Go to content

„Dziecko musi wytrwać”. O tym, czy chińskie matki są najbardziej wymagające na świecie, rozmawiamy z mieszkającą w Szanghaju Polką, Wiktorią Wyrwą

na zdjęciu: chińska dziewczynka trzyma papierowego smoka - Hello Zdrowie

fot. archiwum prywatne Wiktorii Wyrwy

W Szanghaju trzylatki chodzą już na zajęcia dodatkowe, starsze dzieci uczą się w kawiarniach podczas świąt, a rodziny potrafią przeprowadzić się do innej dzielnicy tylko po to, by zapewnić dziecku miejsce w lepszej szkole. Z jednej strony codzienne życie w Chinach bywa wygodne, bezpieczne i tańsze niż w Polsce. Z drugiej, dzieci od najmłodszych lat wchodzą w system, w którym sukces wymaga dyscypliny i odporności. O realiach życia w Chinach i edukacyjnej presji opowiada Wiktoria Wyrwa, Polka mieszkająca w Szanghaju.

Posłuchaj artykułu Udostępnij
Wysłuchasz w 32 min

Magdalena Tereszczuk-Brach: Kilka lat temu przeczytałam książkę „Bojowa pieśń tygrysicy” autorstwa Amy L. Chua o tym, w jaki sposób chińskie matki wychowują swoje dzieci. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z pojęciem „tygrysich matek”, które w tym modelu okazują troskę nie przez pobłażliwość, ale przez zmuszanie dziecka do wysiłku, który ma mu zapewnić lepszą przyszłość. Jestem ciekawa, czy rzeczywiście wymagające chińskie matki takie są, czy to raczej stereotyp, który nie ma pokrycia w rzeczywistości?

Wiktoria Wyrwa: Chińskie matki są wymagające, chociaż na początku tego nie widać. Wynika to z tego, że małymi dziećmi zajmują się głównie dziadkowie. To zupełnie normalne, że młodzi małżonkowie z dzieckiem mieszkają także ze swoimi rodzicami, z jednej lub z drugiej strony. Natomiast taki przełomowy moment, jeśli chodzi o edukację dzieci i początek presji, zaczyna się od około czwartego, piątego roku życia. Jest to oczywiście po części związane także z Gaokao, nie wiem, czy wiesz, co to jest, ale to taki odpowiednik chińskiej matury. Tylko że to nie działa tak jak w Polsce, że możesz sobie normalnie podejść kilka razy, poprawiać wynik, próbować dalej i nikt nie będzie tego komentować. Tutaj teoretycznie też możesz zdawać Gaokao jeszcze raz, ale wiąże się to z ogromną presją społeczną i stresem. Ten egzamin jest traktowany jak coś, co w ogromnym stopniu decyduje o przyszłości, o tym, na jaką uczelnię się dostaniesz, jaki poziom życia będziesz mieć i jakie możliwości otworzą się przed tobą później. Dlatego rzeczywiście presja edukacyjna zaczyna się bardzo wcześnie i są w nią zaangażowane całe rodziny, nie tylko matki. Ja dopiero zaczynam to zauważać, bo moja córka ma trzy lata. Przeprowadziliśmy się z mężem do Chin, gdy Zośka miała rok.

I jak wam się tutaj żyje?

Fantastycznie. Mamy nadzieję, że zostaniemy w Szanghaju na dłużej. Na razie mój mąż przedłużył kontrakt na kolejne dwa lata, a ja bardzo chciałabym za rok albo dwa znaleźć pracę, jeżeli mi się to uda. Mam wrażenie, że wokół Chin jest w Polsce pewna otoczka, że to państwo komunistyczne, że kontrola, że wszędzie inwigilacja. Jasne, to jest temat rzeka i można by o tym opowiadać bardzo długo. Zresztą polecam podcast „Mao Powiedziane”, bo oni bardzo ciekawie opowiadają o Chinach. Ale z perspektywy codziennego życia mogę powiedzieć, że żyje się tutaj bezpieczniej. Życie jest też tańsze, oczywiście to zależy, dla kogo. Z perspektywy ekspata, który przyjeżdża do pracy jako specjalista, to jest trochę inna sytuacja, bo zwykle dostaje się lepsze warunki finansowe. To jest zresztą logiczne, raczej nikt nie wyjeżdża na drugi koniec świata po to, żeby zarabiać mniej. Na ten moment planujemy zostać w Chinach przynajmniej do czasu, kiedy Zośka będzie miała siedem lat. Później przyjrzymy się kwestii edukacji, ponieważ do placówki państwowej raczej się nie dostanie, jej chiński nie jest na tyle dobry. Będziemy więc musieli zdecydować, czy zostajemy w Chinach i inwestujemy w szkołę międzynarodową, która jest bardzo droga, czy szukamy innego rozwiązania.

