, że jest kobietą albo mężczyzną.
Czy właśnie to poczucie sprawiedliwości było jedną z motywacji do napisania książki i rozłożenia ściem na czynniki pierwsze?
Myślę, że tak. Zauważyłem to przede wszystkim u moich klientów. Bez względu na to, z czym przychodzili: problemami w pracy, związku, rodzinie – bardzo często było widać, że brakuje im odwagi, żeby żyć po swojemu. Zacząłem się zastanawiać nad tym, że może bez względu na to, nad jakim obszarem pracujemy, problem leży głębiej? Może chodzi o asertywność i poczucie własnej wartości? A z czego to wynika? Z tego, że żyjemy według cudzych przekonań. „Nie należy”, „nie wypada”, „powinieneś”, „musisz”, „inni tak robią”, „nie wychylaj się”. Matko, ile tego jest w ludziach!
Wśród moich klientów są ludzie po trzydziestce, czterdziestce, którzy mówili, że nie wiedzą, kim są. Nie czują się dobrze w pracy, w związku, w rodzinie, w mieście, w którym mieszkają. Zaczynają odkrywać, że żyją według ściem, oczekiwań, a w zupełnym oderwaniu od swoich potrzeb.
Rolki
Strasznie nie lubię powiedzenia „wyjdź ze strefy komfortu”, bo jaka to jest strefa komfortu, jeżeli nie żyjesz swoim życiem? Lepiej wyjdź i poszukaj swojej strefy komfortu
Jedno to odkrycie, że moje życie tak naprawdę nie jest moje. Drugie: znaleźć odpowiedź na pytanie, czego naprawdę potrzebuję.
Dokładnie. I tu pojawia się kolejny problem. Ludzie, którzy wychodzą z jednego systemu przekonań, bardzo łatwo mogą wpaść w następny. Wykorzystują to różne środowiska, towarzystwa czy sekty. Słyszysz: żyłeś ściemami, wyjdź z tego, my ci powiemy, jak masz żyć. I ta osoba myśli, że uzyskała wolność. Że wreszcie ktoś ją akceptuje, mówi jej, jak żyć. A to jest po prostu wpadnięcie z deszczu pod rynnę. Z jednej partii politycznej do drugiej, z jednej religii do drugiej albo z jednego zaprzeczenia w drugie. A człowieku, gdzie jesteś ty? Czy ty się w ogóle zastanawiałeś? Czy ty masz na to ochotę? Jaka jest twoja hierarchia wartości? Czego oczekujesz od życia? Jakie masz cele?
W książce zwraca pan uwagę na słowa, które umacniają w ściemach. „Powinnam”, „muszę”. Dlaczego właśnie one są tak ważne?
To są klamry, obroże, łańcuchy. „Muszę”, „powinienem, bo będzie wstyd, bo się wygłupię”, „lepiej odpuszczę”. Tylko w imię czego?
Kiedy zaczynamy odkrywać, że może fajnie byłoby żyć po swojemu, pojawia się też lęk. Boimy się, że z osoby, która całe życie chciała uszczęśliwiać innych, staniemy się kimś agresywnym, walczącym. Że teraz będziemy musieli kijem wywalczyć sobie w tłumie miejsce. A właśnie naprzeciw temu wychodzi asertywność. W asertywności nie ma agresji, jest za to święty spokój. Nie ma nadmiaru nieprzyjemnych emocji, tam jest spokój. Tylko my, nie będąc asertywni, boimy się, że z jednej niefajnej postawy przeskoczymy w drugą, jeszcze gorszą. Tymczasem nie musimy pokonywać żadnych gór ani walczyć z całym światem. Wystarczy żyć w przekonaniu, że to, co jest moje, jest moje. I nie muszę tego nikomu udowadniać.
Dlaczego więc tak często utożsamiamy asertywność z agresją?
Myślę, że trochę wynika to z naszej kultury, doświadczenia i historii. Polacy mają opinię ludzi kłótliwych, pieniaczy. Uwielbiamy się spierać, hejtować, machać szabelką. Europa się rozwijała, a my wymyśliliśmy liberum veto. I nieważne, że doprowadziło to państwo do ruiny. Jesteśmy czasami bardzo emocjonalni, nieracjonalni. Zachowania agresywne dają nam poczucie, że coś robimy, ale tak naprawdę często niczego nie rozwiązują. Tylko tracimy. Inni z nami walczą, inni nas odrzucają, inni nas ignorują. Bo jesteśmy nie do zniesienia. Więc odreagowujemy tam, gdzie czujemy się bezpiecznie, na najbliższych. Albo w internecie hejtujemy. Poprawiamy sobie trochę samopoczucie, zamiast pomyśleć, że moje samopoczucie zależy ode mnie. Nie od tego, ilu osobom zrobię przykrość, tylko od tego, co zrobię ze sobą, co rozpoznam, na ile zrealizuję swoje potrzeby i cele. To da mi spokój, radość i przyjemność z życia.
Pisze pan, że prawdziwa asertywność wiąże się z życzliwością. Tymczasem często widzimy zupełnie inne jej oblicze. Odcinanie się od ludzi, bunt, zrywanie relacji.
Radykalizm oczywiście nam szkodzi. Nie chodzi o to, żeby po pierwszej refleksji zerwać kontakt z całym światem. Kontakt zrywamy raczej po wielu próbach, kiedy już nie mamy siły dalej kogoś zadowalać, słuchać tego samego, kiedy ktoś nas lekceważy, poniża albo zmusza do czegoś.
Natomiast kiedy pojawia się silna emocja, agresja, wybuch, to niekoniecznie jest informacja, że trzeba zerwać kontakt. Często oznacza, że mamy jeszcze mnóstwo energii. Że nam jeszcze na czymś zależy. Nadal chcemy kogoś przekonać, walczyć o swoje racje. Rezygnujemy wtedy, kiedy już naprawdę wszystko z nas schodzi. Kiedy mówimy, że już nie chcemy, więcej nie zniesiemy.
Także źle prowadzona terapia może czasem pompować ego i utwierdzać nas w przekonaniu, że wszyscy są źli. Tymczasem terapia powinna pomóc nam zobaczyć, że to my ponosimy odpowiedzialność za swoje decyzje. Nie nasi bliscy. Pracuję na przykład z młodymi ludźmi, którzy mówią, że studiują, bo zmusili ich rodzice. Naprawdę? Rodzic poszedł do sekretariatu, złożył za nich papiery, zdał za nich maturę i podpisał umowę edukacyjną? No nie. To jest ich decyzja. Oczywiście pod presją i oczekiwaniami, ale ich. Mając tę perspektywę, łatwiej się wyzwolić, bo czujemy, że to my ponosimy odpowiedzialność za własne życie. Skoro podjąłem decyzję, że będę studiował dla świętego spokoju, ale mam już dosyć, to mogę podjąć kolejną decyzję o zmianie.
W asertywności nie ma agresji, jest za to święty spokój. (...) Wystarczy żyć w przekonaniu, że to, co jest moje, jest moje. I nie muszę tego nikomu udowadniać
Czy w ogóle da się żyć w oderwaniu od cudzych oczekiwań?
Nie. Jest takie powiedzenie, że im mniej oczekiwań, tym jesteśmy szczęśliwsi. I coś w tym jest, bo wtedy mniej się rozczarowujemy. Tylko trzeba pamiętać, że nie da się nie mieć oczekiwań. Natura człowieka jest oczekująca. To jest nawet fizjologia. Jestem głodny, oczekuję, że coś zjem. Oczekuję, że sklep będzie otwarty w określonych godzinach. Że się wyśpię, że będę zdrowy i sprawny, że przyjedzie autobus. Ciągle czegoś oczekujemy. W bliskich relacjach też. Oczekujemy, że ktoś będzie nas lubił, kochał, że będzie mu na nas zależało, że będzie nas wspierał.
Jeśli jednak wchodzimy w relację zależnościową, na przykład w związek, musimy uwzględniać potrzeby i oczekiwania drugiej osoby. Wtedy ja spełniam twoje potrzeby, ty spełniasz moje i obie osoby mogą być szczęśliwe. Problem w tym, że często tego nie ustalamy albo nie potrafimy się dogadać. I wtedy ja uszczęśliwiam ciebie, a ty uszczęśliwiasz siebie. No i jest słabo.
Powiedział pan wcześniej, że jako Polacy mamy problem z agresją. Czy mamy również problem z poczuciem własnej wartości?
Tak. I znowu wracamy do historii Polski. Jeżeli spojrzymy na nasze doświadczenia, rozbiory, wojny, komunizm, przez długi czas nie mieliśmy możliwości żyć po swojemu. Trudno w takich warunkach budować poczucie własnej wartości i sprawczości. Na Zachodzie od lat pięćdziesiątych funkcjonowali projektanci wnętrz, a w Polsce wszyscy mieliśmy jedną meblościankę. Jakie to jest życie po swojemu? Wszyscy w przedszkolu mieliśmy te same rajstopki. Gdzie tu było uczenie się wyboru, wolności, satysfakcji czy w ogóle odpowiadania sobie na pytanie na co ma się ochotę.
To było zniewolenie rzeczywistością, a wtedy trudno pracować nad poczuciem własnej wartości.
Dopiero teraz uczymy się asertywności, spokojnej rozmowy, wyrażania własnego zdania, poczucia własnej wartości. I jest to potwornie trudne. Dlatego warto przyglądać się ludziom, którzy mają w sobie spokój, życzliwość, którzy nie są agresywni. Pytać ich, jak to robią, co jest ich celem, jak przeszli przez te wszystkie ściemy i żyją po swojemu.
Wśród moich klientów są ludzie po trzydziestce, czterdziestce, którzy mówili, że nie wiedzą, kim są. Nie czują się dobrze w pracy, w związku, w rodzinie, w mieście, w którym mieszkają. Zaczynają odkrywać, że żyją według ściem, oczekiwań, a w zupełnym oderwaniu od swoich potrzeb
Czy z pana perspektywy coraz więcej osób próbuje żyć bardziej po swojemu?
Coraz więcej osób doświadcza tego olśnienia. Zrozumienia, że ich wybory tak naprawdę nie były ich. I zdarza się to w różnym wieku. Niedawno rozmawiałem z klientem między czterdziestką a pięćdziesiątką. Po jednej z naszych rozmów powiedział, że nie żyje swoim życiem. Nie podoba mu się miasto, w którym mieszka. Nie podoba mu się praca. Nie podoba mu się małżeństwo. W ogóle nie podoba mu się życie. I nagle zrozumiał, dlaczego był sfrustrowany, agresywny, emocjonalny i nieprzyjemny. Jego organizm w jakiś sposób reagował na to, że ciągle coś musi, że w coś się wpakował i teraz musi ponosić tego konsekwencje. Oczywiście w związku można się rozwieść. Nic nie jest przesądzone. Ale jeżeli masz dzieci, to one się o to nie prosiły. I tutaj jestem radykalny: za dzieci ponosisz odpowiedzialność. Do końca życia. To nie oznacza, że nie możesz się rozwieść, ale zrób to po ludzku, nie zrywaj z dziećmi kontaktu. Bądź odpowiedzialny.
Olśnienie jest więc początkiem drogi ku sobie. Co jest dalej?
Strasznie nie lubię powiedzenia „wyjdź ze strefy komfortu”, bo jaka to jest strefa komfortu, jeżeli nie żyjesz swoim życiem? Lepiej wyjdź i poszukaj swojej strefy komfortu. Bo kiedy tkwisz w czymś, co znasz, może ci się wydawać, że jest wygodnie i bezpiecznie. Ale kiedy doświadczysz olśnienia i zobaczysz, że żyjesz według jakiejś ściemy, że to nie jest twoje życie, już nie nazwiesz tego strefą komfortu.
Pojawia się coś jeszcze. Kiedy zaczynamy odkrywać, że istnieje inny świat, inne możliwości, zaczynamy tego świata chcieć. Tylko nie miejmy do siebie pretensji, że wcześniej nie mieliśmy marzeń i celów, skoro nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje. My mamy za dużo żalu i pretensji do samych siebie. Sami siebie hejtujemy, biczujemy. A przecież nie mamy obowiązku być dla siebie najgorszym człowiekiem na świecie. Odpuśćmy sobie.
Czyli droga ku sobie wymaga także nauczenia się życzliwości wobec samego siebie.
Tak i to też jest praca. Trzeba sobie czasem powiedzieć, że po prostu dam radę. Poklepać po ramieniu, docenić, napisać sobie dobre hasło. Jest taka anegdota, nie pamiętam już, gdzie ją czytałem, o człowieku, który wysłał sam sobie dyplom uznania. Tydzień później znalazł kopertę, otworzył ją i przeczytał: „Dla szanownego pana takiego i takiego, za to, jakim jest człowiekiem. Jesteśmy panu bardzo wdzięczni”. I poczuł radość, poczuł się doceniony. Zapomniał już, że sam sobie ten dyplom wysłał. Tylko że docelowo to poczucie powinno być w nas.
Chcę uważać, że jestem dobrym człowiekiem, życzliwym człowiekiem. Mam dobre, pozytywne cele. Chcę wspierać świat i ludzi. I to już jest wystarczające, żeby uważać, że zasługuję na dobro, szczęście, zdrowie, przyjemność i życie po swojemu. Nie muszę niczego nikomu udowadniać.
Piotr Mosak – psycholog, psycholog biznesu, terapeuta zajmujący się głównie terapią par, wspiera w odnajdowaniu właściwej drogi oraz pomaga rozwiązywać problemy osobiste, zawodowe i rodzinne. Autor książki „Bez ściemy. Jak przestać udawać i zacząć żyć po swojemu” (premiera 16 października 2026)

materiały wydawnictwa