Przejdź do treści

„Można być samemu i nie czuć się samotnym. Każdy człowiek jest istotą skończoną i nie potrzebuje drugiego, by go dopełnił”

na zdjęciu: kobieta uśmiecha się do siebie w lustrze, tekst o tym, czy życie w pojedynkę oznacza samotność - Hello Zdrowie
„Można być samemu i nie czuć się samotnym. Każdy człowiek jest istotą skończoną i nie potrzebuje drugiego, by go dopełnił” /fot. Getty Images
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Dla naszego dobrostanu psychicznego nie ma znaczenia to, czy jesteśmy w związku, czy solo. Ważniejsze jest, jak postrzegamy swoją sytuację. Jeśli dobrze czujemy się sami ze sobą, mamy świadomość własnych potrzeb i potrafimy je realizować, życie w pojedynkę może być źródłem satysfakcji. Zresztą w kategoriach psychologiczno-egzystencjalnych dorosłość to samotność, bo my sami podejmujemy kluczowe decyzje i nadajemy kierunek naszemu życiu. W tym rozumieniu każdy człowiek jest singlem – mówi Karolina Lea Jarmołowicz, psycholożka, psychoterapeutka, socjolożka.

 

Małgorzata Germak: Co czwarte gospodarstwo w Polsce jest jednoosobowe. Szacuje się, że około 8 milionów Polaków to single. I liczba ta rośnie z roku na rok. Z czego to wynika?

Karolina Lea Jarmołowicz: To efekt złożonych procesów społeczno-kulturowych. Żyjemy w czasach, w których indywidualizm, autonomia i rozwój osobisty stały się jednymi z najważniejszych wartości. Kiedyś fundamentem życia były rodzina i dom, dziś częściej słyszymy o samorealizacji i niezależności. Wzrósł również poziom świadomości – coraz więcej osób nie chce być w związku za wszelką cenę, np. dlatego, że „tak wypada” albo w myśl zasady: lepiej z kimkolwiek niż samemu.

Istotne są także zmiany demograficzne. Ludzie częściej wchodzą w związki, ale równie często się rozstają, a część z nich decyduje się na życie solo. Do tego w tle mamy transformację rynku pracy, migrację i urbanizację, które sprzyjają niezależności, a jednocześnie mogą utrudniać budowanie trwałych relacji. Jeśli jedna osoba rozwija karierę w dużym mieście, a druga migruje za granicę, utrzymanie związku staje się wyzwaniem. Wiele osób też skupia się na rozwoju zawodowym i odkłada decyzję o założeniu rodziny na później – czasem na tak długo, że to „później” nigdy nie nadchodzi.

Nasze potrzeby się zmieniają, czasem potrzebujemy bliskości, czasem przestrzeni. Życie nie jest linearne. Ważne, byśmy żyli „w pełni” – w zgodzie ze sobą, a nie czekali na coś czy na kogoś, kto nas „dopełni”

Nie można też pominąć wpływu doświadczeń z przeszłości. Kiedyś standardem było życie z jednym partnerem, małżeństwo i dzieci. Dziś większa mobilność i społeczna akceptacja bycia w pojedynkę sprawiają, że ludzie mają więcej partnerów w ciągu życia, a nieudane relacje, rozwody czy trudne doświadczenia mogą także skłaniać do wyboru samotności.

Widać, że doświadczenia osób żyjących w pojedynkę mogą się mocno różnić. Jakie czynniki wpływają na to, jak single postrzegają swoje życie solo?

Jasne, że nie wszyscy single są tacy sami. Niektórzy wybierają życie solo świadomie, ceniąc sobie wolność, możliwość realizacji pasji i podróżowania. Inni znaleźli się w tej sytuacji po trudnych doświadczeniach – po rozstaniach czy zawodach miłosnych – i potrzebują czasu, by się odbudować. Są też osoby, które tęsknią za relacją, ale z różnych powodów nie mogą bądź nie potrafią jej stworzyć.

To zadane przez panią pytanie dotyka głęboko ludzkiej potrzeby bliskości – wielu jej pragnie, ale nie zawsze udaje się ją znaleźć, zbudować lub utrzymać. Na sposób, w jaki single postrzegają swoje życie, wpływa kilka czynników.

Karolina Jarmołowicz - Hello Zdrowie

Karolina Jarmołowicz /fot. Jacek Poremba

Styl przywiązania – czyli to, jak nauczyliśmy się budować relacje na bazie tych pierwotnych. Możemy jednocześnie pragnąć bliskości i się jej obawiać, idealizować relacje lub unikać konfrontacji z prawdziwą bliskością. Czasem nieświadomie powtarzamy schematy wyniesione z dzieciństwa – jeśli bliskość kojarzy się z bólem, możemy bronić się przed kolejnym zranieniem, a często podświadomie powtarzać znany scenariusz. Wtedy decyzja o życiu solo nie jest świadomym wyborem, lecz konsekwencją bolesnych doświadczeń.

Istotne są też przekonania o sobie i relacjach. Każdy nosi w sobie pewne narracje, często nieuświadomione. Mogą one brzmieć np. tak: „Nie jestem wystarczająco dobra”, „Miłość zawsze wiąże się z cierpieniem”, „Jeśli się zaangażuję, stracę kontrolę”. To potrafią być ślady dawnych traum, które wpływają na decyzje dotyczące związków. Współczesny świat promuje niezależność i samowystarczalność, ale dla niektórych może to oznaczać lęk przed utratą autonomii. Osoby, które długo pracowały na swoją niezależność, mogą obawiać się, że związek zmusi je do rezygnacji z siebie. Inne boją się wejść w relacje, z obawy przed zaburzeniem swojej wewnętrznej równowagi. Bywa, że nieświadomie wybierają niedostępnych emocjonalnie partnerów, by uniknąć zaangażowania, a jednocześnie zachować pozorne poczucie kontroli.

Następny czynnik to przykre dorosłe doświadczenia – rozstania, zdrady, śmierć partnera czy przemoc w związku mogą prowadzić do podświadomego mechanizmu obronnego: „Nie angażuj się, nie ufaj, nie otwieraj się za bardzo”. Chronimy się wtedy przed bólem, budując mur, który ma zapewnić bezpieczeństwo, ale jednocześnie utrudnia budowanie nowych relacji. Często dopiero psychoterapia pozwala ten mechanizm przepracować.

Karolina L. Jarmołowicz / fot. Dorota Porębska

W rozważaniach o tym, jak single funkcjonują i postrzegają siebie, warto wziąć też pod uwagę nadmiar możliwości. Żyjemy w świecie, w którym liczba opcji jest przytłaczająca. Aplikacje randkowe, cała ta „swipe culture” opiera się na nieustannym porównywaniu, co utrudnia zaangażowanie i budowanie trwałych relacji. Współczesne podejście do miłości często przypomina konsumpcję – jeśli coś się psuje, łatwiej wymienić niż naprawić. Ludzie gubią się w świecie pozorów, a jednocześnie stawiają sobie i innym coraz wyższe wymagania. Czasem czekamy na ideał, nie dostrzegając wartościowej osoby, która jest tuż obok.

To, jak postrzegamy swoją sytuację, jest kluczowe dla naszego dobrostanu psychicznego i fakt, czy jesteśmy w związku, czy w pojedynkę nie jest tak istotne. Jeśli dobrze czujemy się sami ze sobą, mamy świadomość swoich potrzeb i potrafimy je realizować, życie w pojedynkę może być źródłem satysfakcji. Problemem nie jest samo życie solo, ale brak jego akceptacji. Jednocześnie – przewrotnie, dopiero kiedy jesteśmy gotowi na bycie ze sobą, możemy tworzyć zdrowe, satysfakcjonujące związki.

Jakie są plusy i minusy życia w pojedynkę?

Plusem jest z pewnością autonomia, czyli niezależność. Jako singiel mogę podejmować decyzje bez konsultacji, swobodnie planować każdy dzień, tydzień, miesiąc. Mogę skupić się na sobie. Single bez dzieci mają jeszcze większą przestrzeń na wszystko – podróże, hobby, samorozwój.

Minusy? Z doświadczenia psychoterapeutycznego w gabinecie wiem, że wielu osobom brakuje bliskości, wsparcia, kogoś, komu można się zwierzyć. Brak drugiej osoby w codzienności bywa trudny – wracanie do pustego domu, zasypianie w samotności, samotne cieszenie się z sukcesów czy opłakiwanie porażek.

Bliskość jednak może przybierać różne kształty – to potrzeba dzielenia się, dotyku, wspólnego śmiechu, wsparcia w kryzysie. Choć w związkach te elementy są naturalne, możemy je świadomie organizować także inaczej – poprzez przyjaźnie, wspólne działania, hobby czy otwartość na nowe formy relacji, takie jak grupy wsparcia czy wspólnoty. Warto tu wspomnieć o terapii grupowej, która potrafi być niezwykle wspierająca. Na przykład w naszym ośrodku prowadzimy niskopłatną grupę terapeutyczną dla młodych ludzi, którzy przyjechali do Warszawy na studia i zmagają się z lękiem oraz poczuciem wyobcowania. Wychowani w mniejszych miejscowościach, mieli tam swoje społeczne zaplecze, a po przeprowadzce do dużego miasta czują się zagubieni. Po kilku miesiącach w grupie terapeutycznej zaczynają funkcjonować inaczej, lepiej się czuć, odnajdywać się w nowym środowisku. To jeden z dowodów na to, że każdy z nas potrzebuje bliskości drugiego człowieka, ale niekoniecznie musi to być bliskość romantyczna.

Często można spotkać się z przekonaniem, że bycie singlem, czy też jak ja wolę mówić: solo – równa się samotność. Jak to naprawdę wygląda?

Życie solo nie oznacza osamotnienia. Lubię myśleć o tym w kategoriach psychologiczno-egzystencjalnych: dorosłość wiąże się z samotnością, ale nie musi oznaczać uczucia osamotnienia. To świadomość, że jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, że samodzielnie podejmujemy decyzje bez gwarancji, że ktoś inny wskaże nam właściwą drogę.

Irvin Yalom, znany psychoterapeuta egzystencjalny, mówi, że każdy z nas ostatecznie stoi sam wobec losu. Możemy mieć bliskich, kochających ludzi wokół, ale nikt nie przeżyje naszego życia za nas. Dorosłość to nie osamotnienie, lecz świadomość, że to my sami nadajemy kierunek naszemu życiu. W tym rozumieniu każdy człowiek jest singlem – niezależnie od tego, czy jest w związku, czy nie.

Żyjemy w świecie, w którym liczba opcji jest przytłaczająca. Aplikacje randkowe, cała ta „swipe culture” opiera się na nieustannym porównywaniu, co utrudnia zaangażowanie i budowanie trwałych relacji

A samotność może dopaść każdego z nas…

Oczywiście, ale warto pamiętać, że samotność nie musi oznaczać cierpienia. Mało tego, potrafi być czymś wartościowym, a nawet wzbogacającym. Psychologia wyraźnie rozróżnia samotność od osamotnienia. Pierwsza może być przestrzenią ciszy, głębi, spotkania ze sobą. Osamotnienie natomiast wiąże się z bólem odłączenia, brakiem więzi, poczuciem pustki. Carl Jung mówił, że nie wynika ono z braku ludzi, lecz z niemożności podzielenia się z nimi tym, co dla nas ważne.

Wiele osób doświadcza także samotności w związkach, zmagając się właśnie z poczuciem osamotnienia. Można być z kimś blisko fizycznie, a jednocześnie czuć dystans emocjonalny. I odwrotnie – można żyć solo, ale mieć przyjaciół, wsparcie i bliskość. To nie sam związek nas chroni, lecz jakość relacji. Równie dobrze możemy budować głębokie więzi z rodziną, przyjaciółmi czy np. z sąsiadami – to one nas wspierają. Kluczowa jest relacyjność, a nie jej konkretna forma.

Powiedziała pani, że samotność może być cenna. A jednak wiele osób się jej obawia, ucieka przed nią.

Jeśli mamy nieprzepracowane traumy, nierozwiązane emocje czy lęki, samotność może konfrontować nas z tym, co w nas trudne. Wiele osób unika wtedy bycia samemu, bo boi się własnych myśli, emocji, czasem pustki, której dotyka w niej. Czują, że ich wartość istnieje tylko w relacji z drugim człowiekiem, a nie w nich samych. Bo trudne jest to, jak my czegoś doświadczamy, a nie sama sytuacja. Tymczasem cisza i bycie ze sobą to może być szansą, by lepiej się poznać i budować wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, niezależnie od obecności drugiej osoby. Jeśli „w naszej szafie straszy”, będziemy robić wszystko, by samotności unikać. Wtedy singielstwo nie jest świadomym wyborem, lecz bolesnym osamotnieniem, wypełnionym frustracją i nieszczęściem.

Jednak nad relacją z samym sobą warto pracować, bo właśnie od tej relacji zaczyna się prawdziwa bliskość. Kluczowe to umieć być samemu i nie czuć się samotnym. Na tym właśnie polega dojrzałość. Kiedy potrafimy być sami ze sobą – bez iluzji, bez tłumów – dopiero wtedy możemy zbudować pełniejsze, dojrzalsze relacje. To właśnie w ciszy i przestrzeni samotności zaczynamy słyszeć najważniejszy głos – swój własny.

Wiele rozważań egzystencjalnych lubi nas dopadać około czterdziestki…

O tak! Tzw. kryzys wieku średniego – to często krytyczny moment na refleksję nad tym, czy chcemy być w parze. To czas konfrontacji z tym, co osiągnęliśmy, czego nie zrealizowaliśmy i kim jesteśmy, a kim już nie będziemy. Ja lubię jednak o tym myśleć, że to przełomowy moment, w którym osadzamy się w swojej tożsamości. Możemy potraktować go jako kryzys rozwojowy. W odosobnieniu człowiek jest w stanie usłyszeć własny głos, odkryć sens, który nie został mu narzucony przez rodzinę, znajomych, społeczeństwo, ale… wypływający z własnego wnętrza.

Paulina Jęczmień, psycholożka, seksuolożka - Hello Zdrowie

Skoro mowa o narzucaniu schematów przez społeczeństwo – czy postrzeganie osób niemających partnera/partnerki zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat?

Presja społeczna na znalezienie partnera czy partnerki jest dziś subtelniejsza niż kiedyś, ale wciąż istnieje. W filmach i książkach nieustająco dominuje przekaz, że sensem życia jest miłość romantyczna. Media i kultura masowa silnie romantyzują miłość – w narracji popkultury samotność to coś, co trzeba przezwyciężyć i tylko związek daje spełnienie.

Zresztą i w życiu codziennym nadal zdarza się usłyszeć pytanie: „Kiedy się ustatkujesz?” – to podejście pokolenia naszych rodziców, ale wciąż obecne. Choć zmienia się postrzeganie singielstwa jako pełnoprawnego wyboru, tradycyjne normy kulturowe są silnie zakorzenione, zwłaszcza w krajach, gdzie rodzina odgrywa kluczową rolę. Kobieta długo była definiowana przez bycie żoną i matką – choć mentalność się zmienia, wciąż utożsamia się dojrzałość i stabilność z życiem w związku.

Na normy społeczne w Polsce wpływ miała też religia – małżeństwo i posiadanie dzieci było postrzegane jako obowiązek moralny. Młodsze pokolenia podchodzą już do tego inaczej, ale dawny przekaz wciąż pobrzmiewa, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, na wsiach.

Ale można odnieść wrażenie, że w dużych miastach postrzeganie osób żyjących solo się zmieniło.

Tak, w dużych miastach to widać. Wśród osób wykształconych, mających dostęp do kultury i alternatywnych stylów życia, singiel jest często kojarzony z niezależnością, podróżami, samowystarczalnością. Równolegle w mniejszych miejscowościach kobieta po trzydziestce bez męża czy partnera nadal bywa postrzegana jako „wymagająca” czy „wybredna”, a mężczyzna-singiel jako „wieczny chłopiec”.

To zderzenie nowoczesnego i tradycyjnego podejścia może rodzić wewnętrzny dysonans. Z jednej strony ktoś czuje się spełniony w swoim życiu, z drugiej – wciąż słyszy pytania w stylu: „To ty jesteś sama?” i zaczyna się zastanawiać, czy ma prawo tak żyć. Na szczęście, zwłaszcza wśród kobiet, wzrosła świadomość, że wartość człowieka nie zależy od posiadania partnera/partnerki czy dzieci. Mamy lepszy dostęp do edukacji, widać normalizację psychoterapii i pracy nad sobą, np. w pandemii zredefiniowaliśmy pojęcie bliskości, budując nowe kontakty społeczne, sąsiedzkie.

Czy życie solo jest inaczej traktowane u kobiet, a inaczej u mężczyzn?

Społeczna presja wobec kobiet i mężczyzn jest inna, choć równie silna. Kobiety częściej słyszą: „Kiedy ślub? Kiedy dzieci?”, a komentarze w stylu: „Taka fajna, a sama” sugerują, że z jakiegoś powodu nie udało jej się znaleźć partnera. Z kolei mężczyzn pyta się: „Kiedy wreszcie się ustatkujesz?”, sugerując, że dojrzałość wiąże się z założeniem rodziny. Efekt psychologiczny bywa podobny – zawstydzenie, poczucie, że coś jest ze mną nie tak, skoro moje życie nie wpisuje się w społecznie akceptowany scenariusz.

Czasem presja ta prowadzi do wejścia w związek „na siłę” – z lęku przed samotnością lub po to, by uniknąć tłumaczenia się innym. Wiele osób, które dobrze czują się same, zaczyna wątpić w swój wybór pod wpływem komentarzy z zewnątrz.

Świadomość tych mechanizmów pomaga nie uginać się presji – warto pamiętać, że to nie nasze „braki”, ale cudze oczekiwania. Dobrze jest otaczać się ludźmi, którzy akceptują różnorodne drogi życiowe. Relacja nie jest nagrodą za „bycie dobrą osobą” – to spotkanie dwojga ludzi we właściwym czasie i miejscu. Przekonanie, że związek to życiowy sukces, a singiel jest „w drodze” do tego sukcesu, jest uproszczeniem i to bardzo krzywdzącym, bo w związkach bywa pięknie, ale bywa też trudno. Życie w pojedynkę również ma swoje blaski i cienie. To, czy jesteśmy w związku, czy nie, nie świadczy o naszej dojrzałości czy spełnieniu.

Samotność nie musi oznaczać cierpienia. Mało tego, potrafi być czymś wartościowym, a nawet wzbogacającym. Psychologia wyraźnie rozróżnia samotność od osamotnienia. Pierwsza może być przestrzenią ciszy, głębi, spotkania ze sobą. Osamotnienie natomiast wiąże się z bólem odłączenia, brakiem więzi, poczuciem pustki

A co z podejściem, że ktoś jest naszą „drugą połówką” i nas dopełnia? Nadal można to usłyszeć.

To jeden z najbardziej szkodliwych mitów o związkach. Każdy człowiek jest istotą kompletną i skończoną. Metafora o dwóch połówkach jabłka czy pomarańczy może i jest piękna, ale to niebezpieczna iluzja. To wyobrażenie silnie wrosło w naszą kulturę romantyczną.

Jeśli ktoś naprawdę uważa, że potrzebuje kogoś, kto go „uzupełni”, to może szukać związku z potrzeby ratunku, by druga osoba uleczyła go z samotności. To prosta droga do zależności, rozczarowania i lęku przed utratą. Związek nie powinien być uzupełnianiem braków, ale relacją dwojga samodzielnych osób – dwóch pełnych owoców. W zdrowej relacji nie szukamy kogoś, kto nas dopełni, tylko kogoś, kto z nami zatańczy.

„Tylko my sami mamy nieograniczony dostęp do swoich myśli, emocji, doświadczeń. Choćbyśmy nie wiadomo jak byli blisko z rodziną, przyjaciółmi, mężem, żoną, kochankiem, społecznością czy bratnią duszą, nikt nie pozna nas lepiej niż my sami” – czytamy w książce „Żyj szczęśliwie własnym życiem Solo”, Petera McGraw. Skoro całe życie jesteśmy na siebie skazani, to może warto siebie polubić. Jak mieć lepszą więź samemu ze sobą?

Byłoby wspaniale, gdyby każdy tak dobrze znał siebie, ale taki wgląd w siebie wymaga pracy — i temu służy psychoterapia. Czasem wydaje nam się, że się znamy, ale tak naprawdę omijamy ważne aspekty naszej osobowości. To pytanie brzmi prosto, ale kryje w sobie ogromną głębię. Więź z samym sobą to fundament wszystkiego — relacji z innymi, poczucia własnej wartości, spokoju wewnętrznego, zdolności do miłości. Aby zbudować dobrą relację z kimś, najpierw trzeba dobrze czuć się ze sobą.

Zaczęłabym od zaciekawienia się sobą, zadania sobie pytań: „Czego ja tak naprawdę chcę?”, „Co mnie porusza?”. I nie chodzi o to, czego ode mnie oczekuje otoczenie, ale jakie są moje prawdziwe potrzeby i pragnienia. „Co mnie smuci, co mnie zachwyca?”. Budowanie więzi ze sobą wymaga czasu, cierpliwości i odwagi. To jak randka z samą sobą — chodzi o to, by być dla siebie dobrym towarzyszem.

Najpierw trzeba się zatrzymać i wsłuchać w siebie. W terapii skoncentrowanej na emocjach często pytam pacjentów: „Mówisz, że czujesz złość — a co jest pod tą złością?”. Bo nierzadko gniew jest obroną przed wstydem. Albo: „Powiedz mi, jakie to jest? Czego teraz potrzebujesz?”. Takie kopanie głębiej, odkrywanie kolejnych warstw pozwala usłyszeć siebie. Zrozumienie siebie pozwala na odnalezienie znaczenia, danie sobie ukojenia.

Więź ze sobą zaczyna się od bycia świadkiem swoich myśli i emocji bez osądu. Pomocne w tym mogą być: pisanie dziennika, medytacja, psychoterapia, ale też samotne spacery — bez telefonu, bez rozpraszaczy, żeby nie zakrzykiwać się produktywnością ani nie rozgrywać trudnych uczuć w działaniu.

Warto zamienić wewnętrznego krytyka na wspierający głos. Zamiast „Musisz się ogarnąć!” –  „Widzę, że ci trudno”. Postarajmy się być dla siebie rodzicem, opiekunem, przyjacielem. Często potrafimy troszczyć się o innych, ale nierzadko nie umiemy dać tego sobie. To także umiejętność stawiania granic. Warto nauczyć się mówić sobie „nie”, np. „Nie, nie zgodzę się na coś, co mnie przekracza”.

Tommy Sobierajski / fot. Niki Kinsky

Uważajmy na modne dziś hasła w stylu: „Bądź najlepszą wersją siebie”. Nie chodzi o to, by stać się „wersją siebie”. Ważniejsze, by być autentycznym — w radości i smutku, dumie i wstydzie.

Bycie ze sobą zaczyna się od decyzji: chcę się poznać, usłyszeć, zrozumieć. Przestanę traktować siebie jak projekt do naprawy, a zacznę obdarzać się czułością, uwagą i miłością.

Wszystko to można robić, będąc w dobrym związku?

Oczywiście. Związek nie wyklucza tego procesu, ale może go ograniczać, jeśli jest symbiotyczny, zaborczy, nierówny. Dojrzała relacja to taka, w której jest przestrzeń na „ja” i „ty”, i wspólne „my”. Niestety, nie każdy ma takie doświadczenie. Dlatego dla wielu osób życie solo to powrót do siebie, do pasji, twórczości. Ale nie musi tak być — relacja i rozwój mogą się dopełniać.

Carl Rogers pisał, że łatwiej troszczyć się o innych, gdy są tacy, jakimi chcemy ich widzieć. Ale prawdziwa troska zaczyna się, gdy akceptujemy ich takimi, jakimi są. To dotyczy też bliskości — jej elementem jest zgoda na inność drugiej osoby.

Zainteresowanie sobą nawzajem rodzi się, gdy każde z nas ma swoją przestrzeń i wolność.

Czy z psychologicznego punktu widzenia lepiej być w związku czy solo?

Lepiej być w zgodzie ze sobą. To nie kwestia formy, tylko jakości relacji. Nasze potrzeby się zmieniają, czasem potrzebujemy bliskości, czasem przestrzeni. Życie nie jest linearne. Ważne, byśmy żyli „w pełni” – w zgodzie ze sobą, a nie czekali na coś czy na kogoś, kto nas „dopełni”.

Nie ma jednej recepty dla każdego. Niektórzy kwitną w związku, inni rozkwitają solo. Ważne, by nie żyć cudzym scenariuszem, tylko odważyć się zapytać siebie: czego naprawdę potrzebuję? I dać to sobie.

 


Karolina Lea Jarmołowicz – psycholożka, psychoterapeutka, socjolożka. Członkini Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapii Integracyjnej oraz Stowarzyszenia INTRA. Założycielka Ośrodka Psychoterapii CENTRUM. Prowadzi psychoterapię w nurcie integracyjnym i EFT.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?