Go to content

Samotność jest kobietą i ma trzydzieści lat. „Na początku w ogóle nie chciałam do nich pisać. Ale później jakoś się przełamałam”

na zdjęciu: kobieta rozmawiająca z kimś w kawiarni - Hello Zdrowie

fot. Getty Images/Thomas Barwick

W szkole i na studiach przyjaźń przychodziła sama, razem z ławką i wspólnymi zajęciami. Po trzydziestce trzeba się na nią umówić.

Udostępnij
Przeczytasz w 22 min

Martyna planuje w czwartek wybrać się na koncert, ale, jak sama mówi, „jakoś samej jej się nie chce”.

Ilona od dziesięciu lat wypełnia kolorowanki dla dorosłych. Zadaje pytanie, czy w grupie są jeszcze jakieś „kolorujące dziewczyny”, po czym po chwili poprawia wpis i zaprasza na wspólne kolorowanie w kawiarni.

Marzena wychowuje małą córkę i poszukuje mam, z którymi mogłaby chodzić razem na plac zabaw. „Trochę brakuje mi babskiego towarzystwa” – pisze.

Właśnie takie wpisy pojawiają się w zielonogórskich grupach na Facebooku, gdzie kobiety próbują znaleźć nowe koleżanki. Określenie „samotna” pada tam rzadko. Łatwiej wspomnieć o koncercie, kawie, placu zabaw albo wspólnym bieganiu, choć za każdą z tych propozycji kryje się ta sama potrzeba: mieć z kim porozmawiać, wyjść z domu. Autorki mają po trzydzieści, czterdzieści lat, pracują, często mają partnerów i dzieci. Koleżanki albo wyjechały, albo założyły rodzinę, albo zaczęły planować wszystko pod mężów i partnerów.

Z badania CBOS z 2024 roku wynika, że 8 proc. dorosłych Polaków bardzo często albo zawsze czuje się samotnych, nawet gdy w pobliżu są inni ludzie. Siedem lat wcześniej wskaźnik ten wynosił 4 procent. Poczucie samotności najczęściej dotyczy mieszkańców miast liczących od 100 do 500 tysięcy osób, takich jak Zielona Góra: tutaj odsetek dochodzi do 17 procent. Kobiety częściej niż mężczyźni przyznają, że czasem pojawia się u nich samotność; mówi tak co piąta Polka.

Dlatego kobiety szukają nowych znajomości wszędzie, gdzie tylko mogą. Spotykają się na drinka, na kręgle, na sześciominutowe rozmowy przy stolikach, na pilates oraz na nocne malowanie ceramiki. Każde z tych spotkań jest pretekstem do wyjścia z domu, a zaczyna się od tego samego: wyciągnięcia ręki.

Od stolika do stolika

Klaudia weszła do pubu i rozglądała się za miejscem, przy którym siedziały wyłącznie dziewczyny. Była zdenerwowana. One, jak się później okazało, również. – Zaczęły mi machać, więc całe zapoznanie poszło dosyć sprawnie – wspomina. To było trzy, może cztery lata temu. Dzisiaj Klaudia ma 30 lat.

Pochodzi ze Śląska, do Zielonej Góry przeprowadziła się z powodu miłości i nikogo tu wtedy nie znała. O grupie dla kobiet z Zielonej Góry powiedziała jej siostra. – To był dobry moment, żeby spotkać jakieś duszyczki, które też chciałyby coś razem porobić – wspomina Klaudia.

Na pierwsze spotkanie przyszło pięć dziewczyn. Zorganizowała je jedna z nich: napisała post i zebrała chętne. Gdy już siedziały przy stoliku, przyznała, że nie będzie pisać kolejnych postów, bo ludzie mogliby uznać, że stalkuje grupę. Być może teraz zrobi to ktoś inny.

Każdy post w grupie widzą wszystkie jej członkinie. Osoba, która pisze, że szuka towarzystwa, mówi to głośno wśród obcych ludzi.

Patrycja przez pół roku jedynie czytała. Dołączyła do grupy, kiedy była jeszcze w związku, więc nie czuła potrzeby, by się odzywać. Pierwszy wpis zamieściła dopiero po rozstaniu. „Hejka! Czy któraś z Was jest chętna na wspólną jazdę rowerem – rekreacyjnie, bez spiny? Ewentualnie inne sportowe atrakcje”, pytała.

