Anna Korytowska: Na czym polega program DiabDogs?
Małgorzata Sulik: To program szkoleniowy, który ma być wsparciem dla osób z cukrzycą insulinozależną. Absolutnie nie zastępuje leczenia, ale jest jego dodatkowym uzupełnieniem. Wyszkolony w programie pies nie tylko sygnalizuje, że potrzebna jest pomoc, ale może być również ogromnym wsparciem emocjonalnym dla swojego właściciela. Program jest skierowany zarówno do dorosłych, jak i do dzieci. Życie z cukrzycą wymaga nieustannej gotowości. To codzienne kontrolowanie siebie, jedzenia, urządzeń wspierających. To życie w ogromnej niepewności i właśnie z tego względu od lat szkolimy psy, które są wsparciem i które zwiększają bezpieczeństwo osób chorych.
Chory, przy wsparciu trenera, samodzielnie szkoli swojego psa. Jak wygląda ten proces?
To zależy od sytuacji, z jaką zgłasza się dana osoba. Czasami ktoś ma już psa i wtedy przede wszystkim oceniamy jego wiek, predyspozycje i możliwości. W każdym wieku można psa szkolić, ale trzeba pamiętać, że jego życie jest znacznie krótsze niż nasze. Jeżeli zaczynamy szkolenie z ośmioletnim psem, to nie będzie on mógł pomagać przez wiele lat. Dlatego zdecydowanie preferujemy młodsze psy. Mamy na przykład DiabDoga, który obecnie ma sześć lat i regularnie podróżuje samolotem. Szkolenie rozpoczął w wieku czterech lat. Pies był właściwie gotowy po trzech miesiącach, ale jego opiekunowie potrzebowali jeszcze trochę czasu, żeby nabrać pewności, że wszystko działa tak, jak powinno. Ostatecznie cały proces zajął około siedmiu miesięcy. Nasi podopieczni to małżeństwo, które ma już dorosłe dzieci. Ona choruje na cukrzycę typu LADA, czyli cukrzycę autoimmunologiczną, która może pojawić się również u osób dorosłych. Jej mąż sam wyszkolił psa w zakresie podstawowego posłuszeństwa i socjalizacji, więc tutaj mieliśmy znacznie mniej pracy. To jest zresztą bardzo ważna pierwsza część szkolenia. Pies asystujący musi umieć wejść właściwie wszędzie i zachowywać się neutralnie, dlatego jego przygotowanie społeczne musi być naprawdę dobre. Dopiero później zaczynamy przygotowanie do konkretnej pracy. W tym przypadku musieliśmy nauczyć go dwóch konkretnych ról: psa, który sygnalizuje problem oraz psa, który potrafi udzielić pomocy. Bo on nie tylko ma powiedzieć opiekunowi: „coś się dzieje”, ale również może być nauczony konkretnych zachowań pomocowych.
Jak taka pomoc wygląda w praktyce?
Wszystko zależy od tego, w jakim stanie znajduje się opiekun. Jeżeli jest przytomny, ale ma już tak głębokie niedocukrzenie, że zaczynają odmawiać posłuszeństwa kończyny i nie jest w stanie sam po coś sięgnąć, pies może na przykład przynieść mu butelkę soku albo pakiet dla diabetyka, w którym znajduje się dekstroza. Możemy również nauczyć psa uruchamiania specjalnego dzwonka, który może być połączony z systemem GSM. Wtedy wysyłany jest SMS do wskazanej osoby. Dzwonek może też dawać sygnał dźwiękowy, dzięki czemu pies może wezwać pomoc z innego pomieszczenia. To jest szczególnie ważne w sytuacji, kiedy osoba traci przytomność. Pies może być nauczony, żeby uruchomić dzwonek, pobiec do drzwi, szczekać czy w inny sposób zwrócić uwagę otoczenia. Psy są zresztą bardzo kreatywne. Bardzo dużo obserwują i same wyciągają wnioski. Dlatego często mówię, że ja nie uczę tylko psów. Ja przede wszystkim uczę opiekunów, żeby potrafili przyjąć informację, którą pies im przekazuje.
Jedna z moich podopiecznych poszła ze swoim psem w góry. Była przygotowana, miała wszystko, co potrzebne, bo osoby z cukrzycą wiedzą, jak przygotować się do aktywności fizycznej. Szła pod górę, a pies biegał sobie bez smyczy, omijał ją, węszył, był zajęty swoimi sprawami. Nagle usiadł przed nią, mimo że ona cały czas szła. Za pierwszym razem odsunęła psa i poszła dalej. Po chwili pies znowu wszedł jej w drogę. Normalnie pewnie nie sprawdziłaby wtedy sensora, bo czuła się dobrze. Tymczasem była już w stanie niedocukrzenia.
Czyli bardziej chodzi o naukę relacji i dialogu między opiekunem a psem niż o samo szkolenie psa?
Dokładnie. Oczywiście jest cała część związana z socjalizacją i podstawowym szkoleniem. Pies musi wiedzieć, jak zachować się w różnych sytuacjach, na przykład zatrzymać się przed przejściem dla pieszych. Ale wielu rzeczy później uczy się również poprzez obserwowanie człowieka. My przede wszystkim pokazujemy opiekunom, które elementy codziennego życia są szczególnie ważne w przypadku psa asystującego i na co należy zwracać uwagę. Młode psy są jeszcze bardzo chętne do zabawy. I my tej zabawy im nie zabraniamy. Przecież my również idziemy do pracy, a później chcemy odpocząć i mieć czas na relaks. Psy zasługują dokładnie na to samo.
Szkolenie dzieli się na etap socjalizacji i sygnalizacji. Na czym polega sygnalizacja?
Przede wszystkim uczymy ludzi odczytywania mikrosygnałów. Pies zaczyna je wzmacniać, kiedy widzi, że na nie reagujemy. Jeżeli pies pokazuje coś raz, drugi, trzeci, a człowiek za każdym razem go ignoruje, pies w końcu dochodzi do wniosku, że nie będzie tego pokazywał. To działa trochę tak jak w wychowaniu dziecka. Jeżeli dziecko wie, że powinno zdejmować buty przed wejściem do domu, ale nikt nigdy nie zwraca mu uwagi, kiedy wchodzi w butach, to po pewnym czasie przestaje uważać tę zasadę za istotną. Z psami jest podobnie. Dlatego uczymy opiekunów wrażliwości na mowę ciała psa i na to, co pies próbuje im przekazać. To wymaga cierpliwości i konsekwencji, ale przede wszystkim budowania zdrowej relacji.
I uważności?
Zdecydowanie. Jedna z moich podopiecznych poszła ze swoim psem w góry. Była przygotowana, miała wszystko, co potrzebne, bo osoby z cukrzycą wiedzą, jak przygotować się do aktywności fizycznej. Szła pod górę, a pies biegał sobie bez smyczy, omijał ją, węszył, był zajęty swoimi sprawami. Nagle usiadł przed nią, mimo że ona cały czas szła. Za pierwszym razem odsunęła psa i poszła dalej. Po chwili pies znowu wszedł jej w drogę. Normalnie pewnie nie sprawdziłaby wtedy sensora, bo czuła się dobrze. Tymczasem była już w stanie niedocukrzenia. Pies wyczuł to dużo wcześniej niż ona sama. Gdyby nie jego reakcja, prawdopodobnie nie doszłaby do schroniska. A była sama.
Czyli pies ratuje życie?
Tak, dokładnie.
Rolki
Czy każda rasa nadaje się do takiego szkolenia?
Nie, nie wszystkie rasy się do tego nadają. Przede wszystkim nie wybieramy psów o zachowaniach agresywnych, ponieważ pies asystujący musi być bardzo dobrze zsocjalizowany i neutralny wobec otoczenia. Musi być na tyle neutralny, żeby nawet osoba, która boi się psów, mogła czuć się przy nim bezpiecznie. Pies asystujący musi być przygotowany do funkcjonowania w różnych miejscach i sytuacjach. Najlepsze są psy, które mają predyspozycje do pracy nosem. U nas numerem jeden jest posokowiec bawarski. Ma bardzo silne predyspozycje genetyczne do pracy węchowej. Ale moja Daisy jest psem pasterskim i również świetnie pracuje.
Skąd wziął się pomysł na ten projekt?
Inicjatorką programu jest Jolanta Wittek-Pakuło. To Polka, która w latach 80. wyjechała do Niemiec. Medycynę skończyła w Katowicach, jest internistką ze specjalizacją z diabetologii. Miała swojego pierwszego psa, posokowca bawarskiego. Pewnego dnia odwiedziła ją koleżanka. Pies był bardzo grzeczny, spokojny, dobrze ułożony, ale nagle zaczął bardzo intensywnie wciskać nos w pierś gościni. Za pierwszym razem Jola pomyślała, że pies jest po prostu natarczywy i czegoś od niej chce. Kiedy koleżanka przyszła drugi raz, pies znowu zachowywał się w ten sam sposób. Stwierdziła, że skoro pies jest tak natarczywy, to pójdzie na mammografię. Zrobiła badania, ale początkowo nic nie wykazały. To było wiele lat temu, kiedy diagnostyka nie była jeszcze tak zaawansowana jak dzisiaj. Dopiero rezonans wskazał na złośliwy guz piersi. Dzięki temu, że została odpowiednio wcześnie zdiagnozowana, przeżyła jeszcze 20 lat. Jola zaczęła się wtedy zastanawiać, że skoro psy potrafią wyczuwać takie rzeczy, a ona jest diabetologiem, to może można wykorzystać ich możliwości również w przypadku cukrzycy. Miała już wtedy drugiego psa, Tarkę, i zaczęła ją szkolić. Jola stwierdziła, że potrzebuje fachowca od psów, i tak zaczęła się nasza wspólna droga.
Ale tak naprawdę to psy nauczyły nas bardzo wiele. Między innymi tego, że nie zawsze najważniejsza jest konkretna liczba na glukometrze czy sensorze, ale przede wszystkim stan pacjenta.
Jak to możliwe?
Nasza hipoteza jest taka, że pies wyczuwa nie tyle konkretny poziom glukozy, ile zagrożenie dla organizmu. Niedocukrzenie jest przecież przede wszystkim problemem na poziomie komórkowym. Być może sygnałem dla psa są procesy zachodzące w organizmie, kiedy komórkom zaczyna brakować energii. To może być związane z bardzo starym mechanizmem, który obserwujemy u dzikich zwierząt. Zwierzęta potrafią rozpoznać osobnika, który jest ciężko chory. Z jednej strony nie są w stanie go wyleczyć, z drugiej, potrafią go otoczyć, pilnować i chronić przed zagrożeniem.
Sądzimy, że psy mają właśnie taką zdolność wyczuwania zagrożenia życia. I dlatego nie pokazują nam konkretnej liczby, tylko stan, w jakim znajduje się organizm. To jest coś, czego człowiek często nie jest w stanie zauważyć ani wyczuć.
To ogromna mądrość zwierząt, której chyba wciąż nie dostrzegamy.
I ogromna wiedza, często intuicyjna. Jedna z moich podopiecznych zgłosiła się do nas ze swoim psem, Naili, która była mieszańcem posokowca bawarskiego i hanowerskiego. To był większy pies, bardzo ładny i nieagresywny, ale niezbyt dobrze wyszkolony społecznie. Zdarzało się, że coś Naili zainteresowało i po prostu szła w swoją stronę, zamiast od razu wrócić na komendę. Steffi, moja podopieczna, była wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem. To był okres COVID-u, dlatego pracowałyśmy zdalnie i Steffi przesyłała nam nagrania. Pewnego dnia napisała do mnie: „Dzięki wam nie zlekceważyłam Naili”. Na nagraniu miała poziom glukozy 175, a strzałka na sensorze była lekko skierowana w dół. To był zupełnie prawidłowy poziom, nic nie wskazywało jeszcze na hipoglikemię. Tymczasem Naili zaczęła szarpać Steffi za bluzkę i chwytać ją zębami. Po około 20 minutach Steffi miała już 148 i strzałkę pionowo w dół. Jeszcze nie było tragedii, ale trend był wyraźny. Kolejne kilkanaście minut później poziom spadł do 75-78. Później miała już około 60, czyli rzeczywiście weszła w hipoglikemię. Pies pokazał jej problem odpowiednio wcześnie. Gdyby wtedy, mimo wskazania 175, uzupełniła energię, prawdopodobnie nie doszłoby do hipoglikemii.
Mamy wiele obserwacji, które pokazują, że psy potrafią sygnalizować problem nawet około pół godziny wcześniej niż sensor. To daje czas, żeby w porę zareagować i w ogóle nie wejść w stan hipoglikemii, po którym pojawia się złe samopoczucie, ból głowy, osłabienie i człowiek nie jest w stanie normalnie funkcjonować czy pracować. I właśnie ta wartość jest nie do przecenienia.
Przede wszystkim uczymy ludzi odczytywania mikrosygnałów. Pies zaczyna je wzmacniać, kiedy widzi, że na nie reagujemy. Jeżeli pies pokazuje coś raz, drugi, trzeci, a człowiek za każdym razem go ignoruje, pies w końcu dochodzi do wniosku, że nie będzie tego pokazywał. To działa trochę tak jak w wychowaniu dziecka. Jeżeli dziecko wie, że powinno zdejmować buty przed wejściem do domu, ale nikt nigdy nie zwraca mu uwagi, kiedy wchodzi w butach, to po pewnym czasie przestaje uważać tę zasadę za istotną.
Kto i jak może zgłosić się na takie szkolenie?
Teoretycznie każdy może się zgłosić przez stronę DiabDogs. Dla nas bardzo ważne jest jednak to, że pies musi być rzeczywiście częścią życia tej osoby. Jeżeli ktoś nie chce mieć psa, po prostu nie nadaje się do tego programu. Trzeba też pamiętać, że opiekun sam szkoli swojego psa i musi potrafić podążać za wskazówkami trenera. Jeżeli człowiek aktywnie pracuje z psem, efekty pojawiają się szybciej. Jeżeli ktoś bierze szczeniaka, cały proces trwa dłużej, bo trzeba przejść przez okres wzrostu i tak zwanej głupawki szczenięcej. Tego etapu nie da się przeskoczyć. Mniej więcej po roku pies zaczyna być gotowy do bardziej konkretnej pracy. Obecnie staram się również o rozszerzenie uprawnień dotyczących szkolenia psów sygnalizujących inne problemy zdrowotne, nie tylko cukrzycę. Zgłaszają się do mnie osoby z zaburzeniami lękowymi, depresją lękową czy głębokim niedosłuchem. Mam nadzieję, że i to niedługo będzie możliwe.