„Szlachetne zdrowie, ten tylko się dowie, ILE KOSZTUJESZ, aż się zepsujesz”. Tą przeróbką fraszki Jana Kochanowskiego kontynuujemy cykl tekstów o biedzie medycznej. Bieda medyczna kojarzy się z seniorami, którzy muszą wybierać: leki albo jedzenie. Tymczasem może dotknąć każdego – gdy zachorujemy nagle lub przewlekle, nie mamy abonamentu prywatnego lub dostępu do świadczeń NFZ. Pojawia się też wtedy, gdy w teorii nas stać, a w praktyce odkładamy leczenie – badania, wizyty, leki czy rehabilitację – bo inne wydatki, np. na dzieci, są pilniejsze.
W raportach GUS i NFZ termin „bieda medyczna” nie funkcjonuje – mówi się o ubóstwie usługowym, w tym ograniczonym dostępie do usług publicznych. W zagranicznej literaturze używa się określenia catastrophic health expenditures („katastrofalnych wydatków zdrowotnych”) – takich, które pochłaniają znaczną część domowego budżetu i zagrażają zaspokojeniu innych podstawowych potrzeb. Ile kosztuje dziś leczenie zębów, tarczycy, psychiki, otyłości? Czy dbanie o zdrowie stało się luksusem klasy średniej? Temu przyjrzymy się w kolejnych odcinkach. Dziś: zęby.
Marlena* jest zaprzeczeniem mitu, że próchnica to wyłącznie skutek zaniedbań. O zęby dba niemal obsesyjnie: myje je tuż po przebudzeniu i po każdym posiłku, używa nitki dentystycznej, co pół roku chodzi na przegląd i higienizację, raz w roku wybiela. Nie dlatego, że wychowano ją w kulcie perfekcyjnego uśmiechu. – Nie wyniosłam tego z domu. Po prostu strasznie psują mi się zęby – mówi. – W dzieciństwie miałam słabe szkliwo, a jako nastolatka nosiłam aparat ortodontyczny i wokół zamków i pod nimi zrobiło mi się bardzo dużo ubytków. Kiedy w końcu je wyleczyłam, pomyślałam, że nie chcę wydawać na to tyle pieniędzy. Wolę profilaktykę – wyjaśnia.
Nie ma jednej szóstki. Straciła ją jeszcze w podstawówce. Siódemka przesunęła się i częściowo zajęła jej miejsce, więc brak nie rzuca się w oczy. Później usunęła ósemki, które trudno było doczyścić w wąskiej szczęce. – To niesprawiedliwe, że myję zęby pięć razy dziennie, a ubytki i tak wciąż mi się zdarzają. Znam ludzi, którzy myją raz dziennie i nigdy nie nitkują, a ostatni raz mieli coś do leczenia dziesięć lat temu – żali się Marlena.
Jej ostatni większy rachunek za zęby wyniósł około 1500 zł. Poszła do dentysty, bo wypadła jej plomba; przy okazji okazało się, że ma jeszcze jeden ubytek. Dla niej nie był to wydatek, po którym trzeba zaciskać pasa, ma dobrą pensję. Ale nawet Marlena obawia się kosztów stomatologa. – Finansowo najbardziej przeraża mnie kanałówka. No i oczywiście implant. Jeśli kiedyś będzie konieczny, pewnie się zdecyduję, ale na razie odkładam temat, bo wiem, że to ogromne pieniądze – mówi.
Auto albo cztery implanty
Patrycja* przez blisko dwie dekady żyła bez czterech zębów w dolnym łuku: dwóch piątek i dwóch szóstek. Nauczyła się uważać, by nie śmiać się zbyt szeroko. Wiedziała, że kiedyś trzeba będzie coś z tym zrobić, ale dało się żyć, więc „kiedyś” nie miało daty.
Zęby psuły jej się, odkąd pamięta. Gdy była dzieckiem, rodzice zabrali ją do miłej dentystki. Niestety, jak Patrycja dowiedziała się po latach, delikatna stomatolog leczyła ją zbyt inwazyjnie. Na studiach przeleczone zęby zaczęły pękać, potem łamać się, wreszcie wypadły. Na zdjęciu zobaczyła, że ich korzenie… zniknęły. – Pogodziłam się z tym, że raczej nie będę mieć tych zębów. Ale wiedziałam, że temat kiedyś wróci – zaczyna.