na zdjęciu: Wiktoria Wyrwa z córką w metrze - Hello Zdrowie

fot. archiwum prywatne Wiktorii Wyrwy

Wróćmy więc do tej presji edukacyjnej i wyścigu po sukces, w którym biorą udział chińskie rodziny. W jakich okolicznościach zauważyłaś, że to się rzeczywiście dzieje?

Jeśli chodzi o takie widoczne współzawodnictwo między rodzicami, to najmocniej zobaczyłam je, kiedy zaczęłam chodzić z córką na zajęcia przy szkole. Są tam takie spotkania dla rodziców z dziećmi, coś w rodzaju kick-off meetings, gdzie mamy spotykają się z dziećmi. I tam nastąpiło bardzo duże zderzenie z rzeczywistością, z tym, czym są Chiny i czym jest przynależenie do określonego grona społecznego. Tak jak mówiłam wcześniej, jest Gaokao, egzamin, który w ogromnym stopniu określa, na jakim poziomie będziesz prawdopodobnie funkcjonować przez resztę życia. I kiedy idziesz na spotkanie do prywatnej, międzynarodowej szkoły, takiej, która może być bezpłatna, ale warunkiem jest to, że dziecko musi mieć jednego rodzica z innego kraju, co samo w sobie jest dość specyficzne, to nagle widzisz, że trzyletnie dzieci chodzą już na skrzypce, balet, taekwondo i inne zajęcia. I wtedy człowiek zadaje sobie pytanie, dobrze, ale gdzie jest czas na plac zabaw? Na zwykłą zabawę? Na eksplorowanie świata, wycieczki, ciekawość życia? To był dla mnie pierwszy naprawdę mocny moment zderzenia z tutejszym podejściem i inwestowaniem wszystkich możliwych pieniędzy, czasu i energii w edukację dziecka.

Wszystkich pieniędzy?

Bardzo dużo osób jest w stanie sprzedać mieszkanie w danym dystrykcie w Szanghaju po to tylko, żeby przeprowadzić się do innego dystryktu, gdzie konkretna szkoła ma bardzo wysoki poziom nauczania. To jest też ważna kwestia, że nie możesz po prostu zapisać dziecka do szkoły w dowolnym dystrykcie. Rejonizacja ma ogromne znaczenie. Dlatego wiele rodzin sprzedaje mieszkania i przeprowadza się tylko po to, żeby dziecko mogło trafić do lepszej szkoły. Jest też druga rzecz, bardzo dużo osób składa się całymi rodzinami na prywatne szkoły dla dzieci. Chodzi o to, żeby dziecko mogło iść inną ścieżką edukacyjną i zdawać maturę międzynarodową, a nie Gaokao. Dzięki maturze międzynarodowej młodzi Chińczycy mogą wyjechać na studia zagraniczne.

A czy początki tej presji widać już w środowisku twojej córki?

Na tym etapie jeszcze tego nie widzę. Zośka na pewno nie przynosi tego ze szkoły. Może to też zależy od placówki, ale dydaktycy u Zosi są naprawdę bardzo fajni. Uważam, że są dobrze wyedukowani i wiedzą, czego oczekują od swojej grupy. Bardzo mocno stawiają na teamwork, na to, że dzieci są zespołem. Tego wyścigu jeszcze nie widzę. Ale zajęcia dodatkowe już są: rolki, klasyczny taniec chiński i nauka poprawnej mowy chińskiej, bo tam bardzo ważne są tony wypowiedzi. Czyli już od trzeciego roku życia pojawiają się zajęcia pozaszkolne. Normalnie odbieram Zośkę około 15:30, a niektóre chińskie dzieci kończą swój dzień w placówce dopiero około 17:00.

na zdjęciu: Zosia bawi się na placu zabaw z chińskimi dziećmi - Hello Zdrowie

fot. archiwum prywatne Wiktorii Wyrwy

Ciekawi mnie to ogromne zaangażowanie dziadków w wychowanie wnucząt, o czym powiedziałaś na samym początku. 

Tak jak powiedziałam jest to związane z tym, że wiele chińskich rodzin mieszka razem z rodzicami albo teściami. Przynajmniej w Szanghaju często wynika to z bardzo wysokich cen mieszkań. Dziadkowie oferują w zamian realną pomoc przy dziecku. W tym czasie rodzice mogą wrócić do pracy i funkcjonować zawodowo. Nasi sąsiedzi na przykład wracają codziennie około dziewiętnastej. On pracuje na uniwersytecie, a jego żona, nie wiem dokładnie, czym się zajmuje, ale na pewno nie są to osoby z niższego szczebla. Oboje mówią po angielsku, potrafią się swobodnie wysłowić, są otwarci i widać, że są dobrze wykształceni. Mam poczucie, że ich rodzice bardzo dużo poświęcili, żeby zapewnić im taką pozycję.

Rolki



Czy chińscy rodzice, kiedy w końcu przejmują stery i to oni zaczynają się głównie zajmować własnymi dziećmi, odchodzą od tego wszystkiego, co wcześniej wpoili dzieciom dziadkowie?

Z tego, co zauważyłam, raczej nie. Autorytetem w rodzinie jest najstarsza osoba, babcia albo dziadek. To oni gotują, zajmują się domem i opiekują się dzieckiem na co dzień. Rodzice są zazwyczaj odpowiedzialni za utrzymanie domu, zarabianie pieniędzy i zapewnienie dziecku edukacji. Mam wrażenie, że ich rola polega głównie na opłaceniu zajęć, ale dzieci i tak są odbierane i odwożone przez dziadków. To dziadkowie są często głównymi wychowawcami. Ambicje rodziców są raczej związane z oczekiwaniami społecznymi i poziomem życia rodziny. Jeżeli rodzina żyje na określonym poziomie, oczekuje się od dziecka, że spełni te wymagania i jak najlepiej zda egzaminy. Widać to też po młodzieży. Nastolatków w wieku licealnym praktycznie nie ma na ulicach. Oni cały czas się uczą.

Czy jeśli chodzi o domowe obowiązki i opiekę nad dziećmi, to jest jakiś podział, co robi mama, a co robi tata?

Często widzę taki obrazek: idzie tata, który zazwyczaj nic nie niesie, idzie mama, która pcha pusty wózek, i idzie babcia, która niesie dziecko, a do tego jeszcze zakupy, plecak, pampersy i nie wiadomo co jeszcze. Jest to dla mnie trudne do zrozumienia. Jako mama nigdy nie pozwoliłabym, aby wszystkie najważniejsze obowiązki związane z dzieckiem przejęła babcia.

Zastanawiam się, czy dzieci w Chinach potrafią zbudować głębszą relację z własnymi rodzicami, skoro wszystkim zajmują się dziadkowie.

Były tłumacz mojego męża na pierwszym miejscu stawia swoich dziadków. To jest trochę inna sytuacja, bo jego mama wyjechała na studia do Stanów Zjednoczonych, a tata pracował tutaj na miejscu. Z tego, co zrozumiałam z tej historii, to właśnie dziadkowie byli dla niego tym ciepłem, które dostał jako dziecko. Ale ogólnie te relacje z rodzicami nie są jakoś bardzo wylewne. Naprawdę nie widzę, żeby były oparte na rozmowie, zrozumieniu emocji czy takim emocjonalnym kontakcie, jaki znamy z Europy. Dzieci do 6.-7. roku życia śpią też tutaj z dziadkami w jednym łóżku i jest to uważane za coś zupełnie normalnego.

W pierwszym okresie twoja styczność z chińskim podejściem do dzieci była głównie przez dziadków. Co najbardziej cię wtedy zaskoczyło?