Odezwało się kilka dziewczyn. Patrycja przez pewien czas nie odpowiadała. – Na początku w ogóle nie chciałam do nich pisać. Ale później jakoś się przełamałam – opowiada mi dzisiaj.

Amelia takich rozterek nie zna. Często spotyka się z ludźmi poznanymi przez internet, więc na pierwsze wspólne wyjście z grupy zgłosiła się od razu. – Do każdego spotkania podchodzę na luzie. Jak się uda, to się uda. W każdej chwili można powiedzieć: „Słuchaj, muszę jednak wracać” – kwituje.

Spotkania w większym gronie porównuje do pierwszego dnia szkoły: jak masz na imię, czym się zajmujesz, gdzie mieszkasz. Później, jak mówi Amelia, tworzą się małe podgrupy: – Czasem na zasadzie bliskości, uśmiechnięcia się do siebie. Kiedy jest piętnaście osób, ciężko z kimś porozmawiać na dłużej.

Amelia szybko zaczęła sama organizować wyjścia. „Winobranie! Jestem na miejscu i w części imprez biorę udział. Masz chęć napić się wina, pojechać do winnicy lub pójść na koncert, a nie masz z kim pójść? Odezwij się do mnie”, zachęcała. Taki post zdejmuje z drugiej osoby ciężar pierwszego kroku. Wystarczy odpowiedzieć.

Dziś posty pisze też Klaudia. 12 kwietnia wrzuciła do grupy taki: „Dziewczyny! Co powiecie na wspólne wyjście na drinka w sobotę? To świetna okazja, żeby spędzić razem miły wieczór, pogadać, pośmiać się i po prostu dobrze się bawić. Będzie też super szansa, żeby poznać nowe twarze i trochę poszerzyć nasze grono. Im nas więcej, tym lepsza atmosfera! Dajcie znać, kto się pisze – zapowiada się naprawdę fajny wieczór!”.

Rolki



Dziecko wstaje o szóstej

Klaudię od dawnych znajomych dzieli 380 kilometrów. Przez pierwsze lata po przeprowadzce jeździła na Śląsk i się z nimi widywała. W drugą stronę nikt nie przyjeżdżał.

– Uznałam, że jeśli ma to działać tylko w jedną stronę, to nie ma sensu. Nie muszę się cofać do tego, co było. Tutaj mam nowe życie, nowe perspektywy i nowych ludzi koło siebie – mówi.

U Amelii część dawnych znajomych po prostu wyprowadziła się z Zielonej Góry. Z innymi minęła się, mimo że nadal mieszkają w tym samym mieście. Amelia zdecydowała się na życie bez dzieci, podczas gdy wiele jej koleżanek wychowuje maluchy.

– Kiedy ja chcę iść na imprezę o 22.00, to koleżanka albo musi porozmawiać z mężem, albo jest już bardzo zmęczona, bo wie, że dziecko wstaje o 6.00 i nie będzie mogła się wyspać – mówi. I szybko dodaje: – Trochę porozmijały nam się priorytety.

Patrycja zaczęła szukać koleżanek w grupie z podobnego powodu. – Szukałam takiej koleżanki, która ma czas. Bo wszystkie moje koleżanki są zajęte, mają męża albo chłopaka, i zazwyczaj ich plany są układane pod facetów. Mnie to zaczęło przeszkadzać. Nie chciałam się dostosowywać, potrzebowałam kogoś tu i teraz – stwierdza.

Potrzeba spędzenia wolnego czasu w czyimś towarzystwie działa jednak w obie strony. Matki małych dzieci też szukają w grupach nowych znajomości. „Czy są tu jakieś mamy z bliskiej okolicy chętne poznać się z innymi mamami lub przyszłymi mamami?” – pyta Zosia, mama półtorarocznego synka. Chce powiększyć swoje „kółko wzajemnego wsparcia”.

Ale nawet kiedy wszystkim zależy, czasem trudno zgrać kalendarze. Patrycja ma po pracy tyle zajęć, że wolne zdarza się jej właściwie tylko w weekendy. Dziewczyny z grupy kilka razy proponowały jej rower we wtorek.

– Najczęściej jak ja miałam czas, to one nie miały, a jak ja nie miałam czasu, to one miały. Każdy ma swoje obowiązki, pracę, większość ma męża, żonę czy dzieci. To nie jest taka znajomość jak w gimnazjum, w szkole średniej czy na studiach – opowiada.

Powrót na podwórko

Dorota Hennig, psychoterapeutka z Zielonej Góry, podkreśla, że obecnie o spontaniczne sytuacje sprzyjające budowaniu więzi jest wyraźnie trudniej. Nadal istnieją szkoła, studia i praca, lecz coraz częściej są to przestrzenie, w których ludzie raczej przebywają „obok siebie” niż naprawdę wspólnie.

– Kiedyś życie społeczne było w większym stopniu oparte na sąsiedztwie, lokalnej społeczności i regularnym byciu razem. Mój dziadek poznał moją babcię w kościele. Babcia upuściła chusteczkę, dziadek ją podniósł, zagadał i pojawiła się naturalna okazja, żeby ten kontakt kontynuować – opowiada.

Obecnie ludzi łączą wspólne zajęcia, ale wiele z nich kończy się wraz z kolejnym etapem życia. Wtedy zaczyna brakować naturalnego powodu, by nadal się spotykać.

– Dorosłym łatwiej jest nawiązywać relacje, kiedy nie idą z założeniem: „muszę kogoś poznać”. Łatwiej powiedzieć: „idę na planszówki”, „biegam”, „idę na warsztaty”, „interesuje mnie fantastyka”. Czasem za taką aktywnością stoi potrzeba kontaktu, ale też pewna nieśmiałość czy obawa przed przyznaniem się do własnej samotności. Wspólne zainteresowanie staje się wtedy bezpiecznym pretekstem do kontaktu, a relacja może powstać trochę przy okazji – przekonuje Hennig.

Dr Monika Kaczmarczyk, pedagożka i wykładowczyni Uniwersytetu Zielonogórskiego, członkini Rady Kobiet Województwa Lubuskiego, jest zdania, że właśnie z tym wstydem trzeba się skonfrontować. – Przede wszystkim musimy przestać stygmatyzować samotność dorosłych kobiet. Przyjaźń i bliskość to nie żaden luksus czy fanaberia, ale absolutnie kluczowy element publicznego zdrowia psychicznego – przekonuje.

Przyjaciół też się kocha. Nie tylko za pierwsze wrażenie czy za to, że dobrze się z nimi bawimy, ale za to, kim są, jak traktują innych ludzi, jak zachowują się w trudnych sytuacjach, czy potrafią być obok, kiedy ich potrzebujemy. Bliskość w przyjaźni jest raczej procesem budowania zaufania i poznawania drugiego człowieka i właśnie dlatego potrzebuje czasu

Dorota Henning

Hennig widzi w tym coś jeszcze: tęsknotę za podwórkiem. Pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatek dorastało przed pojawieniem się elektroniki w domach. Grało w zbijaka, w chowanego, w podchody, budowało bazy, jeździło na kolonie.

– W tych wszystkich aktywnościach może być również tęsknota za czymś, co znamy z dzieciństwa. Za podwórkiem, gdzie ludzie pojawiali się trochę bez planu, gdzie można było coś razem robić, mieć wspólny cel, śmiać się, a przy okazji po prostu być ze sobą. W dorosłym życiu takich miejsc jest znacznie mniej. Dlatego te różne aktywności mogą być takim „przedłużeniem podwórka”. Dają możliwość, żeby spotkać się z ludźmi, coś razem robić, mieć jakiś wspólny cel, a przy okazji mogą być szansą na relacje.

Kaczmarczyk przestrzega jednak przed idealizowaniem przeszłości. Wizyty bez zapowiedzi, które pamiętamy z domów rodzinnych, nie wynikały jej zdaniem wyłącznie z większej serdeczności dawnych lat, tylko z innej „architektury dnia codziennego”. Dziś żyjemy w kulturze ciągłej gotowości, a smartfony, które miały nas zbliżać, dały nam pełną kontrolę nad tym, kogo i kiedy wpuszczamy do swojej przestrzeni.

– Kluczowy jest tu jednak wątek płci, o którym często zapominamy. Niezapowiedziana wizyta w domu naszych mam czy babć oznaczała niemal zawsze natychmiastową, niewidzialną pracę kobiety: błyskawiczne sprzątanie, przygotowywanie poczęstunku, dbanie o komfort gościa i odłożenie własnego zmęczenia na bok. Dzisiejsze trzydziesto- i czterdziestolatki mają znacznie większą świadomość własnych granic. Planowanie spotkań z wyprzedzeniem nie jest relacyjnym chłodem, lecz dojrzałą formą ochrony własnych zasobów – przekonuje.

Miasto kilkunastu minut

„Podwórek”, o których wspomniała Dorota Hennig, w Zielonej Górze przybywa. W Piekarni Dwóch Ojców organizowane są English Tables. Uczestnicy siadają naprzeciw nieznajomej osoby, rozmawiają po angielsku, a po paru minutach przesiadają się do innego stolika. Studio Fotograficzne TaJo przygotowało kilka odsłon „Chill Connect” – spotkań przy kawie i cieście, bez z góry ustalonych tematów. Z kolei Studio Jogi Tu i Teraz zestawia zajęcia vinyasy z rozmowami pozbawionymi small talku.

– Niby chodzi o to, żeby szlifować angielski – mówi Hennig o English Tables. – Ale równie ważne może być to, że ludzie mają okazję usiąść naprzeciwko siebie i przez chwilę pobyć razem. W świecie, w którym sporą część kontaktów przenosimy do internetu, taka bezpośrednia interakcja zaczyna mieć dodatkową wartość.

Jak zauważa dr Monika Kaczmarczyk, Zielona Góra ma w tym zakresie dwa oblicza. Społeczna tkanka jest tu mniej ruchliwa niż w dużych miastach, więc kobiecie, której dotychczasowe więzi się rozsypały, trudniej wejść do już istniejących środowisk.

– Ale ta kameralność ma też swoją drugą, niezwykle cenną stronę. W Zielonej Górze funkcjonujemy w cudownej skali kilkunastu minut. Wystarczy chwila, by znaleźć się na kawie, pilatesie czy warsztatach ceramicznych. To ułatwia to, co w dorosłej przyjaźni najtrudniejsze: regularny, bezpośredni kontakt – komentuje.

Za problemem z nawiązywaniem relacji często stoi strach przed oceną. Psychoterapeutka Dorota Hennig podkreśla, że jego źródła zależą od doświadczeń danej osoby. Jedno pozostaje wspólne: ten lęk rośnie w ciszy. – Lęk przed oceną narasta wtedy, kiedy nie rozmawiamy i nie wiemy, co ten drugi człowiek myśli. Wtedy łatwo stworzyć sobie w głowie własny obraz tego, jak jesteśmy odbierani. I im mniej mamy rzeczywistego kontaktu, tym trudniej ten obraz zweryfikować.

Dr Monika Kaczmarczyk wskazuje, że właśnie wspólne zajęcia pomagają ten lęk obniżyć: – Wspólna aktywność genialnie obniża próg lęku przed odrzuceniem. Nie musimy na wejściu odsłaniać swoich najgłębszych sekretów. Łączy nas sam fakt robienia czegoś razem w tym samym czasie i miejscu.

Aby rozmowa w ogóle mogła się zacząć, ktoś musi stworzyć ku temu okazję. Czasem pretekst powstaje celowo, a czasem pojawia się mimochodem.

Sześć minut

W piątkowy wieczór kawiarnia jest zarezerwowana tylko dla nich. Sześć stolików, przy każdym dwa krzesła, sześć par. Runda trwa sześć minut. Potem Sonia Antkowiak ogłasza nowe pary, a dziewczyny przesiadają się do innych stolików.

– Czasami z kimś już po minucie wiesz: „o matko, o czym my tu będziemy gadać” i szukasz tematu. A czasami z kimś siadasz, zaczynasz rozmawiać i… po sześciu minutach muszę krzyczeć „Dziewczyny, koniec!”, bo jest głośno i nikt nie chce się podnieść – śmieje się Sonia.

Sonia stoi za projektem „Wyjścia – spotkania dla kobiet”. W jego ramach organizuje kręgle, spacery, wspólne wyjścia do miasta oraz speed friending, czyli szybkie randki, tyle że w poszukiwaniu koleżanki. Żeby nie zapadała niezręczna cisza, uczestniczki dostają podpowiedzi tematów do rozmowy. Każda otrzymuje też kartkę z listą osób biorących udział w spotkaniu i przy każdym imieniu zaznacza „tak” lub „nie”. Jeśli dwie dziewczyny wskażą siebie nawzajem, po spotkaniu dostaną mailem swoje numery telefonu.

Sonia jest przekonana, że sześć minut wystarcza, by coś poczuć, a reszta zależy już od samych dziewczyn. Ten czas działa również jak sito. Zdarzyło się, że przy jej stoliku usiadła kobieta, która od pierwszych słów zaczęła opowiadać o kłopotach w swoim związku i nie zadała Sonii ani jednego pytania. – W takich sytuacjach już wiem, że to nie jest moja osoba – kwituje.

Po każdym spotkaniu Sonia wypytuje uczestniczki, jak się bawiły. Zazwyczaj słyszy, że wróciły do domu pełne dobrej energii. Niedawno na mieście natknęła się zresztą na dwie dziewczyny z pierwszego speed friendingu. Są przyjaciółkami i często się spotykają.

  • Speed friending w Zielonej Górze - Hello Zdrowie

    fot. Sonia Antkowiak

  • Speed friending w Zielonej Górze - Hello Zdrowie

    fot. Sonia Antkowiak

  • Speed friending w Zielonej Górze - Hello Zdrowie

    fot. Sonia Antkowiak

  • Speed friending w Zielonej Górze - Hello Zdrowie

    fot. Sonia Antkowiak

Sama Sonia też kilka razy zaczynała od zera. Opuściła Zieloną Górę, gdy miała 19 lat, studiowała w Glasgow, a następnie przez dziewięć lat mieszkała w Hiszpanii. Relacje, które wtedy nawiązywała, często naturalnie się rozchodziły. Potem przyszło siedem lat pracy zdalnej.

– Na początku było bardzo fajnie, ale z czasem zaczęłam odkrywać negatywne skutki. Jak wychodzisz do pracy, to ktoś cię zapyta „jak minął weekend”, „czy zrobić ci kawkę”, ktoś rzuci jakimś żartem. Jak pracujesz zdalnie, możesz bardzo mało rozmawiać z ludźmi w ciągu dnia. Jeśli mieszkasz sama albo twój facet wychodzi do pracy, siedzisz osiem godzin sama. To się czuje – wspomina.

Pomysł na speed friending zobaczyła kiedyś w internecie. Kiedy zaczynała „Wyjścia”, przygotowała reklamę z zapowiedzią wydarzenia. Przycisk „Obserwuj” kliknęło aż 700 osób. Dziś profil na Instagramie obserwuje ponad 1600 osób, z czego większość przyszła organicznie.

Przychodzą do mnie

Większość grup, które Klaudia Glaz prowadzi w swoim studiu pilatesu, od pięciu lat tworzą te same osoby. Prowadzi cztery grupy, dwie spotykają się dwa razy w tygodniu. – Oni się między sobą znają, mają do siebie zaufanie i bardzo lubią przychodzić na swoją godzinę. Wiele osób robi to dla ciała, dla ruchu, ale myślę, że też dla społeczności. Żeby można było z kimś razem pobyć. Czasami czuję, że oni po prostu przychodzą do mnie – opowiada.

Sama mówi o sobie, że jest introwertyczką: – Są osoby, które mają ogromną lekkość w nawiązywaniu kontaktów. Dla mnie to zawsze był dość mozolny proces. Praca nauczyła mnie większej otwartości do ludzi. Ale prywatnie, jak mam kogoś poznać, jestem raczej do tyłu.

Dzisiaj ma wśród klientów także znajomych, z którymi wychodzi wieczorami. Jak mówi, pilates sprzyja bliskości, bo bardzo dużo mówi o ciele: o każdym napięciu i o każdym ruchu. – Kiedy ludzie czują się zaopiekowani w swoim ciele, nabierają dużego zaufania do miejsca i do osoby, która jest przy nich. Mają potrzebę mieć kogoś bliskiego, ale nie przyjaciela, nie mamę czy męża, tylko kogoś bezstronnego, komu można zaufać – opowiada.