Wrócił, gdy tuż przed zakupem wymarzonego auta ukruszył jej się inny ząb. Poszła do dentysty, żeby go naprawić, a przy okazji usłyszała pytanie o braki w dolnej szczęce. Było jej wstyd, że tak wygląda. Lekarz wyjaśnił, że estetyka to jedno, ale prawdziwy problem leży gdzie indziej: zęby nie są nieruchomymi elementami. Gdy po jakimś zostaje puste miejsce, sąsiednie potrafią przesuwać się i pochylać, zaś ząb przeciwstawny wysuwać się z kości w poszukiwaniu kontaktu. To zaburza zgryz, utrudnia higienę, przeciąża resztę zębów i sprawia, że późniejsza odbudowa bywa trudniejsza i droższa. Patrycja usłyszała, że nie ma już na co czekać. – Zdecydowałam, że samochód, na który odkładałam pieniądze dwa lata, jednak poczekać musi. Bo zęby już nie mogą – mówi.
Za cztery implanty, ich wszczepienie i odbudowę, dodatkowe wizyty oraz usunięcie ósemki zapłaciła 29 tys. zł. Z kwoty, którą odłożyła na samochód, został jej tysiąc.
Rolki
Dorosłym na NFZ nie przysługuje np. leczenie kanałowe innych zębów niż przednie. Jeżeli pacjent potrzebuje kanałówki w czwórce, piątce czy szóstce, w praktyce staje często przed wyborem: leczenie endodontyczne prywatnie albo ekstrakcja finansowana przez NFZ
Implant na NFZ? Niby tak, ale…
Osoby takie jak Patrycja, którym w szczęce brakuje pojedynczych zębów, w kwestii implantów, koron na implantach czy mostów, muszą liczyć na siebie. Ktoś może nie mieć jednego, dwóch, trzech czy czterech zębów, mieć trudności z gryzieniem i wstydzić się otworzyć usta, a mimo to nie będzie kwalifikować się do bezpłatnej protezy. NFZ finansuje leczenie próchnicy, ekstrakcje i ograniczony zakres protetyki, ale nie refunduje implantów ani mostów. Proteza częściowa przysługuje dorosłemu pacjentowi dopiero wtedy, gdy brakuje mu co najmniej pięciu zębów w jednym łuku, a proteza całkowita – przy bezzębiu. Publiczna pomoc staje się więc dostępna najczęściej dopiero wtedy, gdy utrata zębów jest już rozległa, a nie gdy można było zapobiec jej konsekwencjom.
– Wiele osób przychodzi po plan leczenia, słyszy kwotę kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych i już nie wraca. Niekiedy tylko po minie widać, że cena jest całkowicie poza ich zasięgiem. Czasem pacjenci pytają o raty albo chcą zrobić jeden ząb teraz, a resztę kiedyś – mówi lek. dent. Michał Matysik, właściciel gabinetu Stomatologia Lege Artis w Szczecinie. Jak zauważa, leczenie zębów pojedynczo, a nie wszystkich wymagających tego nawet pilnie, to dość częsta praktyka.

Lek. dentysta Michał Matysik / fot. archiwum prywatne
Zęby jako wskaźnik nierówności
Pokaż mi swoje zęby, a powiem ci, kim jesteś? Niekoniecznie.
Nie istnieje uczciwy podział na tych, którzy na zdrowe zęby zasłużyli, bo o nie dbają, i tych, którzy sami są sobie winni. Wprawdzie regularne szczotkowanie, nitkowanie, higienizacja i wizyty kontrolne realnie zmniejszają ryzyko próchnicy i chorób dziąseł, ale nie usuwają wszystkich czynników ryzyka. Bo w kwestii tego, co dzieje się w naszych ustach, znaczenie mają też m.in. uwarunkowania genetyczne, inne choroby, budowa zębów, skład śliny, wcześniejsze leczenie stomatologiczne, dieta czy nawet ciasne ustawienie zębów, które utrudnia dokładne czyszczenie przestrzeni między nimi.
Inna rzecz, że próchnica zaczyna się u Polaków wcześnie: według danych z Monitoringu Zdrowia Jamy Ustnej dotyczy już około 40 proc. trzylatków. Z wcześniejszych badań epidemiologicznych wynika, że ma ją zdecydowana większość sześciolatków, a w grupie dorosłych w wieku 35–44 lat obejmuje niemal wszystkich. Za próchnicą idą zaś nie tylko ubytki i plomby, lecz także braki w uzębieniu. Wszystkie zęby ma niewielu 35–44-latków, a zero zębów – bardzo wiele osób w wieku 65–74 lat. W starszych badaniach całkowite bezzębie dotyczyło blisko 44 proc. seniorów, ale nowsze analizy wskazują poprawę: dziś seniorzy zachowują średnio więcej własnych zębów niż wcześniej, a odsetek bezzębia spada. Polska wciąż jednak pozostaje pod tym względem poniżej europejskiej średniej i zalicza się do krajów o wysokim odsetku osób bezzębnych w populacji.
Niepokojące są również dane o codziennej higienie. W badaniu osób w wieku 65–74 lat 18 proc. pytanych osób myje zęby raz dziennie, połowa – dwa razy dziennie, a 5,7 proc. przyznaje, że w ogóle nie używa szczoteczki. Łatwo o ocenę, ale i tu warto się z nią wstrzymać, bo brak regularnej higieny też może mieć wiele przyczyn: od ubóstwa przez niepełnosprawność czy problemy psychiczne po brak dostępu do opieki.
Gdy aktorka Izabella Miko pokazała w mediach społecznościowych uśmiech z brakującymi zębami, nie próbowała udawać, że nic się nie stało. Zapowiedziała, że najpierw będzie miała most tymczasowy, a potem implanty. Kilka miesięcy później wyjaśniła szerzej, że jako dziecko musiała usunąć zakażony ząb; później straciła kolejny, który po leczeniu kanałowym także uległ infekcji. Trzeci przez lata stanowił podporę mostu. „Brakuje mi teraz dwóch i pół zęba” – relacjonowała, dodając, że w procesie leczenia przeszła około dziesięciu zabiegów.
To ważna historia nie dlatego, że dotyczy aktorki. Przeciwnie: pokazuje, że brak zębów nie jest automatycznie znakiem zaniedbania, ubóstwa ani braku dbałości o siebie. Może być skutkiem infekcji, urazu, leczenia sprzed lat, choroby czy niefortunnego zbiegu okoliczności. Różnica polega na tym, że osoba rozpoznawalna może opowiedzieć o implancie jak o kolejnym etapie leczenia. Dla wielu pacjentów ten sam brak pozostaje źródłem wstydu, milczenia i decyzji, by nie pokazać się na zdjęciu albo nie iść na rozmowę o pracę.
Cena jednego zęba
Od jakiej kwoty zaczyna się implant, czyli odbudowa najbardziej zbliżona do własnego zęba? Zwykle od 4 tysięcy złotych. Ale również dobrze może to być 10 tys. zł. W Warszawie pełna odbudowa jednego zęba na implancie to koszt około 6,4–7,6 tys. zł. Kosztorys rośnie etapami: konsultacja implantologiczna, zdjęcie pantomograficzne lub tomografia, czasem ekstrakcja zęba, wszczepienie implantu, śruba gojąca, łącznik i korona. Gdy brakuje kości, dochodzą zabiegi augmentacyjne. Cennik zaczynający się od „implantu za 1800 zł” nie oznacza więc, że tyle będzie kosztował nowy ząb; to najczęściej cena jednego elementu rekonstrukcji. Kosztowne są również protezy. W prywatnych cennikach sama proteza wsparta na czterech implantach zaczyna się od około 15 tys. zł, a konstrukcje mostowe oparte na implantach od około 20–25 tys. zł, nie zawsze z wszystkimi kosztami leczenia w pakiecie.
Dla osoby, której brakuje kilku zębów, finalna kwota staje się równowartością wielu miesięcy czy wręcz lat oszczędzania, używanego samochodu albo wkładu własnego na mieszkanie. Wokół drogich zębów powstał też osobny rynek finansowy. Banki nie sprzedają formalnie „kredytu na zęby” – proponują zwykły kredyt gotówkowy, który pacjent może przeznaczyć na dowolny cel. Ale pośrednicy i kliniki mówią wprost o „kredycie na implanty”, „stomatologii na raty” i „finansowaniu uśmiechu”.
Historia Patrycji – niemal 30 tys. zł za cztery implanty i procedury towarzyszące – nie jest tutaj rzadkim przypadkiem, lecz raczej standardem. To dlatego stomatologia tak łatwo wpada w obszar biedy medycznej. Mały ubytek można jeszcze potraktować jako wydatek rzędu kilkuset złotych. Ząb po leczeniu kanałowym, wymagający odbudowy i korony, kosztuje już kilka tysięcy. Utrata kilku zębów oznacza często plan leczenia liczony w dziesiątkach tysięcy, a jednocześnie nie jest to wydatek, który da się bez końca odkładać bez konsekwencji dla pozostałych zębów, zgryzu, jedzenia i funkcjonowania społecznego.
Polak u dentysty najbardziej boi się rachunku
Implanty to tylko wierzchołek góry lodowej. Próchnica potrafi długo nie boleć, a pacjent długo sobie wmawiać, że „to brązowe na zębie to osad z kawy”. Ubytek rośnie, człowiek przyzwyczaja się do lekkiej nadwrażliwości, omija jedną stronę przy gryzieniu albo bierze tabletkę. Do gabinetu trafia wtedy, gdy ból nie pozwala spać albo gdy ząb pęka.
Michał Matysik pamięta trzydziestoletniego pacjenta, który nigdy wcześniej nie był u dentysty i paradoksalnie jego zęby wcale nie były w dramatycznym stanie. Zdaniem lekarza mechanizm biedy medycznej w stomatologii jest prosty: lęk albo brak pieniędzy opóźniają wizytę, a odkładanie leczenia winduje jego koszt. Mały ubytek, który można było szybko opracować i wypełnić, po czasie może już wymagać leczenia kanałowego, korony, ekstrakcji, a później odbudowy protetycznej. Każdy kolejny etap zwykle jest droższy od poprzedniego. – Pacjenci boją się bólu i rachunku jednocześnie. A to często idzie w parze – mówi lekarz.
W najnowszym raporcie pt. „Bariery w leczeniu stomatologicznym Polaków. Edycja 2026” najwyżej znalazły się koszty. Zbyt wysokie ceny wizyt lub leczenia wskazało 41,9 proc. ankietowanych. Na drugim miejscu był ogólny lęk przed lekarzem lub gabinetem – 36,7 proc., a dopiero dalej strach przed bólem, deklarowany przez 27,2 proc. badanych. Co czwarta osoba wskazywała także długie kolejki i odległe terminy, a niemal co piąta – negatywne doświadczenia z przeszłości. To ważne dane, bo popularny obraz polskiego pacjenta, który „nie chodzi do dentysty, bo się boi”, nie wyczerpuje tematu. Lęk może wynikać z bólu doświadczonego w dzieciństwie, wstydu związanego ze stanem uzębienia, braku zaufania do lekarza, braku pieniędzy i przekonania, że jeśli dentysta znajdzie więcej niż jeden ubytek, pacjenta nie będzie stać na nic. Koszt i strach wzajemnie się napędzają: ktoś odwleka wizytę, problem rośnie, rośnie też rachunek – a im większy rachunek, tym trudniej ponownie usiąść na fotelu.
Prywatnie albo rwiemy
Marlena, która korzysta z prywatnej stomatologii, na pytanie, czy poszłaby do dentysty na NFZ, reaguje zaskoczeniem. – A ktoś chodzi na NFZ do dentysty? – pyta. Jej skojarzenie z publicznym gabinetem to czarne plomby z dzieciństwa, długie kolejki i brak komfortu. – Chyba obawiałabym się, że nie dostanę znieczulenia albo że trzeba będzie długo czekać. A w leczeniu zębów przecież często liczy się czas – konkluduje.
Ten obraz jest częściowo nieaktualny, bo czarne plomby z amalgamatu to już przeszłość, a znieczulenie do zabiegów stomatologicznych jest finansowane przez NFZ. Częściowo jednak wyrasta z realnych ograniczeń publicznej stomatologii. Bo koszyk nie odpowiada temu, co pacjenci zwykle rozumieją przez pełne, nowoczesne leczenie stomatologiczne. – Dorosłym na NFZ nie przysługuje np. leczenie kanałowe innych zębów niż przednie. Jeżeli pacjent potrzebuje kanałówki w czwórce, piątce czy szóstce, w praktyce staje często przed wyborem: leczenie endodontyczne prywatnie albo ekstrakcja finansowana przez NFZ. A ekstrakcja powinna być ostatecznością, nie rozwiązaniem problemu tylko dlatego, że pacjenta nie stać na leczenie zachowawcze – mówi doktor Matysik.
Lekarz krytycznie ocenia także materiały refundowane w stomatologii zachowawczej dorosłych. Podkreśla, że w wielu sytuacjach prywatne gabinety stosują trwalsze i bardziej estetyczne materiały. Problemy dotyczą też dostępności. Kontrakt z NFZ oznacza określoną pulę środków. Gdy gabinet ją wyczerpie, nie może bez końca wykonywać świadczeń bez finansowania. Michał Matysik opowiada, że w jego placówce miesięczny kontrakt wystarczał w praktyce na przyjęcie zaledwie kilku pacjentów dziennie. Dla osób dzwoniących po pomoc oznaczało to terminy odległe o tygodnie lub miesiące – nie dlatego, że lekarze nie chcieli ich przyjąć, ale dlatego, że gabinet nie jest w stanie stale dokładać do usług. – Fundusz wymaga na przykład przyjmowania pacjentów bólowych w określonych sytuacjach. A rozliczenie świadczeń wykonanych ponad wartość kontraktu nie zawsze gwarantuje placówce pełne i bieżące pokrycie poniesionych kosztów. Trudno budować na takim systemie stabilną opiekę – mówi dentysta.
Pacjenci boją się bólu i rachunku jednocześnie. A to często idzie w parze
Za ile można wyrwać ząb
Michał Matysik przez lata realizował kontrakt NFZ w zakresie chirurgii stomatologicznej i periodontologii. Nie uważa, że lekarze pracujący publicznie są gorsi od tych, którzy przyjmują wyłącznie prywatnie. – To mit. Są świetni lekarze na NFZ i słabi prywatnie, i odwrotnie. Kontrakt z Funduszem nie mówi nic o umiejętnościach dentysty – uczula.
Jego zdaniem zasadniczy problem tkwi w wycenach procedur. – Trudne usunięcie ósemki to ciężki zabieg, czasem na godzinę czy półtorej. Jeżeli wycena skomplikowanego, czasochłonnego zabiegu nie pokrywa realnych kosztów jego wykonania, trudno oczekiwać, że świadczeniodawcy będą mogli realizować takie procedury w dużej liczbie w ramach kontraktu. Nie dlatego, że lekarze nie chcą pomagać pacjentom, tylko dlatego, że też muszą opłacić pracę, sprzęt, czynsz, asystę, rachunki… i wyjść na swoje – mówi.
Podaje przykład z własnej praktyki: chciał powierzyć higienistce stomatologicznej usuwanie kamienia nazębnego – procedurę, do której jest zawodowo przygotowana i którą może wykonywać zgodnie z przepisami. NFZ nie zgodził się jednak, uznając, że w kontrakcie specjalistycznym pacjenta powinien przyjąć lekarz specjalista. – To pokazuje, jak mało elastyczny jest system. Gdyby część czynności profilaktycznych mogły wykonywać higienistki, dostęp do nich byłby lepszy, a specjaliści mogliby zajmować się bardziej skomplikowanymi przypadkami – mówi.
Jego postulaty są konkretne: rozszerzyć koszyk świadczeń, przede wszystkim o leczenie kanałowe zębów bocznych i lepsze materiały do wypełnień oraz od nowa wycenić procedury. Nie chodzi o to, żeby publiczna stomatologia finansowała licówki czy pełną estetyczną metamorfozę uśmiechu. – Ale powinna pozwalać zachować własne zęby. Dobre leczenie kanałowe, prawidłowa odbudowa, przyzwoite leczenie protetyczne – to nie jest luksus, lecz podstawa – mówi.
Ciąża, czyli wyjątek w systemie
Anna Czyżewska zęby wyleczyła sobie w ciąży. Za sześć wizyt na NFZ, podczas których miała zrobioną plombę, leczenie kanałowe i leczone kolejne ubytki, nie zapłaciła ani złotówki. – Wierzę w publiczną ochronę zdrowia i mam zaufanie do lekarzy, którzy przyjmują w placówkach finansowanych przez NFZ – mówi zdecydowanie.
Ciążę też prowadziła w publicznej przychodni. Kiedy mniej więcej w połowie czwartego miesiąca zaczął boleć ją ząb, nie szukała prywatnego dentysty. Zgłosiła się do placówki z kontraktem NFZ, jak robi to przy innych problemach zdrowotnych. – Kiedy dzwonię, od razu mówię, że proszę o wizytę w ramach NFZ. W ciąży tym bardziej, bo kobiety w ciąży mają szerszy zakres bezpłatnej opieki stomatologicznej niż inni dorośli pacjenci – w tym leczenie kanałowe wszystkich zębów – mówi Anna. To prawda. Kobiety w ciąży i połogu – do 42. dnia po porodzie – mogą korzystać m.in. z leczenia kanałowego wszystkich zębów. Przy tym nie muszą być nawet ubezpieczone, wystarczy karta ciąży.
Pierwsza diagnoza w przypadku Anny okazała się nietrafiona. Usłyszała, że ma zapalenie dziąsła, dostała maść przeciwbólową i czekała. Po trzech dniach ból stał się tak silny, że trafiła na ostry dyżur stomatologiczny, gdzie wykonano jej RTG jamy ustnej i rozpoznano stan zapalny w zębie. – Lekarz zrobił RTG mimo ciąży. Stwierdził, że większym ryzykiem dla płodu jest zjedzenie puszki tuńczyka albo chodzenie z chorym zębem. Gabinet nie miał jednak podpisanego kontraktu z NFZ na dalsze leczenie – opowiada.
Anna zaczęła dzwonić po przychodniach i słuchać, że kanałówka na NFZ owszem, ale nie w ciąży. Szukała jednak uparcie. Ostatecznie trafiła do Uniwersyteckiego Centrum Stomatologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, które ze względu na ciążę odwiedzała kilkukrotnie. – NFZ zapłacił za całe leczenie mojego zęba wraz z odbudową około tysiąca złotych, a ja zaoszczędziłam dobre kilka tysięcy. Wszystkie procedury były robione pod mikroskopem, tak jak robi się to prywatnie. Ale ważne jest też to, że nie czułam się gorszą pacjentką tylko dlatego, że korzystam z NFZ. Minęło kilka lat, a ja nie mam z tym zębem żadnych problemów – mówi Anna.
„Zęby dają godność”
Anna nie idealizuje systemu. Wie, że jej doświadczenie było możliwe dlatego, że mieszka w dużym mieście. W mniejszej miejscowości, gdzie najbliższy dentysta z kontraktem jest kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej, a transport publiczny nie pozwala dotrzeć na wizytę, jej historia mogłaby wyglądać inaczej. – Gdybym mieszkała w małym mieście, pewnie w końcu poszłabym prywatnie, byle przestało boleć i żeby chory ząb nie zaszkodził ciąży. W Warszawie mogłam szukać. Jak jeden gabinet nie miał terminu, dzwoniłam do kolejnego – przyznaje.
Podkreśla też, że pacjenci powinni znać i swoje prawa, i aktualny koszyk świadczeń. Na NFZ można skorzystać z regularnego badania stomatologicznego, znieczulenia, ekstrakcji, a w określonych sytuacjach z pantomogramu. Przed wizytą warto zapytać, czy placówka realizuje daną usługę w ramach kontraktu, jaki jest termin i czy proponowane rozwiązanie wiąże się z dopłatą. – Ludzie często zakładają z góry, że na NFZ dostaną gorszą usługę. A wiele prywatnych gabinetów ma jednocześnie kontrakt z Funduszem. Czasem ci sami lekarze pracują na tym samym sprzęcie, tylko inny jest zakres finansowania. Oczywiście nie wszędzie jest tak samo. Standard powinien być bardziej równy, niezależnie od tego, czy ktoś mieszka w Warszawie, czy w małym mieście – mówi Anna.
W stomatologii najdotkliwsza luka jest tam, gdzie nie ma już własnych zębów. Samotna emerytka z rodziny Anny zapłaciła prawie 6 tys. zł za pełne protezy. – To była dla niej kwota zabójcza. A przecież zęby dają godność: możliwość jedzenia, mówienia, śmiania się, wychodzenia do ludzi. Myślę, że dopiero władza, która dałaby ludziom powszechnie dostępną protetykę, zrobiłaby w Polsce konkretną zmianę – kończy Anna.
*Imiona bohaterek zostały zmienione na ich prośbę