Ponieważ nie pracuję, bardzo często chodzę z córką na place zabaw na naszym osiedlu. Pierwszą rzeczą, która naprawdę mną wstrząsnęła, było to, że chińscy dziadkowie oceniali moje dziecko, a właściwie liczyli warstwy ubrań, które miało na sobie. Miałam wrażenie, że według nich ubieram córkę zbyt lekko. Ja mam po prostu inne podejście. Wolę założyć dziecku dwie dobre, wełniane warstwy niż czternaście warstw z przypadkowych materiałów, na przykład z poliestru. Dla nich było to niezrozumiałe i automatycznie spotykałam się z krytyką, głównie ze strony babć. Ubieranie dzieci w wiele warstw jest tutaj na porządku dziennym. Zimą dzieci w szkołach i przedszkolach często siedzą w klasach w kurtkach albo bezrękawnikach. Na początku było to dla mnie bardzo dziwne, ale później zaczęłam to rozumieć. Opiekunowie nie chcą, żeby dzieci się wychłodziły, zwłaszcza że ogrzewanie jest włączone na minimum. Różnica temperatury między salą a dworem nie jest więc aż tak duża.

Wiem, że Chińczycy bardzo boją się przeciągów, zgodnie z tradycyjną medycyną chińską, wiatr wychładza organizm i prowadzi do infekcji. 

Wydaje mi się, że ta wiara w przeciągi, w tradycyjną medycynę chińską, w różne sposoby dbania o ciało, to wszystko ma tutaj sens kulturowy. Natomiast mam też poczucie, że czasem brakuje takiej wiedzy praktycznej, na przykład o materiałach. Bo dla mnie jest oczywiste, że poliestrowe warstwy niewiele dają, a wełna merino dużo lepiej utrzymuje ciepło, odprowadza wilgoć i sprawdza się przy dziecku. A oni czasem patrzą raczej na liczbę warstw niż na to, z czego te ubrania są zrobione.

Ale tak, przeciągi są tu właściwie zakazane. Tego się bardzo unika. Latem klimatyzacja też bywa problematyczna, bo wiele osób się jej boi. Bardzo boją się też wilgoci. I wtedy na osiedlu czuć zapach moksy, czyli suszonej bylicy używanej w tradycyjnej medycynie chińskiej. To jest czasem zabawne, bo wyobraź sobie nowoczesne, nowe osiedle w Szanghaju, a nagle czujesz moksę i widzisz takie bardzo tradycyjne praktyki, jak ludzie okadzają się dymem. To, gdzie mieszkamy, to nie jest jakieś stare, tradycyjne miejsce, tylko współczesne osiedle. I przez chwilę człowiek się zastanawia: co tu się dzieje? Czy ja jestem w jakimś małym miasteczku? Dlaczego ludzie to robią? A potem zaczynasz rozumieć, że to naprawdę jest głęboko zakorzenione i dla nich ma sens. Wydaje mi się, że ta tradycja i kultura mają ogromny wpływ na codzienne życie.

na zdjęciu: chińskie dziecko ubrane warstwowo - Hello Zdrowie

fot. archiwum prywatne Wiktorii Wyrwy

Trzeba też pamiętać, że bardzo dużo osób mieszkających w Szanghaju przyjechało tu z mniejszych miast albo z prowincji. To nie jest tak, że wszyscy są „stąd”. Szanghaj to ogromne miasto, właściwie skala porównywalna z całym krajem, więc mieszają się tu bardzo różne doświadczenia i przekonania. I trochę jest tak, jak u nas z przekonaniami naszych babć: „załóż dziecku skarpetki”, „dziecko latem musi mieć czapeczkę”, „nie może chodzić boso”. Takie rzeczy przechodzą z pokolenia na pokolenie. W Chinach jest to dodatkowo wzmocnione przez fakt, wychowywania dzieci przez dziadków. Ale muszę przyznać, że nie tylko chińskie babcie mnie krytykowały.

To kto jeszcze?

Mieliśmy też przez pewien czas ayi. To słowo często tłumaczy się jako „ciocia”, ale w praktyce może oznaczać pomoc domową, opiekunkę, taką panią, która przychodzi wesprzeć rodzinę. Zdecydowaliśmy się na to, żeby mieć z mężem trochę więcej czasu dla siebie. Ale na każdym kroku byłam krytykowana za sposób wychowywania mojego dziecka. Naprawdę na każdym. Dosyć szybko zrezygnowałam z tej pomocy, bo stało się to dla mnie bardzo uciążliwe.

Mam wrażenie, że stresem dziecka raczej się tutaj nie przejmują. Widać to też w czasie świąt narodowych, takich jak chiński Nowy Rok czy majówka. Dzieci siedzą wtedy w kawiarniach i się uczą. Rodzice piją kawę, a dziecko ma przed sobą stertę książek, klasówek, kartek albo tablet z kursami online. Nawet u nas na siłowni zdarza się, że mama ćwiczy, a dziecko siedzi przy stoliku i uczy się angielskiego.

Przeglądając twój profil na Instagramie, znalazłam kilka bardzo ciekawych wątków związanych z wychowaniem dzieci w Chinach, o które muszę cię zapytać. Czy to prawda, że małe dzieci, nawet noworodki, jeżdżą samochodami bez fotelików?

Tak. Trzymane są na rękach przez babcie. Zdarza się również, że rodzice wożą takie dzieci skuterami i nie zakładają im kasków. Koleżanka mojej córki czasem nawet stoi w samochodzie i nie jest przypięta pasami. Dla mnie to jest naprawdę szokujące. Kiedy przyjechaliśmy do Szanghaju, uderzyła mnie ogromna sprzeczność. Z jednej strony to miasto wydaje się być 150 lat do przodu. Życie jest niesamowicie wygodne, bo po 20 minutach możesz mieć tygodniowe zakupy pod drzwiami, po godzinie nowy odkurzacz, a jak się przeprowadzasz, to w trzy godziny przyjeżdża firma, która wszystko pakuje i zabiera. A z drugiej strony dzieci nie jeżdżą w fotelikach, a noworodki wozi się na skuterach elektrycznych bez kasków. Dla mnie to jest bardzo trudne do zrozumienia.

Tak jak te poliestrowe ubrania.

Albo na przykład niejedzenie mango do drugiego roku życia, bo źle wpływa na nerki, ale już pozwalanie na jedzenie grzybów od dwunastego miesiąca życia. Chińczycy często też myślą, że różne ciasteczka i przekąski dla dzieci są zdrowe, a kiedy sprawdzi się skład, to okazuje się, że cukier jest na przykład na drugim miejscu. Dużo dzieci ma tutaj próchnicę. Nie wiem, czy to kwestia genetyki, czy tego, że babcie dają im dużo słodkich rzeczy. Z innych kwestii, to na przykład nasze dziecko jest wychowywane trochę „na dziko”. Jeśli chce chodzić bez butów, to chodzi bez butów. Jeśli chce usiąść w błocie i się w nim pobawić, to siada. Tutaj raczej słyszy się teksty: „nie dotykaj”, „nie bierz tego do buzi”, „to za zimne”, „to za ciepłe”. Chińczycy bardzo boją się też deszczu i raczej nie pozwalają dzieciom być na dworze, kiedy pada. Ja zawsze powtarzam mojej koleżance, że nie jestem z cukru. Jest ciepło, pora deszczowa, 30 stopni, nie będę cały czas siedziała w domu. A oni od razu uciekają.

To prawda, że dzieci w wieku szkolnym przeważnie nie mają telefonów?

To prawda. Dzieci mają zegarki z wpisanymi numerami najważniejszych osób. Można też przez nie zrobić wideorozmowę albo włączyć kamerkę, żeby rodzic zobaczył, gdzie dziecko jest. I właściwie tyle, nic poza tym. Do tego dochodzą specjalne tablety edukacyjne. To są specjalnie przystosowane urządzenia do nauki. Idziesz do sklepu z ofertą edukacyjną, kupujesz taki tablet z wgranymi programami i dziecko po prostu siedzi i się uczy.

Czy w Chinach jest presja bycia idealną matką? Mam wrażenie, że u nas trochę tak jest. Nie chcemy żadnej pomocy z zewnątrz, bo przecież wszystko ogarniemy same. Po porodzie chcemy szybko wrócić do pracy, a także do wyglądu sprzed ciąży.

To wszystko zależy od statusu społecznego. Na pewno istnieje presja związana z powrotem do formy po ciąży i porodzie, bardziej taka wizualna, sylwetkowa, dotycząca tego, jak kobieta będzie się prezentować. I tutaj jest coś, nie wiem, czy o tym słyszałaś, co nazywa się hotelem połogowym.

Nie.

W Chinach funkcjonują miejsca, do których kobiety trafiają po porodzie, żeby odpocząć, dojść do siebie i mieć zapewnioną opiekę nad sobą i dzieckiem. Moja przyjaciółka była tam przez cztery, pięć tygodni i kompletnie nie musiała niczego robić. Miała codziennie masaże, odpowiednią dietę, ciepłe kąpiele. Panie ayi wstawały do dziecka w nocy, żeby ona mogła się wyspać. Wszystko było związane z medycyną chińską, czyli zero przeciągów, ciepło, regeneracja, odpoczynek. Dzięki temu kobiety szybciej dochodzą do siebie i łatwiej wracają do figury sprzed ciąży. Bardzo pilnują też tego, co jedzą w ciąży, chodzi o odpowiednią ilość kalorii. Raczej nie jedzą dużo słodyczy, choć oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Na pewno kanon piękna w Chinach jest bardzo mocno określony. Kobieta powinna być szczupła, filigranowa i mieć bardzo jasną cerę. To jest odczuwalne.

Myślisz, że Chińczycy inaczej niż my podchodzą do takich kwestii jak rodzina i sukces?

Na pewno tak, ale to wszystko zależy od regionu i od rodziny, bo Chiny są ogromne, a także mocno zróżnicowane. Nie chcę generalizować, ale w dużych miastach główną wartością, przynajmniej z tego, co zauważyłam, jest pieniądz. Tutaj naprawdę da się odczuć, że pieniądz bardzo mocno organizuje życie. Do dziś funkcjonują małżeństwa, w których rodzina mężczyzny musi zapewnić mieszkanie. Moja bliska koleżanka jest właśnie w takim małżeństwie. Bez tego nie mogliby się pobrać. Mają mieszkanie na moim osiedlu, które w przeliczeniu na polskie warunki kosztowałoby około czterech milionów złotych. Rodzina męża musiała je zapewnić, z jej strony było umeblowanie, a jego rodzice kupili im samochód. To nadal działa, chociaż wiele Chinek mówi, że są już bardziej europejskie i że ten model się zmienił. Ale jednocześnie na placach w centrum miasta wciąż odbywają się targi matrymonialne, w piątki, soboty i niedziele. Rodzice albo dziadkowie wystawiają tam ogłoszenia swoich dzieci i wnuków gotowych do małżeństwa. To są normalnie zalaminowane ogłoszenia ze zdjęciem i opisem typu: kobieta, 32 lata, wykształcenie takie i takie, praca taka i taka, posiada mieszkanie, szuka partnera o konkretnych cechach. Podawane są nawet szczegóły typu wzrost, waga, wykształcenie czy status materialny.

To dziadkowie są często głównymi wychowawcami. Ambicje rodziców są raczej związane z oczekiwaniami społecznymi i poziomem życia rodziny. Jeżeli rodzina żyje na określonym poziomie, oczekuje się od dziecka, że spełni te wymagania i jak najlepiej zda egzaminy.

Mam poczucie, że wiele tych rzeczy o których rozmawiamy, jak chociażby kwestie związane z presją edukacyjną czy matrymonialną, wydają mi się dość mocno obciążające emocjonalnie. Zastanawiam się, czy w przestrzeni publicznej porusza się takie kwestie jak zdrowie psychiczne?

Nie znam języka chińskiego, więc trudno mi ocenić, jak ten temat funkcjonuje w przestrzeni publicznej. Jeżeli chodzi o moje koleżanki, to raczej nie poruszamy takich tematów. Moja bliska znajoma ma dziecko w tym samym wieku co moja Zośka i na przykład już wie, że kolejne etapy edukacji będą związane z prywatną szkołą singapurską obok nas, a liceum z wyjazdem do Singapuru. Mam więc wrażenie, że stresem dziecka raczej się tutaj nie przejmują. Widać to też w czasie świąt narodowych, takich jak chiński Nowy Rok czy majówka. Dzieci siedzą wtedy w kawiarniach i się uczą. Rodzice piją kawę, a dziecko ma przed sobą stertę książek, klasówek, kartek albo tablet z kursami online. Nawet u nas na siłowni zdarza się, że mama ćwiczy, a dziecko siedzi przy stoliku i uczy się angielskiego. Nie ma czegoś takiego jak stres. Dziecko po prostu musi wytrwać.

Czy często zdarzają się załamania wśród młodych ludzi?

Wydaje mi się, że nawet jeśli takie przypadki się zdarzają, to my się o nich nie dowiemy, bo media są dość mocno kontrolowane. Świadomość zdrowia psychicznego na pewno istnieje, ale moim zdaniem w minimalnym stopniu. To nie jest szeroki temat, zwłaszcza w kontekście edukacji dzieci, stresu szkolnego czy presji związanej z wynikami. Dużo zależy też od środowiska, w którym dziecko się wychowuje. Niektórzy rodzice są w stanie zapewnić dzieciom zajęcia pozalekcyjne, które kosztują naprawdę ogromne pieniądze. Dla przykładu, kiedy sprawdzałam zajęcia z pływania dla trzylatki, raz w tygodniu, wycena wynosiła około 20 tysięcy złotych rocznie. To jest ogromny koszt. Średnie zarobki w Chinach wynoszą około 10 tysięcy juanów miesięcznie, więc łatwo sobie wyobrazić, jak dużego wysiłku wymaga od rodziców zapewnienie dziecku korepetycji, angielskiego, matematyki czy innych zajęć dodatkowych, a co za tym idzie, jak duże wymagania mają później rodzice wobec dzieci. Tutaj jest mnóstwo takich akademii, oferujących zajęcia dodatkowe. Rodzice i dziadkowie potrafią czekać do 22:00, aż dzieci je skończą.

Z jednej strony to, że rodzice pokazują dzieciom różne ścieżki, którymi mogą podążyć nie są złe, ale z drugiej wyobrażam sobie, że dziecko z podstawówki, kończące swój dzień o 22:00 może być skrajnie zmęczone.

To prawda. Co więcej tu nie jest tak, że rodzice zwracają uwagę na to, czy dziecko będzie w czymś dobre, czy będzie mu coś sprawiało przyjemność albo czy ma do czegoś tak zwaną zajawkę. Jeśli rodzic uzna, że dziecko będzie chodziło np. na lekcje pianina to będzie chodziło na lekcje pianina. To działa raczej na zasadzie: musisz. Jeśli nie jesteś dobry, to będziesz ćwiczyć dwie godziny dłużej, aż w końcu będziesz dobry. To bardzo mocno widać też w pracy mojego męża. On jest fizjoterapeutą i pracuje w Instytucie Sportu i Nauki z kadrą olimpijską i mówi, że ten wycisk i reżim są naprawdę ogromne. W bazie mieszkają nawet 5-letnie dziewczynki trenujące gimnastykę.

Powiesz coś więcej o tym?

Ogólnie rzecz biorąc w Chinach istnieją sporty uznawane za szczególnie ważne z perspektywy igrzysk olimpijskich, które wymagają bardzo wysokich umiejętności oraz wczesnej specjalizacji. Najbardziej ekstremalnym przykładem jest gimnastyka sportowa, gdzie, według chińskiego systemu szkolenia, szczyt formy przypada zazwyczaj między 16. a 18. rokiem życia. Z tego powodu dzieci rozpoczynają treningi już w bardzo młodym wieku. Młodzi zawodnicy są często wyszukiwani w biedniejszych regionach kraju, a ich rodzinom proponuje się włączenie dziecka do państwowego systemu szkolenia sportowego. W gimnastyce sportowej dzieci rozpoczynają naukę w bazach sportowych już w wieku 6–8 lat. Mieszkają tam przez cały rok i mają zapewnione zakwaterowanie, szkołę, treningi oraz opiekę.

W praktyce trenerzy często przejmują rolę rodziców. Jeśli dziecko mieszka stosunkowo blisko, rodzice mogą je od czasu do czasu odwiedzać lub zabierać na weekend do domu. Często jednak jedynym okresem spędzonym z rodziną jest kilka dni podczas Chińskiego Nowego Roku. Dla wielu rodzin sport stanowi szansę na poprawę sytuacji życiowej. Większość dzieci trafiających do tego systemu pochodzi z mniej zamożnych środowisk. W dużych miastach, takich jak Szanghaj, coraz trudniej jest jednak rekrutować młodych sportowców. Rodzice dysponują większymi środkami finansowymi i częściej wybierają dla swoich dzieci ścieżkę edukacyjną zamiast sportowej.

Kariera sportowa może również ułatwić dostanie się na studia. Zawodnicy posiadający profesjonalne kontrakty z zespołami korzystają z odrębnego systemu rekrutacji i innych zasad egzaminu Gaokao. Mogą jednak studiować głównie na uczelniach sportowych lub na kierunkach związanych ze sportem. Zdarza się również, że niektórzy „sportowcy” pozostają formalnie w zespołach dzięki wpływowym rodzicom zajmującym wysokie stanowiska, mimo że ich wyniki sportowe nie uzasadniają dalszego miejsca w systemie.

Mimo tych wszystkich różnic kulturowych, o których rozmawiamy, mówisz, że w Chinach mieszka ci się jednak lepiej niż w Polsce. Co tak naprawdę na to wpływa?

Chodzi w dużej mierze o podstawową wygodę życia i dostępność codziennych rzeczy. Możesz pójść do lokalnej restauracji i zjeść naprawdę dobre pierożki za kilka złotych za porcję. Jedzenie na mieście jest dostępne dla bardzo wielu osób. Mam wrażenie, że niezależnie od poziomu życia większość ludzi może pójść do restauracji i coś zjeść. Podobnie jest z zakupami spożywczymi. Można kupić warzywa, tofu, mięso, zrobić podstawowe zakupy i naprawdę wiele osób może sobie na to wszystko pozwolić. W porównaniu z Polską jest to tanie. Każdy, kto do nas przyjeżdża, robi wielkie oczy i mówi: „Jak to możliwe, że można tak mało zapłacić w restauracji? Jak można tak mało wydać na tygodniowe zakupy spożywcze?”. Wynajem mieszkania bywa natomiast droższy, chociaż ceny zależne są od dzielnicy, w której się mieszka. W ścisłym centrum ceny są znacznie wyższe niż na przykład w Warszawie, ale w dzielnicach oddalonych 20 minut metrem od centrum, ceny są porównywalne do polskich. Za to komunikacja miejska jest świetnie rozwinięta, a taksówki są bardzo tanie. Ogromną różnicą jest też dostęp do lekarzy. Ostatnio byłam u endokrynologa i zapłaciłam 25 juanów, czyli mniej więcej 13 zł za wizytę. Do ginekologa mogę pójść tego samego dnia. Nawet nie muszę się wcześniej umawiać. Idę do szpitala uniwersyteckiego, mówię, że chciałabym wizytę, robię badania i po 20–30 minutach jestem przyjęta. Cytologia kosztuje mnie około 5 zł. Zrobiłam też sobie pełen pakiet badań na trzydziestkę. Miałam USG wszystkich organów, badania krwi, cukier, naprawdę wszystko. Przebadali mnie bardzo dokładnie, wszystko, co mogli sprawdzić, to sprawdzili. Za cały taki pakiet zapłaciłam około 250 zł. Tyle samo zapłaciłam za pełen pakiet badań alergologicznych mojej córki.

na zdjęciu: Wiktoria Wyrwa z córką - Hello Zdrowie

fot. archiwum prywatne Wiktorii Wyrwy

I każdy może skorzystać z takiej opieki medycznej?

Tak, oczywiście. Mam wrażenie, że Chińczycy uwielbiają chodzić do lekarzy nawet ze zwykłym przeziębieniem. Tak samo z dziećmi, przy każdej gorączce raczej nie przeczekują tego w domu, tylko od razu idą do lekarza. Prywatne placówki są natomiast drogie. Na początku chodziłam z córką do prywatnej kliniki, ale ceny były naprawdę wysokie. Stwierdziliśmy więc, że jeśli w szpitalu uniwersyteckim czekamy mniej więcej tyle samo, to nie ma sensu za to płacić. Kiedy córka przypadkowo zwichnęła biodro, bo wyskoczyła z wózka, poszliśmy prywatnie do ortopedy. Wizyta trwała około 15 minut, bez żadnych szczególnych badań, i kosztowała nas chyba około 800 zł. Różnica polegała głównie na tym, że lekarz mówił po angielsku. W szpitalu uniwersyteckim większość specjalistów nie mówi po angielsku, więc trzeba posługiwać się tłumaczem w telefonie, ale nie jest to jakiś wielki problem.

Ceny wizyt lekarskich i dostępność lekarzy rzeczywiście robią wrażenie.

I to wszystko robi ogromną różnicę w codziennym funkcjonowaniu. Z drugiej jednak strony Chiny są takim miejscem, w którym albo zaakceptujesz to, gdzie mieszkasz, dostosujesz się i trochę w to wsiąkniesz, albo nie przetrwasz. Bo Chiny nie są dla każdego. Różnice kulturowe są tutaj bardzo widoczne, dosłownie na ulicy, począwszy od plucia i chrząkania, po chodzenie z odsłoniętym brzuchem w upalne dni, szczególnie u starszych mężczyzn. I z tym trzeba się oswoić.

Powiązane tematy: