Przejdź do treści

„Nikt bliski nie odprowadził mnie na blok operacyjny. Nikt mnie nie przytulał” – mówi Anna Ukielska, która przeszła operację onkologiczną w czasie koronawirusa

Anna Ukielska. Zdj: archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Victoria Beckham o współczesnych kanonach piękna: „Nie chodzi o bycie w określonym rozmiarze. Chodzi o to, by wiedzieć, kim się jest i być szczęśliwym w swojej skórze”
Wstrząsająca relacja polskiego lekarza z Ukrainy: „Weszli na OIOM, związali lekarza, który tam był, kazali mu klęczeć, a w usta włożyli mu granat”
Transpłciowy mężczyzna w ciąży w reklamie Calvina Kleina. Marka usuwa nienawistne komentarze
„W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej mojej córce dano w twarz” – pisze Piotr Jacoń, dziennikarz i ojciec transpłciowej Wiktorii
74-letnia Maye Musk na okładce w stroju kąpielowym. „Mam nadzieję, że kobiety lepiej poczują się we własnej skórze”

– W epidemii i mojej chorobie, które zbiegły się w czasie, widzę analogię. Jedna i druga miały pozbawić mnie planów, pewności i wystawić na próbę. Jedna i druga atakują podobnie – biologicznie i psychicznie. Ale ja jestem silna  – mówi Anna Ukielska, która 2 kwietnia przeszła operację onkologiczną. W wywiadzie dla Hello Zdrowie opowiada jak składa na nowo swój świat.

Jolanta Pawnik: „Co za ironia! W Prima Aprilis szykowałam walizkę do szpitala. I tak strasznie chciałam, żeby to był jeden z tych pierwszokwietniowych żartów” – napisałaś na swoim blogu. Następnego dnia była operacja onkologiczna.  Bałaś się?

Anna Ukielska: Najgorsza była samotność. Można mieć cudownych przyjaciół dookoła, wsparcie rodziny, jednak myśli rodzą się same w twojej głowie. A zwłaszcza wtedy, gdy jest się z nimi sam na sam. Bliscy mogą pocieszać, mogą współczuć, doradzać, ale w obliczu najważniejszych w życiu decyzji człowiek zawsze jest samotny. I nie podzieli się tą samotnością z nikim. Musi ją przeżyć indywidualnie. Musi spróbować dać sobie z tym radę.

Samotności towarzyszy zniecierpliwienie. Jestem osobą, która chce wiedzieć i rozumieć. W sprawach racjonalnych posługuję się “szkiełkiem i okiem”, a nie ”czuciem i wiarą”. Ale oznacza to, że muszę wiedzieć “na  już”. Niestety z diagnozą tak nie jest. Na wszystko trzeba czekać. Trzeba sobie cały czas tłumaczyć, by uzbroić się w cierpliwość, że jeszcze kilka dni, a będzie wiadomo coś więcej.

Jak było z diagnozą? Zaskoczenie?

Zmianę w piersi wyczułam sama. Powiedziałam o niej ginekologowi. “USG i obserwować”. I tak przez rok: obserwowałam, badałam. Jednak było w tym coś niepokojącego. Ból. To mylące, bo przecież rak sam w sobie nie boli. Stąd decyzja o kolejnym USG poza tym regularnym. Robiłam je 27 grudnia. W domu panował jeszcze świąteczny nastrój, goście jeszcze się nie rozjechali. Zjedliśmy wspólnie śniadanie przy wciąż świątecznie nakrytym stole i poleciałam na badanie. Sama. I sama tam, podczas diagnostyki po raz pierwszy usłyszałam, że jest coś nie tak w mojej piersi i że w trybie cito muszę wykonać mammografię. Przerwę świąteczną zdominowało więc kolejne badanie o niejednoznacznym wyniku i zaleceniu biopsji.

Kiedy w Sylwestra składaliśmy sobie życzenia noworoczne, słysząc oklepane “zdrowia, szczęścia, pomyślności” pierwszy raz pomyślałam sobie w duchu, że pragnę naprawdę i z całego serca tylko zdrowia. To wtedy po raz pierwszy życzenie to przestało być dla mnie banałem. Nowy Rok rozpoczynałam z obawami. I choć dookoła słyszałam zapewnienia, że będzie dobrze, w samotności bałam się, co będzie, jeśli nie. I niecierpliwiłam, że aby wiedzieć, trzeba czekać.

Anna Ukielska. Zdj: archiwum prywatne

Na tym etapie przeszłam z leczeniem na NFZ. Mając abonament w prywatnej służbie zdrowia dotychczas poruszałam się całkiem sprawnie, ale wobec wizji biopsji za 800 zł, odświeżyłam kontakt z lekarzem pierwszego kontaktu, który od razu założył mi kartę DILO. Zapisałam się do poleconego przez przyjaciółkę onkologa i już na samym początku lutego miałam badanie. Karta szybkiej diagnostyki onkologicznej przestraszyła mnie. Nic o niej nie wiedziałam. Brzmiała groźnie, determinująco, choć zakłada się ją osobom przed diagnozą, by po prostu nadać priorytet procedurom.

Potem była biopsja gruboigłowa. Pobrany materiał do badań histopatologicznych i znów samotność. I znów trzeba cierpliwości, bo wyniki za 3 tygodnie przekazuje i omawia lekarz podczas kolejnej wizyty. I nadchodzi ten termin, gdy trzeba stanąć twarzą w twarz z nagą prawdą.

Jeżeli czujesz się kobietą, to rak tego nie zmieni

Jak ją przyjęłaś?  

Jechałam do lekarza z dłońmi mocno zaciśniętymi na kierownicy. Ze ściśniętym żołądkiem i bijącym sercem. Na korytarzu same kobiety. W moim wieku, niektóre młodsze. Cisza, skupienie i życzliwość, jakby za bycie życzliwym nagrodą miała być dobra diagnoza. Ale to tak nie działa… Zastanawiałam się, co one wszystkie tam robią, przecież rak piersi głównie dotyczy kobiet po 50-tce. I moja kolej. To wtedy usłyszałam te słowa “Pani Aniu, to jest rak”. Sam na sam z lekarzem.

Przyjęłam, przełknęłam. W głowie szumiało, serce wściekle waliło. Musiałam odnaleźć w sobie na tyle siły, by zadać lekarzowi to najważniejsze pytanie: “i co dalej?”. Musiałam skoncentrować się, by dotarło do mnie wszystko to, co potem miał powiedzieć, o konieczności odczekania jeszcze tydzień na wynik przeciwciał, o opcjach operacji, o możliwościach leczenia przed i po zabiegu. Wszystko to uwarunkowane dalszą diagnostyką, więc nawet w obliczu informacji o nowotworze złośliwym nie masz komfortu, że ok, jest rak, ale przynajmniej wiesz, na czym stoisz. Bo wciąż stoisz na cienkim lodzie.  Znów pobożne życzenie cierpliwości, znów oczekiwanie na nowe przesłanki, które coś tam rozjaśnią. Zmiennych jest sporo. Każda literka, każda cyferka w biopsji daje mnogość kombinacji określającą twoją konkretnie drogę leczenia.

Po diagnozie telefony do wszystkich tych, którzy jak na szpilkach czekali na informacje ode mnie. Lekarze, by przekazywać złe wieści pacjentom bądź ich rodzinom, uczeni są tego przez psychologów. To wcale nie jest proste. Ale jestem bezpośrednia. Nazywam rzeczy po imieniu, więc mówiłam jak lekarz: “to rak”. Potem z drugiej strony nastawała cisza… Nie umiemy mówić o ciężkich chorobach, bo każda jedna pozornie oznacza słabość. Dziś wiem, że powiedzenie otwarcie, że ma się raka, jest aktem dużej odwagi. Do tego przyznanie się, że sobie z tym nie daję rady, jest przejawem siły.

Anna Ukielska
To było jak testament. A jednocześnie był to czas, kiedy na tydzień zapomniałam o wszystkim. Dni od samego rana podporządkowane były nartom. Potem knajpa, kolacja i szybki sen ze zmęczenia. Dobrze mi to zrobiło na głowę

I wtedy pojawił się strach. Najgorszy. Paraliżujący. Odbierający całą moc. Jak to ogarnąć? Fizycznie i psychicznie, kiedy czujesz, że właśnie się sypiesz. Strach o życie, o przyszłość. I o to, jak sobie bez ciebie poradzą twoje dzieci. Strach, czy najzwyczajniej w świecie dam radę z przebiegiem choroby, z chemią. Źródłem pierwotnego lęku jest brak wiedzy i pewności, jak i czy da się uporać z zagrożeniem, jak długo będzie trwało, jakie pociągnie za sobą ofiary. To jak z ze strachem przed koronawirusem.

Oswajanie z diagnozą i czekanie na operację zbiegło się u Ciebie z czasem największych rygorów wynikających z rozwoju pandemii COVID-19. Jak to wszystko przebiegało w tych niecodziennych czasach?

Z uwagą śledziłam doniesienia z Chin, Włoch, Niemiec. Wirus w Polsce był kwestią czasu. Wraz z coraz gorszymi doniesieniami ze świata, rosła moja niepewność. I choć ta moja osobista, związana z rakiem, miała poziom Mount Everest,  wielkimi krokami zbliżała się kolejna. Bardzo mocno na moją oddziałująca. Przede mną stało mnóstwo niewiadomych. Jedną z nich był rodzaj operacji, na jaki powinnam się zdecydować. Chirurg onkolog zaproponował mi dwie, w moim przypadku równorzędne. Jedna z nich to operacja oszczędzająca pierś, druga polegająca na całkowitym jej usunięciu i rekonstrukcji. Każda z nich miała swoje plusy i minusy. Nic tu nie było czarne i białe, co mogłoby pomóc w wyborze.

W epidemii i mojej chorobie, które zbiegły się w czasie, widzę analogię. Jedna i druga miały pozbawić mnie planów, pewności i wystawić na próbę. Jedna i druga atakują podobnie – biologicznie i psychicznie. A ja byłam w proszku. Na pewno nie w formie na stawianie czoła i heroiczne postawy na miarę Nike.

Podobno tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Z perspektywy czasu okres tuż przed kwarantanną z widmem epidemii w Polsce u progu nazwałabym  okresem próby dla siebie. Zostałam poddana testowi, na którego zgodę nikt mnie nie pytał. A ja miałam zmierzyć się z sytuacją zupełnie obcą, nieznaną, z którą pierwszy raz miałam do czynienia. Jeszcze można było się swobodnie poruszać, jeszcze dzieci chodziły do przedszkola, gdy ja już stawiałam sobie pytania o moją nową rzeczywistość i poddawałam w wątpliwość powrót do normalności “sprzed”.

10 rzeczy, za które pokochają cię twoje piersi

Twoją normalnością na ten czas stała stało się czekanie na operację.

Na początku marca była kolejna wizyta u chirurga. Dobre wieści w sprawie przeciwciał z biopsji. Chociaż tyle dobrego. Omówienie badań potrzebnych do zabiegu, wyznaczanie terminu operacji. Ciągła walka z czasem, od którego – tak jak i w przypadku pandemii – zależy tak wiele. W naszym systemie onkologicznym jest dużo zmiennych, na podstawie których lekarz ustawia kolejkę do zabiegu. Nie ma tu wcale równych, a o kolejności, niestety, decyduje system, który każe lekarzowi wybierać w pacjentach starszych, młodszych, lepiej, gorzej rokujących. To także przypomina późniejsze kwalifikacje chorych na koronawirusa np. we Włoszech pod kątem rokowania i prawdopodobieństwa wyzdrowienia lub zgonu. Przykre to.

Ostatecznie termin operacji został wyznaczony za miesiąc. I co dalej? Strach. Znów to uczucie. Choroba nowotworowa to jedno, ale ja się jeszcze panicznie boję operacji. Miałam ich kilka w swoim życiu, przechodziłam je lepiej i gorzej. Mam, niestety, w sobie tę ogromną świadomość, że nawet kosmetyczny zabieg może nieść za sobą powikłania i w następstwie śmierć.

W marcu planem nr 1 były narty. Mieliśmy jechać do Włoch lub Austrii, jakoś pod koniec miesiąca. Ale plany trzeba było zweryfikować. We Włoszech krzywa zachorowań nabierała rozpędu. Gdyby nie moja operacja, pewno byśmy pojechali. W nieszczęściu szczęście.

Anna Ukielska. Zdj: archiwum prywatne

Ale nart nie odpuściłam. Postanowiliśmy o wyjechaniu do Krynicy, gdy w Polsce odnotowywano pierwszy przypadek koronawirusa. Wyjazd miał dla mnie duże znaczenie. Kocham narty. To jedna z tych rzeczy, w których wymiatam. I mam takie ciche marzenie – tak wyszkolić moje Gwiazdy, by mogły ze mną ze wszystkich gór zjeżdżać. Gdy z tyłu głowy echem przypominały o sobie diagnoza i operacja z moimi wszystkimi demonami towarzyszącymi, wyjazdu nie mogłam odpuścić. A nuż to będzie nasz ostatni wspólny wyjazd? Niech go dziewczyny dobrze zapamiętają. Niech się nauczą, ile się da. Spędzę z nimi super czas, jeszcze bardziej zarażę tą wspaniałą pasją, by kojarzyła im się zawsze ze mną.

To było jak testament. A jednocześnie był to czas, kiedy na tydzień zapomniałam o wszystkim. Dni od samego rana podporządkowane były nartom. Potem knajpa, kolacja i szybki sen ze zmęczenia. Dobrze mi to zrobiło na głowę.

Ale taka bajka nie mogła trwać wiecznie. Trzeba było wrócić i stawić czoła przygotowaniom do operacji, której los stał pod znakiem zapytania ze względu na stan pandemii i w rezultacie rezygnacje szpitali z planowanych zabiegów. Gdy szłam do lekarza na tydzień przed zabiegiem, bałam się usłyszeć, że operacja się nie odbędzie z powodu koronawirusa. Ostatnimi czasy wydarzyło się tyle rzeczy, na które nie miałam wpływu. Bałam się, że odwołanie operacji będzie kolejną z nich. Nie chciałam, by o moim losie decydowała konieczność wyboru mniejszego zła (czyli tu bezpieczeństwa w obliczu epidemii). Na szczęście w szpitalu onkologicznym na św. Wincentego wszystkie zabiegi odbywały się o czasie.

Mój czas stał. I ja stałam pośrodku dosłownie niczego. Bałam się o życie, które kocham tak bardzo. O przyszłość moją, moich dzieci, moich najbliższych, bo to choroba, która na nich wpłynie. Bałam się rozmowy z córkami o raku, tego, że nie na wszystkie pytania będę znała odpowiedź, że na pewno padnie pytanie o śmierć.

W szpitalu, bardziej niż gdzie indziej w czasie izolacji, każdy pozostaje ze swoim problemem całkiem sam. Jak znosi się taką rozłąkę? Jak wyglądała współpraca z personelem medycznym skrytym za maskami, skafandrami?

Na drzwiach szpitala była przyklejona kartka, a na niej na czerwono napisane, że pacjenci szpitala oraz przychodni wchodzą do placówki sami, bez osób towarzyszących. To nie są puste słowa jak na porodówkach – napisane pro forma, a i tak całe rodziny są wpuszczane na odwiedziny noworodka. Tu chodzi o bezpieczeństwo i zdrowie. Jednak cena jest wielka. Nazywa się samotność.

O 7.00 rano sama z walizką przekroczyłam próg szpitala. Pomiar temperatury, dezynfekcja rąk, przyjęcie. Nikt nie szeptał mi z boku, że wszystko będzie dobrze, nikt nie przytulał, nie trzymał za rękę, nie klepał po ramieniu. Nikt bliski nie odprowadził mnie do śluzy bloku operacyjnego. Nie było ostatniego pocałunku ani pomachania przez szybę w drzwiach. To było przykre.

Paradoksalnie wszyscy sami, a jednak złączeni tą samą samotnością. Ze względu na wirus i braki personelu, bo część na zwolnieniach lekarskich, urlopach czy  kwarantannach, było duże obłożenie chorych. Sale wszystkie zajęte. Nowe osoby oddawały do depozytu swoje rzeczy łącznie z telefonem i torebką, przebierały się w szpitalne ubrania i czekały w poczekalni, z której po kolei jechały windą na sale operacyjne. Ja miałam być trzecia. Czas dłużył się strasznie. W poczekalni było siedem osób. Wszystkie czekały na operacje. Wszystkie były przerażone swoimi nowotworami, czekającym je za chwilę zabiegiem, przyszłością, pandemią, bez możliwości usłyszenia przez telefon tego zwykłego “wszystko będzie ok”.

Wśród personelu, zwłaszcza pielęgniarek, na których zawsze spoczywa najwięcej roboty, wyraźnie było czuć zdenerwowanie. Między sobą narzekały na niewystarczającą ilość personelu. Wobec pacjentów pozostawały miłe, cierpliwe i opiekuńcze. Z każdym przejawem niepokoju pacjentów radziły sobie ze spokojem i opanowaniem. Robiły, co w ich mocy i to staranie było czuć. To było miłe. Dawały poczucie, że w tych trudnych czasach, jest się w dobrych rękach. Mój lekarz bardzo mnie zaskoczył swoją postawą. Na wizytach dał się poznać jako osoba bardzo kompetentna i merytoryczna, która na wszystkie pytania rzeczowo i wyczerpująco cierpliwie odpowiada. Po moim zabiegu zaglądał do mnie cały czas. Dopytywał, czy wszystko w porządku, o ból i samopoczucie. Pielęgniarki w maskach, kombinezonach, przyłbicach poznawałam po posturze i głosie. Wszystkie miłe i bardzo troskliwe. Wspominając opiekę w szpitalu, nie mogę złego słowa powiedzieć na dwojący i trojący się personel od salowej po ordynatora. Przy zachowaniu najwyższych standardów sanitarnych nie odpuszczali swoich obowiązków.

O 7.00 rano sama z walizką przekroczyłam próg szpitala. Pomiar temperatury, dezynfekcja rąk, przyjęcie. Nikt nie szeptał mi z boku, że wszystko będzie dobrze, nikt nie przytulał, nie trzymał za rękę, nie klepał po ramieniu. Nikt bliski nie odprowadził mnie do śluzy bloku operacyjnego. Nie było ostatniego pocałunku ani pomachania przez szybę w drzwiach. To było przykre

O psychologa nie prosiłam. Wtedy w szpitalu nawet o tym nie pomyślałam. Mój pobyt trwał krótko i skupił się na tych najbardziej koniecznych procedurach. Mając w czwartek operację, w sobotę przed południem byłam już w domu. Lekarze nie mając pewności, co przyniesie kolejny dzień w objętym kwarantanną państwie, wypisywali pacjentów tak szybko, jak tylko to było możliwe. Woleli, by resztę rekonwalescencji odbywali w swoich domach, w swoich mikroklimatach, nie narażali się na ewentualne zakażenie wirusem w szpitalu.

Zabieg jest początkiem twojej drogi do zdrowienia. Co dalej?

Mój wynik biopsji zdecydował, że nie musiałam mieć chemii przed operacją. Pierwszym działaniem w kierunku powrotu do zdrowia był zabieg, choć to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. W czasie operacji wszystko to, co usunięte jest poddawane dokładnej histopatologii. Znów czas, znów niepewność na dwa tygodnie.  Dopiero wynik badania określa dokładnie, jakie leczenie może być zastosowane.

U mnie znów powtórka z rozrywki – czarne i białe nie istnieje. Nowotwór okazał się bardziej złośliwy niż w biopsji, lecz nie muszę mieć chemioterapii, a hormonoterapię z badaniami kontrolnymi za 4 miesiące. To leczenie długoterminowe, na 5, może 10 lat z wieloma niewiadomymi, bo kto wie, czy rak w międzyczasie nie da przerzutów i czy nie trzeba będzie jednak chemii. Tego nikt mi nie zagwarantuje.

Skąd  masz na to wszystko siłę? Dajesz tyle otuchy swojej rodzinie, czytelnikom bloga.

Trzeba żyć. I to dobrze, bo choroba – jeśli to możliwe – nie powinna pozbawiać życia smaku. Jestem młoda, mam swoje zadania do wykonania na tym świecie. Mam swoje potrzeby, marzenia. Mam jeszcze tyle do przekazania, opowiedzenia, mam i miłość, i nadzieję, którymi chcę się dzielić. Mam pełną świadomość, że jestem chora, że różnie może być. Jestem też pewna tego, że kiedyś umrę. To banał, który wypieramy, bo boimy się śmierci i dopiero teraz w obliczu pandemii uświadomiliśmy sobie tę nieuchronną oczywistość.

Ale mam też siłę. Ona się bierze z nadziei. Nie uważam się za jedno z jej głupich dzieci. Nadzieja jest moją koncepcją życia, która pozwala mi trzymać czoło w górze. Uważam, że wszyscy mamy możliwość patrzenia na sprawy optymistycznie lub pesymistycznie i sami jesteśmy w stanie dokonać wyboru, czy nasze okulary będą bardziej lub mniej różowe. To nie jest ułuda. To wybór, który zawsze mamy, by skupiać się na rzeczach, które nas budują, zamiast tych co nas krzywdzą i wyniszczają. Nadzieja jest moją życiową siłą. A nadzieję czerpię z miłości. Mam to szczęście, że kocham i mam to szczęście, że jestem kochana. Na tym można budować.

„Nie boję się. Ani koronawirusa, ani skutków pandemii. Poza horrorami i pająkami nie boję się niczego” – napisałaś na swoim blogu (www.missbrave.pl). Czujesz się pogodzona z tym, co Cię dotknęło? Masz swoje patenty na to, by  oswoić chorobę?

Cieszę się z małych rzeczy. Dostrzegam piękno w detalach. Na przykład teraz, udzielając Ci wywiadu, siedzę na tarasie, wciągam nosem zapach rozbuchanych bzów, a do uszu wpadają miłosne trele ptaków. W dali słyszę szczebiot moich córek. Tylko czekam, aż przybiegną, to zjemy razem arbuza. Jest mi dobrze i jestem szczęśliwa.

Anna Ukielska. Zdj: archiwum prywatne

A jeśli chodzi o strach… przede wszystkim mówię o raku i to mi pomaga. Zdejmuję przez to ciężar przeżywania tego dramatu w odosobnieniu. Wierzę, że sama w tym nie jestem, dlatego też nie odwróciłam się od ludzi ani świata. Na blogu pewno niejeden jeszcze post poświęcę chorobie.

Określenia “pogodzić się z chorobą” nie lubię, bo jest w nim jakaś część poddania, a przecież chodzi o to, by się nie poddać. Zaakceptować? Też nie do końca. Ale można pogodzić się w tym wszystkim ze sobą i zaakceptować siebie w tym stanie. W stanie choroby. Ja doszłam do tego poprzez współczucie sobie. Bo współczując jestem w stanie zaakceptować to, co przeżywam i z troski o siebie poszukać jak najlepszego rozwiązania. Z tego rodzi się odwaga.

Nie byłabym szczera mówiąc, że się nie załamałam. Nogi się pode mną ugięły, świat wywrócił do góry nogami. Zadawałam sobie pytanie “dlaczego ja”, przecież mieli być wszyscy inni, tylko nie ja. Zwątpiłam w sens dbania takiego fizycznego o siebie, jak sport, zdrowe jedzenie. Dużo było we mnie lęku, poczucia niesprawiedliwości, złości. Ale to pogłaskanie siebie dobrze mi zrobiło. Uświadomiłam sobie swoje wszystkie emocje, nazwałam je, dałam sobie prawo i czas je przeżyć. Poukładałam sobie wszystko w głowie po swojemu – analitycznie, bez paniki. Nad psychiką trzeba popracować, wszak ryba psuje się zawsze od głowy.

Jak nad nią pracujesz?

Na pewno pomaga ogólna umiejętność układania sobie w głowie i nazywania wszystkich stanów, w których się znajdujemy. Swoje życie przewartościowałam już jakiś czas temu, wiem, co w nim warto, czego nie warto. Dokładnie wiem, na czym mi zależy, co jest ważne. Mam swoje plany i marzenia. Tego się trzymam. Są moim kierunkowskazem, ale też gdy los rzuca mi kłody pod nogi, przyjmuję je z pokorą, biorę głęboki wdech i idę dalej. Co z tego, że po drodze nadłożę drogi, by ominąć kłodę.

Gdy opublikowałam post o raku, dostałam sporo komentarzy. Wszystkie pozytywne. Wszystkie życzące zdrowia, trzymające kciuki. Ale dużo było takich, gdzie czytelnicy pisali, że dałam im siłę, odwagę. Że zainspirowałam postawą. To najcenniejsze komentarze. Jeśli swoim podejściem i siłą jestem w stanie komuś pomóc, chcę to robić.

Ale mam też siłę. Ona się bierze z nadziei. Nie uważam się za jedno z jej głupich dzieci. Nadzieja jest moją koncepcją życia, która pozwala mi trzymać czoło w górze. Uważam, że wszyscy mamy możliwość patrzenia na sprawy optymistycznie lub pesymistycznie i sami jesteśmy w stanie dokonać wyboru, czy nasze okulary będą bardziej lub mniej różowe

Chcę propagować mówienie o nowotworach bez ogródek. Strach ma wielkie oczy – bierze się również z niewiedzy. Jako społeczeństwo tabulizujemy raka. A to nie jest wstyd mieć chorobę nowotworową. Tym bardziej, że już niedługo ma dotyczyć co czwartej osoby w Polsce. A my nie mówimy o nim  i nie chcemy słyszeć. Ludzie boją się badać, by nie usłyszeć złej diagnozy. Potem umierają, bo jest już za późno. Rozmowa o diagnozie, procesie leczenia, operacjach, powrocie do zdrowia jest ważna. Chorzy muszą wiedzieć, że mają czyjeś wsparcie, że ktoś ich wysłucha.

Co najbardziej pomaga ci układać swój świat na nowo?  

U mnie zachodzi proces jak z instrukcji w samolocie: zakładam maskę tlenową najpierw sobie, potem pomagam założyć ją słabszym. A więc troszczę się i dbam o siebie, co pozwala mi zatroszczyć się i zadbać o najbliższych. Skupiam się na tym, by mi ich nie brakowało. Nawet na odległość. I vice versa. Co do pandemii, to powtarzam sobie, że kiedyś minie. Pewno będzie temu towarzyszyło światowe polowanie na czarownice, ale również wiele refleksji, nauk.

„Ważne, by zobaczyć coś więcej niż chorobę i nadać życiu sens, dzięki któremu możemy jeszcze coś razem przeżyć”. Psychoonkolog dr Mariola Kosowicz mówi o trudnych uczuciach towarzyszących rodzinie osoby chorej na raka

Właśnie myślę nad nowym postem na blogu o paradoksie tej całej pandemii, o tym, ile płynie z niej nauki i refleksji. Jestem bardzo ciekawa świata “po”, naszej “nowej normalności” i czy wnioski będą trwałe. To na mnie dobrze działa. Nawet jeśli w świecie większych zmian to nie przyniesie, to ja tę lekcję już odrabiam i liczę, że jeszcze znajdzie się kilka osób takich jak ja. I to jest moją siłą napędową, która daje kopa mówiąc, że na pandemii świat się nie kończy, a my mamy w nim jeszcze role do odegrania.

„Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg” – tak opisałaś siebie. Jak będzie teraz?

To dobre pytanie. Póki co, dałam sobie luz przy wstawaniu. Wstaję wolno, rozciągam się. Zwolniłam dlatego, że cały świat zwolnił. Że dzieci do przedszkola nie muszą na czas, że obecnie nie biorę zleceń. To odnośnie ciała, bo mózg działa jak działał :). Postanowiłam sobie, by więcej spać. Nie jest łatwo jednak zmienić stare przyzwyczajenia pracy pod osłoną nocy. Z drugiej strony sama widzę, że coraz ciężej pogodzić naturę sowy z rannym ptaszkiem. Powoli i tego się nauczę. Póki co, wciąż dochodzę do siebie po operacji. Była poważna. I już wiem, że osiągnięcie satysfakcjonującej sprawności będzie czasochłonne zwłaszcza, że w dobie koronawirusa rehabilituję się sama. Robię też sobie treningi siłowe oraz rozciągające. Żeby nie tracić formy. To też dobrze robi na głowę. Sport wyzwala endorfiny.

Zobacz także

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy:

Zainteresują cię również:

Nowe zasady dotyczące odwiedzania pacjentów w szpitalu. Sprawdź, co się zmieniło

Nowe zasady dotyczące odwiedzania pacjentów w szpitalu. Sprawdź, co się zmieniło

Deborah James

Chora na raka gwiazda BBC żegna się z fanami. „Wiadomość, której nigdy nie chciałam napisać”

Usłyszała od lekarza: „My już jej nie uratujemy”. 10 lat później wciąż jest, i pomaga. Basia Górska o walce z rakiem jajnika

Myszka Mickey

Uściski wracają do Disneylandu! Po dwóch latach pandemii COVID-19

Tom Parker

Tom Parker nie żyje. Wokalista zespołu The Wanted chorował na raka mózgu

Ponad 5 mln dzieci straciło opiekunów przez pandemię. "Pandemia ciągle zbiera swoje żniwo, więc te liczby będą rosły"

Ponad 5 mln dzieci straciło opiekunów przez COVID-19. „Pandemia ciągle zbiera swoje żniwo, więc te liczby będą rosły”

Ludzie w maseczkach ochronnych

Rząd znosi większość obostrzeń. Minister zdrowia: „Trend spadkowy jest bardzo silny”

Mirosław Zbrojewicz

Grucha jako „rak” pomaga chorym dzieciom. Mirosław Zbrojewicz w kampanii Fundacji Iskierka

Ludzie w pracy stoją i rozmawiają

15 tys. zł kary odszkodowania za zakażenie w pracy i testy raz w tygodniu. Nowy projekt covidowy

„Mordercy, zaraziliście moją córkę!”. Medycy z pierwszej linii frontu o zachowaniach antyszczepionkowców /fot. Getty Images

„Mordercy, zaraziliście moją córkę!”. Medycy z pierwszej linii frontu o zachowaniach antyszczepionkowców

Kobiety

Niewliczanie osób zaszczepionych na COVID-19 do limitu – jak teoria wygląda w praktyce? Wyjaśnia prawniczka Patrycja Pieszczek-Bober

Kobieta w odzieży ochronnej

3 grudnia dniem covidowej żałoby narodowej. Projekt obywatelski upamiętnia ofiary pandemii

Aga Szuścik: „Żadna choroba nie jest 'kobieca’. To nie jest słowo, którym powinno się określać to, co złe, trudne, okropne”

Szczepionki

„Szkoda, gdy słyszysz, że człowiek się nie zaszczepił, bo brat-dekarz mu odradzał” – pisze Pan Pielęgniarka

Lekarze w uniformach

WHO: Europa ponownie staje się epicentrum pandemii COVID-19

Nastolatka po szczepieniu

Włochy. Nastolatka wygrała w sądzie ze swoim ojcem, który sprzeciwiał się szczepieniom na COVID-19

Kolejki do szczepień w Austrii

„Panika sznyclowa” i długie kolejki do szczepień. Powód? Nowe obostrzenia sanitarne w Austrii

Lukasz Sakowski, fot. archiwum prywatne

„W pseudonaukę częściej wierzą osoby wykształcone, z dużych miast. Gorzej wykształceni nie kontestują ugruntowanej wiedzy”. Z Łukaszem Sakowskim rozmawiamy o jego „Bioksiążce”

Lotnisko

Izrael. Pięcioletni zakaz wjazdu do kraju dla turystów z fałszywym paszportem szczepionkowym

Kobieta w sklepie

Sypią się mandaty za brak maseczek ochronnych! Ponad 2 tys. osób ukaranych w jeden dzień

Niemal pół tysiąca złotych za przyjęcie szczepionki przeciwko COVID-19. Tak postanowił parlament w Wilnie

Cmentarze 1 listopada - czy będą znów zamknięte?

Cmentarze 1 listopada znowu będą zamknięte? Jest komentarz ministra zdrowia Adama Niedzielskiego

Przez pandemię spadła oczekiwana długość życia, nawet o dwa lata. Tak źle nie było od II wojny światowej

Przez pandemię COVID-19 spadła średnia długość życia w USA i Europie. Jest najniższa od II wojny światowej

Kobieta siedzi na łóżku z laptopem

Uważaj na fałszywy SMS o nałożonej kwarantannie. Mazowiecki sanepid ostrzega: nie klikajcie w podany link!

Najpopularniejsze

Kobieta wąchająca kwiat

Choroby mają zapach – wiedziałaś o tym?

Ćwiczenia na biust. 6 sposobów na ujędrnienie i podniesienie piersi

Ty zawsze w trzech swetrach, a dalej ci zimno? Oto kilka możliwych przyczyn

Burpees to jedno z najlepszych ćwiczeń w świecie fitness. Podejmij wyzwanie!

Burpees to jedno z najlepszych ćwiczeń w świecie fitness. Podejmij wyzwanie!

4 sposoby na pozbycie się oponki z brzucha. I nie chodzi wcale o robienie brzuszków

Kobieta ćwiczy

Twój kręgosłup potrzebuje wsparcia? Oto kilka ćwiczeń, które go wzmocnią

Intymne dolegliwości rowerzystek. Sprawdź, jak zadbać o siebie w trakcie rowerowych wojaży

kobieta na wydmach

„Odpuszczanie” jest dobre dla ambitnych i konsekwentnych kobiet – podpowiada nam psycholożka Anita Kruszewska

Kobieta ćwiczy

Dzień się dopiero rozpoczął, a ciebie już ktoś wyprowadził z równowagi? Poznaj 5 kroków, które pozwolą zapanować nad emocjami

brzuszki na piłce

Sposób na bolące lędźwie. Jak sobie ulżyć?

Ćwiczenia na rozciąganie barków

Rozciąganie stawów barkowych – te ćwiczenia na pewno ci się przydadzą

Kasia Bigos trenerka

Ćwiczenia na ramiona z hantlami – wypracuj smukłe ramiona

7 najgorszych typów butów dla twoich stóp. Jakie obuwie może być niebezpieczne?

Smartfon a dolegliwości / istock

Smartfon a dolegliwości, które może wywołać. To nie tylko bezsenność

Kobieta popijająca winko

„Alkoholiczka, która pije wino albo piwo, twierdzi, że nie ma problemu”. Kobiecy alkoholizm

Kobieta

Jesteś wkurzona, a żal ci ładnych talerzy? Kasia Bem radzi, jak skutecznie rozładować złość