Klientki zwierzają się jej z trudnych rzeczy. Nieraz pełni rolę powierniczki, przez co czuje na sobie dużą odpowiedzialność.

  • Klaudia Głaz w pracowni pilates - Hello Zdrowie

    Klaudia Głaz w pracowni pilates /fot. archiwum prywatne

  • Klaudia Głaz w pracowni pilates - Hello Zdrowie

    Klaudia Głaz w pracowni pilates /fot. archiwum prywatne

  • Klaudia Głaz w pracowni pilates - Hello Zdrowie

    Klaudia Głaz w pracowni pilates /fot. archiwum prywatne

O zielonogórskich grupach dla kobiet słyszała. Ma własną teorię, dlaczego łatwiej napisać do obcej osoby niż zaprosić kogoś bliskiego.

– Ocena ze strony kogoś bliskiego jest bardzo bolesna. Dużo łatwiej przyjąć pewne rzeczy, jak powie je ktoś, kogo nie znasz. Często nawet jeśli ta bliska osoba nic nie powie, mamy w sobie blokadę przed samą myślą, że mogłaby powiedzieć: „Po co w ogóle tam poszłaś? Przecież to bez sensu”. I wolimy pójść do kogoś zupełnie obcego – przekonuje.

Sama, jak przyznaje, długo nosiła w sobie tę blokadę. – Ja bym się w życiu nie odważyła. A to, co one robią, jest super. Uważam, że to bardzo odważne – potwierdza.

W bliskości czuje się spełniona. Wie jednak, że nie wszystkim to wystarcza, nawet tym, którzy mają wokół siebie wielu ludzi: – Możesz mieć wiele osób dookoła siebie, pełną chatę, i dalej czuć się samotny i niezrozumiany.

Na macie, jak mówi, widać to od razu. Ciało osoby, która czuje się odrzucona, zamyka się, a ruch to napięcie puszcza. Kiedy ktoś zaczyna się porównywać z innymi, Glaz przypomina, że każdy pracuje w swoim tempie.

– To ściąga całą tę niepotrzebną maskę i presję, którą społeczeństwo nam zarzuca na każdym kroku: że musimy być piękni, wspaniali, sprawni, najlepsi. A wchodzisz na matę i nagle widzisz, że wszyscy są tacy trochę niedoskonali. I wspaniali w tych niedoskonałościach.

Pretekst do bycia razem

W pracowni Agaty Grab na półkach czeka ceramika do pomalowania. W strefie zielonej stoją przedmioty, do których Agata sama dobrała farby, w strefie różowej to, co mają inne, podobne pracownie. Płaci się tylko za wybrany przedmiot. Malowanie trwa według planu dwie godziny, ale jeśli nie ma kolejnych rezerwacji, można zostać dłużej.

– Właściwie ja tak naprawdę tutaj nic nie sprzedaję – śmieje się Agata Grab. – Tu odbywają się warsztaty. Ale w rzeczywistości, „kupuje” się tutaj bliskość.

Ceramiką zajmuje się od dwudziestu lat. Na pomysł warsztatów naprowadziła ją klientka, która zadzwoniła z pytaniem, czy Agata prowadzi zajęcia z malowania ceramiki. Początkowo spotkania odbywały się w niewielkiej pracowni na obrzeżach Zielonej Góry, wyłącznie w środy oraz soboty. Zainteresowanie rosło z każdym miesiącem, więc Agata przeniosła pomysł do centrum. Pracownia zaczęła działać 1 maja.

Zdarzyło się kiedyś, że przyszły cztery dziewczyny, które poznały się w internecie. Każda z nich zarezerwowała warsztat oddzielnie. Usiadły przy jednym stole, malowały, a potem poszły dalej razem, na obiad. – Pracownia była dla nich fajnym pretekstem do tego, żeby się spotkać – mówi Agata.

Kiedy sala jest pełna, ludzie siedzą blisko siebie. Ktoś narzeka, że nic mu nie wyszło, ktoś inny odpowiada, że jemu też nie. Przy malowaniu można być razem, a jednocześnie trochę samemu ze sobą. Agata nazywa to relaksem offline. Na każdej podkładce na stole jest napis: „Baw się dobrze i pamiętaj, że nic tu nie jest na serio”.

Warsztatowym strzałem w dziesiątkę stało się Ladies Night, czyli Nocne Malowanie Ceramiki przy winie. Pomysł wziął się ze spotkania klasowego z liceum plastycznego sprzed kilkunastu lat. W klasie było mnóstwo dziewczyn i tylko kilku chłopców. – To spotkanie otworzyło mi głowę. Kobiece spotkania są wyjątkowe, mają swój luz i humor. Dziewczyny w swoim gronie tworzą coś fantastycznego i magicznego – wspomina.

  • Warsztaty Ladies Night w pracowni ceramicznej - Hello Zdrowie

    Warsztaty Ladies Night w pracowni ceramicznej /fot. Agata Grab

  • Warsztaty Ladies Night w pracowni ceramicznej - Hello Zdrowie

    Warsztaty Ladies Night w pracowni ceramicznej /fot. Agata Grab

  • Warsztaty Ladies Night w pracowni ceramicznej - Hello Zdrowie

    Warsztaty Ladies Night w pracowni ceramicznej /fot. Agata Grab

Podczas Ladies Night stoły ustawione są w dwa długie rzędy, na paterach leżą sery i przekąski, a do kieliszków dolewa się wino. Na początku słychać „ja nie malowałam” i „ja też nie”, potem robi się coraz swobodniej. Dwie pierwsze edycje zapełniła się szybko. Agata mogłaby robić Ladies Night co tydzień, ale nie chce, bo to ma być święto

Niekiedy panowie pytają, czemu nie przewidziano nic dla nich. Z kolei dziewczyny dopytują, czy mogą przyjść z chłopakiem.

– Z chłopakiem? To dla lejdis! – śmieje się Agata.

Kogoś, kto czuje się samotny, namawia, żeby nie zasiedzieć się w domu, tylko szukać miejsc, w których tej samotności nie będzie.

– Moje lekarstwo na samotność to miłość i szacunek do siebie oraz życzliwa otwartość na ludzi. A także słuchanie intuicji i działanie. Z lekkością.

Szczeniacka przyjaźń

Czy Amelia czuje się samotna? Odpowiada bez zastanowienia: nie. Jest w dziesięcioletnim związku, ale tylko część wyjazdów i wyjść planuje wspólnie z partnerem. Znajomi sami do niej piszą, kiedy w mieście coś się dzieje. – Jestem taką osobą, że jeżeli nie znajdę nikogo do danej aktywności, to i tak pójdę. Na wiele koncertów jeżdżę sama – tłumaczy.

Patrycja też na wszystkie zajęcia po pracy chodzi sama. Nie znaczy to, że samotność jej nie dotyczy. – Są dni, że czuję się samotna. Szczególnie jak się kończy jakaś relacja, to wtedy człowiek czuje się bardziej samotny – mówi.

Wyjście bez towarzystwa to nie to samo co samotność. Ale znajomość to jeszcze nie przyjaźń.

Klaudia nie zliczy już, ile dziewczyn poznała dzięki grupie. Niektóre przychodziły raz i więcej się nie pojawiały, inne wracały. Dziś regularnie spotyka się z sześcioma, siedmioma dziewczynami.

Kiedy coś planują, wciąż wrzucają post do grupy i bardzo często do stałej ekipy dołącza ktoś nowy.

Amelia poznała przez grupę kilkadziesiąt dziewczyn. Z dwiema łączy ją dłuższa relacja, z jedną bardzo długa. – Przy dłuższym poznaniu nie rozmawiamy już tylko o pasjach, bo to już obgadałyśmy, ale też o życiu codziennym. I dobrze nam się rozmawia – twierdzi.

Zauważyła jednak, że relacje koleżeńskie bardzo często potrafią szybko się rozpaść. Dr Monika Kaczmarczyk przestrzega przed lekceważeniem takich luźnych znajomości. W nauce nazywa się je słabymi więziami.

– Bez nich po prostu nie byłoby z czego budować głębokich relacji. Warsztaty ceramiczne, zajęcia z pilatesu czy grupy na Facebooku nie tworzą od razu przyjaźni na całe życie, ale też nie taka jest ich rola. Jedno może prowadzić do drugiego. Luźny kontakt tworzy bezpieczną przestrzeń, z której z czasem wyłania się prawdziwa, głęboka bliskość – mówi.

Z dziewczynami poznanymi w grupie Patrycja nie zbudowała trwalszej relacji. – Mam bardzo dużo powierzchownych znajomości, z grup, ze spotkań. Ale nie mam takiej głębszej. I tego mi brakuje – wzdycha.

Wie jednak, jak wygląda taka głębsza znajomość, bo sama jedną ma: z przyjaciółką ze studiów, która mieszka w Kostrzynie nad Odrą. Spotykają się raz na kilka miesięcy, lecz piszą codziennie. O czym? – O wszystkim. Nie mówimy sobie „cześć, pa, dobranoc”, nie witamy się, bo u nas ta rozmowa się po prostu nie kończy. Tak jak jest szczeniacka miłość. Tak, potrzebuję takiej szczeniackiej przyjaźni – mówi.

Kluczowy jest wątek płci, o którym często zapominamy. Niezapowiedziana wizyta w domu naszych mam czy babć oznaczała niemal zawsze natychmiastową, niewidzialną pracę kobiety: błyskawiczne sprzątanie, przygotowywanie poczęstunku, dbanie o komfort gościa i odłożenie własnego zmęczenia na bok. Dzisiejsze trzydziesto- i czterdziestolatki mają znacznie większą świadomość własnych granic. Planowanie spotkań z wyprzedzeniem nie jest relacyjnym chłodem, lecz dojrzałą formą ochrony własnych zasobów

dr Monika Kaczmarczyk

Kaczmarczyk przypomina, że bliskość da się podtrzymać nawet wtedy, gdy brakuje czasu. – Czasem największą moc mają proste, nienarzucające się gesty, takie jak krótka wiadomość: „Pomyślałam o tobie, nie musisz odpisywać”. Dają ogromne poczucie bliskości, nie dokładając kolejnego zadania do i tak napiętego grafiku – tłumaczy.

Patrycja wciąż szuka tej jednej, najbliższej przyjaciółki: – Takiej, z którą będę się regularnie spotykać, mimo tego pędu życia. Z którą nawet jak nie będziemy miały czasu się spotkać, to będziemy miały czas, żeby popisać o swoich problemach, o życiu, o tym, co dzisiaj robiłaś. Dlatego wychodzę na te wszystkie wyjścia. Nikogo nie przekreślam. Mam nadzieję, że pojawi się taka osoba.

Stolik dla piętnastu

Dorota Hennig nie ma żadnych wątpliwości: szukanie znajomych poprzez grupy, warsztaty oraz wspólne wyjścia to trafiony pomysł.

– Warto próbować wychodzić do ludzi, ale niekoniecznie z założeniem, że od razu trzeba znaleźć przyjaciela czy bliską relację. I tak, czasem łatwiej zacząć od czegoś, co nas naprawdę interesuje: grupy, warsztatów, wspólnego wyjścia czy aktywności. Relacja może pojawić się trochę przy okazji – opowiada.

Jak podkreśla, bliskość rodzi się powoli: dzięki wspólnym przeżyciom, rozmowom, poznawaniu swoich historii, ludzi ważnych dla nas oraz sytuacji, w których możemy na sobie polegać. Tego procesu nie da się przyspieszyć.

– Przyjaciół też się kocha. Nie tylko za pierwsze wrażenie czy za to, że dobrze się z nimi bawimy, ale za to, kim są, jak traktują innych ludzi, jak zachowują się w trudnych sytuacjach, czy potrafią być obok, kiedy ich potrzebujemy. Bliskość w przyjaźni jest raczej procesem budowania zaufania i poznawania drugiego człowieka i właśnie dlatego potrzebuje czasu – kończy.

Kiedy Klaudia przyszła na pierwsze spotkanie z dziewczynami z grupy, było ich pięć. Szukała w pubie stolika, przy którym siedzą same dziewczyny, a one jej pomachały.

Ku zdziwieniu Klaudii pod jej postem z 12 kwietnia zgłosiło się piętnaście dziewczyn.

Tym razem stolik zarezerwowała Klaudia.

Imiona niektórych bohaterek zostały zmienione.

Powiązane tematy: