Go to content

Katarzyna Niezgoda o utracie pracy: „Nie ma żadnego wstydu ani obciachu w zaczynaniu od nowa”

Katarzyna Niezgoda, headhunterka

Katarzyna Niezgoda o powrotach kobiet na rynek pracy / Zdjęcie: Mona Mil

„Powinnyśmy mieć tak ukształtowany swój zawodowy kręgosłup, żeby być przygotowane również na utratę pracy. Przekonanie, że nas to nigdy nie spotka, jest błędem, a konsekwencje takiego myślenia mogą nas dużo kosztować. I w moim przypadku tak właśnie było” – mówi dr Katarzyna Niezgoda, autorka poradnika ,,Wracam do gry. Jak odzyskać swoje miejsce na rynku pracy”. Przez lata zajmowała najwyższe stanowiska w sektorze bankowym i korporacyjnym, aż nagła utrata pracy wywróciła jej życie do góry nogami. Dziś jako headhunterka obserwuje, z jakimi barierami mierzą się kobiety próbujące wrócić do aktywności zawodowej. Czy potrafią zawalczyć o swoje? Czy czekają, aż ich kompetencje obronią się same? Dlaczego po pięćdziesiątce stają się dla pracodawców niewidzialne?

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 17 min

Marta Dragan, Hello Zdrowie: Książkę „Wracam do gry. Jak odzyskać swoje miejsce na rynku pracy” otwiera pani osobistą historią utraty pracy. Nazywa pani to doświadczenie granicznym, ale i przełomowym. Jak wyglądał pierwszy poranek, kiedy obudziła się pani bez stanowiska, zespołu, kalendarza wypełnionego spotkaniami?

Katarzyna Niezgoda: Przede wszystkim nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło. Miałam poczucie, że coś takiego po prostu nie powinno mnie spotkać.

Jako osoba, która przez lata bardzo dużo pracowała, nigdy nie brałam pod uwagę takiego scenariusza. Choć przecież widziałam, jak ludzie zajmujący odpowiedzialne stanowiska tracą je z dnia na dzień. Byłam jednak tak pochłonięta obowiązkami, zafiksowana na tym, ile mam jeszcze do zrobienia, że nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że mnie również może to spotkać.

Nie wiem, czy wystarczająco mocno wybrzmiało to w mojej książce, ale powinnyśmy mieć tak ukształtowany swój zawodowy kręgosłup, żeby być przygotowane również na utratę pracy. Przekonanie, że nas to nigdy nie spotka, jest ogromnym błędem, a konsekwencje takiego myślenia mogą nas dużo kosztować. I w moim przypadku tak właśnie było.

„Mój okres bezczynności i przymusowego odpoczynku trwał około półtora roku. W moim przypadku wiązało się to również z ciężką chorobą. Zaczęłam czuć się fatalnie, nie mogłam spać, a przez większość dnia po prostu płakałam. Diagnoza lekarska nie pozostawiała złudzeń: depresja. Moje zdrowie było w rozsypce, a organizm po prostu pokazał żółtą kartkę” – wspomina pani w książce. Czy doświadczenie utraty pracy było dla pani tak trudne dlatego, że przez lata definiowała pani siebie właśnie przez jej pryzmat?

Oczywiście. Praca była całym moim życiem. Zawsze lubiłam być aktywna, nie bałam się wyzwań, podejmowałam się nawet takich, do których nie byłam jeszcze w pełni przygotowana.

Jedni odnajdują spełnienie w posiadaniu rodziny, dzieci. Dla mnie to praca była źródłem absolutnego, wręcz bezgranicznego poczucia bezpieczeństwa. Kiedy ją straciłam, czułam, że mój świat runął.

Tym bardziej, że wspięła się pani na sam szczyt korporacyjnej hierarchii, zajmując kluczowe stanowisko w zarządzie globalnej instytucji finansowej. Czy od początku miała pani w sobie apetyt na władzę i zarządzanie? Czy ambicje rosły wraz z kolejnymi sukcesami?

W moim przekonaniu byłam dopiero w połowie drogi zawodowej. Widziałam przed sobą jeszcze mnóstwo rzeczy, które mogłabym zrobić.

Wie pani, kiedy zmieniałam pracę, nigdy nie pytałam, jak będzie nazywało się moje stanowisko ani jakie miejsce zajmę w hierarchii. Pytałam: „Co jest do zrobienia? Czego ode mnie oczekujecie? Po co mnie zatrudniacie?”. To był mój główny motor działania. A później okazywało się, że pracodawcy sami dochodzili do wniosku, że potrzebuję odpowiednich narzędzi i uprawnień, żeby zrealizować powierzone mi zadania. A że przy okazji – jak to się mówi – rosły mi pagony, to oczywiście była miła część pracy.

Tyle że ludzie patrzą na wysokie stanowiska głównie przez pryzmat przywilejów i benefitów. Nie widzą, jak ogromna odpowiedzialność się z nimi wiąże, jak trudne decyzje trzeba podejmować i z jak wymagającymi sytuacjami się mierzyć.

Po półtora roku wróciła pani do gry, ale kolejne – choć równie intratne – stanowisko nie dawało już tej samej satysfakcji. Dlaczego i co pomogło pani zmienić sposób myślenia?

Czas. Przede wszystkim czas. Było mi naprawdę trudno, bo ciągle popełniałam ten sam błąd, przed którym dziś przestrzegam w książce: nie próbujcie wracać do tego samego świata, z którego odeszłyście. Nie szukajcie pracy jeden do jednego, bo to się już nie wydarzy. Nawet jeśli znajdziecie równie ciekawe i atrakcyjne zajęcie, ono nigdy nie będzie dokładnie takie samo.

A ja uparcie chciałam wrócić do tego, co zostawiłam za sobą. Myślę, że w ten sposób sama robiłam sobie krzywdę.

Katarzyna Niezgoda - Hello Zdrowie

Katarzyna Niezgoda / Zdjęcie: Mona Mil

Dziś jako headhunterka obserwuje pani zawodowe losy innych kobiet. Jak one wracają do gry?

Nie znam zbyt wielu przykładów spektakularnych powrotów kobiet na rynek pracy. Dwie bohaterki, które zaprosiłam do rozmów w mojej książce, poznałam zawodowo, a z czasem się zaprzyjaźniłyśmy. Ich historie pokazują, że taki powrót jest możliwy. Ubolewam jednak nad tym, że tych udanych powrotów nie potrafię przytoczyć więcej.

Wśród kobiet, które spotykam, przeważają te, które nieprzerwanie pracują, często przez lata w jednym miejscu. Jeśli natomiast dochodzi do powrotu po dłuższej przerwie, zwykle wiąże się on z prawdziwą rewolucją, całkowitą zmianą dotychczasowego życia zawodowego, a często również prywatnego.

Co o tym decyduje?

Myślę, że wiele kobiet wyobraża sobie ten powrót zupełnie inaczej. Oczekują, że zastaną miejsce, które niewiele się zmieniło, że wrócą do dawnych obowiązków, a ich doświadczenie zostanie docenione. Że będą na nie czekały przysłowiowe fanfary.

Tymczasem rzeczywistość bywa rozczarowująca. Firmy się zmieniają, rynek pracy również. Przekonanie, że można kontynuować karierę tak, jakby przerwy nigdy nie było, często okazuje się złudne.

Z drugiej strony zastanawia mnie, dlaczego mężczyźni zdają się nie mieć z tym aż takiego problemu. Znam panów po sześćdziesiątce, a nawet zbliżających się do siedemdziesiątki, którzy wciąż są u szczytu kariery, realizują duże projekty i odnoszą sukcesy. I niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego oni nadal mają wszystko w zasięgu ręki, podczas gdy kobietom znacznie trudniej utrzymać lub odzyskać podobną pozycję.

Czy to kwestia uprzedzeń, które same nosimy w głowach, czy raczej stereotypów, jakie narzuca nam rynek pracy?

Rynek pracy jest przesiąknięty stereotypami. Wciąż pokutuje przekonanie, że po kobiety w pewnym wieku po prostu się nie sięga. Nie zaprasza się ich na rozmowy, nie rozważa ich kandydatur. A one – świadome tego, jak wygląda sytuacja – często same się wycofują.

Przebić się przez tę barierę potrafią właściwie tylko kobiety najbardziej przebojowe i zdeterminowane, które nie boją się zawalczyć o swoje. Ale do tego potrzeba naprawdę niezwykłej charyzmy i, powiedziałabym nawet, dzikiego uporu.

W przypadku mężczyzn to jest po prostu normalne, że oni wracają, że mają pracę i że się z nimi rozmawia. I budzi to we mnie wewnętrzny bunt, bo nie uważam, żebyśmy różnili się kompetencjami, energią życiową czy chęcią podążania za nowym.

Rolki



W książce pisze pani: „Mężczyzna z siwizną na skroniach w wieku pięćdziesięciu lat to dla rynku ‘doświadczony strateg’ i ‘mentor’. Kobieta w tym samym wieku zbyt często staje się […] ‘ryzykowna’, ‘za droga’ lub […] niewidzialna”. Czy spotkała pani kobiety, które przekonały się o tym na własnej skórze?

Znam kilka kobiet, które na jakiś czas wypadły z rynku pracy, choćby z powodu choroby czy sytuacji rodzinnej. Później ich powrót okazywał się niemal niemożliwy. Nie były nawet brane pod uwagę jako kandydatki do pracy. I nie mówię tu o ostatecznej decyzji o zatrudnieniu, bo pracodawca ma przecież prawo wyboru. Chodzi raczej o to, żeby w ogóle stanąć w szranki do rozmów, móc się zaprezentować.

Z drugiej strony widzę też, że kobiety często kurczowo trzymają się dotychczasowej ścieżki zawodowej. Chcą robić dokładnie to, czym zajmowały się wcześniej. A to nie zawsze pomaga. Przydałoby się im trochę zawodowego ryzykanctwa, odwagi, żeby powiedzieć sobie: „OK, spróbuję czegoś zupełnie innego”. Ale tej otwartości na zmianę często brakuje. Pojawia się za to przekonanie, że skoro przez lata robiłam jedno, to powinnam się tego trzymać.

A jak to wygląda za zamkniętymi drzwiami rekrutacji? Co mówią pracodawcy, kiedy nie chcą zatrudnić świetnej pięćdziesięciolatki?

To oczywiście bardzo indywidualna kwestia. Myślę jednak, że o decyzjach częściej przesądzają kwestie interpersonalne, cechy charakteru i osobowości niż same kompetencje zawodowe czy zdobyte doświadczenie. I być może właśnie dlatego kobietom trudniej wrócić na rynek pracy. Bo po prostu gorzej sprzedają się podczas rozmów rekrutacyjnych.

Co to znaczy?

Kobiety mocno „wiszą” na swoim doświadczeniu. Przyjmują trochę mentorską postawę, koncentrują się na tym, co już osiągnęły, a nie pokazują, że są otwarte na nowe zadania.

Wydaje mi się, choć pewnie niektóre panie się na mnie za to zdenerwują, że kobiety bywają też bardziej zachowawcze. Patrzą na siebie przez pryzmat dotychczasowej roli zawodowej i trudniej im wyjść poza ten schemat.

Widzę, że kobiety często kurczowo trzymają się dotychczasowej ścieżki zawodowej. Chcą robić dokładnie to, czym zajmowały się wcześniej. A to nie zawsze pomaga. Przydałoby się im trochę zawodowego ryzykanctwa, odwagi, żeby powiedzieć sobie: „OK, spróbuję czegoś zupełnie innego”

Katarzyna Niezgoda

A mężczyźni?

Dla panów to żaden problem! Obserwuję, że mężczyzna przychodzi na rozmowę i sprawia wrażenie, że wszystko potrafi, wszystko załatwi. Tańczy, pisze, recytuje! Słowem: ta praca po prostu mu się należy i doskonale sobie z nią poradzi. Co więcej, potrafi przekonać osobę, która go zatrudnia, że podejmuje właściwą decyzję. Daje jej poczucie, że jest bezpiecznym, dobrym wyborem.

W książce wspomina pani o usuwaniu z CV daty ukończenia studiów, żeby wiek nie zniechęcał potencjalnego pracodawcy. Ale czy to kobiety powinny szukać sposobów na obejście takich uprzedzeń? Czy to one muszą nauczyć się lepiej grać, czy może problem tkwi w zepsutej grze?

Jestem przeciwniczką ukrywania wieku, bo przecież jeśli ktoś potrafi dobrze liczyć, i tak bez trudu ustali, ile mamy lat, choćby na podstawie doświadczenia zawodowego.

Z drugiej strony wiem, że kiedy daty w CV nie są dokładnie wyszczególnione, wiek nie rzuca się od razu w oczy, to pracodawcy bywają bardziej otwarci na rozmowę. Decyduje wówczas kwestia pierwszego wrażenia. Oczywiście jest to tylko czarowanie rzeczywistości, ale spotykam się z takimi praktykami. Niektórzy pomijają te informacje nie tylko w CV, ale nawet na swoich profilach w internecie.

Kobietom trudniej wrócić na rynek pracy. Bo po prostu gorzej sprzedają się podczas rozmów rekrutacyjnych

Katarzyna Niezgoda

Wspominała pani, że nie warto kurczowo trzymać się dotychczasowej ścieżki zawodowej. Według obiegowej opinii po pięciu latach u jednego pracodawcy dobrze jest się rozejrzeć za nową pracą. Jak często, pani zdaniem, powinnyśmy być gotowe na zmianę?

Zawsze mówiłam, że przynajmniej raz na siedem lat powinnyśmy zmieniać nie pracę, ale zawód. Sama zmiana pracodawcy niekoniecznie uczyni nas szczęśliwszymi. Owszem, nowe miejsce to okazja, żeby zacząć od początku, sprawdzić się w innym środowisku, ale wciąż poruszamy się po tej samej ścieżce. A gdyby tak powiedzieć sobie: „Do tej pory byłam specjalistką od spraw X, a teraz zajmę się czymś zupełnie innym”? Uważam, że taka zmiana jest znacznie bardziej twórcza. Pozwala się rozwijać, zdobywać nowe kompetencje i zwiększa nasze szanse na zachowanie ciągłości zawodowej.

Dziś młodzi z pokolenia Gen Z znaczne częściej zmieniają pracę i inaczej podchodzą do kariery. Czy dostrzega pani w ich podejściu do pracy coś, czego mogłyby nauczyć się starsze pokolenia?

Kiedy obserwuję młodsze pokolenia, widzę, że lepiej dbają o siebie i są bardziej asertywni. My byliśmy bardzo podporządkowani pracy. Czasem się śmieję, że nikt nie potrafi pracować tak dużo jak ludzie, którzy zaczynali karierę w latach 90.

Młodzi teraz mają inne priorytety. Bardziej zależy im na własnym dobrostanie, równowadze między życiem zawodowym a prywatnym, nawet jeśli oznacza to mniejsze zarobki czy – z naszej perspektywy – niższy standard życia. Bo dla mojego pokolenia może to wyglądać jak rezygnacja z pewnych możliwości, ale oni powiedzą: „Za to możemy robić mnóstwo rzeczy, na które wy nie chcieliście sobie pozwolić, bo zwyczajnie nie mieliście czasu”. Coś za coś. I nie sądzę, żeby byli z tego powodu nieszczęśliwi.

Oczywiście jest też grupa młodych ludzi, którzy zupełnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Nie mają pomysłu na siebie, trudno im znaleźć swoje miejsce na rynku pracy. Podejmują się różnych, często przypadkowych zajęć i czasami aż szkoda patrzeć, jak marnują się ich talenty. Choć bywa też tak, że właśnie dzięki tym doświadczeniom w końcu odnajdują właściwą drogę. Tyle że często jest to bardziej loteria niż świadomie zaplanowane działanie.

Książka "Wracam do gry"

Książka „Wracam do gry. Jak odzyskać swoje miejsce na rynku pracy”, Wydawnictwo Harde

Jak definiowała pani sukces na etapie zarządzania wielkimi korporacjami, a jak definiuje go pani dziś, po 12 latach pracy jako headhunterka?

Miarą mojego sukcesu zawsze byli ludzie, z którymi pracowałam. Ogromną wagę przywiązywałam do tego, kogo mam obok siebie, z kim mogę wspólnie działać. Starałam się zatrudniać osoby lepsze ode mnie, bardziej doświadczone, mądrzejsze. Wiedziałam, że właśnie dzięki temu możemy dużo osiągnąć.

Dziś sukces oznacza dla mnie coś innego. Cieszy mnie to, że nadal mogę pracować, robić to, co lubię i co sprawia mi przyjemność, ale jednocześnie mieć więcej czasu na życie prywatne. Przez wiele lat kariery właściwie go nie miałam. Nie jeździłam na wakacje, nie zwiedzałam świata. Teraz udaje mi się pogodzić jedno z drugim. I co ważne, nie muszę podejmować pracy, która byłaby dla mnie trudnym do zaakceptowania kompromisem.

Co powiedziałaby pani kobiecie, która właśnie straciła pracę i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Od czego powinna zacząć?

Przede wszystkim od uświadomienia sobie, że nie ma żadnego wstydu ani obciachu w zaczynaniu od nowa. To nie jest żaden dyshonor, jeśli nagle postanawiamy zająć się czymś zupełnie innym. To po prostu kolejny etap.

Nie warto też za wszelką cenę zmuszać się do powrotu na stanowisko, które w naszym przekonaniu zapewni nam dawny splendor. Nie o to chodzi. Kiedy mamy już za sobą wiele lat doświadczeń, powinnyśmy umieć powiedzieć sobie: „Ja nic już nie muszę, ja tylko mogę”.

Panika, strach i gonitwa za tym, co było, potrafią przesłonić nam zupełnie nowe możliwości. A przecież to, co przed nami, może okazać się znacznie ciekawsze i dawać nam więcej satysfakcji. Nie oglądajmy się za siebie i nie porównujmy. Każdy etap życia ma swoje plusy i minusy, ale trzeba umieć go zamknąć i pójść dalej.

Powiązane tematy: